O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2012-11-10, Beskidy (Polska)


Powrót na maratońskie podium
i to w moich pięknych Beskidach

Relacja Roberta z 77. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:31:35

2 /
172

1.2


Maratony Roberta

W sobotni poranek stawiliśmy się z Darkiem w Radziechowach koło Żywca na starcie Maratonu Beskidy. Pogoda była piękna, a przebieg trasy przez najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego, Skrzyczne (1257 m n.p.m.), gwarantował wspaniałe widoki.

Trasa Maratonu Beskidy zmierzona przy pomocy aplikacji RunCalc

Nie powiem, żebym jakoś specjalnie przygotowywał się do tego maratonu. Byłem już trochę zmęczony sezonem, miesiąc wcześniej pobiegłem mocno w Chicago, nie zrobiłem od tego czasu żadnego cyklu treningowego ani specjalnej diety białkowej, którą stosuję przeważnie przed maratonami, na których mi zależy wynikowo. Chciałem po prostu wybiec na Skrzyczne i cieszyć się samym biegiem.

Na liście startowej straszyło kilka "mocnych nazwisk", więc powiedziałem Anulce, że jak skończę szósty, to będzie dobrze. Nie liczyłem też na zdobycie niesamowitej, ponad metrowej kiełbasy, wykonanej przez zakład Dobija z Żywca. Pamiętam, jak dwa lata temu po zwycięstwie Anulki w Maratonie Beskidy delektowaliśmy się taką kiełbasą, która jest wielka nie tylko dzięki długości, ale też wspaniałemu smakowi. Za target postawiłem sobie wynik 3:33:33. Dwa lata temu pobiegliśmy tu wprawdzie oboje dokładnie 3:31:13, ale wtedy trasa była nieco łatwiejsza, nie przebiegała przez szczyt Skrzycznego, tylko trawersowała nieco niżej. Wiedziałem, że ten ostatni odcinek kamienistego szlaku na szczyt Skrzycznego będzie bardzo ciężki.

Baner Maratonu Beskidy w Radziechowach, fot. maratonbeskidy.pl

Darek podchodził do maratonu z respektem, ale również z charakterystycznym dla siebie optymizmem :-)

Wystrzał startowy oddali Zbójnicy Beskidzcy, fot. maratonbeskidy.pl
Po starcie majstruję coś jeszcze przy RunCalc-u, fot. beskidzkaturystyka.pl

Wystartowaliśmy przy stadionie GKS Radziechowy i od razu zaczął się łagodny podbieg asfaltem w kierunku masywu Beskidu Śląskiego. Potem zbiegliśmy na krosowe, błotniste ścieżki między łąkami. Szybko uformowała się czołówka biegu, w której początkowo spokojnie biegli Jakub Glajcar z Wisły i Lucek Chorąży ze Skawinek, a kroku próbował im dotrzymać Dawid Streit z Bielska. Ja biegłem kawałek z kolegą, który prezentował bardzo ładną technikę biegu i zastanawiałem się, czy utrzyma ją aż de mety.

Po dwóch kilometrach Jakub i Lucek ruszyli mocniej do przodu. Gonienie ich byłoby szaleństwem. Jakub wygrał tydzień wcześniej Cross Beskidzki w Węgierskiej Górce, na 18 km trasie włożył mi 9 minut (ja byłem jedenasty). Do tego miał już doświadczenie długodystansowe, bo brał udział w tegorocznym Biegu Siedmiu Dolin w Krynicy. Lucek (trzeci tydzień wcześniej we wspomnianym krosie) miał bardzo duże doświadczenie długodystansowe w górach. Dwa lata wcześniej wygrał Maraton Beskidy, a rok wcześniej zwycięstwo stracił dopiero w końcówce na rzecz Piotra Karolczaka, innego świetnego długodystansowca.

Jakub i Lucek nie pozwolili mi długo oglądać swoich pleców i zniknęli mi gdzieś za drzewami. Od prowadzących odpadł Dawid i dołączył do naszej dwójki. Po powrocie na asfalt chwilę sobie z nim porozmawiałem, a w tym czasie kolega lądujący na śródstopiu znacząco nas wyprzedził. Ja oszczędzałem siły, nieco odpuściłem i spadłem na piątą pozycję. Dopiero w Ostrym zacząłem nieco mocniej biec, wyprzedziłem Dawida i zacząłem dochodzić trzeciego zawodnika.

W Ostrym czekała na mnie niespodzianka, przywitał mnie mój teść, który przyjechał z Łodygowic, żeby mi pokibicować. Takie wsparcie bardzo mi się przydało, bo tata Anulki ma duży dar do motywowania innych osób, dzięki czemu w tym miejscu kibicowali mi wszyscy, łącznie z kapelą góralską :-)

Picie podawały sympatyczne panie strażaczki
Ostre - tutaj biegnę jeszcze na czwartym miejscu, ale udało mi się wyprzedzić panią na rowerze ;-), fot. Tadeusz Świerczek
Prowadząca dwójka do doliny wbiegła 4,5 minuty przede mną, fot. maratonbeskidy.pl
Kiedy zaczął się dłuższy podbieg, udało mi się wskoczyć na trzecie miejsce, fot. maratonbeskidy.pl
Tymczasem w Ostrym zabawa trwa w najlepsze - teść tańczy z jedną z biegaczek, Katarzyną Rolbiecką z Bytowa :-), fot. beskidzkaturystyka.pl

Kiedy wbiegliśmy do Doliny pod Skrzycznym, zaczęły się prawdziwe góry. Najpierw droga pięła się delikatnie, ale mimo wszystko tutaj moje doświadczenie górskie wzięło górę. Udało mi się wyprzedzić tego ładnie biegnącego zawodnika i przesunąłem się na pozycję medalową. Moje założenie było takie, żeby na Skrzyczne biec przez cały czas, bez chwili przejścia do marszu i przespacerować się dopiero na kamieniach na niebieskim szlaku pod szczytem. 2 lata temu sztuka wybiegnięcia tą drogą mi się nie udało. Na tym podbiegu wyprzedził mnie Paweł Krawczyk, odłączyli się ode mnie również Anulka i Wojtek Starzyński. W czasie podchodzenia na Skrzyczne straciłem do nich dwie minuty, które musiałem potem odrabiać na zbiegu. Teraz biegłem sam i chciałem, żeby tak zostało.

Pod kopułą Skrzycznego widoki robiły się coraz piękniejsze i wynagradzały mi zmęczenie długim podbiegiem. Dotarłem do punktu żywieniowego, przy którym trasa przechodziła na niebieski szlak - stromy i kamienisty. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy niecałe sto metrów przed sobą zobaczyłem Lucka. Szedłem mocno do góry i po krótkim czasie, jeszcze przed lasem, udało mi się go dojść. Okazało się, że miał jakieś problemy z mięśniem i nie mógł już tak szybko biec. Przez krótki odcinek lasu pobiegłem już sam i na ośnieżony szczyt Skrzycznego wbiegłem na drugim miejscu. Tutaj zaczął się zbieg, początkowo stromy i błotnisty. Potem trasa biegła już tą samą drogą, którą pokonywaliśmy 2 lata wcześniej. Tutaj na otwartej przestrzeni miałem dobry ogląd na trasę. Nie widziałem przed sobą Jakuba, był daleko przede mną. Za mną z kolei też nikogo nie było, ale wiedziałem, że duża grupa pościgowa jest dość blisko. Spokojnie zbiegłem doliną pod Skrzycznym i pilnowałem, żeby zachować siły na ostatnie 13 km.

Znowu w Ostrym, na 30. kilometrze biegnę na drugim miejscu, fot. Tadeusz Świerczek

Dobiegłem z powrotem do Ostrego, gdzie znowu czekał na mnie teść. Jak się potem dowiedziałem, za mną ambitnie zbiegał Lucek, ale na punkcie odżywiania zrezygnował z pościgu, spędził tam kilka minut i dał się wyprzedzić kilku zawodnikom. Dzięki teściowi jadącemu autem wiedziałem, że mam przewagę około kilometra nad grupą pościgową. Nie oglądałem się za siebie, tylko koncentrowałem się na biegu. Na asfalcie, mimo kilku górek, udało mi się cały czas biec, a Matyska była coraz bliżej. Góra ta jest nazywana Golgotą Beskidów. Prowadzi na nią droga krzyżowa, a na szczycie stoi charakterystyczny krzyż z nieco opuszczonymi ramionami. Dobieg do górnego ronda w Radziechowach ulicą Świętego Marcina był męczący, miałem coraz mniejszy zakres ruchu i tempo niestety spadło. Jeszcze gorzej było na asfaltowej części drogi krzyżowej. Powoli piąłem się do góry, mijając kolejne stacje. Na końcu asfaltu był punkt odżywczy. Tam wziąłem butelkę i zacząłem maszerować na szczyt Matyski, popijając Izotonik. "Jest super, byle tylko nie stracić tego drugiego miejsca" - pomyślałem.

W czasie podejścia pod Matyskę widziałem za sobą jaskrawą koszulkę Włodzimierza Walusia, co zmotywowało mnie do biegu, fot. maratonbeskidy.pl

Po połowie podejścia na Matyskę spojrzałem w dół i z przerażeniem zobaczyłem trzeciego biegacza, który właśnie zaczął dziarsko podbiegać pod górę. Natychmiast zacząłem biec i podnosić mocno nogi do góry. Na szczycie wyrzuciłem butelkę z Izotonikiem, przebiegłem pod krzyżem i rozpocząłem krosowy zbieg. "Daleko jeszcze?" - pytam strażaków. "Ze cztery kilometry, meta jest przy tamtym białym budynku" - usłyszałem w odpowiedzi. Zmartwiło mnie to, bo pamiętam z mapy, że to powinien być to krótszy odcinek, na pewno nie 4 kilometry. Straciłem nieco koncentrację i nie zauważyłem, że zgubiłem trasę. W pewnym momencie pobiegłem łąką na wprost, patrząc cały czas na biały budynek szkoły, przy którym była meta. Okazało się, że jak na złość, trasa przebiegała w prawo. Na skraju łąki zobaczyłem na szczęście szarfy, do których musiałem się wrócić. Przebiegłem przez to jakby po dwóch bokach kwadratu, zamiast po jego przekątnej. Niestety, powrót na trasę kosztował mnie kilkanaście sekund, co bardzo mnie zmartwiło w obliczu zbliżającego się pościgu.

Zbiegam dalej stromą, błotnistą ścieżką, na jej końcu strażacy pokazują mi drogę do mety - jeszcze 2 kilometry. Teraz do końca prosto błotnistą ścieżką przez łąki, na szczęście raczej płasko, a potem w dół. Niestety, zaczynają łapać mnie kurcze w wewnętrznych partiach mięśni łydek. Obie nogi odmawiają posłuszeństwa - mięśnie sztywnieją, muszę zwalniać, krzyczę z bólu. Oglądam się za siebie co jakiś czas, mijam jakichś ludzi, którzy wyprowadzą spaniela. Pies wyraźnie nie darzy mnie sympatią. Meta jest coraz bliżej, widzę Bartka Golca, który mierzy czas. "Jeszcze siedemset metrów" - dowiaduję się. Wyprzedzam dziarsko przebierającego nogami nordic walkera, skręcam w prawo, w lewo i jest meta! Jestem drugi, udało się! :-)

Meta w Radziechowach - obroniłem drugie miejsce, radość była ogromna :-), fot. Tadeusz Świerczek
Gratulacje od komandora Edwarda Dudka, fot. Tadeusz Świerczek

Na mecie czekał na mnie teść - niezawodny kibic i świetny serwis. Jechał na mną po 30. kilometrze, nie wpuścili go tylko na Matyskę, bo tam była za wąska droga. Dzięki temu spokojnie zdążył na metę i widział finiszującego Kubę. Straciłem do niego przeszło kwadrans, tymczasem sam ledwie obroniłem drugie miejsce. Gonił mnie Włodzimierz Waluś z Bielska, świetny biegacz narciarski i trener. Bardzo dobrze rozłożył siły i mocno cisnął końcówkę. Przybiegł pół minuty po mnie, więc gdyby ten maraton był trochę dłuższy, to ciężko byłoby mi się obronić. Niewiele po nas dobiegł Tomasz Kłodnicki z Mszany Dolnej, ósmy w tegorocznym Biegu Siedmiu Dolin. Wysoko byli też znani ultrasi z kategorii M-50 - Jacek Łabudzki i Zbigniew Malinowski. Mój czas 3:31:35 był o 22 sekund gorszy, niż uzyskany 2 lata wcześniej, ale trzeba pamiętać, że trasa była wtedy nieco łatwiejsza, bo nie wybiegaliśmy na szczyt Skrzycznego. Poza tym, zrealizowałem swój target 3:33:33 ;-)

Jak się potem okazało, świetnie poszło też Darkowi, który pewnie połamał 4 godziny, zajał 20. miejsce, a w końcówce wyprzedził Dawida Streita, który przecież na początku biegł w ścisłej czołówce. Brawo, Darek! :-) Niestety, nie udało nam się spotkać chwilę po biegu, ale potem opowiedział mi zabawną historię:

"Pewien rolnik jadąc na swoje pole z furą załadowaną obornikiem próbował przejechać przez linię mety. Został tam zatrzymany przez wójta i wdał się z nim w sprzeczkę, w efekcie zawodnicy finiszujący musieli omijać furmankę z niezwykłym zdziwieniem na twarzy :-) Po kilku minutach furman musiał uznać argumenty wójta, zawrócił swój rydwan i pojechał z powrotem."

Chwilę odpocząłem i poszedłem po samochód, który zostawiłem w okolicach startu. Po drodze zaskoczyły mnie nieco oznaczenia trasy maratonu i zacząłem się zastanawiać, czy na pewno dobrze idę. Spytałem miejscowego o drogę, ten spojrzał na mnie z przerażeniem i powiedział, że to strasznie daleko, ja wyglądam fatalnie i muszę iść z nim z powrotem na metę, a stamtąd ktoś podwiezie mnie samochodem. Opowiadał, że kiedyś startował z Edkiem Dudkiem w biegach narciarskich i dobrze wie, co to jest zmęczenie po biegu. Ja się broniłem, że to mój 77. maraton, wiem co robię i sam dojdę, ale dałem się przekonać do powrotu. Faktycznie, jeden z uczynnych organizatorów podwiózł mnie swoim autem do samochodu, po czym wróciłem na metę nie na dwóch nogach, ale na czterech kółkach.

Poza pozytywnymi wrażeniami z maratonu, byłem tylko wkurzony kwestią pryszniców. Miały być w szkole, oddalonej nieco od mety, do tego położonej na górce. Poszedłem tam z ciężką torbą na plecach, ale dostanie się na teren szkoły było bardzo ciężkie, bo wszystkie bramy były pozamykane. Wszedłem dopiero ostatnią bramą, na samym końcu, ale do budynku szkoły nie udało mi się dostać. Marzyłem o ciepłym prysznicu, a tymczasem przeszło pół godziny spędziłem na chodzeniu z torbą w bezowocnych poszukiwaniach. Ponieważ nie było żadnych informacji, w końcu założyłem ciuchy na brudne ciało, po czym wróciłem do samochodu, włączyłem silnik i udało mi się trochę ogrzać.

Impreza na zakończenie odbyła się w dużej, ocieplanej sali ze sceną. Stoły były zastawione, była zupa, kilka makaronów do wyboru, a na deser ciasto i gorąca kawa lub herbata. Teść rozmawiał ze wszystkimi, w tym z oficjelami z tutejszych gmin i był w swoim żywiole. Opowiadał, jak w czasie kibicowania na trasie grał na akordeonie i tańczył z uczestniczkami biegu. Ja również przyjemnie spędzałem czas, rozmawiałem z wieloma znajomymi i dopiero poznanymi biegaczami. Kiedy wychodziłem na scenę, gratulował mi generał Roman Polko (były komandos i dowódca GROM), którego znam jeszcze z czasów biegów w Warszawie. Pytał, dlaczego zająłem dopiero drugie miejsce. Pewnie pomylił mnie z Aleksem ;-) Nagrody na scenie wręczała mi między innymi pani posłanka Małgorzata Pępek, na którą głosowałem w ostatnich wyborach parlamentarnych. Również wymieniliśmy kilka miłych zdań.

Dekoracja gereralki, fot. jakubglajcar.pl
Dekoracja najlepszych w kategorii M-30; swoją metrową kiełbasę już dostałem przy dekoracji generalki ;-), fot. Ladislav Maras

Dostałem masę nagród - puchar za drugie miejsce w generalce i statuetkę za wygraną w kategorii wiekowej M-30. Poza tym, duży plecak turystyczny, do którego włożyłem ogromne tomisko atlasu turystycznego Polski, a także mapę Beskidów (moja żona wie, że uwielbiam mapy). Najcenniejszym trofeum była jednak wspomniana wcześniej przeszło metrowa kiełbasa, której kawałki sprezentowałem potem kilku osobom, bo sami w domu nie dalibyśmy rady jej zjeść przez miesiąc ;-)

Już dawno nie wracałem z zawodów tak obładowany ;-), fot. Ladislav Maras

Po biegu pojechaliśmy z teściem do Łodygowic, gdzie czekało nas kolejne miłe przyjęcie. Anulka dobiegła tego dnia do Łodygowic z Bielska i pomogła swojej mamie przygotować super jedzenie. Żeby uczcić mój sukces, teść otworzył oryginalnego francuskiego szamapana. To był bardzo udany dzień i zawsze będę miło wspominał Maraton Beskidy a.d. 2012 :-)

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin