O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2012-07-07, Zermatt (Szwajcaria)


Udany maraton
pod najpiękniejszą górą świata

Relacja Roberta z 74. maratonu

Czas

Miejsce

%

4:04:03

51 /
812

6.3


Maratony Roberta

Zermatt jest jednym z czterech kultowych maratonów górskich, obok Liechtensteinu (biegłem tam w 2008 roku), Davos i Jungfrau. W tym ostatnim mieliśmy wystartować na początku września w ramach mistrzostw świata w długodystansowym biegu górskim. Anulka zakwalifikowała się na Jungfrau, wygrywając Bieg Marduły, a ja zapisałem się na ten maraton już dużo wcześniej. Trasy Jungfrau i Zermatt są podobne - przez pierwszą połowę dystansu biegnie się głównie po płaskim, by prawdziwą wspinaczkę rozpocząć w drugiej części. Zermatt jest jednak trudniejszy, bo na początku jest trochę pod górę i na zmiennej nawierzchni, a pierwsza połówka w Interlaken (tam startuje Jungfrau Marathon) to płaski asfalt.

Po porównaniu tych tras, Anulka zaproponowała mi, żebyśmy przetarli się w Zermatt Marathon, na dwa miesiące przed docelową imprezą. Ja bardzo chętnie się zgodziłem. Zermatt kolidował wprawdzie z trzecią edycją Maratonu Gór Stołowych, ale tam biegaliśmy już dwa razy i postanowiliśmy spróbować czegoś innego - maratonu pod górę.

Do Zermatt jechałem z pewnymi obawami co do mojej formy. Anulka wyprzedzała mnie we wszystkich biegach, w Biegu Marduły o przeszło kwadrans. Szacunek do tej trasy budziły opowieści naszego kolegi Krzyśka, który Jungfrau ukończył bez problemu, a w Zermatt dwukrotnie dosłownie znosili go z trasy. Widziałem jednak, że w przypadku Anulki realny jest wynik w okolicach 4 godzin, ja liczyłem na 4:15. Przede wszystkim jednak, czekaliśmy na dobrą pogodę i piękne widoki w Alpach.

Dotarcie do Zermatt nie było łatwe. W piątkowy poranek pojechaliśmy na lotnisko w Katowicach, skąd liniami Wizzair przelecieliśmy do położonej niedaleko Mediolanu miejscowości Bergamo. Tam przejechaliśmy na parking, na którym stało wynajęte przez nas auto - Fiat 500 z silnikiem 95 KM - wersja mocniejsza niż samochód Anulki. Można się było ścigać na włoskich autostradach ;-)

Ja pełniłem rolę nawigatora i miałem wszystko świetnie rozpoznane od granicy między Włochami i Szwajcarią. Niestety, nie byłem pewien trasy we Włoszech i żeby się upewnić, kupiłem na stacji porządną mapę i stałem się pilotem pełną gębą. Anulka przez całą podróż dzielnie prowadziła. Z Bergamo do Zermatt jest 276 km. Na początku jedzie się autostradami, ale potem trzeba przejechać przez góry. Widoki są bardzo ładne, ale prędkość poruszania się nie jest zawrotna. Po stronie szwajcarskiej w okolicach Brig jest dodatkowe utrudnienie - krótki odcinek autostrady. Dlaczego autostrada jest utrudnieniem? - bo żeby na nią wjechać, trzeba opłacić winietkę za 40 franków. Na szczęście opracowałem objazd tego bardzo krótkiego odcinka autostrady i nie musieliśmy ponosić zbędnych kosztów. Czasowo wyszło oczywiście trochę gorzej, ale i tak się opłacało.

Po niecałych 4 godzinach podróży dotarliśmy do miejscowości St. Niklaus, gdzie mieściło się biuro zawodów, a następnego dnia miał startować Zermatt Marathon. Nazwa maratonu pochodzi od miejscowości Zermatt, która znajduje się 20 km na południe od St. Niklaus. Zermatt jest całkowicie otoczony górami i nie da się tam dojechać samochodem. Jedynym transportem jest kolejka, która kończy swój bieg właśnie w Zermatt. Na szczęście w ramach wpisowego na maraton mieliśmy zapewnione darmowe bilety na tę kolejkę na 3 dni biegowego weekendu.

Dojechaliśmy - Anulka na głównym placu w St. Niklaus, skąd startuje Zermatt Marathon
Wszystko dobrze oznakowane

Po załatwieniu wszystkich formalności w biurze zawodów, wsiedliśmy do pociągu i podjechaliśmy do Zermatt, żeby wziąć udział w pasta party i obejrzeć tę piękną miejscowość, przez którą mieliśmy przebiegać następnego dnia na półmetku maratonu. Jak się potem okazało, z numeru Anulki oderwali kupon na bagaż, a ten na pasta party pozostał na swoim miejscu, dzięki czemu następnego dnia mogliśmy znowu skorzystać z posiłku po promocyjnej cenie. Warto było zapłacić 5 franków - makaron był smaczny, w dużej porcji, a dla obżartuchów (jak ja) była opcja zapchania się dodatkowo smacznym pieczywem ;-)

Pasta party w Zermatt

Wróciliśmy pociągiem do St. Niklaus i podjechaliśmy do naszego hotelu "zum Fravler", który mieścił się w Mattsand, ponad 3 km na południe od St. Niklaus. Pensjonat cenił się bardziej niż najlepsze hotele w Polsce, ale w końcu przyjechaliśmy do Szwajcarii i to do jej drogiej alpejskiej części. Na szczęście pokój był czysty z ładnym widokiem (w sumie tutaj z każdego pensjonatu są ładne widoki), pożyczyli nam konwerter elektryczny i suszarkę, a śniadanie udało się wynegocjować na 6:45 - super :-)

Rano na śniadaniu okazało się, w pensjonacie nocowało jeszcze kilku maratończyków, co nie było dla nas zaskoczeniem. Na start udaliśmy się pieszo, wiedząc o trudnościach z parkowaniem w St. Niklaus. Niestety, nie wpadliśmy na pomysł, żeby przynajmniej trochę podjechać w stronę miasteczka, przez co przedmaratoński rozruch okazał się bardzo konkretny - prawie 4 km. Na starcie spotkaliśmy Marka Kilarskiego z Bielska, który miał już spore doświadczenia w tego typu imprezach - kilka razy biegł Zermatt i Jungfrau.

Idziemy z naszego hotelu na start, o dziwo oznaczenie spotkaliśmy dość wcześnie

Zostaliśmy przydzieleni do grupy elity, która startowała 15 minut przed resztą stawki. Przydział następował na podstawie wyników w płaskim maratonie poniżej 3 godzin lub deklarowanym czasie Zermatt Marathon poniżej 4 godzin. Ja nie liczyłem tutaj na tak dobry wynik, ale przepustkę z płaskiego maratonu miałem zapewnioną.

Tuż przed startem Anulka namówiła mnie, żebym zdjął T-shirt, który miałem pod koszulką Byledobiec. Decyzja wydawała się słuszna, bo słońce wyszło nad doliną i zrobiło się ciepło. Koszulkę umieściłem w stosie drewna, a odzyskałem następnego dnia, kiedy przejeżdżaliśmy w tym miejscu.

Gotowi do startu; ja jeszcze później zrzuciłem nadmiarową koszulkę

Wystartowaliśmy punktualnie, najpierw przebiegliśmy krótki odcinek płaskiego fragmentu na północ, po czym zawróciliśmy, żeby wspiąć się do centrum St. Niklaus. Odcinek trasy do Mattsand znaliśmy dobrze, bo rano spacerowaliśmy tą uliczką. Minęliśmy nasz pensjonat, przy którym kibicowali nam jego właściciele. Wybiegliśmy nad jeziorko w Mattsand. Anulka zaczęła bieg bardzo spokojnie i zajmowała miejsce poza pierwszą dziesiątką, ale powoli zaczęła przesuwać się do przodu. Ja na początku trzymałem się kawałek za żoną, ale potem ją dogoniłem i od tego czasu biegliśmy cały czas razem.

Cały czas biegliśmy zachodnią częścią doliny. Ominęliśmy Herbriggen krosową trasą nad potokiem, po czym przecięliśmy tory kolejowe, by wbiec do miejscowości Randa. Tutaj przywitała nas orkiestra i bardzo dobrze zaopatrzony punkt odżywczy. W tej kwestii Zermatt Marathon powinien być wzorem dla innych tego typu imprez.

Z Randa do Tasch biegliśmy cały czas asfaltem, ale tym razem we wschodniej części doliny. W Tasch minęliśmy 15 km, w czasie których pokonaliśmy 400 metrów przewyższenia (z ponad 1000 na 1440 m n.p.m.). Wydaje się, że to nie jest dużo, ale trudności miały się dopiero zacząć.

Za Tasch biegliśmy wzdłuż torów kolejowych, a turyści z pociągów serdecznie nas pozdrawiali, bili brawo i krzyczeli z okien. Ten odcinek pokonałem z uśmiechem na twarzy. Potem przebiegliśmy mostem, zawieszonym wysoko nad strumieniem w wąwozie. Widoki zapierały dech w piersiach. Na szczęście szybko wybiegliśmy wyżej, bo z zachwytu mogło mi nie starczyć tchu.

Tutaj zaczęła się prawdziwa górska trasa, jaką lubimy. Szybko przebiegliśmy obok Czeszki, która w tych górskich okolicznościach przyrody wyraźnie osłabła. Na wąskich ścieżkach górskich przed Zermatt udało nam się wyprzedzić jeszcze kilku zawodników. Niestety, w Zermatt straciliśmy część tej przewagi, bo niedaleko przed półmetkiem drogę zajechał nam pociąg.

Bieg główną ulicą Zermatt był ciekawym doświadczeniem. Niestety, Anulka uznała, że czas 1:40 jest za słaby na połówce i postanowiła przyspieszyć. Myślałem, że tutaj nasze drogi się rozejdą, bo stopniowo zwiększała przewagę. Na zawrotce w parku zacząłem jednak zmniejszać różnicę, by dogonić żonę na zbiegu. Odcinek po asfalcie wzdłuż strumienia w Zermatt pokonaliśmy już razem.

Od 25 do 32 km czekał nas długi podbieg do Sunnegga (ponad 2200 m n.p.m). Najpierw biegliśmy asfaltem, potem naturalną drogą. Nachylenie przez cały czas było konkretne, a my nawet przez moment nie przechodziliśmy do marszu. Dzięki temu, udało nam się wyprzedzić kilka zawodniczek. To właśnie na tym długim podbiegu Anulka wysunęła się na szóstą pozycję, której nie oddała już do końca biegu.

Za Sunnegga czekał nas krótki zbieg w okolicach ładnego jeziorka Leisee, ale potem była dość stroma wyrypa pod Grindjesee, na której pierwszy raz przeszedłem do marszu. Tutaj fotograf zrobił nam zdjęcia.

34. kilometr - tutaj jeszcze Anulka jest kawałek za mną...
...ale twardo podbiega, fot. Tomas Ortiz-Fernandez

Dalej zaliczyliśmy łagodny zbieg górską drogą w kierunku wschodnim, by przebiec nad strumieniem i kierować się na zachód długim, łagodnym zbiegiem w kierunku Rieffelalp.

Zbieg kończyła brutalna rzeczywistość - schody, a właściwie drabinka przy torach kolejowych. Dalej było łagodnie pod górę, ale Anulka zaczęła mi już trochę odchodzić. Kalkulowałem w myślach, czy przypadkiem nie uda mi się połamać 4 godzin, co byłoby sporym sukcesem. Wiedziałem, że już jestem zmęczony, czeka mnie stroma wyrypa, ale 3 km w pół godziny chyba jednak dam radę przebiec. Niestety, dalsza część trasy zweryfikowała moje wyobrażenie. Po wybiegnięciu z lasu widziałem, jaka trasa mnie czeka do końca.

...i końcówkę biegnie już przede mną
...a ja marzę o tym byledobiec do mety

Na tym odcinku biegłem już niewiele. Pierwszy z kilometrów wyszedł mi w 10,5 minuty, czyli poniżej planu. Anulka odchodziła mi jeszcze bardziej, a na domiar złego, obok mnie śmignęła jakaś kobieta. Niedługo potem przeszła też Anulkę. Zastanawiałem się, skąd ma tyle siły. Potem okazało się, że robiła drugą zmianę najlepszej kobiecej sztafety. Faktycznie, już wcześniej obok nas na podbiegu śmignęło sporo zawodników z zielonym numerami, którzy biegli od zmiany w Zermatt. Sztafeta zaczęła bieg po nas, więc najlepsi mieli prawo nas przechodzić. Śmiałem się na podbiegu, że mijają nas świeżaki ze sztafety. Nie wiedziałem, że ta dziewczyna też do nich należała, nie była zatem konkurencją dla Anulki.

Drugi z ostatnich kilometrów przebiegał wzdłuż obudowanych torów kolejki górskiej. Tutaj było jeszcze trudniej utrzymać założone tempo 10 min/km. W górnej części szybko przeszły mnie trzy dziewczyny: Caroline, z którą biegliśmy pierwsze 15 km, Czeszka, którą przeszliśmy przed Zermatt i jeszcze jedna kobieta. Ten kilometr zrobiłem w 12,5 minuty...

Ostatni cień nadziei na połamanie 4 godzin pojawił się chwilę później, kiedy wysoko nad sobą zobaczyłem wielką nadmuchiwaną bramę z logo sponsora. Takie bramy przeważnie służą jako meta. Z poprzednich oznaczeń dystansu mi to jednak nie wychodziło, przecież trzeba było jeszcze przebiec blisko kilometr. Mimo wszystko, z nadzieją wyszedłem tę wyrypę pod bramę i liczyłem na to, że niedługo dalej zobaczę metę. Nic z tego - przede mną była wielka łąka, po której poruszały się sylwetki poprzedzających mnie biegaczy...

Ostatni krosowy odcinek pokonałem z trudem i wbiegłem na metę na miękkich nogach w czasie równo 4:04. Anulka przybiegła dokładnie 3 minuty przede mną i czekała na mnie na mecie. Oboje byliśmy bardzo zmęczeni, ale jednocześnie - szczęśliwi.

Na mecie odebrałem pakiet z jedzeniem i koszulkę finiszera. Tutaj nie wystarczy się zapisać na bieg, żeby otrzymać koszulkę - trzeba go też ukończyć. Nawet nie pamiętam, kiedy zdjęli mi chipa z numeru. Długo nie mogłem dojść do siebie. Piłem dużo coli i leżałem na trawie. Czułem, jakby wewnątrz mięśni łydek i uda chodziły mi mrówki, albo ktoś mnie w tych miejscach biczował. W końcu udało mi się przebrać w szatni, ale kiedy wyszedłem znów na słońce, zwymiotowałem na trawnik dużą część coli, którą wcześniej wypiłem. Ten maraton sporo mnie jednak kosztował.

Trasa Zermatt Marathon zmierzona przy pomocy aplikacji RunCalc

Po ponad godzinnym odpoczynku - meta z widokiem na Matterhorn

Usiedliśmy w schronisku, gdzie zamówiłem herbatę i zacząłem powoli dochodzić do siebie. Niedługo później odbyła się dekoracja zwycięzców z widokiem na Matterhorn. Nagrodzono pierwszych 15 mężczyzn i 10 kobiet.

Wśród kobiet wygrała niesamowita Szwajcarka Daniela Gassmann-Bahr. Niesamowita, bo w tym roku skończyła 48 lat, a udało jej się ustanowić rekord trasy (3:29:13) i zdystansować znacznie młodsze rywalki. Szukaliśmy informacji na temat tej zawodniczki. Okazało się, że była świetną kolarką górską, występowała na igrzyskach olimpijskich, a w biegach górskich wygrywała nawet z Izą Zatorską, w czasie jej świetności. Widać, że pani Daniela nie odpuściła i świetną formę utrzymywała przez wiele lat.

Wśród mężczyzn zwyciężył Kenijczyk w barwach Szwajcarii Paul Maticha Michieka, który minimalnie połamał 3 godziny i wyprzedził kolejnego zawodnika o 8 minut. Nie pobił jednak rekordu trasy, ustanowionego w 2009 roku przez Jonathana Wyatta (2:57:47).

Anulka za szóste miejsce dostała najwyższą nagrodę pieniężną w swojej dotychczasowej karierze - w kopercie było 500 franków. Pokryło nam to koszty pobytu w Szwajcarii, a część gotówki mogliśmy zostawić na Jungfrau Marathon.

Najlepsi w Zermatt Marathon 2012 - niesamowita 48-letnia Szwajcarka
Anulka na swoim ulubionym szóstym miejscu

Spotkaliśmy Marka, który również był zadowolony ze startu. Razem z jego mamą wyjechaliśmy kolejką górską na Gornergrat (3100 m n.p.m.), gdzie kończył się ultramaraton Zermatt (trasa przedłużona o 3,5 km, jednak z dużym przewyższeniem). Na miejscu dołączyła do nas siostra Marka z narzeczonym, którzy wdrapali się na Gornergrat pieszo z Zermatt.

Z góry mogliśmy podziwiać piękne widoki na najwyższe szczyty Szwajcarii w masywie Monte Rosa: Dufourspitze (4634 m n.p.m.), Castor, Pollux, Breithorn. Na ten ostatni czterotysięcznik Anulka wspinała się parę lat wcześniej. W 2009 roku zabrała mnie z kolei na wycieczkę na Testa Grigia (3480), gdzie wyjechaliśmy z miejscowości Cervinią we Włoszech. Stamtąd można dość wygodnie wyjść na Breithorn. W oddali, odcięty od pasma Monte Rosa, stoi samotny Matterhorn. Widziałem go już 3 lata wcześniej od strony włoskiej, ale od szwajcarskiej jego bryła jest jeszcze piękniejsza. Pod Matterhorn mieliśmy podchodzić następnego dnia.

Anulka na szczycie Gornergrat
Gornergrat - lodowce na wyciągnięcie ręki

Z Gornergrat zjechaliśmy kolejką do Zermatt, a tam wykorzystaliśmy wolny kupon na pasta party. Anulka w tym czasie zjadła sałatkę. Wróciliśmy pociągiem do Herbriggen i stamtąd przeszliśmy 2 km do naszego hotelu. Z Internetu dowiedzieliśmy się, że Agnieszce Radwańskiej nie udało się pokonać w finale Wimbledonu Sereny Williams. Mimo wszystko, Polka osiągnęła największy sukces w dotychczasowej karierze.

Następnego dnia wstaliśmy rano, żeby wcześnie wyjść w góry. Nasi gospodarze nie spieszyli się specjalnie z otwarciem knajpy, więc na śniadanie musieliśmy trochę poczekać. W sobotę przygotowali pierwszy posiłek już na 6:45, więc w niedzielę na pewno należał im się dłuższy odpoczynek. Po śniadaniu zapłaciliśmy za hotel, spakowaliśmy bagaże, podjechaliśmy kawałek na parking przy dworcu Herbriggen i wsiedliśmy do pociągu jadącego do Zermatt.

Na miejscu udało nam się na spokojnie zwiedzić to urocze miasteczko. Poprzedniego dnia nie mieliśmy do tego okazji w czasie szybkiego biegu. Teraz można było napić się spokojnie wody ze źródełka na Kirchplatz, choć w okolicach kręciło się sporo świstaków ;-)

Zermatt - stąd startujemy na wycieczkę pod Matterhorn

Celem naszej wycieczki było położone na wysokości 3260 m n.p.m. schronisko Hornlihutte. To stąd przeważnie wyruszają wyprawy na słynny Matterhorn (4478 m n.p.m.). Dojście do schroniska dałoby nam możliwość prawdziwego dotknięcia tej pięknej góry.

Dzień po maratonie nie mieliśmy specjalnie ochoty na bardzo długą wycieczkę górską, w związku z tym woleliśmy oszczędzać siły, a nie pieniądze. Wykupiliśmy przejazd gondolą z Zermatt (1620) do Schwarzsee (2583). Stacją przesiadkową było Furi, skąd można też dojechać do Riffelberg, gdzie finiszowaliśmy poprzedniego dnia lub w kierunku tzw. "Lodowcowego Raju Matterhornu".

Na początku oszczędzamy obolałe po maratonie nogi, jadąc kolejką
Ale potem - nie ma przebacz

Zrobiliśmy kilka zdjęć ze Schwarzsee (po niemiecku: "Czarny Staw") i ruszyliśmy w kierunku Hornlihutte. Na początku szliśmy wschodnią częścią grani. Ścieżka doprowadziła nas do metalowych schodków, zawieszonych nad przepaścią. Potem musieliśmy przetrawersować grań na drugą stronę. Mimo dość dużej ilości chmur, mieliśmy ładne widoki na Alpy.

Po krótkim przejściu przez śnieg, zaczęliśmy strome podejście pod schronisko. Na szlaku minęlismy trochę turystów i szybko wdrapaliśmy się do Hornlihutte. Ponad 4-kilometrowe podejście ze stacji kolejki Schwarzsee zajęło nam przeszło godzinę.

Tę przepaścistą grań na szczęście trzeba obiec z drugiej strony
Matterhorn coraz bliżej, widać cel naszej wycieczki - Hornlihutte

Próbowaliśmy podejść kawałek w stronę szczytu Matterhornu, ale przepaścista trasa była tak zawalona śniegiem, że bez specjalistycznego sprzętu było to niebezpieczne. Podziwialiśmy widoki, zrobiliśmy kilka zdjęć i zaczęliśmy schodzić. Pogoda zaczęła się poprawiać, co widać na zdjęciu zrobionym nad Schwarzsee. Zjechaliśmy kolejką, obserwując oddalający się Matterhorn oraz hasające po łąkach pod nami świstaki.

Po zbiegu do Schwarzsee - jak widać, pogoda się poprawiła :-)

W Zermatt ostatni raz rzuciliśmy okiem na Matterhorn, zrobiliśmy zakupy i wróciliśmy do Herbriggen. W St. Niklaus wysiadłem na chwilę, żeby zabrać wspomnianą w tej relacji koszulkę - była na miejscu. Trochę pogubiliśmy się w czasie objazdu autostrady w Brig, ale na szczęście szybko znaleźliśmy właściwą drogę. Potem pokonaliśmy dokładnie tę samą trasę, którą przyjechaliśmy do Szwajcarii dwa dni wcześniej.

Pa, pa, Matterhornie
Zdjęcia panoramiczne, dwa pierwsze, to widok z Gornergrat, niżej - spod Hornlihutte

Późnym popołudniem dotarliśmy do Bergamo, gdzie mieliśmy zamówiony nocleg w eleganckiej agroturystyce na wzgórzach. Ja byłem zachwycony lokalizacją pensjonatu, z którego mieliśmy piękne widoki na Bergamo i góry. Pokój był odnowiony, ale umeblowany starodawnymi meblami. Pensjonat bardzo nam się podobał, choć Anulka narzekała na obecność komarów i brak klimatyzacji. Cóż, nie można mieć wszystkiego ;-)

Rano zjedliśmy śniadanie, które było reklamowane jako "domowej roboty" z zebranych na wzgórzu produktów spożywczych. Nie mieliśmy jednak zbyt dużego wyboru, a z miejscowych produktów dostępne były chyba jedynie konfitury, dość smaczne zresztą. Z pensjonatu mieliśmy szybką trasę na lotnisko. Zatankowaliśmy samochód, oddaliśmy go na parkingu i zgodnie z planem wczesnym popołudniem wróciliśmy do Polski.

Wyjazd na kultowy Zermatt Marathon był bardzo udany. Anulka zaliczyła dobry występ i zajęła świetne miejsce w doborowej stawce. Ja również pobiegłem zaskakująco dobrze. W czasie pobytu mieliśmy ładną pogodę, co pozwoliło nam na dwie przyjemne wycieczki górskie po Alpach. Tak długo podziwiałem widok Matterhornu od strony szwajcarskiej, że pozostanie on na zawsze w mojej pamięci :-)

Galeria zdjęć ze Szwajcarii

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin