O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2013-07-08, Sofia (Bułgaria)


Szybki indywidualny
maraton w parku

Relacja Roberta z 80. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:15:27

1 /
1

-


Maratony Roberta

W 2013 roku nadarzyła dla mnie znakomita okazja do przebiegnięcia maratonu w stolicy Bułgarii - Sofii. Anulka zakwalifikowała się na Mistrzostwa Europy, które miały się odbyć w górskiej miejscowości Borovets (Borowec), 75 km na południe od Sofii. Najważniejszym punktem wyjazdu do Bułgarii miały być oczywiście ME w sobotę, ale po nich mieliśmy pojechać do stolicy, gdzie na poniedziałkowy poranek zaplanowałem indywidualny maraton.

Ograniczone możliwości urlopowe spowodowały, że do Bułgarii mieliśmy wylecieć w piątek rano, na dzień przed zawodami. Reszta polskiej ekipy i praktycznie prawie wszyscy reprezentanci innych krajów polecieli w czwartek i mieli czas na odpoczynek po podróży i rozpoznanie trasy. Jeżeli chodzi o połączenia, to wybraliśmy najtańszą opcję przez Berlin liniami AirBerlin. Za bilety zapłaciliśmy trochę więcej, żeby nie musieć wstawać wcześniej i wylatywać z Krakowa do Berlina już o 8:30, tylko dopiero o 10:30. Lot z Berlina do Sofii był o 13:05, więc nie było sensu spędzać masy czasu na lotnisku, lepiej było się wyspać.

Decyzja o wybraniu późniejszego lotu z Krakowa okazała się niestety błędem. Na lotnisko Balice przyjechaliśmy znacznie wcześniej i mieliśmy sporo czas na wypicie kawy i przeglądanie informatora mistrzostw. Wszystko szło zgodnie z planem, do czasu, aż na pół godziny przed planowanym odlotem, z głośników wydobyła się informacja, że nasz lot będzie opóźniony. Trochę nas to zestresowało i od razu poszedłem do obsługi lotniska, żeby dopytać o szczegóły. Okazało się, że samolot jeszcze nie wyleciał z Berlina do Krakowa, więc opóźnienie wyniesie godzinę. Oznaczało to, że będzie nam bardzo trudno zdążyć na przesiadkę. Szybko zadzwoniłem na infolinię AirBerlin, ale pani niespecjalnie mogła mi pomóc. Napisałem też maila, jak ważne dla nas jest, żeby tego dnia dolecieć do Sofii. Niestety, mail pozostał bez odpowiedzi, chyba, że ta taką można uznać autoodpowiedź, że korespondencja zostanie rozpatrzona jak najszybciej, a klienci AirBerlin są bardzo ważni dla przewoźnika. Są tak ważni, że odpowiedzi na moją wiadomość nigdy nie otrzymałem, a linie specjalnie o nas nie zadbały i dwukrotnie zgubiły nam bagaż (o tym za chwilę).

Z Krakowa wystartowaliśmy ostatecznie 1:15 później niż w rozkładzie i szanse na zdążenie na przesiadkę znacznie zmalały. W samolocie liczyliśmy na jakąś informację, ale stewardessy niewiele mogły nam pomóc. Kiedy wyszliśmy schodami na płytę lotniska, zobaczyliśmy tylko ludzi z obsługi z tabliczką Kopenhaga (stolica Danii będzie nas jeszcze potem prześladować), nie było żadnej informacji o szybkim transferze do Sofii. Do odlotu pozostało 5 minut, łudzeni szansą, że jeszcze zdążymy, biegliśmy sprintem w kierunku naszej bramki. Niestety, lotnisko w Berlinie jest zbudowane według starych standardów, i trzeba było wyjść z terminala na ulicę, żeby przejść na kolejny terminal. Ja biegłem z przodu i w czasie tego szaleńczego sprintu między tłumem ludzi ominąłem słupek, który nagle wyrósł na mojej drodze. Jak się potem okazało, Anulka uderzyła w niego kolanem i przewróciła się. Na szczęście, nie spowodowało to poważniejszej kontuzji. Do bramki dobiegliśmy o 13:05, kiedy oprawiano w tym miejscu pasażerów na kolejny lot. Obsługa była nieubłagana - samolot do Sofii właśnie odlatywał. Poinformowano nas, że opóźnienie nie jest z naszej winy i skierowano nas do odpowiedniego punktu, żeby przebukować lot. Tego dnia nie było już bezpośrednich połączeń z Berlina do Sofii, zaproponowano nam lot liniami Austrian Arrows przez Wiedeń, który w Sofii lądował o 19:55. Cieszyłem się, że powinniśmy dotrzeć na docelowe lotnisko tego dnia, ale zapytałem specjalnie o nasz bagaż, czy też zostanie przebukowany. Facet odpowiedział, że tak - powinien też przelecieć przez Wiedeń. Dostaliśmy dwa karnety po 5 euro na zakup czegoś do jedzenia na terenie terminala. Starczyło to na przysłowiowe waciki, bo porządny obiad kosztował tu prawie 20 euro za osobę. Anulka zadzwoniła do organizatora mistrzostw i przynajmniej tutaj uzyskaliśmy pomoc - ktoś miał po nas przyjechać o ósmej.

W czasie odprawy do Wiednia jeszcze raz upewniłem się, że bagaż poleci razem z nami. Pani powiedziała, że nie widzi informacji o przebukowaniu i nasze walizki prawdopodobnie dolatują już do Sofii. Spytałem, czy jest pewna, ale widziałem, że żadnej gwarancji nie może mi dać. Dalsza podróż przez Wiedeń przebiegła bez problemów, do czasu, kiedy staliśmy przy pasie odbioru bagażu i bezskutecznie wypatrywaliśmy naszych walizek. Chwilę potem składaliśmy już reklamację zgubionego bagażu. Urzędnik poinformował nas, że walizki dojadą do naszego hotelu najwcześniej następnego dnia po południu.

Szybko zrobiliśmy ewidencję posiadanych przez nas rzeczy. Anulka wzięła do bagażu podręcznego buty, w który zamierzała pobiec następnego dnia, a resztę stroju miała otrzymać na miejscu od Dominiki. Ja miałem na sobie spodnie dresowe i buty krosowe, w których mogłem następnego dnia iść w góry. Poza tym, w moim plecaku był też aparat fotograficzny. Z najpilniejszych przedmiotów higieny osobistej brakowało nam tylko szczoteczek i pasty do zębów, a te kupiliśmy potem w markecie w Borowcu.

Zgodnie z obietnicą, na lotnisku czekał na nas młody chłopak, który miał nas odwieźć do Borowca. W czasie podróży trochę się denerwowałem, bo jechał jak szalony. Na ograniczeniach do 40 km/h potrafił ciągnąć 120. Droga była kręta, a wyprzedzał na niej dziesiątki aut. Na szczęście dowiózł nas na miejsce w jednym kawałku.

Borowec jest niewielką miejscowością położoną na północnych zboczach gór Riła, na wysokości około 1350 m n.p.m. Jest to przede wszystkim zimowy kurort narciarski - wielbiciele białego szaleństwa mają tu do dyspozycji wiele wyciągów na wysokość ponad 2000 m n.p.m. Poza tym, Borowec ma również trasy do narciarstwa biegowego z opcjami biatlonowymi. Tutaj odbywały się kiedyś zawody pucharu świata FIS. Turystyka górska nie jest tak popularna w Bułgarii i latem Borowec świeci pustkami. Szkoda, bo góry Riła są niesamowite. Jest to najwyższe pasmo na Bałkanach, ze szczytem Musała - 2925 m n.p.m. Przekonaliśmy się, że jest tam naprawdę pięknie i warto odwiedzić te góry latem. 3 lata później ponownie odwiedziliśmy te okolice przy okazji alpejskich MŚ w Sapareva Banja. Widzieliśmy wtedy między innymi Siedem Jezior Rilskich.

Wszystkie reprezentacje mieszkały w hotelu Riła, tuż obok stoku, na którym startował bieg. Wystarczyło przejść niecałe 100 metrów i stało się na linii startu. Szybko załatwiliśmy formalności w hotelu i zjedliśmy bardzo późną kolację. Restauracja była otwarta do 10, więc zdążyliśmy w ostatniej chwili. Odwiedziliśmy Dominikę, która miała strój dla Anulki i pakiety dla członków reprezentacji. Przy okazji, poznaliśmy Olę Gryciuk, która przyjechała tu z ramienia Instytutu Studiów Wschodnich, organizującego w Krynicy zaplanowane na początek września Mistrzostwa Świata w biegach górskich. Ola przyglądała się organizacji w Bułgarii, dzięki czemu impreza w Polsce miała wypaść jak najlepiej.

Wieczorem przeszliśmy się jeszcze na krótki spacer, obejrzeliśmy pierwsze 300 metrów trasy i trafiliśmy na supermarket, gdzie szczęśliwie udało nam się kupić przybory toaletowe. Rano stawiliśmy się na wczesnym śniadaniu. Większość biegaczy jadła chleb z dżemem i niektórzy dziwnie na mnie patrzyli, gdy na talerz pakowałem kiełbaski i boczek. Ponieważ przyjechałem tu tylko jako support, mogłem sobie na to pozwolić.

Pierwsze o 9:00 biegły juniorki, ale ich linia startu była usytuowana znacznie wyżej - musiały pokonać tylko 3,5 km na szczyt. O 9:15 biegli juniorzy na trasie 8,8 km, potem o 9:45 podążały za nimi seniorki, a o 10:30 na najdłuższy dystans 11,8 km wybiegali seniorzy. Z Anulką pożegnałem się jeszcze przed 9 i razem z Grześkiem Dorszyńskim wyruszyliśmy w górę trasą biegu. Za chwilę miał startować jego podopieczny, Marcin Żychski. Niestety, nie poszło mu najlepiej - był w trzeciej dziesiątce, nie przesunął się specjalnie do przodu i ostatecznie zajął 30. miejsce. Zrobiłem mu zdjęcia i szedłem dalej w górę. Grześka już ze mną nie było - został na trzecim kilometrze i musiał wrócić, bo startował później w biegu seniorskim. Minąłem pierwszy most, na którym był pomiar czasu. Trochę gorzej mi się oddychało, a wszystko wyjaśniło wskazanie GPS-a - wysokość przekraczała 2000 m n.p.m. Za drugim mostkiem trasa zawracała - stąd do mety pozostawało już tylko półtora kilometra, a brama końcowa była już dobrze widoczna. W oddali słyszałem głos spikera, który podawał wyniki. Anulka z Dominiką biegły w okolicach 15. miejsca. Niedługo później zobaczyłem pierwszą zawodniczkę - Andreę Mayr z Austrii. Miała sporą przewagę nad dwójką, z której lepsza okazała się Włoszka Valentina Belotti przed Słowenką Mateją Kosovelj. Byłem kilometr od mety i coraz częściej mijały mnie kolejne zawodniczki. Anulka i Dominika biegły razem. Udało mi się zrobić im kilka zdjęć, ale wymagało to wykonania kilku mocnych sprintów pod górę. Na finiszu nie byłem już w stanie zrobić dziewczynom zdjęcia i sfotografowałem je od tyłu na linii mety. Wydawało mi się, że wbiegły na nią równo, a nawet Anulka miała minimalną przewagę. Pomiar chipowy pokazał jednak zwycięstwo Dominiki, która lepiej wiedziała, na którą nogę założyć chipa ;-)

Dziewczyny walczą na ostatnim kilometrze

Anulka została sklasyfikowana na 15. miejscu, co uznaliśmy za spory sukces. Pokonała wiele biegaczek, z którymi jeszcze rok temu nie miała szans. Strata do najlepszej biegaczki wyniosła 10,2%, co też było sporym postępem.

Kiedy dobiegłem do strefy mety, trochę się przestraszyłem, bo Anulce podawano tlen. Po chwili widziałem, że wszystko jest OK. Postaliśmy chwilę z dziewczynami na górnej stacji kolejki, rozmawiając o biegu i pochłaniając kolejne butelki wody i izotonika. Postanowiliśmy przejść się w stronę Musali. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w schronisku, gdzie kupiliśmy herbatę i batony na drogę. Płaciłem w euro i byłem zaskoczony niekorzystnym kursem wymiany. Jak odpowiedział mi sprzedający, tu jest wysoko i tu jest taki kurs ;-)

Przeszliśmy się w górę w przeciwnym kierunku, niż przebiegała trasa seniorów. W tym miejscu był akurat zbieg i wszyscy spadali szaleńczo w dół, z prędkością szybszą niż 20 km/h. Wygrało dwóch Włochów: Bernard Dematteis i Alex Baldacchini. Trzeci był Turek Ahmed Arslan, który wcześniej wygrał ME aż 6-krotnie i w Borowcu zakończył swoją piękną serię. Na naszych czekaliśmy kolejne minuty. Na 45. miejscu dobiegł Piotrek Czapla, na 65. - Grzesiek Dorszyński. Mijał nas w najwyższym punkcie trasy, po stromym podbiegu.

My szliśmy dalej granią mało widoczną ścieżką, przeciskając się momentami między kosodrzewiną. Przed nami mieliśmy Musalę, po lewej stronie - dolinę z jeziorkami, a po prawej stronie - dolinę i dalsze pasma gór Riła. Doszliśmy na wysokość ponad 2600 m, ale z przełęczy nie dało się iść dalej granią i musieliśmy zejść na dół. Ścieżką chodziły wcześniej chyba głównie kozice. Poruszaliśmy się żółwim tempem, ale w końcu udało nam się dojść do kamienistej ścieżki w dolinie. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć nad jeziorkiem i zeszliśmy w dół. Po drodze porozmawialiśmy sobie ze słoweńskim trenerem i członkiem WMRA Tomo Sarfem. Wróciliśmy do miejsca, gdzie była meta i zjechaliśmy do Borowca kolejką gondolową.

Widok na najwyższe pasmo górskie Bałkanów, po prawej stronie widoczna Musala (2905 m n.p.m.)
Z Anulką i Dominiką nad jeziorkiem pod Musalą

Zjedliśmy obiad i odpoczęliśmy po biegu i wycieczce. Burza rozpętała się akurat po południu. W czasie wieczornej dekoracji zdążyło się trochę rozpogodzić i cała ceremonia odbyła się pod chmurką. Zaraz po ceremonii rozpoczął się uroczysty bankiet. W międzyczasie dotarły w końcu nasze walizki. Doleciały do Sofii po południu, ale kurier z lotniska mógł podobno przyjechać dopiero następnego dnia (kiedy my mieliśmy wyjeżdżać z Borowca). Na szczęście, z pomocą przyszła nam niezawodna Galia, dyrektor wykonawczy mistrzostw. Skserowała nasze paszporty i poleciła kierowcy, żeby odebrał walizki w naszym imieniu.

Byliśmy zmęczeni po biegu, ale daliśmy jeszcze radę pokręcić się kwadrans na parkiecie. Taneczny pociąg między restauracyjnymi stolikami prowadziła Andrea Mayr. W nocy poczułem się w obowiązku, żeby przygotować relację z mistrzostw. Miałem w końcu ładowarkę do aparatu (bateria padła po wycieczce pod Musalę) i kable, żeby zgrać wszystkie zdjęcia. Położyłem się spać dopiero przed drugą, ale duża część mistrzowskiego towarzystwa jeszcze się wtedy bawiła.

Budzik zerwał nas ze snu przed szóstą rano. Ciężko było wstać z łóżka po wyczerpującym dniu i 4 godzinach odpoczynku. "Chce Ci się wstawać?" - zapytałem. "Nie, ale umówiliśmy się z Dominiką na trening na szóstą. Mam nadzieję, że jej też nie chciało się wstawać" - odpowiedziała szczerze Anulka. Niestety, a raczej na szczęście, Dominika czekała, a do tego namówiła też Grześka. Kwadrans później byliśmy już na dole i pobiegliśmy na zachód w stronę miejscowości Beli Iskar. Grzesiek nie czuł się najlepiej i zrezygnował z dalszego treningu. We trójkę pokonaliśmy między innymi trasę biegów narciarskich, ale większość odcinków przebiegliśmy po asfalcie. Ulica była otaśmowana, bo akurat tego dnia organizowano tu rajd samochodowy. To chyba bardzo popularny sport w tych okolicach. Sprzedawca w markecie przy hotelu miał wywieszone przy kasie swoje zdjęcie Kimmi Raikkonenem.

Wróciliśmy do Borowca i pobiegliśmy jeszcze kawałek na wschód, gdzie obejrzeliśmy ekskluzywny, 5-gwiazdkowy hotel Festa Winter Palace. Cała polska ekipa wyjeżdżała zaraz po śniadaniu, my mieliśmy jeszcze 2 godziny czasu na spokojne spakowanie się (choć specjalnie nie zdążyliśmy się wypakować) i posurfowanie po Internecie.

Do Sofii wracaliśmy autokarem, więc droga była bardziej bezpieczna. Odwieźli nas na samo lotnisko, skąd dojechaliśmy miejskim autobusem nr 84 w okolice naszego hotelu. Mieścił się on niedaleko parku Borisova Gradina, na wschód od głównej arterii miasta - Tsarigradsko shose. Lokalizację hotelu wybrałem nie przez przypadek - w tym parku zamierzałem przebiec maraton.

Na dole naszego hoteliku mieścił się fryzjer i pub. Obsłużyła nas młoda dziewczyna i wskazała nasz apartament. Mieliśmy do dyspozycji prywatny aneks kuchenny i mogliśmy przygotowywać sobie posiłki.

Nie zabawiliśmy długo w pokoju i wybraliśmy się na spacer do centrum Sofii. Przeszliśmy się parkiem Borisova Gradina, a potem ulicą Cara Oswobodziciela do skrzyżowania z Lewskiego. Przy tej ulicy mieszczą się instytucje naukowe: Uniwersytet Sofijski, Akademia Sztuk Pięknych i Biblioteka Narodowa. Po drodze mijały nas kolejne trolejbusy, które do tej pory są popularnym środkiem komunikacji w Sofii.

Jeziorka w północnej części parku Borisova Gradina, gdzie następnego dnia przebiegłem maraton
Uniwersytet Sofijski
Akademia Sztuk Pięknych, a przed nią przejeżdżający trolejbus - popularny środek komunikacji w Sofii

Chwilę później dotarliśmy do Katedry Aleksandra Newskiego - olbrzymiej cerkwi na placu o tej samej nazwie. Przed stojącym nieopodal budynkiem bułgarskiej parlamentu zbudowano miasteczko namiotowe, a w oddali już było słychać nadchodzący tłum protestujących. Trafiliśmy akurat na okres masowych demonstracji antyrządowych. Protestujący chodzili tam i z powrotem główną ulicą Cara Oswobodziciela, a tego typu pokojowe demonstracje odbywały się praktycznie codziennie wieczorem.

Katedra Aleksandra Newskiego na placu o tej samej nazwie
Otoczony barierkami budynek parlementu - przygotowania do kolejnej manifestacji
Namioty rozstawione na Placu Parlamentarnym

W drodze do ścisłego centrum minęliśmy między innymi ładny Kościół Rosyjski, kilka muzeów i budynek banku centralnego. Zatrzymaliśmy się na chwilę przed muzeum archeologicznym i Pałacem Prezydenckim. Można swobodnie wejść na podwórze, we wnętrzu którego stoi Rotonda Sveti Georgi (kościół św. Jerzego) - wczesnochrześcijańska świątynia wybudowana przez Rzymian w 4 wieku naszej ery. Dookoła odsłonięto archeologiczne pozostałości okolic kościoła.

Kościół Rosyjski
Pałac Prezydencki
Muzeum Archeologiczne
Rotunda św. Jerzego (Rotonda Sveti Georgi)

Wyszliśmy na długi Plac Niepodległości przy którym stoi budynek rządowy, a w zachodniej części placu - statua Sveta Petka Samardzhiiska. Z placu przeszliśmy na południe, mijając cerkiew Świętej Nadziei.

Anulka na Placu Niepodległości, w tle Sveta Petka Samardzhiiska
Plac Niepodległości - widok na wschód
Sveta Nadelya
Rzeki przepływające przez Sofię nie są zbyt szerokie

W drodze powrotnej zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy do naszego apartamentu, żeby obejrzeć męski finał Wimbledonu. Nasz Jerzy Janowicz odpadł wcześniej w półfinale z faworytem gospodarzy - Andy Murray'em, naprzeciwko którego stanął w ostatecznej rozgrywce utytułowany Serb Novak Djoković. Murray nie dał szans Djokovicowi - pokonał go 3:0 i został pierwszym Brytyjczykiem od 77 lat, który wygrał prestiżowy turniej wielkoszlemowy na trawiastych kortach Wimbledonu.

Dzięki temu, że mecz szybko się skończył, mieliśmy jeszcze czas, żeby spokojnie przejść się po parku i obejrzeć trasę, na której mieliśmy biegać następnego dnia. Wyznaczyłem pętlę, która według GPS-a w moim telefonie i aplikacji RunCalc wynosiła 1780 metrów. Dla pewności wyznaczyłem jeszcze dystans na mapie i wskazania były identyczne. Ponieważ starałem się biegać najbardziej optymalną drogą na szerokich alejkach, to założyłem, że nadrobię na pętli jakieś 20 metrów, a 42195/1760 = 23,97, czyli przy zaokrągleniu musiałem przebiec 24 kółka, żeby mieć pełny maraton. Anulka obiecała, że będzie mi towarzyszyć przez większość trasy i zrobi 35 km.

Mapa trasy mojego maratonu, zrobiłem 24 takie kółka

W drodze powrotnej do hotelu nie musieliśmy przechodzić przejściem podziemnym, bo po obu pasach ulicy szła manifestacja, więc po prostu wmieszaliśmy się w tłum demonstrantów. Wieczór spędziliśmy w knajpie pod naszym hotelem.

Protestanci na głównej arterii miasta - alei Cara Oswobodziciela
Odpoczywamy w ogródku piwnym pod naszym hotelem

Rano wstałem wcześnie, zjadłem śniadanie i przygotowałem rzeczy na maraton. Z hotelu wyszliśmy o 7 i chwilę później zaczęliśmy kręcić kółka w parku. Anulka najpierw zrobiła ze mną rozgrzewkę, potem trochę się porozciągała i znów do mnie dołączyła. Przy parkowych alejkach ukryliśmy 3 butelki z wodą z miodem oraz torbę z bananami. Jak zwykle w takich sytuacjach, mieliśmy przygody ze znikaniem tych rzeczy. Pokrojone banany zjadł nam jakiś bezdomny, a historia bidonu z logo Jungfrau Marathon była bardziej skomplikowana, bo zapomniałem, że przenieśliśmy go w inne miejsce i byłem pewien, że zabrały go służby sprzątające park. Mimo wszystko, nie narzekałem, bo pół banana udało mi się zjeść w czasie biegu, a wody z miodem miałem pod dostatkiem.

Był to jeden z moich najbardziej udanych indywidualnych maratonów, chyba pierwszy raz w takiej sytuacji pobiegłem drugą połówkę szybciej niż pierwszą. Dla celów kronikarskich kolejne kółka robiłem w takich czasach: 9:02, 8:17, 8:08, 7:44, 7:46, 8:02, 7:52, 8:27, 7:50, 7:58, 8:06, 8:51 (połówka w 1:38:08), 8:00, 8:25, 8:15, 8:34, 8:12, 7:50, 8:14, 8:14, 8:04, 7:46, 7:56, 7:44 (finisz w 3:15:27). Po biegu nie byłem nawet specjalnie zmęczony, w przeciwieństwie do Anulki, która odczuwała jeszcze wyczerpujący bieg na ME, a poza tym, oszczędzała dla mnie wodę i niewiele piła.

Zaczynam ostatnie, 24. kółko po parku
Mój support był zmęczony bardziej ode mnie ;-)

Od razu po biegu poszliśmy do parkowej knajpy przy kortach tenisowych, żeby świętować zdobycie przeze mnie 36. stolicy europejskiej. Potem szybko wróciliśmy do hotelu, wykąpaliśmy się, zjedliśmy coś i trzeba było się zbierać na lotnisko. Wszystko przebiegło zgodnie z planem, poza tym, że Anulce znowu zgubili walizkę. Potem przez cały dzień nie było w ogóle wiadomo, gdzie ona jest, aż w końcu znalazła się w ...Kopenhadze. Może obsłudze lotniska w Berlinie pomyliły się symbole lotnisk, bo Kopenhaga i Kraków mają w miarę podobne, a loty do tych miast były mniej więcej o tej samej godzinie. Walizka dojechała do Bielska dopiero dwa dni później wieczorem.

Mimo tych wszystkich przygód z bagażami, wyjazd do Bułgarii była bardzo udany. Anulka świetnie pobiegła w Mistrzostwach Europy, zobaczyliśmy najwyższe pasmo górskie na Bałkanach, a na koniec zwiedziliśmy Sofię, a ja zaliczyłem maraton w 36. stolicy europejskiej.

Galeria zdjęć z Bułgarii

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin