O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2013-11-09, Beskidy (Polska)


Przyzwoity górski maraton
na zakończenie sezonu

Relacja Roberta z 82. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:34:28

17 /
272

6.3


Maratony Roberta

W 2013 roku do listopada miałem zaliczone zaledwie 4 maratony - rekordowo mało. Założenie przebiegnięcia w każdym sezonie maratonu poniżej 3 godzin udało mi się zrealizować już w lutym w Tokio, a potem miałem inne cele: Bieg Ultra Granią Tatr w sierpniu (70 km) i Beskidy Ultra Trail (220 km) we wrześniu. Ten ostatni, to było praktycznie 5 ciężkich maratonów górskich z rzędu i to bez przerwy. Mała liczba startów na królewskim dystansie była zatem uzasadniona. Mimo wszystko, po miesiącu od BUT-a czułem się już w miarę dobrze i postanowiłem przebiec jeszcze jeden maraton. Najwygodniej było po raz trzeci wziąć udział w Maratonie Beskidy. Liczyłem na to, że uda mi się pobiec razem z żoną, ale Anulka dopiero wchodziła w treningi po odpoczynku i maraton był jednak wtedy dla niej za długim dystansem. Zapisałem się więc sam, na kilka dni przed startem.

Rok wcześniej zająłem drugie miejsce w Maratonie Beskidy i mam świetne wspomnienia z tego biegu. Wiedziałem, że w tym roku o dobre miejsce będzie znacznie trudniej. Moja forma nie była już taka dobra, a przede wszystkim, do biegu zgłosiło się wielu świetnych zawodników.

Bardzo się ucieszyłem, kiedy Anulka zapowiedziała wspierać mnie na trasie. Nie musiałem się martwić o transport i organizację depozytu (start był w innym miejscu niż meta). Do Radziechów wyjechaliśmy w sobotę rano i po 40 minutach byliśmy na miejscu. Czekał tam na nas Marcin Świerc, który miał się do nas przyłączyć na trasie. Odebrałem numer i pakiet startowy z za dużą koszulką techniczną (teść ucieszył się potem z takiego prezentu) i zrobiłem rozgrzewkę. W międzyczasie spotkałem sporo znajomych i zrobiłem zdjęcie trzem Litwinom, którzy potem mnie wyprzedzili na trasie. Anulka i Marcin pojechali samochodem do Zimnika, ja udałem się na start.

Wszystko odbyło się bez opóźnień i o 10 tłum blisko 300 zawodników ruszył w stronę Skrzycznego. Zaskoczyło mnie, że już na początku biegłem w okolicach 15. miejsca, a pierwsza dziesiątka szybko zaczęła mi odchodzić. Potem na krosowym odcinku straciłem jeszcze kilka pozycji, a na asfalcie przechodziły mnie kolejne osoby, między innymi Krzysiek Szwed. Wiedziałem, że w czasie podbiegu na Skrzyczne zacznę odrabiać straty, ale tego dnia mogłem liczyć najwyżej na miejsce w drugiej dziesiątce, bez szans na podium w kategorii, które gwarantowało nagrodę w postaci metrowej kiełbasy.

Chwilę po starcie maratonu, fot. dziennikzachodni.pl

Na podbiegu w Twardorzeczce czekali na mnie Anulka ze Spajkiem i Marcin. Od razu zrobiło się weselej. Chwilę później przebiegliśmy obok Edwarda Dudka, organizatora maratonu. "Zobacz Edek, jaką mam obstawę - dwoje mistrzów Polski na długim dystansie". Organizator pewnie wolałby, żeby oboje ścigali się na trasie, a nie holowali amatora. Na asfaltowym zbiegu do Ostrego przeszło nas dwóch kolejnych zawodników. Jednym z nich był Marcin Ignaczak, który miło do mnie zagadał, że czyta moje relacje na stronie. Potem jeszcze kilka razy mijaliśmy się na trasie.

Takiej zacnej obstawy nie miał nikt: w środku Marcin Świerc, z prawej Anulka ze Spajkiem :-), fot. Sebastian Talowski
Zdecydowana większość trasy przebiega po asfalcie, ale płaskich odcinków jest bardzo niewiele

W Zimniku czekał na nas teść, który tradycyjnie przyjechał pokibicować. Rozpoczął się podbieg na Skrzyczne, na którym postanowiłem nie przechodzić do marszu, aż do kamienistego odcinka pod szczytem. Udało mi się zrealizować to założenie, a zachowałem tyle sił, żeby i tam trochę podbiegać.

Weszliśmy we mgłę i o żadnych widokach ze Skrzycznego nie mogło być tym razem mowy. Wyprzedziłem kolejnego zawodnika, a Anulka i Marcin też zostali trochę z tyłu. Spajk za to tradycyjnie trzymał się lidera grupy, czyli tym razem mnie. Sprawiło mi to trochę kłopotu, bo na szczycie Skrzycznego zainteresował się stojącym tam bernardynem i po chwili zniknął mi we mgle. Biegłem dalej, wołając Spajka, ale nie przychodził. Zatrzymałem się i krzyknąłem: "Marcin, masz psa?!". W odpowiedzi z mgły przyszło potwierdzenie. Uff, mogłem biec dalej. Dobrze, że Marcin biegł z nami, bo Anulka została spory kawałek z tyłu.

Zaskoczyło mnie, że trasa została zmieniona w porównaniu do zeszłego roku. Tym razem nie zbiegaliśmy od razu ze Skrzycznego, tylko trzymaliśmy się zielonego szlaku na grani. To trochę komplikowało sprawę, bo są tam spore kałuże, które czasami bardzo trudno ominąć. Doszedłem tam Krzyśka Szweda i na chwilę udało mi się go wyprzedzić. Mnie za to co chwilę wyprzedzał Marcin, który robił sobie interwały ze Spajkiem. Marcin słynie z tego, że jest świetnym zbiegaczem, pewnie najlepszym w Polsce, ale tym razem znalazł równorzędnego rywala i był tym zaskoczony. "Przecież on jest cały czarny, jak Kenijczycy" - tłumaczyłem predyspozycje Spajka przewagą genetyczną ;-)

W połowie zbiegu znów spotkałem teścia, a chwilę później dobiegła nas Anulka. Zawsze to ja byłem lepszy na zbiegach, ale tym razem Anulka przycisnęła, a ja zbiegałem bardzo asekuracyjnie. To przez to straciłem kilka pozycji, a Krzysiek odszedł mi tu na jakieś 2 minuty. Ja wolałem oszczędzać siły na ostatnie odcinki po asfalcie i bez kryzysu zdobyć szczyt Matyski na 38. kilometrze.

W Ostrym Anulka i Marcin pobiegli na parking i dalej radziłem sobie sam. Biegłem spokojnym tempem i dałem się wyprzedzić jeszcze jednemu zawodnikowi. W Radziechowach na biegnącej pod górę ulicy św. Marcina wyprzedził mnie kolejny zawodnik, ale trzymałem przyzwoite tempo i od początku drogi krzyżowej przyspieszyłem i przesunąłem się do przodu. Wyprzedziłem między innymi wspomnianego na początku Marcina. Na Matyskę podbiegłem dość dziarsko, na zbiegu też dobrze mi szło. Najtrudniejszy był moment, kiedy trzeba było zbiec między krzakami wąską, stromą i błotnistą ścieżką. Musiałem bardzo uważać, żeby się nie przewrócić. Po zbiegu doszedłem chłopaka, który wyprzedził mnie wcześniej w Ostrym. Biegł dość wolno, ale ja nie byłem w stanie go wyprzedzić, bo zaczęły łapać mnie kurcze w lewej łydce. Po kilku nieudanych próbach przyspieszenia zatrzymałem się na chwilę i rozmasowałem mięsień. Po chwili zacząłem znowu biec, mogłem przyspieszyć i szybko odrobiłem 20-metrową stratę. To był dobry pomysł z tym automasażem.

38. kilometr - droga krzyżowa na Matyskę, fot. Dariusz Duda

Na ostatnim kilometrze kontrolowałem już tylko sytuację i wbiegłem na metę w czasie 3:34, o 3 minuty gorszym niż w zeszłym roku. Dało mi to dopiero 17. miejsce i szóste kategorii wiekowej. Kosmiczny rekord trasy 3:02 ustanowił Robert Faron. Jakub Grajcar przybiegł tym razem tylko 2 minuty przede mną. Udało mi się wyprzedzić Ladislava Sventka, co zdarza mi się bardzo rzadko.

Na mecie czekali na mnie żona i teść. Odpocząłem parę minut, porozmawiałem z kilkoma biegaczami i poszedłem do zaparkowanego tuż przy mecie samochodu. Szybko się przebrałem i Anulka odwiozła mnie do domu. Support miałem naprawdę doskonały. Zaledwie godzinę po finiszu maratonu mogłem wejść do ciepłej wanny z solą i napić się zimnego piwa pszenicznego. Nie było takiego święta jak rok wcześniej, ale byłem zadowolony, że w dobrej formie ukończyłem kolejny Maraton Beskidy i mogłem się cieszyć z zakończenia udanego sezonu.

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin