O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2015-06-06, Kiszyniów (Mołdawia)


Maraton biegowy,
maraton wina

Relacja Roberta z 93. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:31:13

1 /
1

-


Maratony Roberta

Po maratonie w Bukareszcie zostało mi do zaliczenia jeszcze 6 stolic europejskich, wśród których był Kiszyniów. W stolicy Mołdawii nie były organizowane maratony - sprawdzałem to wcześniej kilka razy. Stwierdziłem, że w 2015 roku warto będzie polecieć tam z Anulką na długi weekend ze świętem bożego ciała i przy okazji zaliczyć maraton indywidualny. Bilet kupowałem w kwietniu dwa dni po maratonie w Łodzi. Na wszelki wypadek sprawdziłem jeszcze, czy przypadkiem w Kiszyniowie nie pojawiła się jednak jakaś impreza maratońska. Jakie było moje zdziwienie, gdy Google zwrócił informację, że maraton w stolicy Mołdawii odbędzie się za 5 dni! Dzień wcześniej mieliśmy biec w Szczawnicy, więc opcja kupienia biletu last minute odpadała. Może zatem w przyszłym roku? Wszedłem na stronę maratonu i przeczytałem, że impreza jest reaktywowana po prawie 20 latach. Obejrzałem trasę i okazała się mało ciekawa. Start i meta znajdowały się wprawdzie przy łuku triumfalnym, ale trasa przebiegała główną arterią Stefan cel Mare, potem zawrotka na ulicy Dacia, powrót tą samą trasą, znowu zawrotka na Stefan cel Mare i taką monotonną pętlę 10,5 km trzeba było zrobić 4 razy - nuda. Stwierdziłem, że jednak wrócę do pierwotnej koncepcji z wyjazdem na święto bożego ciała i maratonem indywidualnym.

Bezpośrednie loty z Warszawy do Kiszyniowa oferował LOT, a więc przy okazji można było odwiedzić moją rodzinę w stolicy. W czwartek rano podwieźliśmy Spajka do teściów i pojechaliśmy na północ. Noc spędziliśmy u moich rodziców, w piątek rano pojechaliśmy na Okęcie i polecieliśmy do Kiszyniowa. Mieliśmy ze sobą tylko bagaż podręczny, więc wszystko szło sprawniej. W samolocie naliczyliśmy zaledwie 30 osób i to połączenie wydawało nam się nierentowne dla linii lotniczych. Inaczej było z powrotem - samolot był pełny.

Mołdawski krajobraz: pagórki pełne winnic i wijący się Dniestr; na środku zakole z wioskami Parata i Cosnita

Po przylocie wymieniliśmy walutę i próbowaliśmy załatwić wycieczkę do znanych winnic w okolicach Kiszyniowa. Niestety, nikt nie mógł nam w tym pomóc, w związku z czym stwierdziliśmy, że wycieczkę załatwimy na miejscu. Widziałem, że taksówkarze na lotnisku oferują przejazdy do centrum po bardzo rozsądnej cenie 110 lei (poniżej 30 PLN), jednak my postanowiliśmy zaznać miejscowego folkloru i pojechaliśmy busikiem. Za dwie osoby zapłaciłem 9 lei. W Polsce tańszą komunikację miejską mają tylko Żory (jest tam bezpłatna). Klimat wewnątrz był bardzo ciekawy. Co chwila ktoś wchodził i wychodził, często na środku ulicy. Ludzie podawali mi pliki zwiniętych banknotów, żebym przekazał je kierowcy. Chaos. Klimatyzacji oczywiście nie było, za to musieliśmy zamknąć okno, bo prosiła o to kobieta z dzieckiem. Nie wiem, czy lepiej jak wieje na dziecko, czy lepiej jak siedzi ono w saunie. Zaniepokoiła mnie też wywieszona na kartce lista przystanków. Z tego co czytałem w Internecie, busik powinien nas dowieźć do ulicy Stefan cel Mare, a tu nie było takiego przystanku. Chciałem to sprawdzić na komórce, ale ceny komórkowej transmisji danych zdecydowanie do tego nie zachęcały. Szkoda, że nie wpadłem wcześniej na to, żeby wgrać na komórkę mapę Kiszyniowa offline z Google Maps. Zrobiłem to dopiero w hotelu przez WiFi.

Minęliśmy bloki Portile Orasului w dzielnicy Botanica, które przypominały bramę wjazdową do miasta i powoli zbliżaliśmy się do centrum. Spytałem jakiegoś chłopaka, czy wie jak dojść do ulicy Stefan cel Mare. Niestety, nie potrafił nic doradzić, za to pomoc zaoferował siedzący za nami Andriej. Stwierdził, że odprowadzi na do hotelu, bo i tak nie ma nic do roboty. Wysiedliśmy przy ulicy Ismail i poszliśmy na północny-zachód ulicą Stefan cel Mare, która nosi imię po Stefanie III Wielkim - hospodarze mołdawskim w latach 1457-1504. Andriej pokazał nam gdzie jest wielki bazar Piata Centrala, przeszliśmy koło łuku triumfalnego naprzeciwko urzędu rady ministrów, widzieliśmy parlament i pałac prezydencki. W czasie półgodzinnego spaceru Andriej sporo nam opowiedział o Mołdawii. Ja sporo wiedziałem już wcześniej, ale rozmowa z miejscowym zawsze jest bardzo rozwijająca.

Mołdawia to niewielki kraj między Rumunią i Ukrainą. Liczba ludności to około 3,5 mln mieszkańców. W latach komunizmu Mołdawia była jedną z republik ZSRR. Po przemianach w latach 90-tych państwo uzyskało niepodległość, jednak od początku rysowały się podziały wewnątrz kraju. Na południu znajduje się Terytorium Autonomiczne Gaugazji, które podlega władzy Kiszyniowa, za to zupełnie nie uznaje jej Naddniestrze, położone na wschód od Dniestru. Mieszkający na tym terenie Ukraińcy i Rosjanie ogłosili Naddniestrzańską Republikę Mołdawską, która nie jest jednak uznawana przez społeczność międzynarodową. Tyraspol, stolica Nadniestrza, jest podobno relatywnie ciekawym miastem, jednak czytałem, że lepiej tam nie jeździć, bo można mieć nieprzyjemności na granicy, nie jest też tam specjalnie bezpiecznie.

Językiem urzędowym w Mołdawii jest rumuński, jednak bardzo często można usłyszeć rosyjski, a lokalnie mieszkańcy posługują się ukraińskim i gaugaskim. Warto jeszcze podać odpowiedzi na dwa ważne pytania dotyczące Mołdawii. Jaka obowiązuje tu waluta - leje. A jaka jest pogoda? - nie leje ;-) W czasie naszego pobytu codziennie było prawie 30 stopni, a na niebie tylko pojedyncze chmurki.

Andriej opowiadał nam o warunkach życia w Mołdawii. Płaca na poziomie 200-300 euro za miesiąc, na wsi są fatalne warunki bytowe (brak bieżącej wody i prądu). Rządzą oligarchowie, którzy trzymają całą kasę. Podobnie jak w Kijowie, ekskluzywne samochody w Kiszyniowie przeplatają się ze starymi gratami. Mołdawia jest podobno najbiedniejszym państwem w Europie. Bezskutecznie ubiega się o przystąpienie do Unii Europejskiej (było rozważane połączenie się z unijną Rumunią), z kolei część polityków jest prorosyjskich i ciągnie bardziej na wschód.

Podziękowaliśmy Andriejowi za odprowadzenie i daliśmy mu napiwek. Zaoferował, że może zorganizować nam wycieczkę do winnic, ale podziękowaliśmy. Ciężko było nam się z nim umawiać, bo nie miał telefonu komórkowego.

Mieszkaliśmy w Hotelu Regency - ładny, czysty i bardzo mało gości. Poza nami, na poranne śniadanie przychodziły maksymalnie 3 osoby. Anulka denerwowała się, że dla naszej dwójki zapalają wszystkie światła w dużej Sali restauracyjnej. Takie zboczenie zawodowe kontrolera finansowego ;-) Hotel wybrałem przede wszystkim ze względu na świetne położenie w pobliżu parku Valea Morilor, w którym zamierzałem przebiec maraton.

Obejrzeliśmy pojedynek półfinałowy French Open Wawrinka - Tsonga, w którym wyraźnie lepszy był Szwajcar i to on awansował do finału. Potem udaliśmy się na rekonesans trasy, przechodząc całą pętlę dookoła jeziora, która liczyła niecałe 2,5 km. Następnego dnia musiałem zrobić 17 takich kółek, plus blisko kilometrowa dokrętka. Nawierzchnia na pętli była zmienna: głównie kostka brukowa, prawie kilometr asfaltem, przebiegałem też kawałek przez plażę z ubitą, nierówną ziemią i wystającymi kamieniami. Przy okazji, kolega zadał mi pytanie, dlaczego 17 pętli dookoła jeziora było ciekawszych od 4 pętli oficjalnego maratonu po głównych ulicach Kiszyniowa. Nie wiem, czy taka opcja była ciekawsza. Maraton przebiegający cały czas tymi samymi ulicami jest nudny. Biegałem tak np. w 2010 roku w Zagrzebiu. Pętelka dookoła jeziorka wcale nie jest monotonna. Z każdym kółkiem coś się zmienia: wędkarz złapie rybę, towarzystwo dopija szampana, którego otworzyło 12 minut wcześniej, na trasie pojawiają się nowe biegaczki, itd.

Wyszliśmy z parku, spotykając po drodze kolejne młode pary, które robiły sobie sesje zdjęciowe. W drodze powrotnej zahaczyliśmy o sklep, gdzie kupiliśmy produkty na kolację i maratońskie śniadanie.

Pobyt w Kiszyniowie zaczynamy od oglądania tenisowego French Open
Rekonensans trasy

Po powrocie do hotelu zarezerwowaliśmy wycieczkę do winnic na następny dzień. Był to dla nas gwóźdź programu. W pagórkach w okolicach Kiszyniowa drążono kiedyś wielokilometrowe tunele, pozyskują wapienny budulec do wznoszenia miasta. Wapienie wzięły się stąd, że przed milionami lat rozciągało się tu Morze Sarmackie, a szczątki osadzających się skorupiaków utworzyły skałę zwaną muszlowcem - dobry materiał budowlany. Wydrążone tunele pozostawały puste, do czasu, kiedy miejscowi zauważyli, że panują tu idealne warunki do przechowywania wina (przez cały rok 12-14 stopni). Mołdawia słynie z wina, winorośl jest tu uprawiana na dużą skalę na bardzo żyznych glebach. Podobno w czasie II wojny światowej Niemcy wywozili mołdawskie czarnoziemy do Rzeszy. Wino stanowi obecnie prawie 30% wartości eksportu Mołdawii, a największą atrakcją turystyczną są wydrążone w tunelach winnice. Tutaj należy się pewne wyjaśnienie: winnica to (za Wikipedią) przede wszystkim miejsce, gdzie uprawia się winorośl z przeznaczeniem na wino, rodzynki oraz do bezpośredniej konsumpcji, jednak w przypadku Mołdawii potocznie nazywa się tak również miejsca składowania wina. Największymi winnicami w Mołdawii są Milesti Mici oraz Cricova. W tej pierwszej tunele mają sumaryczną długość aż 250 km! Cricova jest nieco mniejsza, za to bardziej znana, gdyż jest lepiej rozreklamowana turystycznie, posiada spore muzeum oraz piwnicę z winami zagranicznej produkcji. Swoje kolekcje przechowują tutaj znane osoby z całego świata.

My mieliśmy się wybrać właśnie do Cricovej. Wycieczkę załatwiliśmy w hotelowej recepcji, pośrednikiem było biuro turystyczne AviaTur. Niestety, kosztowało nas to sporo pieniędzy (za dwie osoby 120 euro), ale w sumie warto było się wykosztować i mieć pełen komfort, np. taksówkę tam i z powrotem.

Wieczór spędziliśmy oglądając pojedynek półfinałowy Djokovic - Murray. Pierwsze dwa sety pewnie wygrał Serb - był praktycznie bezbłędny. W trzecim Murray się odbudował, wygrał, a w czwartym pojedynek przerwano przy stanie 3:3 z powodu nadciągającej burzy. Panowie dokończyli grę następnego dnia. Murray wygrał czwartego seta, ale w piątym Djokovic był już zdecydowanie lepszy i awansował do finału, w którym miał się zmierzyć z Wawrinką. W pojedynku finałowym kibicowałem Serbowi, bo jak nikt inny zasłużył na skompletowanie karierowego szlema (wygrane 4 różne turnieje wielkoszlemowe) obok Federera i Nadala. Hiszpan dominował w Paryżu, wygrywając wszystkie turnieje w latach 2005-2014, poza rokiem 2009, kiedy przegrał w czwartej rundzie z Robinem Soderlingiem. Wtedy właśnie swoją jedyną francuską gwiazdkę zdobył Federer. W 2015 roku Nadal wrócił po kontuzji i był w słabszej formie. W ćwierćfinale przegrał po walce z Djokovicem, choć wynik 3:0 wskazuje na dominację Serba. O wyniku finału French Open 2015 dowiedzieliśmy się po wylądowaniu w Warszawie w niedzielę. Anulka włączyła komórkę i zakomunikowała, że wygrał jednak Wawrinka, więc Djokovic musi jeszcze poczekać na triumf w Paryżu. Udało się za to utytułowanej Serenie Williams, która w sobotnim finale pokonała Lucie Safarovą. Był to dwudziesty wielki szlem wygrany przez Amerykankę - niesamowite osiągnięcie.

Następnego dnia budzik zerwał mnie ze snu o 3:30. Ciężko się wstawało. Zjadłem banana, kanapki z szynką i powoli zbierałem się wyjścia. Myślałem, że Anulka będzie wolała pospać dłużej, ale stwierdziła, że wybierze się do parku razem ze mną. Wschód słońca powinien być o 4:10, jednak w drodze do parku otaczały nas ciemności. Paliwo na cały bieg ukryłem przy murku budowanych właśnie schodów, prowadzących do altanki na górze. To było dobra kryjówka - nikt się nie interesował moimi zapasami. W czasie maratonu wypiłem półtrora litra wody, zjadłem dwa banany i jeden żel energetyczny.

Słońce wstaje, poloneza czas zacząć...
...Podkomorzy rusza

Okrążałem jezioro w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Anulka poruszała się za to w przeciwnym kierunku, dzięki czemu często się widzieliśmy. Zrobiła mi masę zdjęć w czasie biegu oraz fotografowała inne ciekawe parku. Wbrew pozorom, było co oglądać: wschodzące słońce, dziesiątki wędkarzy zarzucających wędki (w tym jeden pływający w kole ratunkowym), podpite pary wracające nad ranem z imprez, młodzież grającą w wielkie szachy o 5 nad ranem (!). Były też zwierzęta: kaczki, wiewiórki. Raz mało nie pośliznąłem się na jednej z ryb, wyłowionej na brzeg przez wędkarza.

Tempo miałem przyzwoite, w okolicach 4:45/km. Czasami robiłem sobie postoje, żeby się napić lub wziąć banana. Kiedy miałem na koncie prawie 30 km, pożegnaliśmy się z Anulką, która wróciła do hotelu, żeby się wykąpać. Ja dokręciłem jeszcze 5 kółek, z czego przedostatnie było najwolniejsze. Na ostatnim bliskość mety pociągnęła mnie szybciej do przodu, a 17 kółek zamknąłem dystansem 41300 m. Stwierdziłem, że ten ostatni kilometr dobiegnę sobie po prostu do hotelu. Najpierw musiałem pokonać zniszczone schody, prowadzące stromo do góry, a potem zbiegłem w dół. Przy hotelu miałem już 42 km, pobiegłem trochę dalej, a ustawowe 42195 m złapałem przy Strada Bucaresti, obok stadionu Dynama. Zapamiętałem czas 3:31:13 - całkiem niezły. Pokonałem biegiem jeszcze ponad 300 metrów i zatrzymałem się pod hotelem. 40. stolica europejska zaliczona ;-)

Zrobiłem 17 kółek dookoła jeziorka Valea Morilor - pętla ma prawie 2,5 km
Gdzie mnie tu z tym jamnikiem!? ;-)
Trasa mojego maratonu w Kiszyniowie zmierzona aplikacją RunCalc

Ten maraton niewiele mnie kosztował. Wykąpałem się, odpocząłem chwilę i poszliśmy na śniadanie, gdzie spędziliśmy dużo czasu. Ja oczywiście jadłem do oporu, bo miałem pomaratońskie ssanie. Po niektórych maratonach nie jestem w stanie nic zjeść przez 3 godziny, ale w Kiszyniowie pogoda była optymalna, a tempo mało forsowne, więc mój organizm dobrze zniósł ten bieg.

Chwilę po śniadaniu musieliśmy już zejść do recepcji, bo czekała na nas taksówka, która miała nas zawieźć do Cricovej. Kierowca był bardzo sympatyczny, choć komunikowaliśmy się wyłącznie za pomocą uśmiechów i gestów. Czuliśmy się jak w limuzynie - z tyłu był podłokietnik z włożonymi w niego dwiema zimnymi butelkami wody. Podjechaliśmy na chwilę do biura podróży, żeby zapłacić za wycieczkę. Potem wyruszyliśmy do Cricovej. W Kiszyniowe panuje mały chaos na drogach, w związku z czym cieszyłem się, że nie wynajęliśmy tu samochodu. Rozważałem też wypożyczenie roweru (wypożyczalnia była blisko naszego hotelu), ale przejazd 15 km mołdawskimi drogami byłby mało przyjemny. Włączyłem sobie pobrane z Google mapy offline i śledziłem na nich trasę, którą jechaliśmy. Przed 11 byliśmy w Cricovej.

Kierowca wszystko za nas załatwił, nawet przesadził jakiegoś gościa w wagoniku, żebyśmy mogli z Anulką jechać obok siebie. Chwilę czekaliśmy, aż wagonik się zapełni i ruszyliśmy. Wjechaliśmy do tunelu i automatycznie temperatura spadła o 15 stopni. Dobrze, że byliśmy przygotowani na tę ewentualność i wzięliśmy ze sobą długie spodnie oraz bluzy. Jak pisałem wcześniej, w piwnicach utrzymuje się temperatura 12-14. Tunele ciągną się bardzo długo, często po bokach są wydrążone inne korytarze. Wprowadzono tu również znaki drogowe, żeby było wiadomo, kto ma pierwszeństwo. My jechaliśmy elektryczną ciuchcią, ale wewnątrz można również jeździć samochodem.

Cricovą zwiedzaliśmy równolegle z grupą starszych pań, która wyglądała na mołdawskie koło gospodyń wiejskich. Większość z nich miała wstawione złote zęby, co w tych okolicach jest symbolem bogactwa z kolei w bardziej cywilizowanych krajach - obciachu. Panie poruszały się dziarsko, nie zważając na innych odwiedzających. Ja raz dostałem mocno torebką w kolano. W każdej odwiedzonej komnacie panie zbierały się w grupkę i robiły sobie pamiątkowe zdjęcia. Anulka koniecznie chciała zrobić paniom zdjęcie, jak uśmiechają się swoimi złotymi zębami. Niestety, na zdjęciach grupowych miały zamknięte usta. Panie jeździły w podziemiach furgonetką podobną do lubelskiego żuka. Mołdawskie auto dość mocno kopciło, co dało się raz odczuć, kiedy jechaliśmy otwartą ciuchcią za tym żukiem.

Na pierwszym przystanku o nazwie szczepu Cabarnet Sauvignon mogliśmy oglądać dębowe beczki, w których przechowywane jest wino. Największe mieszczą w sobie aż 4 tony! Podobno wszystkie beczki w Cricovej są wypełnione po brzegi po sierpniowym winobraniu. Potem są stopniowo opróżniane.

Cricova - w oczekiwaniu na zwiedzanie piwnic z winami
Korytarze pełne beczek z winem
W tunelach jeździ się samochodami, są tam nawet znaki drogowe

W kolejnym punkcie mogliśmy zobaczyć, jak produkuje się tutejszego szampana (przede wszystkim White Brut Champagne). Wino musujące można produkować na różne sposoby. Najprostszym jest wtłoczenie dwutlenku węgla do butelki. Jedną z bardziej skomplikowanych metod jest dodatkowa fermentacja szampana w zakapslowanych butelkach, ustawionych do góry nogami na stojakach. Na początku kąt nachylenia powinien wynosić 45 stopni, potem nogi stojaków się rozszerza, aż wino stoi praktycznie pionowo. Codziennie (lub w przypadku klasycznego szampana - co dwa dni) wino trzeba lekko wstrząsnąć i przekręcić butelkę. Ta technologia przywędrowała do Cricovej z Francji, a pracownicy zajmujący się produkcją szampana są specjalnie wykwalifikowani. Na koniec wino przechodzi obróbkę termiczną (jest zamrażane) i korkowane. Co ciekawe, korki do szampana mają początkowo kształt regularnego walca, a później uzyskują znany kształt grzybka, który widzimy po otwarciu szampana. Przewodnik pokazał nam również maszynę do korkowania szampanów 25 litrowych, które czasami kupuje się na duże imprezy.

Tutaj leżakuje wino musujące

Ostatnim przystankiem było muzeum, w którym mogliśmy obejrzeć kolekcje win z całego świata. Część z nich nie nadaje się już do picia. Korki są obrośnięte pleśnią. Dwie najstarsze butelki pochodzą z 1902 roku. Pierwsza zawiera wino z Jerozolimy, a druga to znana butelka Becherovki (Jan Becher) - czeskiego likieru ziołowego. Przechowywanie wina z Cricovej rozpoczęto w połowie XX wieku. To miejsce może się pochwalić wieloma znanymi odwiedzającymi. Bywali tu dygnitarze ZSRR, kiedy Mołdawia była jedną z republik radzieckich. Jurij Gagarin odwiedził Cricovą po powrocie z kosmosu. Podobno nieźle się upił i próbował samodzielnie wyjechać z winnicy samochodem. Zwiedzanie zakończył po dwóch dniach. Swoje pięćdziesiąte urodziny obchodził tu Władimir Putin. W piwnicy można podziwiać jego bogatą kolekcję. Sporo butelek wina składuje tu Donald Tusk. Przypomniał mi się żart na temat PiS-u, który opowiada, że "to wszystko wina Tuska". W Cricovej ta teza została potwierdzona ;-) Wśród zdjęć odwiedzających mogliśmy zobaczyć eksponowanego Seppa Blattera, skompromitowanego niedługo wcześniej szefa FIFA.

Anulka w swoim żywiole
Teza głoszona przez PiS została potwierdzona: "To wszystko wina Tuska" ;-)
Najbardziej elegancka sala degustacyjna

Zwiedziliśmy muzeum oraz kilka komnat, w których odbywają się degustacje. Na koniec mogliśmy w końcu sami spróbować miejscowego wina. Dostaliśmy 3 kieliszki: białego Chardonnay, różowego Cabarnet Sauvignon, czerwonego Shiraz. To ostatnie średnio mi smakowało, bo Shiraz jest dla mnie zbyt cierpki. Z kolei różowego nie byłbym w stanie wypić zbyt wiele. Dobrze smakowało, ale potem czułem truskawkową landrynę. Chyba na degustacji zrobiłem się zbyt wybredny ;-) Białe było dobre, podobnie jak szampan Brut, którego nalali nam na deser. Słodkim winem musującym już ledwie zmoczyłem usta, bo dostałem ostatek z butelki.

Degustacja

Siedziałem naprzeciwko Anulki, która wdała się w dyskusję z siedzącą obok niej gadatliwą Niemką. Była dziennikarką i świetnie mówiła po angielsku z brytyjskim akcentem. Była bardzo dobrze zorientowana w polskiej polityce i nie mogła przeżyć, że w ostatnich wyborach Polacy wybrali na prezydenta Andrzeja Dudę ;-)

Z sali degustacyjnej nie wyszliśmy zdegustowani, raczej w świetnych humorach. Wino uderzyło do głowy, szczególnie bąbelki z tego musującego na deser. Byliśmy zaskoczeni, że w tunelu przy wyjściu z muzeum czekał na nas nasz kierowca. Kulturalnie zaprosił do samochodu, otworzył drzwi Anulce. Czuliśmy się jak VIP-y ;-) Daliśmy kierowcy porządny napiwek, za który bardzo nam podziękował.

Misja Mołdawia zakończyła się sukcesem. Przebiegłem maraton i oboje zobaczyliśmy winnice - najważniejszą atrakcję turystyczną. Południe spędziliśmy na oglądaniu French Open - dokończenia pojedynku Djokovic - Murray i finałowego zwycięstwa Williams nad Safarovą. Byliśmy też na krótkim spacerze.

W niedzielę po śniadaniu przeszliśmy się zwiedzić centrum Kiszyniowa. Obejrzeliśmy parlament, pałac prezydencki, teatr opery i baletu, łuk triumfalny, urząd premiera. Zatrzymaliśmy się na chwilę pod Soborem Narodzenia Pańskiego - głównej prawosławnej świątyni w Mołdawii, wybudowanej w pierwszej połowie XIX wieku. Potem przeszliśmy przez wielki bazar Piata Centrala. Można tu kupić wszystko, nawet torby reklamowe znanych firm. Pamiętam, że w Polsce też kiedyś można było kupić na bazarkach reklamówki Adidasa ;-)

Mołdawski parlament
Nowoczesna siedziba prezydanta Mołdawii
Mała Anulka na wielkiej ławce pod operą
Kiszyniowski łuk triumfalny
Cerkiew Narodzenia Pańskiego
Dzwonnica pod cerkwią - można tu pograć w szachy
Dzwonnica, w tle mołdawski urząd rady ministrów
Wielki bazar Piata Centrala w centrum Kiszyniowa

Potem nie mieliśmy już nic do roboty, więc poszliśmy pograć w tenisa. Już wcześniej z pomocą pani recepcjonistki załatwiliśmy sobie wynajęcie kortu. Ochroniarz przysypiał w swojej budce, ale wpuścił nas, dał rakiety i piłeczki oraz przesiatkował kort. Obok grały dwie nastolatki, które naprawdę świetnie sobie radziły. My nieco zaniżyliśmy poziom, ale i tak fajnie się grało ;-)

Potem nie było już nic do zwiedzania, więc poszliśmy pograć w tenisa :-)

Samolot powrotny mieliśmy dopiero przed 18, ale w hotelu pozwolili nam zostać do 15:30. Na lotnisko pojechaliśmy taksówką, bo atrakcję jazdy busikiem mieliśmy już zaliczoną. Na lotnisku zjedliśmy sałatkę w jednej z knajp. Mentalność osób obsługujących pamięta niestety czasy komunizmu. Wszystko podawane jakby z łaską. Pani znalazła tylko jeden kubek do wina (do tego plastikowy), a kiedy po 10 minutach poszła po nowe kubki, cała ta wieża wypadła jej z rąk i spadła na ziemię. Niczym nie wzruszona, podniosła kubki z ziemi, prawdopodobnie brudną ręką wyjęła jeden z góry i postawiła nam na stole. W sklepie w strefie bezcłowej wszystkie pozostałe leje wydaliśmy na alkohole, a resztę daliśmy na jakąś akcję charytatywną. Dolecieliśmy do Warszawy, tam wszystko poszło sprawnie, a około północy byliśmy w Bielsku.

Mołdawia jest ciekawym krajem. W Kiszyniowie nie ma zbyt wielu rzeczy do oglądania, ale na pewno warto wybrać się na wycieczkę do winnic. Polecamy ;-)

Galeria zdjęć z Kiszyniowa

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin