O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2014-04-06, Dębno (Polska)


Brąz MP Anulki!
Dla mnie trucht i spacer

Relacja Roberta z 84. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:37:09

482 /
2073

23.3


Maratony Roberta

Dębno jest niewielkim miastem w województwie zachodniopomorskim, położonym 100 km na południe od Szczecina i 100 km na wschód od Berlina. W całej gminie mieszka około 20 tysięcy osób, nie ma tu interesujących zabytków, miasto nie imponuje niczym szczególnym. To jednak właśnie Dębno jest nazywane stolicą polskiego maratonu.

Witamy w Dębnie - stolicy polskiego maratonu, fot. debno.pl

Pierwszy bieg uliczny w Dębnie odbył się w 1966 roku i tylko z nazwy był "maratonem", bo dystans wynosił zaledwie 21,5 km. 3 lata później rozegrano bieg na klasycznym dystansie 42195 m i był on jednocześnie Mistrzostwami Polski w tej konkurencji. Od tego czasu o tytuł Mistrza Polski wielokrotnie rywalizowali w Dębnie panowie, a także panie. W 2014 roku miał się odbyć 41. Maraton Dębno i 34. Mistrzostwa Polski Kobiet.

Ze względu na swoją tradycję, Dębno zostało włączone do tzw. Korony Maratonów Polskich. Do tego cyklu należą również maratony w Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i Krakowie. Jest to taka zabawa dla biegowych kolekcjonerów, żeby w okresie dwóch lat skompletować wszystkie pięć imprez.

Na maraton w Dębnie nigdy nie było mi po drodze. Zniechęcał mnie skomplikowany dojazd, słabe możliwości noclegowe na miejscu i niewielka atrakcyjność turystyczna tego miejsca. Ucieszyłem się jednak, kiedy Anulka powiedziała mi, że na wiosnę 2014 roku będzie chciała wystartować w Mistrzostwach Polski Kobiet, rozgrywanych właśnie w Dębnie. Wiedziałem, że będzie miała szansę powalczyć w końcu o dobry wynik w maratonie na polskiej ziemi (nigdy wcześniej nie biegała płaskiego maratonu w Polsce), a może nawet uda jej się powalczyć o medal ;-) Jakie ja miałbym z tego egoistyczne korzyści? Przebiegłem klasyczny maraton w Atenach, najstarszy corocznie rozgrywany maraton na świecie (Boston), najstarszy w Europie (Koszyce), a brakowało mi najstarszego w Polsce. Poza tym, zdobyłbym brakujący piąty element do Korony Maratonów Polskich. Wprawdzie cykl ten miałem bardzo rozwleczony w czasie (Warszawa 2003 i kilka późniejszych edycji, Kraków 2005, Poznań 2006, Wrocław 2009, Dębno 2014?) i żadnego certyfikatu bym nie otrzymał, ale miałbym satysfakcję, że tę koronę jednak w końcu zdobyłem. Nie zwlekałem długo z decyzją - jedziemy do Dębna! ;-)

Ze względu na kiepską bazę noclegową w Dębnie i pobliskim Kostrzyniu, zdecydowaliśmy się nocować w Gorzowie Wielkopolskim. Gubiłem się już w tych przymiotnikach w nazwach miast: Gorzów Wielkopolski nie należy do województwa wielkopolskiego, jest za to stolicą województwa lubuskiego. Dębno jest niby lubuskie, ale należy do województwa zachodniopomorskiego.

Wyjechaliśmy w sobotę rano, zostawiając psa pod opieką moich rodziców, którzy przyjechali nas odwiedzić. Już w piątek wziąłem urlop i poszedłem z rodzicami na wycieczkę w góry, co miało niestety później wpływ na moją dyspozycję w niedzielnym maratonie. Droga do Gorzowa poprowadziła nas przez zagłębie miedziowe. Pierwszy raz byłem w tych okolicach. Zjechaliśmy z autostrady na Legnicę, przejechaliśmy przez Lubin i Polkowice, po prawej stronie była Rudna - trzeci wierzchołek miedziowego trójkąta.

Przerwa na kawę w długiej podróży do Dębna

Potem po lewej stronie zobaczyliśmy Pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie. Posąg powstał w 2010 roku i pozostawał największą rzeźbą Chrystusa na świecie (36 metrów figury, 16,5 metra kopca). O 3 metry przewyższył pomnik Chrystusa Odnowiciela z Rio de Janeiro. Całkowity koszt budowy szacuje się na ok 6 milionów złotych, które zostały pokryte z dobrowolnych datków parafian, Polonii amerykańskiej, a także lokalnych przedsiębiorców. Wydaje mi się, że te ogromne pieniądze można było spożytkować w bardziej rozsądny sposób, niż ścigając się na najwyższy pomnik Chrystusa. Pomnik Cristo Redendor stoi w niesamowitym miejscu na strzelistej Corcovado i dzięki temu jest symbolem Rio i odwiedzają go miliony turystów. Pomnik w Świebodzinie jest dla mnie sztucznym, nieatrakcyjnym tworem, który rozprasza uwagę kierowców jadących drogą S3.

Świebodzin - największy Chrystus we wszechświecie

W Gorzowie bez trudu dojechaliśmy do zarezerwowanego wcześniej Hotelu Gracja. Miejsce jest godne polecenia dla startujących w Dębnie. Na miejscu jest duży basen, w którym można się zrelaksować po biegu.

Z Gorzowa do Dębna są 42 km i stwierdziliśmy, że nie będziemy jechać specjalnie do biura zawodów, a numery odbierzemy przed biegiem. Teraz postanowiliśmy zwiedzić Gorzów i przejść się do na obiad, żeby zjeść tradycyjny przedmaratoński makaron. W Internecie wyszukałem knajpę Bella Toscana, która doskonale spełniała nasze oczekiwania. Po drodze przeszliśmy przez duży Plac Grunwaldzki, a potem na południe ulicami Mieszka I i Chrobrego. Ta druga przeznaczona jest wyłącznie dla pieszych i tramwajów. To właśnie ten środek lokomocji jest symbolem Gorzowa. Pierwszą linię tramwajową oddano tu już w 1899 roku. Od tego czasu kilka razy zawieszono ruch, ostatnio były nawet pomysły władz miasta, żeby zlikwidować tory na ulicy Chrobrego i zrobić tam reprezentacyjny deptak, ale ta koncepcja spotkała się ze sprzeciwem mieszkańców. Wagony są już bardzo stare, strasznie hałasują, ale jednak stanowią pewną atrakcję miasta.

Nasz hotel w Gorzowie Wielkopolskim
Plac Grunwaldzki
Plac Grunwaldzki - widok na zachód
"Bronek, dobrze trafiłeś" - tak mówią do naszego prezydenta koledzy na polowaniach ;-)
Przeznaczona do ruchu tramwajowego ulica Chrobrego
Pomnik malarza Jana Korcza, która namalował wiele obrazów przedstawiających Gorzów
Tramwaj - kolejny symbol stolicy województwa lubuskiego

Minęliśmy katedrę pw. Wniebowzięcia NMP i przeszliśmy między kamienicami starego miasta. Podobnie jak w innych miastach tego regionu, w Gorzowie widać wpływy niemieckie. Pierwotna nazwa miasta to Landsberg an der Warthe (wzgórze nad Wartą). Polacy nadali nazwę Gorzów analogicznie jak na Śląsku Opolskim, gdzie Landsberg in Oberschlesien zamienili wcześniej na Gorzów Śląski.

Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gorzowie

Dotarliśmy na Bulwary Nadwarciańskie. Dla mnie jest to zdecydowanie najprzyjemniejsze miejsce w Gorzowie - sporo miejsca, mało ludzi, ładnie utrzymany teren, widok na Wartę. Przyjemnie było zjeść tu obiad w restaracji. Bella Toscana mieści się w dawnych hangarach gorzowskiej przystani. Panuje tu bardzo przyjemny, włoski klimat, a jedzenie jest pyszne. Po miłym wieczorze wróciliśmy do hotelu, żeby się wyspać przed maratonem.

Bulwary nad Wartą
Restauracja Bella Toscana
Bulwary to dla mnie najprzyjemniejsze miejsce w Gorzowie

Następnego dnia wstaliśmy na śniadanie o 7:30. Przy stolikach siedziało kilka grupek maratończyków i ich kibiców. Widać, że wielu biegaczy zdecydowało się na nocleg w Gorzowie. Po śniadaniu szybko się zebraliśmy i pojechaliśmy na zachód w kierunku Dębna. Przy wyjeździe z Gorzowa staliśmy przez jakiś czas w korku. Skąd tu się wzięło tyle samochodów o tej porze - wszyscy jadą na maraton? Okazało, że przy drodze wyjazdowej odbywała się giełda. Potem bez przeszkód dojechaliśmy do Dębna.

Szybko załatwiliśmy wszystkie formalności i wolny czas spędziliśmy na rozmowach w samochodzie. Anulka miała plan powalczyć o wynik poniżej 2:50. Nie chciałem, żeby odczuwała jakąś presję, ale wiedziałem, że spokojnie stać ją na medal Mistrzostw Polski. Faworytką była Arleta Meloch, duże szanse dawano doświadczonej Ewie Brych-Pająk, a Anulka była trzecią zawodniczką, której organizator przydzielił numer startowy z nazwiskiem. Wynikało to pewnie z tego, że PZLA poświęcił więcej uwagi mojej żonie, kiedy zdobyła brązowy medal MŚ w długodystansowym biegu górskim. Poza tą trójką startowało jeszcze kilka innych solidnych zawodniczek, które było stać na czas w okolicach 3 godzin, między innymi znajoma z biegów górskich Tosia Rychter.

Anulka zaczęła tempem nieco powyżej 4 minut na kilometr, Arleta i Ewa od razu biegły znacznie szybciej. Ja poruszałem się około 4:08/km. Już chwilę po starcie rozproszyła mnie Tosia, która odwinęła mi kieszonkę w spodenkach biegowych. "Tośka, to specjalnie, bo mi te kluczyki w kieszonce strasznie latały!". Musiałem je sobie znowu zawinąć. Biegło mi się w miarę dobrze. Fragmenty bruku i zniszczonego asfaltu trochę dawały nogom w kość, ale dało się wytrzymać. Przed sobą słyszałem głos spikera, który komentował bieg Anulki: "Gratulacje pani Anno, biegnie pani na pozycji medalowej - powodzenia". Miałem nadzieję, że tak zostanie do końca.

Tutaj jeszcze biegnę mocno, fot. maratonypolskie.pl

Po dwóch pętelkach w Dębnie wybiegliśmy w kierunku Dargomyśla. Na tym odcinku przypomniał mi się Maraton Juranda w Szczytnie: łąki, lasy, niewielu zawodników na trasie. W Dargomyślu największą atrakcją był dźwięk syreny rozlegający się z remizy strażackiej - podobnie było właśnie na Maratonie Juranda.

Tempem biegu celowałem w wynik w okolicach 2:57, jaki udało mi się uzyskać w styczniu na Kanarach. Wtedy byłem bardziej zdeterminowany, bo chciałem po raz 25. połamać 3 godziny. Teraz nie byłem tak dobrze przygotowany, brakowało determinacji, a w perspektywie miałem start tydzień później w maratonie Orlenu w Warszawie. Poza tym, zacząłem się gorzej czuć. Zwolniłem nieco i pozwoliłem się dojść grupie na 3 godziny. Biegłem razem z nimi, ale na 19 kilometrze czułem, że mam problemy żołądkowe. Nie wiedziałem, czym były one spowodowane: zjadłem coś wcześniej, jajecznica na śniadanie faktycznie nie smakowała dobrze, a może to te izotoniki, których wypiłem już kilka na trasie? Zbliżałem się do oznaczenia 19. kilometra biegnąc na wynik poniżej 3 godzin, ale wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Skręciłem do lasu i wbiegłem do jakiegoś rowu, żeby nikt mnie nie widział. Wylało się ze mnie - masakra.

W lesie straciłem 3 minuty i niektórzy znajomi wyprzedzili mnie w tym czasie, nie zdając sobie z tego sprawy. Potem biegłem już tempem 4:30/km i czułem się coraz słabiej. Problemy żołądkowe powodują odwodnienie organizmu - fatalnie się wtedy biega. Dotarłem do Dębna tempem 4:30/km i zastanawiałem się, czy jest sens kontynuować tę mękę. Może lepiej zejść z trasy, poczekać na Anulkę, aż wybiegnie z Dębna na drugą pętlę i wesprzeć ją dobrym słowem? Stwierdziłem, że to i tak niewiele jej pomoże. Poza tym, ja nigdy nie zszedłem z trasy maratonu i nie planuję nigdy złamać tej zasady, a to Dębno jednak chciałem w końcu zaliczyć, bo być może nigdy więcej tu nie przyjadę.

I tak sobie biegłem przez kolejne kilometry w Dębnie. Próbowałem się dowiedzieć, jak idzie z przodu Anulce, ale nikt nie mógł mi pomóc, nawet sędziowie, których pytałem w okolicach mety. Potem zobaczyłem wolontariusza, z którym rozmawialiśmy chwilę przed biegiem i on był bardziej zorientowany w temacie. Anulka biegła na pewnej trzeciej pozycji, ale sporo traciła do drugiej Ewy.

Przed 30. kilometrem wyprzedziła mnie Diana Gołek. Śmiałem się, że to już taka wiosenna tradycja, bo rok wcześniej w Belgradzie też śmignęła koło mnie niedaleko przed metą. Tutaj jednak miałem jeszcze ponad 12, jak się potem okazało, bardzo ciężkich kilometrów.

W Dargomyślu zacząłem mieć problemy z łydką, która zaczęła mi strasznie sztywnieć. Pewnie było to spowodowane odwodnieniem. Starałem się ją rozciągnąć, rozmasować - nic to nie dawało. Albo podbiegałem pokracznie kuśtykając, albo szedłem. Wolałem jednak iść, bo wtedy nie odczuwałem takiego dyskomfortu. Wyprzedzały mnie coraz większe grupki biegaczy. Niektórzy mnie rozpoznawali i pozdrawiali, inni nie rozpoznawali, ale też starali się dodać otuchy. Ja już byłem obojętny na te słowa i odpowiadałem tylko "dzięki, spoko, dojdę". Wyprzedził mnie Bogdan Piątek, który też trochę maszerował, a trochę biegł. Potem doszedł mnie Rafał Galiński, którego dopiero teraz poznałem osobiście, ale wiedziałem, że biegł na Kanarach i korespondował później z Anulką. Z Rafałem miło się rozmawiało, zachęcił mnie do biegu w konwersacyjnym tempie. Przebiegliśmy razem ponad kilometr, ale Rafał musiał chwilę odpocząć na punkcie odświeżania i do mety dobiegłem już sam. W końcówce spotkałem Mirka Bienieckiego, który kibicował tu swojej żonie, też Ani.

Po dobiegnięciu na metę od razu spytałem o miejsce kontroli antydopingowej, bo wiedziałem, że spotkam tam Anulkę. Była zmęczona i niezadowolona z osiągniętego czasu (2:53:16), ale szczęśliwa ze zdobycia brązowego medalu Mistrzostw Polski! Życiówkę będzie miała okazję poprawić jeszcze wiele razy (do rekordu z Bostonu zabrakło kilku sekund), a brązowy medal będzie miała na zawsze ;-)

Anulka przez większą część trasy musiała walczyć samotnie, fot. Jarek Dulny
To już koniec - jest brąz!, fot. maratonypolskie.pl

Musiałem pójść do samochodu po dokumenty Anulki, które miała okazać przed komisją antydopingową. Szło mi się bardzo ciężko. Chciałem zostać w samochodzie, a zmusiłem się, żeby wstać i doczłapać z powrotem do szkoły. Przez koleją godzinę oboje walczyliśmy ze zmęczeniem, a Anulka pochłaniała dziesiątki łyków wody i herbaty, żeby zmusić się do oddania odpowiedniej ilości moczu do kontroli. Udało jej się idealnie wyliczyć ;-)

Chwilę potem musieliśmy iść na dekorację, która odbyła się na głównym placu w Dębnie. Najcenniejsze trofea Anulki to brązowy medal Mistrzostw Polski i puchar, ale również niesamowite nagrody finansowe. Okazało, że pierwsze trzy Polki zajęły również trzy pierwsze miejsca w klasyfikacji generalnej 41. Maratonu Dębno. W biegu nie wystartowały zawodniczki z Afryki, a biegaczki zza wschodniej granicy nie odegrały ważnej roli w tej edycji maratonu - jedna zeszła z trasy, druga przybiegła powyżej 3 godzin. Inne zawodniczki z Ukrainy i Białorusi zostały zniechęcone przez kontrolę antydopingową, której z niewiadomych względów unikają jak ognia ;-) Trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej przyniosło Anulce nagrodę 6000 PLN, trzecie miejsce MP - 2000 PLN i doszły do tego jeszcze skromniejsze pieniądze za kategorię wiekową. Nagroda z Dębna pomogła nam spłacić kredytu na dom pół roku wcześniej ;-)

Podium Mistrzostw Polski Kobiet
Najlepsze zawodniczki w klasyfikacji generalnej
Anulka z trofeami

Wróciliśmy do Gorzowa i poszliśmy świętować do Bella Toscana. Ja normalnie nie miałbym dobrego humoru, ale sukces żony przyćmił wszystko i w ogóle nie przejmowałem się swoim fatalnym występem. Następnego dnia rano popływaliśmy w hotelowym basenie, zjedliśmy śniadanie i wróciliśmy do domu. Brązowy medal MP w maratonie od razu powędrował na honorowe miejsce w salonie ;-)

Poranny relaks w hotelowym basenie
Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin