O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2012-05-06, Kijów (Ukraina)


Upał i trudna trasa,
ale Kijów piękny

Relacja Roberta z 73. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:22:32

22 /
195

11.3


Maratony Roberta

W drodze do przebiegnięcia wszystkich stolic europejskich musiałem się zmierzyć z Kijowem. Przewodnik po Ukrainie dostałem w 2010 roku od mojego kolegi Marcina, który spędził w Kijowie sporo czasu na służbowej delegacji. Był to zresztą prezent na moje życzenie, który dostaliśmy z Anią w czasie naszej imprezy poślubnej. Przewodnik przeleżał na półce prawie 2 lata, ale wiedziałem, że w 2012 roku go wykorzystam.

Początkowo miałem plan, żeby przebiec indywidualny maraton w Kijowie i to z dodatkowym wyzwaniem. Przez cały dystans chciałem kopać przed sobą piłkę futbolową. Przebiegłbym pewnie powyżej 4 godzin, ale zapamiętałbym ten maraton do końca życia. Rok też byłby łatwy do zapamiętania - wtedy, kiedy wraz z Ukrainą organizowaliśmy piłkarskie Mistrzostwa Europy - EURO 2012. Gdyby Ukraińcy pozwolili mi zrealizować mój plan na Stadionie Olimpijskim, byłbym przeszczęśliwy.

Sprawy potoczyły się jednak inaczej. Okazało się, że Kijów zaczął organizować maraton. W 2011 roku impreza odbyła się we wrześniu, ale rok później zaplanowano ją na 6 maja. Tak się złożyło, że na 3 maja zostaliśmy zaproszeni z Anulką na ślub mojej koleżanki Kasi. W weekend nie mieliśmy żadnych imprez biegowych, stwierdziłem więc, że mógłbym polecieć bezpośrednio w Warszawy do Kijowa. Doszliśmy do wniosku, że będzie najlepiej jeśli polecę sam, bo Anulka musiała się zająć psem, który był trochę zaniedbywany z powodu naszych ciągłych wojaży. I tak padł plan kopania piłki w czasie maratonu w Kijowie - jechałem na oficjalną imprezę. Przy okazji chciałem się przekonać, jak Ukraina jest przygotowana do zbliżającego się EURO.

Wycieczka rozpoczęła się w czwartek, kiedy po porannym treningu wyjechaliśmy z Bielska w stronę Warszawy. W środku długiego weekendu drogi były puste i bardzo szybko dojechaliśmy do pałacyku w Otrębusach, gdzie miało odbyć się wesele. Pogoda była wspaniała, więc z przyjemnością przespacerowaliśmy się po pałacowym ogrodzie, przy okazji robiąc sobie małą sesję zdjęciową. Na ślub w Wilanowie dojechaliśmy autokarem, a potem z powrotem do Otrębusów na wesele. Trochę potańczyliśmy, ale sen szybko nas zmorzył (to przez ten poranny trening) i po północy poszliśmy spać. Rano Anulka odwiozła mnie na Okęcie i sama wróciła do Bielska.

Lot minął szybko, a ponieważ lotnisko Borispol jest umiejscowione na wschód od miasta, miałem okazję obejrzeć Kijów z lotu ptaka. Na miejscu szybko wymieniłem pieniądze i udałem się do autobusu. Był cały załadowany i stał przed nim wianuszek zagranicznych turystów. Zagadałem do młodego Ukraińca, który leciał ze mną z Warszawy i on niejako wprowadził mnie do autobusu, w którym prawie nie było już wolnych miejsc. Zapłaciłem i usiadłem z tyłu, autokar stał jeszcze parę minut i odjechał z zajętymi wszystkimi miejscami siedzącymi. Jaka to była ulga, kiedy ruszył. Myślałem, że się ugotuję na tylnym siedzeniu, wciśnięty między kilku pasażerów. Lufcik w dachu dawał cudowną bryzę w czasie jazdy.

Przejechaliśmy przez Piwdennyj Mist na południu. Po drugiej stronie Dniepru widać było wzgórze, na którym stoi Pomnik Ojczyzny-Matki oraz Peczorska Ławra. Kijowski klasztor w jaskiniach jest jedną z głównych atrakcji Kijowa. W czasie mojej wizyty nie miałem niestety okazji odwiedzić jaskiń, ale może kiedyś uda mi się ponownie zawitać do stolicy Ukrainy, żeby nadrobić zaległości.

Wysiadłem na dworcu głównym, skąd opracowaną już wcześniej na mapie trasą udałem się na piechotę do mojego Hotelu Express. Trudno go nie zauważyć, bo ma aż 16 pięter i wyróżnia się wśród raczej niskiej zabudowy okolic ogrodu botanicznego. Hotel był stary i raczej zaniedbany, ale zdecydowałem się na niego, bo była to jedna z najtańszych opcji, a ponieważ podróżowałem sam, to nie potrzebowałem specjalnych luksusów. Ceny hoteli na Ukrainie znacznie podskoczyły przed Mistrzostwami Europy, krytycznie wypowiadała się na ten temat nawet organizacja piłkarska UEFA. Wielu kibiców ogłosiło bojkot i nie chciało w ogóle przyjeżdżać na Ukrainę, żeby kibicować tu swoim drużynom. Komunikacja była bardzo słaba, właściwie w grę wchodziły tylko połączenia lotnicze z zachodu, które i tak nie były najlepsze. Ceny hoteli stanowiły dodatkowy czynnik zniechęcający. Dania rozgrywała swoje mecze grupowe na Ukrainie, a ponoć kibice zdecydowali się kibicować swojej drużynie ...z Krakowa, bo tam było po prostu dla nich wygodniej.

EURO na Ukrainie było również bojkotowane przez polityków UE, w związku z uwięzieniem byłej premier Ukrainy Julii Tymoszenko za rzekome nadużycia przy zawieraniu kontraktów gazowych z Rosją. Myślę, że część osób nie chciała przyjeżdżać na Ukrainę w obawie przed kiepską organizacją imprezy. Po tym, co zobaczyłem przy okazji maratonu, takie uprzedzenia były jak najbardziej uzasadnione. Ale o tym później.

Wyszedłem z hotelu, żeby rozruszać nogi i pozwiedzać Kijów. Szedłem ulicą Szewczenka na wschód. Po prawej stronie miałem park, po lewej minąłem sobór św. Włodzimierza. Skręciłem w lewo w ulicę Wołodymyrską, minąłem ładny budynek Domu Nauczyciela i doszedłem do kijowskiej opery. Tam skręciłem w ulicę Bogdana Chmielnickiego i doszedłem do ulicy Chreszczatyk, którą następnego dnia miałem biec maraton. Bardzo szeroka arteria otoczona była ogromnymi budynkami, które kiedyś wznoszono w celu pokazania potęgi Związku Radzieckiego. W każdą stronę prowadziły aż 4 pasy, chodniki również były bardzo szerokie. Chreszczatyk trochę przypominał mi warszawską ulicę Marszałkową, tyle że wszystko było tu dwa razy większe. Wielki zegar na jednym z budynków odliczał czas do pierwszego gwizdka na EURO 2012 - zostało jeszcze dokładnie 35 dni.

Teatr narodowy w Kijowie
Szeroka ulica Chrieszczatik, tędy przebiegała trasa maratonu
Do Euro niewiele ponad miesiąc

Doszedłem do Majdanu Niezależności (Placu Niepodległości), który jest głównym i najbardziej znanym placem Kijowa. Zapamiętałem go ze zdjęć z przełomu 2004 i 2005 roku, kiedy odbywała się tutaj pomarańczowa rewolucja, a do władzy dochodzili liderzy opozycyjni: Wiktor Juszczenko i Julia Tymoszenko. Mimo wielu problemów w czasie pierwszych wolnych wyborów na Ukrainie, Juszczenko ostatecznie został prezydentem, a Tymoszenko - premierem. W czasie mojej wizyty dużo od tego czasu się zmieniło. Juszczenko zupełnie stracił poparcie społeczne, które było marginalne, a Tymoszenko wylądowała w więzieniu z zarzutami rzekomej defraudacji i zlecenia zabójstwa. U władzy na Ukrainie był Wiktor Janukowicz, który w czasie pomarańczowej rewolucji stał po drugiej stronie barykady.

Półtora roku po moim pobycie w Kijowie, na Majdanie miały miejsce dramatyczne wydarzenia. Janukowycz odłożył wtedy podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, co zaskutkowało masowymi protestami pod koniec listopada 2013 roku. Majdan był okupowany nawet przez 800 tysięcy demonstrantów, przeważnie było to 50-200 tysięcy w czasie regularnych prostestów. W ulicznych walkach w lutym 2014 roku zdrowie i życie straciło kilkaset osób. Janukowycz przywrócił konstytucję z 2004 roku, rozpisał nowe wybory, a następnie uciekł z Kijowa i został usunięty z urzędu.

Plac Niepodległości

Na Majdanie Niezależności miał być start i meta maratonu. Trwały już prace przy wznoszeniu sceny. Obszedłem plac dookoła. Po drugiej stronie Chreszczatyka stoi wysoka statua św. Michała Archanioła, a za nią olbrzymi Hotel Ukraina.

Poszedłem do parku nad Dnieprem. Trzeba się było wdrapać na sporą skarpę. Liczyłem na wspaniałe widoki, ale Dniepr było widać tylko czasem między drzewami. Poszedłem w kierunku stadionu Dynama Kijów. Do tej części parku prowadzi wąski mostek, na którym młode pary przyczepiły setki kłódek. Dużo poniżej mostka widać uliczkę, którą miał przebiegać maraton. Stadion Dynama Kijów został wniesiony w 1927 roku i nosi imię Walerego Łobanowskiego - znanego piłkarza i trenera Związku Radzieckiego oraz później Ukrainy.

Kłódki na kładce w parku nad Dnieprem
Stadion Dynama Kijów

Poszedłem dalej na południowy-wschód parku. Doszedłem do alei odchodzącej od Placu Konstytucji. Stąd miałem dobry widok na północną część Kijowa. Zmorzył mnie upał i zatrzymałem się na chwilę w kawiarence pod parasolami. Kupiłem wielki kubek zimnego kwasu chlebowego, który leją tu z beczki. Jest to ukraiński napój narodowy. Bardzo mnie orzeźwił i mogłem kontynuować wycieczkę. Wróciłem ulicami w stronę Majdanu Niezależności, mijając po drodze wiele budynków ukraińskiej administracji publicznej oraz ambasad. Byłem pod wrażeniem luksusowych samochodów, jakie jeżdżą w Kijowie. W Warszawie nie widuje się aż tylu limuzyn i wypasionych sportowych aut. Z drugiej strony, na Ukrainie widziałem też wiele totalnych gratów, których nikt nie dopuściłby do użytku w Polsce. Obrazuje to rozwarstwienie społeczne w tym kraju. Ułamek procenta miejscowej ludności (politycy, oligarchowie i mafia) opływa w luksusy, podczas gdy większość społeczeństwa klepie biedę.

Doszedłem do Hotelu Ukraina spod którego mogłem popatrzeć z góry na Majdan Niezależności. Stąd można wejść do nowoczesnego centrum handlowego Globus. Przeszedłem znowu przez główny plac i skierowałem się w kierunku cerkwi św. Michała. Jej oficjalna nazwa to Monaster św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach. Kompleks świątynny powstał w XVIII wieku, został zniszczony przez władze radzieckie, a odbudowany po odzyskaniu niepodległości, kilka lat przed moim przyjazdem. Cerkiew ma rzeczywiście złote kopuły, a elewacje wszystkich budynków kompleksu są pomalowane na ładny, błękitny kolor. Przeszedłem niewielki kawałek w kierunku katedry św. Zofii (Sobór Sofijski, Sobór Mądrości Bożej). Cerkiew jest wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturalnego UNESCO, znajduje się w niej muzeum narodowe. Sobór Sofijski został odrestaurowany w zielonych kolorach, wydaje się mniejszy od cerkwi świętego Michała, ma za to olbrzymią dzwonnicę. Na placu przed nią stoi pomnik Chmielnickiego, który jest na Ukrainie bohaterem narodowym. Skierowałem się z powrotem w stronę hotelu, po drodze mijając jeszcze złotą bramę, pozostałość po stojącym tu w średniowieczu grodzie.

Cerkiew św. Michała
Cerkiew św. Zofii
Pomnik Chmielnickiego przed cerkwią św. Zofii, w tle cerkiew św. Michała
Złote Wrota

Następnego dnia rano zrobiłem rozruch, połączony z oglądaniem trasy maratonu. Tym razem pobiegłem na południe - przez Park Szewczenki do Placu Tołstoja. Stąd na południe odbiega ulica Czerwonoarmijska (jak się łatwo domyślić - Armii Czerwonej). Droga jest cała wybrukowana dużymi kocimi łbami i schodzi mocno w dół w kierunku Stadionu Olimpijskiego. To kiepsko wróżyło przed maratonem. Ostre zbiegi, podbiegi i bruk nie są najlepszymi przyjaciółmi maratończyka.

Mimo zbliżającego się za miesiąc EURO 2012, okolice Stadionu Olimpijskiego były cały czas wielkim placem budowy. Historia obiektu sięga roku 1923, nazwę zmieniano 9 razy (choć najdłużej nazywał się "Czerwony"). Obecnie jest to Narodowy Kompleks Sportowy "Olimpijski". Zastanawiałem się, skąd ta nazwa, bo przecież Kijów nigdy nie był gospodarzem igrzysk. Okazało się, że w czasie moskiewskiej imprezy w 1980 roku rozgrywano tu mecze piłkarskie, a stadion gościł ponad 100 tysięcy kibiców. Obecnie widownia może pomieścić 70 tysięcy widzów. Stadion wielokrotnie gościł finał Pucharu Ukrainy, a Dynamo Kijów, które ma swój stadion nad Dnieprem, czasem gra tu mecze o najwyższą stawkę. Na Stadionie Olimpijskim miał się odbyć finał EURO 2012.

Stadion Olimpijski - praca wre, a następnego dnia w tym miejscu wszystko było ładnie posprzątane
Ulica Czerwonoarmijska - tutaj przebiegałem 6 razy w czasie maratonu, ten podbieg po bruku dawał w kość...

Po obejrzeniu stadionu i placu budowy wróciłem do hotelu, po drodze robiąc kilka krótkich przebieżek. Hotelowe śniadanie nieco mnie zaskoczyło. Wybór płatków był skromny, zabrakło tradycyjnych na zachodzie tostów, jajecznicy i bekonu. Były za to dość ciężkie sałatki warzywne. Wybrałem sobie zestaw, który najbardziej mi odpowiadał i najadłem się do syta. Niewątpliwą zaletą hotelowej restauracji jest jej umiejscowienie na ostatnim, szesnastym piętrze, co zapewnia ładne widoki na Kijów. W restauracji przyjemnie się siedziało do czasu, aż weszła do niej grupa młodych, bardzo hałaśliwych Anglików.

Prawie jak Central Park - widok z restauracji na 16. piętrze mojego hotelu

Po śniadaniu zrobiłem jeszcze parę rzeczy przy komputerze, sprawdziłem plan dojazdu do biura zawodów i ruszyłem do najbliższej stacji metra Universytet. Przy bramkach pozytywnie zaskoczył mnie prosty system opłat. Wejście do metra było uzależnione od wrzucenia niebieskiego, plastikowego żetonu. Jeden kosztował zaledwie 2 hrywny, czyli niecałą złotówkę. Kupiłem od razu 5 żetonów i cieszyłem się, że nie muszę przechodzić skomplikowanych procedur ładowania karty, jak jeszcze niedawno w Rotterdamie. Stare, sprawdzone metody są najlepsze ;-)

Zjeżdżając na peron mogłem się przekonać, jak głęboko są wydrążone w Kijowie tunele metra. Najpierw trzeba było zjechać kawałek w dół, a potem zaczynała się prawdziwa zabawa. 3 pasy schodów ruchomych prowadziły bardzo głęboko w dół. Dwa pasy jeździły w przeciwnych kierunkach, a środkowy był pewnie rezerwą, gdyby jeden z działających nawalił lub miał dodatkowo udrażniać ruch w górę i w dół, w należności od potrzeb w godzinach szczytu. Sprytnie to wymyślili, bo awaria tych schodów mogłaby być dramatem dla podróżnych. Schody poruszały się dość szybko, ale czas przejazdu na peron wynosił prawie 3 minuty! Podobne atrakcje miałem parę lat później w moskiewskim metrze.

Tymi schodami na stacji Uniwersytet jedzie się dokładnie 2 minuty i 40 sekund

Dojechałem czerwoną linią do stacji Szuliawska. Ruszyłem w z góry opatrzonym kierunku, wzdłuż ulicy Peremohy, żeby znaleźć centrum kongresowe Acco, w którym miało być biuro zawodów. Niestety, nie zauważyłem ani budynku, ani drogowskazów do biura maratońskiego. Niezrażony, kupiłem półlitrowy kubek kwasu i szedłem dalej. Dotarłem aż do zoo i musiałem zawrócić, bo to było zdecydowanie za daleko. Wcześniejsze budynki uniwersyteckie też mi nie pasowały na biuro zawodów. W końcu wszedłem w głąb parku przy ulicy i spotkałem młodego Ukraińca, który też szukał biura, trzymając w ręku podobną jak moja kartę startową z adresem Peremohy 40B. Okazało się, że biuro było aż 300 metrów od ulicy. Kiedy zadowoleni weszliśmy do budynku, zastaliśmy pustą halę i dwóch dozorców, którzy nic nie wiedzieli na temat maratonu. Na szczęście nie wiadomo skąd napatoczyła się jakaś dziewczyna, która zadzwoniła do organizatora, a ten powiedział jej, że biuro zostało przecież przeniesione do centrum, a informacja na ten temat jest na stronie internetowej. Trochę mnie to wkurzyło, bo straciłem masę czasu i energii. Dostałem przecież kartę startową, z wypisanym alfabetem łacińskim adresem. Na stronie nie widziałem informacji po angielsku.

Potem sprawdziłem, że faktycznie, 28 kwietnia dostałem maila po ukraińsku. Kodowanie sprawiło, że tytuł był nie do odczytania, a informacja o zmianie miejsca była gdzieś daleko w treści i po ukraińsku. Mogliby trochę bardziej zadbać o obcokrajowców, którzy pewnie tłumnie przybywali tego dnia w z góry upatrzone miejsce.

Nie pozostało mi nic innego, jak wsiąść w metro i wrócić do centrum. Nie wiedziałem dokładnie, gdzie mam potem iść, ale dogadałem się z tą dziewczyną moim łamanym rosyjskim, że "na Ewropejską Płasztę, Ukraiński Dom". Od razu po wyjściu z metra usiadłem w McDonaldzie i uruchomiłem WiFi w mojej dwutygodniowej komórce (szczęście, że już ją miałem). Odczytałem informację na stronie i ruszyłem w kierunku Ukraińskiego Domu. Niegdyś była to siedziba główna Partii Komunistycznej, teraz budynek wydał mi się nieco podupadły.

Plac Niepodległości w przeddzień maratonu - impreza już trwa

Biura mieściło się w piwnicy i nie wyglądało zbyt imponująco. Można było tylko odebrać numer i obejrzeć kilka wystawionych butów na stanowisku Asics, sponsora maratonu. Usiadłem na chwilę przy stolikach w holu Ukraińskiego Domu. Nie było dobrych oznakowań, że biuro zawodów znajduje się w piwnicy i sporo uczestników (w tym jedna rodzina z Polski) od razu po wejściu pytało mnie o drogę.

Przestudiowałem przewodnik i ustaliłem dalszy plan wycieczki. Minąłem olbrzymi Łuk Przyjaźni Narodów i wszedłem na wzgórze parkowe za cerkwią św. Michała. Z tych okolic jest ładny widok na Dniepr. Potem znalazłem się na placu przed budynkiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Przeszedłem się w kierunku cerkwi św. Andrzeja, o bliskości której świadczyły setki obrazów i różnych świecidełek, które próbowali wcisnąć turystom miejscowi sprzedawcy. Cerkiew jest rzeczywiście bardzo ładna. Została zaprojektowana przez włoskiego architekta Rastrelliego - tego samego, który stworzył główne budynki w Petersburgu. Kijowska cerkiew była jego ostatnim dziełem, po jej ukończeniu w 1762 roku został on zwolniony przez Katarzynę Wielką. Wrażenie robi przede wszystkim ładnie zdobiona, barokowa kopuła. Inne znane kijowskie cerkwie mają jednolite złote kopuły - ta się od nich odróżnia.

Widok na Dniepr
Cerkiew sw. Andrzeja

Niestety, kultowa ponoć uliczka Andrijiwskyj Uzwiz była zupełnie rozkopana i praktycznie przez cały czas schodziło się placem budowy. Zaskoczyło mnie, że ten teren nie został zamknięty, bo wszędzie można było spotkać wystające pręty i niespodziewane dziury, a przechodnie narażali się na zderzenie z koparkami, które jeździły w tę i z powrotem, machając swoimi łychami.

Zabytkowa ulica pod cerkwią była totalnym placem budowy na odcinku 300 metrów; jak widać, spacerowiczom to nie przeszkadzało

W końcu przebiłem się na Plac Kontraktowy. Początkowo po zerknięciu na mapę nie byłem pewien, gdzie się znajduję, ale okazało się, że plac jest przedzielony szerokim budynkiem, a po drugiej jego stronie przestrzeń jest jeszcze większa. Przy placu znalazłem włoską knajpę, w której na początek zamówiłem bardzo smaczne lwowskie białe piwo, a potem zajadałem się makaronem. Cena nie była wysoka, ale dostałem pół porcji tego, co jem normalnie przed maratonem.

Po obiedzie przeszedłem się nad Dniepr, gdzie właśnie cumował statek wycieczkowy. Myślałem, że Podił jest bardzo atrakcyjną dzielnicą, ale trochę się rozczarowałem. Pokręciłem się trochę po miejscowych uliczkach, po czym wróciłem do metra. Tutaj nie trzeba było tak długo zjeżdżać schodami.

Wysiadłem na stacji Tołstoja, skąd na piechotę przeszedłem ulicą o tej samej nazwie. Po drodze rozczarował mnie zaniedbany park oraz ogród botaniczny, który totalnie podupadł. W hotelu wypiłem kupione moment wcześniej zimne piwo i poszedłem do restauracji na ostatnie piętro. Ponieważ nie mieli makaronu, zdecydowałem się na sałatkę z kurczakiem. Była bardzo dobra, a dodatkowego smaku nadawał jej ukraiński ciemny chleb do pogryzania - pychota.

Następnego dnia wstałem na wczesne śniadanie. Wyszedłem z pokoju i od razu rozbawił mnie widok bardzo zmęczonego alkoholem, półprzytomnego Anglika, prowadzonego korytarzem przez ukraińskiego milicjanta. Chłopaki musieli nieźle w nocy narozrabiać. Nie spotkałem ich już na śniadaniu.

Na starcie maratonu wszystko było zorganizowane z dużą pompą, charakterystyczną dla imprez jeszcze z czasów komunizmu. Mimo wszystko, podobało mi się. Na początku wystartowały biegi dla dzieci i bieg towarzyszący, później był wspólny start maratonu i sztafety maratońskiej. Od początku biegłem dość mocnym tempem. Wiedziałem jednak, że szanse na połamanie trzech godzin są marne - trasa i pogoda nie mogły na to pozwolić. Najpierw biegliśmy w stronę stadionu Dynama, tam trochę pod górkę, a potem lekko pagórkowatą ulicą wzdłuż Dniepru pod parkiem, którym spacerowałem 2 dni wcześniej. Potem była zawrotka i powrót tą samą trasą do startu. Dalsza część od Majdanu Niezależności prowadziła ulicą Chreszczatyk, Armii Czerwonej, obok Stadionu Olimpijskiego i jeszcze spory kawałek Czerwonoarmijską na południe. Tam zawracaliśmy i kierowaliśmy się znowu do punktu startu. Szczególnie dawał się we znaki bruk na Czerwonoarmijskiej oraz ostry, długi podbieg od Stadionu Narodowego. Pamiętałem z poprzedniego dnia prac budowy przy stadionie, który teraz był elegancko posprzątany, a ludzie mogli wchodzić na stadion, który był chyba otwarty dla publiczności pierwszy dzień po remoncie.

Pierwszą pętlę zrobiłem w 58:21, a miały być takie trzy. Tak przynajmniej wynikało z mapy trasy - pętla powinna mieć dokładnie 14065 m. Na drugiej pętli biegłem już wolniej i miałem czas 2:03:27. Chciałem tylko dobiec do mety w dobrym zdrowiu. Trzecia pętla była najbardziej męcząca. Pamiętam, że biegłem przez pewien czas za karetką, która wyglądała gorzej niż najbardziej zdezelowane żuki, rozwożące warzywa na targowisko. Nie chciałbym do niej trafić, ani do ukraińskiego szpitala, gdzie podobno też nie jest za ciekawie. Męczyłem się okrutnie w tym upale, biegnąc szerokimi, pustymi arteriami Kijowa. Rzadko kiedy biegłem z innym zawodnikiem, choć na trzeciej pętli zdublowałem kilka osób. Nikt specjalnie nie kibicował, przechodnie patrzyli na nas dość obojętnie, jakby dziwiąc się, że zamknięto dla nas całe centrum miasta.

Kiedy dobiegłem do mety w czasie 3:14:16 pokazano mi, że jeszcze muszę biec w stronę stadionu Dynama i potem zawrócić. Nie zgadzało mi się to z mapą trasy i pomiarem GPS, ale posłusznie pobiegłem dalej. Rzeczywiście, przy stadionie była zawrotka, a niedługo później wbiegłem w końcu na metę w czasie 3:22:32. Z mojego pomiaru wynika, że pobiegliśmy sporo więcej niż 42195 m. Trasa była ruchoma, a organizatorzy nie potrafili nad tym do końca zapanować. Jeszcze większy problem był z wynikami na stronie organizatora. Nie dość, że musiałem na nie bardzo długo czekać (tydzień), to jeszcze do tego panował w nich kompletny chaos. Z zestawienia wynikało, że wyprzedzili mnie zawodnicy, którzy nie ukończyli zawodów i mieli zarejestrowany pomiar chipowy tylko po jednej czy dwóch pętlach. Międzyczasy były często losowo umieszczane w kolumnach. Tak naprawdę, oficjalne wyniki nie zostały nigdy opublikowane i musiałem je spreparować na podstawie tych chaotycznych danych. Organizatorom maratonu w Kijowie daję duży minus za przeniesienie biura zawodów i brak odpowiedniej informacji na ten temat, nieustaloną przed zawodami trasę, a także bałagan w wynikach. Poza tym, impreza była fajna, a ja cieszyłem się z przebiegnięcia maratonu w kolejnej stolicy europejskiej.

Kilka ujęć z biegu, fot. http://marafonfoto.com.ua

Niestety, nie czułem się najlepiej po biegu. Było to spowodowane zmęczeniem po maratonie w takim upale. Bardzo powoli przemieszczałem się w kierunku stacji metra Chreszczatyk, robiąc po drodze kilka przystanków. W końcu dotarłem do hotelu, gdzie mogłem się wykąpać i trochę poleżeć. Miałem na to trochę czasu, bo zapłaciłem za przedłużenie doby hotelowej.

Pojechałem na dworzec autobusowy daleko od centrum na ulicy Peremogi, skąd miał odjechać mój autokar do Polski. Byłem nieco zaniepokojony, bo na dworcu nie było żadnej informacji, a nikt nie mógł mi udzielić odpowiedzi. Na próżno szukałem autokaru z polskimi numerami rejestracyjnymi. W końcu podszedłem do busika, przy którym stało kilka osób. Miał ukraińskie tablice rejestracyjne, ale z boku była wypisana ręcznie tabliczka, że jedzie do Polski. Potem okazało się, że "nasz" autokar został zatrzymany na granicy ukraińskiej i nie mógł jej przekroczyć. Podobno od początku maja 2012 weszło ukraińskie prawo, które zabrania wjazdu autokarom wyleasingowanym od zagranicznych intytycji (nie wiem czy to prawda, może to po prostu kwestia cięcia kosztów przez przewoźnika). W związku z tym, firma przewozowa zorganizowała ukraińskiego busika, który miał nas dowieźć do granicy, a stamtąd mieliśmy pojechać naszym autokarem. Busik nie miał zbyt wysokiego standardu, ale najważniejsze, żeby dowiózł mnie całego do Polski.

Powrót był dosyć męczący. Zatrzymywaliśmy się po drodze w kilku miastach: Żytomierzu, Równym i Lwowie. Ktoś wsiadał, ktoś wysiadał, były jakieś problemy. Kierowcy zatrzymywali się co 45 minut na papierosa. W końcu jeszcze przed świtem dojechaliśmy do granicy, o której słyszałem różne historie. Prawdę mówiąc, specjalnie wybrałem powrót autokarem, żeby zobaczyć, jak naprawdę jest na granicy ukraińsko-polskiej (granica Unii Europejskiej) i z jakimi problemami będą się spotykać kibice piłkarscy podróżujący drogą lądową na EURO. Okazało się, że wcale nie było tak źle. Sprawdzano obywateli Ukrainy, ale mną się specjalnie nie zainteresowali. Nie musiałem otwierać walizki, itd.

Za granicą faktycznie przejął nas inny autokar. Planowałem wysiąść w Katowicach, ale potem zdecydowałem się na wcześniejszy przystanek w Krakowie. Kierownicę przejął właściciel firmy przewozowej, który prowadził szybko, a jednocześnie mało uważnie. W centrum Krakowa miał sporo kolizyjnych sytuacji, na zakrętach przejeżdżał przez krawężniki. W końcu dojechałem na dworzec w Krakowie, a tam wsiadłem w busik do Bielska i niecałe 2 godziny później wysiadłem praktycznie pod domem. Było już dobrze po południu, Anulka niedługo później wróciła z pracy. Fajnie było zwiedzić Kijów i przebiec tam maraton, ale bardzo się cieszyłem, że dotarłem szczęśliwie do domu.

Galeria zdjęć z Kijowa

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin