O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2011-08-16, Andorra la Vella (Andora)


Maraton na wysokości
i w pełnym słońcu

Relacja Roberta z 66. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:48:40

1 /
1

-


Maratony Roberta

Andora pozostawała przez pewien czas jedyną stolicą w zachodniej części Europy, w której nie przebiegłem jeszcze maratonu. Chciałem to zmienić, lecąc na marcowy bieg w Barcelonie, a stamtąd pojechać na indywidualne dobicie w Andorze. Stało się jednak odwrotnie - to Andora okazała się głównym celem wyjazdu, a Barcelonę mieliśmy zwiedzić przy okazji. Przeczytałem w turystycznej gazecie artykuł o Andorze i to małe księstwo wydało mi się świetnym miejscem na spędzenie fajnego urlopu górskiego i przy okazji przebywanie na dużej wysokości nad poziomem morza. Podsunąłem ten pomysł Anulce i szybko zapadła decyzja, że w sierpniu wybierzemy się na urlop do Andory.

W czasie naszej nieobecności w Polsce domem i psem opiekowali się moi rodzice, którzy przyjechali do Bielska na wakacje. W sobotę zabrałem ich do w Beskid Sądecki, żeby wziąć udział w Biegu na Radziejową. Bieg poszedł mi bardzo słabo, ale przynajmniej zwiedziłem sobie te góry, a rodzice zobaczyli miejsca, które odwiedzili wiele lat temu.

Następnego dnia pojechaliśmy z Anulką do Katowic. Kierunkowskaz w hali odlotów wskazywał miejsca, które już odwiedziliśmy: Londyn 1663 km, Oslo 1725 km, Ateny 1914 km oraz Barcelonę, gdzie jeszcze nie byłem, a która jest najdalej od Katowic: 2121 km. Bez przeszkód dolecieliśmy na lotnisko w Barcelonie, a na miejscu wykupiliśmy bilet do Pas de la Casa w Andorze.

W czasie podróży z lotniska nie mogliśmy niestety podziwiać uroków Barcelony, bo autobus jechał bezpośrednio do Andory. Trasa prowadziła za to przy Montserrat - wzgórzu o niezwykłych kształtach, przypominających mi nieco Góry Stołowe. Poza pięknymi zboczami, atrakcją Montserrat jest klasztor Benedyktynów i La Moroneta - figurka Czarnej Madonny z XII wieku. To miejsce jest uważane za religijną stolicę Katalonii.

Dalej krajobraz stał się bardziej monotonny, aż w końcu zaczęliśmy zbliżać się do Pirenejów i mieliśmy piękne górskie widoki po obu stronach. Kiedy dojechaliśmy do Andory, pogoda się zepsuła i zaczęło mocno padać. W Andorra la Vella szybko przesiedliśmy się w busika, który odwiózł nas do Pas de la Casa. W czasie podróży przez Andorę nie mieliśmy okazji oglądać widoków, bo ulewa była potworna. Na miejscu kierowca miał małe problemy ze znalezieniem naszego hotelu, ale w końcu się udało.

Na pobyt w Pas de la Casa zdecydowaliśmy się przede wszystkim ze względu na wysokie położenie tej miejscowości - ponad 2000 m n.p.m. Chcieliśmy przebywać przez tydzień w warunkach zmniejszonej ilości tlenu. Pas de la Casa jest położona w zachodniej części księstwa, tuż przy granicy z Francją. Miało to swoje plusy - mieliśmy bliżej na zaplanowany Marathon du Montcalm.

Kiedy przyjechaliśmy do Pas, deszcz nieco odpuścił i postanowiliśmy się przejść, a nawet przebiec po okolicy. Pobiegliśmy na strome łąki położone na zachód od miasteczka, ale niestety trening nie był zbyt przyjemny. Nawierzchnia nasiąkła wodą, a na łąkach ciężko było znaleźć ścieżki. Dodatkowo, czułem się bardzo zmęczony - pewnie głównie podróżą, ale także gwałtowną zmianą wysokości. Anulce udało się trochę pobiegać, ja rozciągałem się w tym czasie przy wielkim kamieniu na łące.

Następnego dnia rozpoczęliśmy prawdziwe zwiedzanie okolic. Rano wybraliśmy się na rozruch w górę drogą asfaltową w kierunku przełęczy Envalira (ponad 2400 m n.p.m.). Do czasu wybudowania Tunelu Envalira w 2002 roku, była to główna droga prowadząca przez Andorę. Teraz korzystają z niej głównie kierowcy, którzy wolą uniknąć opłaty za tunel (blisko 3 km, duża oszczędność drogi pod górę i w dół, a przede wszystkim - czasu). Ze szczytu przełęczy mieliśmy świetne widoki na wszystkie strony. Zaskoczyła nas nieco duża ilość puszczonych wolno koni, które niczym się nie przejmowały i wchodziły na drogę. Podobne stada koni spotykaliśmy potem wiele razy w czasie naszych wycieczek w okolicy. Często blokowały nam przejścia na wąskich górskich ścieżkach i ciężko było je ominąć. Na szczęście były spokojne i dawały się nawet pogłaskać. Po odwiedzeniu przełęczy zbiegliśmy na dół, wykąpaliśmy się i poszliśmy na pierwsze śniadanie. Niestety, nie było specjalnie wyszukane - prowadzące hotel młode małżeństwo codzienne wystawiało tę samą, ograniczoną liczbę produktów. Dało się jednak z tego wybrać coś pożywnego i praktycznie codziennie oboje spożywaliśmy dokładnie taki sam zestaw, w takiej samej kolejności ;-)

Po śniadaniu wybraliśmy się na pierwszą wycieczkę wysokogórską na Pic d'Envalira (2823 m n.p.m.). Trasa prowadziła najpierw do Estany de les Abelletes (2258 m n.p.m.) - ładnego jeziorka w niewielkiej odległości od Pas de la Casa. W czasie naszych wycieczek obiegliśmy je dookoła. Potem szliśmy pod górę wzdłuż stoków narciarskich, aż trzeba było skręcić w lewo przy kopczykach, które nie były takie łatwe do znalezienia. Od razu przekonaliśmy się, że oznakowanie szlaków w Andorze nie jest najlepsze. Przede wszystkim, są one jednego koloru (czerwonego), a poza tym tabliczek jest mało i trzeba zdać się na kamienne kopczyki, zostawione przez innych turystów. Nie wszędzie znajdziemy takie oznakowania. Od razu po zimie nie ma na nie co liczyć, bo opady śniegu i lawiny skutecznie niszczą zostawione przez turystów konstrukcje. Poza tym, w niektórych miejscach latem często występują kamienne lawiny, które również niszczą oznaczenia. My na szczęście od razu pierwszego dnia kupiliśmy sobie mapę i razie problemów z orientacją jakoś dawaliśmy sobie radę.

Droga doprowadziła nas do przełęczy Coll dels Isards, który leży na granicy między Andorą i Francją. Na tej przełęczy byliśmy kilka razy, również przy okazji wycieczek w kolejnych dniach. Próbowaliśmy się też wdrapać na Pic de les Abelletes (2600 m n.p.m.), ale ścieżka prowadząca na szczyt okazała się zbyt niebezpieczna i bez odpowiedniego sprzętu wspinaczkowego nie dało się zdobyć tej góry.

Zamiast tego, zeszliśmy kawałek w dół, a potem wspięliśmy się na kolejną przełęcz - Port de Fontnegra (2654 m.p.m.). Tutaj ukazał nam się piękny widok na dolinkę i jeziorko Estany de Pascaderes. Okazało się też, że wyglądający początkowo groźnie cel naszej wycieczki - Pic d'Envalira, jest od tej strony bardzo łatwy do zdobycia - wystarczy wdrapać się łąką pod jego szczyt. Tak też zrobiliśmy i wkrótce stanęliśmy na górze. Składa się ona tak naprawdę z dwóch szczytów o podobnej wysokości, rozdzielonych wąską przełęczą. Widoki stamtąd mieliśmy znakomite. Po zejściu z Pic d'Envalira podeszliśmy do jeziorka, a potem zeszliśmy do Pas de la Casa tą samą trasą. W drodze powrotnej Anulka wykonała jeszcze rozpisany przez Anielę trening siłowy, który polegał na rzucaniu dość dużych rozmiarów kamieni. Rzuty były wykonywane w różny sposób: przodem, tyłem, jedną ręką, dwiema, spod siebie. Z zainteresowaniem obserwowałem ten osobliwy pokaz. Potem poopalaliśmy się trochę na wielkich kamieniach, a na koniec w Pas de la Casa moczyliśmy nogi w strumieniu, robiąc sobie miejscową krioterapię. Anulka miała wtedy problemy ze ścięgnem Achillesa, które zostało oplastrowane przed wyjazdem, a zabiegi mrożenia miały mu dodatkowo ulżyć.

Relacja Anulki z wycieczki na Pic d'Envalira

Wtorek był dla mnie dniem maratonu. Rano zjedliśmy śniadanie, zapakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i pojechaliśmy autobusem do stolicy Andory - Andorra la Vella. Tam znaleźliśmy Parc Central, w którym zaplanowałem przebiec maraton. Park znajduje na lewym brzegu rzeki Gran Valira i ma kształt ryby. Prowadzi do niego most, który otoczony jest konstrukcją w kształcie szkieletu ryby. Niestety, nie udało mi się ustalić pętli w parku i zdecydowałem się biegać po obu stronach rzeki, pokonując na jednej pętli dwa mosty na wschodnim i zachodnim jej krańcu. Most w kształcie szkieletu ryby znajdował się w centralnym punkcie pętli, ale przez niego nie przebiegałem. Taka pętla miała około 1150 m, musiałem ją zatem pokonać prawie 37 razy.

Most w kształcie szkieletu ryby
Parc Central
Najprzyjemniejszy, zacieniony kawałek 1150-metrowej pętli
Na alejce było niestety tłoczno
Andorra la Vella jest otoczona szczytami grubo przekraczającymi 2000 metrów

Nie zastanawiałem się długo i ruszyłem. Anulka siedziała w cieniu i czytała książkę, a ja zaliczałem kolejne okrążenia. Odcinek na zachód był nieco łatwiejszy, bo zbiegało się trochę z górki. Na wschód było trochę pod górkę, za to można było odpocząć chwilę w cieniu drzew przy parku. Reszta trasy była odsłonięta, a słońce coraz mocniej dawało znać o sobie. Dobrze, że miałem na sobie Camelbaka, a na parkowej ławce siedział mój osobisty support, który też czasem podawał mi coś do picia. Najbardziej tłoczny był odcinek na moście przy Carrer Prat de la Creu, tam skręcałem ostro w lewo i często spotykałem się ze sporym tłumem, między którym musiałem biec zygzakiem. Na szczęście to było może 30 metrów, a potem dało się już normalnie biec. Większy ruch był też przy parku, ale pozostała część trasy pozostawała praktycznie pusta.

W drugiej połowie biegu dołączyła do mnie Anulka, która chciała sobie zrobić przy okazji spokojny trening biegowy. Nie byłem już super przytomny, ale spytałem się, co zrobiła z plecakiem. Okazało się, że powiesiła go na płocie. Wiedziałem, że Andora jest bardzo bezpiecznym krajem, o bardzo niskiej przestępczości, ale jednak lepiej nie zostawiać tu plecaka bez opieki. Pewnie najlepiej było poprosić sprzedawców w sklepach przy trasie, czy nie można na godzinę zostawić plecaka, ale teraz nie było specjalnie czasu, żeby się tym zajmować. Zatrzymałem się na chwilę przy plecaku i wyjąłem z niego najcenniejsze rzeczy. Do Camelbaka wrzuciłem portfel, komórki i aparat. W plecaku zostały mniej wartościowe rzeczy.

Przebiegliśmy jeszcze jedno kółko, drugie i... zobaczyliśmy, że naszego plecaka już nie ma. Wcześniej Anulka widziała, że w parku kręcił się jakiś bezdomny, który dziwnie się zachowywał. To pewnie on zakosił nasze rzeczy. Okradziono nas w jednym z najspokojniejszych państw, w jakich biegałem maraton. Średnia długość życia jest tu największa na świecie (83,5 roku), za to przestępczości praktycznie nie ma (przynajmniej tak pokazują statystyki). W plecaku były: książka Anny Czerwińskiej o górach (z tej raczej złodziej nie skorzysta), pomarańczowa kurteczka Anulki, jej koszulka (biegała tylko w biustonoszu), karta do pokoju hotelowego, krem do opalania, który kupiliśmy poprzedniego dnia za 12 euro, a przede wszystkim - dwie żółte bluzy z maratonu w Bostonie, których jeszcze do tej pory ani razu nie założyliśmy. Strata tych dwóch ostatnich przedmiotów bolała najbardziej, bo miały one wartość sentymentalną. Szczęście w nieszczęściu, najcenniejsze przedmioty miałem w Camelbaku, więc ta przykra przygoda nie miała żadnego wpływu na nasz dalszy wyjazd.

Końcówkę maratonu biegło mi się naprawdę ciężko, ale jakoś przetrwałem ostatnie kółka i zatrzymałem się, kiedy Garmin pokazał dystans 42,2 km. Przebiegnięcie maratonu zajęło mi aż 3 godziny i 48 minut, ale wobec ciężkich warunków pogodowych i wysokości nad poziomem morza (1000 metrów), nie było źle.

W końcówce biegłem już bardzo wolno - tu tylko pozuję do zdjęcia
Ufff... koniec!

Po biegu przeszliśmy się do centrum Andorra la Vella, mijając między innymi rzeźbę Salvadora Dali "Nobility of Time". Została ona podarowana miastu przez Enrica Sabatera, agenta znanego artysty.

Uliczki andorskiej stolicy
Zegar Salvadora Dali - mało praktyczny
Riu Valira w centrum miasta

Zwiedziliśmy główne uliczki Andorra la Vella. Musieliśmy kupić Anulce koszulkę, żeby nie musiała paradować po ulicach w samym biustonoszu. Wybrała sobie zwykły biały t-shirt z napisem "I love Andorra", który był nieco ironiczny w kontekście tego, jaka przygoda nas tu spotkała. Na koniec spaceru zasiedliśmy na chwilę w pubie, gdzie mogłem się napić zasłużonego pomaratońskiego piwa. Wybrałem dobrze znane mi z Belgii pszeniczne Hoegaarden, a Anulce kupiłem piwo z miejscowego andorskiego browaru - Alfa. Szybko zapomnieliśmy o braku plecaka i w dobrych humorach wróciliśmy do Pas de la Casa.

Zasłużone piwo po ciężkim dniu, Anulka w koszulce z ironicznym napisem ;-)

Następnego dnia wybraliśmy się na kolejną wycieczkę górską. Z Pas de la Casa skierowaliśmy się na południowy-wschód szlakiem w kierunku Pla de la Portella de Valletes. Niestety, oznaczenia bardzo szybko zniknęły i musieliśmy szukać najwygodniejsze trasy między olbrzymimi głazami. Czasem przeskakiwanie między nimi było niebezpieczne. Trzeba było bardzo uważać, żeby noga gdzieś nie wpadła, bo wtedy można było odnieść poważną kontuzję. Szliśmy zatem bardzo wolno. Minęliśmy jeziorko i zaczęliśmy wspinać się w stronę przełęczy. Początkowo myślałem, że dojdziemy do Portella de les Valletes, ale ostatecznie skierowaliśmy się do nieco niższej przełęczy, która leżała między masywem Fontnegra, a Pic dels Pedrons. Cały ten obszar leżał na terytorium Francji. Mieliśmy ładny widok na okolicę, a w oddali widać było drogę, którą potem jechaliśmy w stronę Font Romeu.

Na masyw Fontnegra nie dało się stąd wejść, bo było to bardzo niebezpieczne. Daliśmy za to radę wdrapać się po stromym, ale trawiastym zboczu pod Pic del Pedrons (2715 m n.p.m.). Na szczycie tej góry dla bezpieczeństwa turystów został zainstalowany długi łańcuch. Zeszliśmy nieco w dół na kamienne pole, gdzie Anulka znowu wykonała swój szalony trening z kamieniami. Potem zbiegliśmy wygodnie łąkami do Pas de la Casa.

Relacja Anulki z wycieczki na Pic dels Pedrons

W nocy ciężko było spać, bo odbywał się mecz o Puchar Króla Barcelona - Real Madryt. Ku uciesze miejscowych Barcelona wygrała wtedy 3:2. Każdy strzelony przez Katalończyków gol był głośny fetowany przez mieszkańców Pas de la Casa.

Czwartek przeznaczyliśmy na kolejną wycieczkę górską w okolicy. Zainteresował mnie jeden punkt na mapie, gdzie łączą się 3 granice: andorska, hiszpańska i francuska. Miejsce to okazało się przełęczą Portella Blanca, do której dość łatwo jest dojść szlakiem. Wdrapaliśmy się stokiem narciarskim na Coll Blanc, gdzie stoją zabudowania górnych stacji kilku wyciągów narciarskich, wwożących turystów zarówno ze strony Pas de la Casa, jak i El Grau Roig. Tutaj znowu zaskoczyła nas duża ilość koni. Zeszliśmy w dół w stronę Clots de la Menera, po drodze spotykając dorodnego świstaka. Potem widzieliśmy jeszcze kilka tych sympatycznych górskich zwierzaków. Wdrapaliśmy się na Portlella d'Engait, omijając od strony zachodniej Pic d'Envalira, na którym byliśmy kilka dni wcześniej. Z przełęczy zeszliśmy wygodną ścieżką w kierunku Portella Blanca (2515 m n.p.m.) i wkrótce znaleźliśmy się w punkcie trzech granic.

W czasie jednej z wielu wycieczek z górskich - w dole widać Pas de la Casa
Jeden z kilku sympatycznych świstaków, które spotykaliśmy na naszych trasach

Potem zeszliśmy szlakiem w kierunku znanego nam już z pierwszego dnia Estany de Pascaderes. Po drodze spotkaliśmy stado koni, które za nic nie chciały ustąpić nam miejsca na ścieżce. Odpoczęliśmy trochę nad jeziorkiem, po czym wróciliśmy do Pas de la Casa znaną nam trasą przez Port de Fontnegra.

Relacja Anulki z wycieczki na Portella Blanca

Piątek był specyficznym dniem, bo wieczorem musieliśmy jechać do francuskiej miejscowości Auzat, żeby odebrać pakiet startowy na Marathon du Montcalm. Z Pas de la Casa do Auzat jest ponad 70 km, sporą część tego odcinka trzeba pokonać niezbyt wygodnymi drogami w górach. Poruszanie się komunikacją publiczną było chyba niemożliwe, dlatego musieliśmy wynająć samochód w Andorze. Taka możliwość była jedynie w Andorra la Vella, a więc znowu musieliśmy pojechać do stolicy Andory. Skoro już mieliśmy samochód, to fajnie było rano pojechać w jakieś inne miejsce w góry. Tak powstał pomysł wycieczki na najwyższy szczyt Andory - Coma Pedrosa (2942 m n.p.m.). Nie był to pewnie najlepszy pomysł w kontekście trudnego maratonu następnego dnia, ale chcieliśmy wykorzystać urlop najlepiej, jak się da.

Jak zaplanowaliśmy, tak zrobiliśmy. W piątek rano pojechaliśmy autobusem do Andorra la Vella. Okazało się, że do wypożyczalni samochodów w zachodniej części miasta musieliśmy pokonać jeszcze spory kawałek. Anulka oszczędzała nogi i została w mieście, a ja doszedłem do wypożyczalni, wziąłem samochód (Renault Twingo z rzadko spotykaną naklejką kraju "AND") i zabrałem żonę z centrum. Pojechaliśmy na północ ponad 10 km przez La Massana do miejscowości Arinsal, gdzie zostawiliśmy auto na parkingu. Tam rozpoczęliśmy wycieczkę na najwyższy szczyt Andory.

Początkowo szlak prowadził drogą górską, by potem zmienić się w węższą ścieżkę, która po pewnym czasie zrobiła się dość stroma. Dotarliśmy do schroniska, do którego trzeba była nieco zboczyć z głównego szlaku. Potem mieliśmy problem ze znalezieniem właściwej drogi, ale jakoś sobie poradziliśmy. Szlak prowadził łagodnie doliną, ale potem zaczął się stromo wznosić. Odbiliśmy trochę w prawo i zaczęliśmy wspinaczkę. Trasa prowadziła wielkimi głazami, gdzie ciężko było znaleźć szlak. Obeszliśmy małe jeziorko, a tuż przed dużym Czarnym Stawem (Estany Negre) rozpoczęliśmy stromą wspinaczkę na szczyt. Ostatni odcinek szliśmy wąską granią i po pokonaniu kilku wzniesień dotarliśmy do słupka oznaczającego najwyższy szczyt Andory.

Podejście granią pod Coma Pedrosa - najwyższy szczyt Andory

Na górze było już kilka osób, ale starczyło miejsca dla wszystkich. Spędziliśmy tam kilka minut, po czym zaczęliśmy schodzić inną drogą. Ścieżka prowadziła stromo w dół piaszczystym żlebem, z którego mocno się kurzyło. Minęliśmy stado górskich owiec i szybko osiągnęliśmy dno doliny. Przeszliśmy ścieżką w stronę Czarnego Stawu. Woda była czyściutka, dobrze było widać dno. Pokusiłem się nawet o włożenie mojego wodoodpornego aparatu pod taflę i zrobienie zdjęcia.

Dotarliśmy do znanego nam szlaku i zaczęliśmy nim wracać. Oboje zrobiliśmy się głodni, więc pobiegłem kupić coś do jedzenia w schronisku. Nie było tam żadnych klientów, ale musiałem bardzo długo czekać, zanim starsza pani mnie obsłużyła. Poruszała się bardzo wolno i tak samo przygotowywała kanapki. Ułożyła je na dwóch talerzach i starała się ładnie podać. Kiedy powiedziałem, że chcę je na wynos, była zaskoczona. Potem owijała kanapki w papier z niesamowitym namaszczeniem - trwało to kilka minut. Miałem bardzo dużo czasu na obejrzenie schroniska, a najbardziej rozbawił mnie widok pustej puszki piwa Dębowe. Ciekawe, jak znalazła się na biurku tej starszej pani. W końcu dostałem moje kanapki i usłyszałem cenę: jedna kanapka za 8 euro, czyli razem 16. Być może moja twarz wyraziła zaskoczenie, a pani od razu stwierdziła: "Drogo, co? Tak tu jest, bo jesteśmy wysoko.". Zapłaciłem i szybko zbiegłem na dół do Anulki. Musiała na mnie czekać blisko pół godziny.

Szybko pochłonęliśmy kanapki w drodze i wróciliśmy do samochodu. Dalsza część wycieczki została opisana w relacji z Montcalm Marathon. Co ciekawe, z Arinsal jest od szczytu Montcalm oddalony o jakieś 15 km, ale żeby dojechać do Auzat samochodem, musieliśmy zrobić olbrzymie koło przez Andorra la Vella, Pas de la Casa, Ax-les-Thermes i Tarascon-sur-Ariege - w sumie ponad 100 km i 2 godziny jazdy.

Relacja Anulki z wycieczki na Coma Pedrosa

Po załatwieniu formalności w Auzat wróciliśmy na bardzo krótką noc do Pas de la Casa i mieliśmy tylko kilka godzin snu, bo na start maratonu musieliśmy wyjechać niedługo po północy. Bieg był niesamowity i będziemy go pewnie wspominać przez całe życie. Po maratonie postanowiliśmy jeszcze pojechać na kultowej miejscowości Font Romeu, w której trenuje wielu lekkoatletów. Jest ona położona na wysokości 1800 metrów, posiada dobrą infrastrukturę do treningów. Przebywanie tutaj pozwala na znaczące poprawienie parametrów krwi, co jest podstawą u sportowców wytrzymałościowych.

Z Font Romeu do Pas de la Casa wróciliśmy bardzo późno, kiedy większość w knajp w mieście była już zamknięta. Udało nam się jednak znaleźć jedno miejsce we wschodniej części miasteczka, w restauracji nad strumieniem. Tam zjedliśmy pożegnalną kolację.

Relacja z maratonu Montcalm

W niedzielę rano zjedliśmy śniadanie i pożegnaliśmy się z właścicielką hotelu, dziękując jej za udany pobyt. Dojechaliśmy do Andorra la Vella, gdzie zostawiłem Anulkę na przystanku autobusowym i pojechałem na parking Avis-a, żeby oddać auto. Stamtąd wróciłem na piechotę 3 km w kierunku centrum. Po drodze obejrzałem andorski stadion narodowy. Nie wyglądał zbyt imponująco, na trybunach nie mogło zasiadać wielu widzów, ale przynajmniej miał dookoła bieżnię lekkoatletyczną - lepiej niż nasz warszawski Stadion Narodowy.

W czasie podróży powrotnej do Barcelony trochę przysypiałem, nadrabiając zaległości po maratońskich wyczynach. Dojechaliśmy do stacji Sants, skąd mieliśmy dwa kroki do zarezerwowanego parę dni wcześniej hotelu Expo. Zostawiliśmy bagaże w pokoju i wyruszyliśmy na zwiedzanie. Niestety, pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa - we znaki dawał się potworny upał. Uciekliśmy szybko do metra, którym przejechaliśmy do stacji Sagrada Familia.

Widok słynnego kościoła Gaudiego nie zaskoczył nas specjalnie. Budowa Sagrada Familia rozpoczęła się na przełomie XIX i XX wieku i trwa niestety do dzisiaj. Za wejście do kościoła trzeba było sporo zapłacić (12,5 euro) i postać trochę w kolejce. Może pieniądze z datków pozwolą w końcu na dokończenie przeszło stuletniej budowy i z pola widzenia znikną rusztowania i dźwigi.

Sagrada Familia w czasie nieustającej budowy

Obeszliśmy katedrę dookoła - najpierw Fasadę Męki Pańskiej z surowymi, kanciastymi rzeźbami, a potem ładniejszą Fasadę Narodzenia Pańskiego. Szybko uciekliśmy spod Sagrada Familia z powodu panującego przy świątyni tłumu. Ciągle szukając cienia dotarliśmy do dzielnicy Cor Eixample i słynnych kamienic Manzana de la Discordia.

Największe wrażenie zrobiła na nas Casa Batllo, którą zaprojektował Antoni Gaudi. Falująca, kolorowa fasada jest rzeczywiście niesamowita i nawet projektanci Disneylandu nie mieli tyle fantazji, co ten kataloński architekt.

Niesamowita fasada Casa Batllo autorstwa Gaudiego

Po obejrzeniu słynnych budynków Gaudiego udaliśmy się w stronę morza. Przeszliśmy przez ogromny Placa Catalunya i zagubiliśmy się na chwilę w wąskich uliczkach dzielnicy gotyckiej. Największą atrakcją tej części Barcelony jest katedra, która niestety również była remontowana. Przed świątynią odbywał się protest przeciwko obcięciu przez rząd hiszpański wydatków na zdrowie i edukację, co być może pokryło niebotyczne koszty ówczesnej wizyty papieża w Hiszpanii (tak sugerowali protestujący).

Dalszy spacer doprowadził nas do Las Rambles - słynnego barcelońskiego deptaka, prowadzącego do morza. Knajp przy deptaku jest chyba kilkadziesiąt. W większości ogródków turyści zajadają tapas i paellę, popijając sangrią. Naszą uwagę zwróciły napisy o konieczności pilnowania swoich portfeli. Ostrzegał nas przed tym nawet recepcjonista, gdy robiliśmy check-in w hotelu. Podobno w większych hiszpańskich miastach zrobiło się ostatnio bardzo niebezpiecznie i aż roi się tu od drobnych złodziejaszków.

W końcu dotarliśmy do barcelońskiego wybrzeża. Położenie Barcelony jest bardzo przyjemne. Niewiele europejskich metropolii może się pochwalić tak ładnie zorganizowanym portem i plażami. Te drugie mogliśmy zobaczyć dopiero następnego dnia rano.

Teraz pora było coś zjeść. Zatrzymaliśmy przy głównym placu dzielnicy El Raval. To miejsce podobało nam się znacznie bardziej niż zatłoczona i głośna Las Ramblas. Przy El Raval wybraliśmy tradycyjną hiszpańską knajpę. Zamówiliśmy Cavę, która wbrew pozorom nie jest kawą, ale zimnym szampanem, bardzo przyjemnym w tak gorący dzień. Zjedliśmy tapas, czyli przystawki: oliwki i pieczywo z sosem pomidorowym, a na danie główne zamówiliśmy paellę. Jest to tradycyjne hiszpańskie danie z ryżu, podawane na patelni. Anulka wybrała opcję z warzywami, ja - z owocami morza. Długo siedzieliśmy w knajpianym ogródku, za co jak się później okazało - trzeba dodatkowo zapłacić. Ceny dań są wyższe, jeżeli zamówienie jest złożone w ogródku. Anulka żartowała, że to dodatkowy napiwek dla kelnera, który w drodze do stolika musi pokonywać uliczkę.

Kiedy byliśmy już najedzeni, zaczęliśmy wracać w stronę hotelu. Najpierw przeszliśmy dzielnicę Sant Antoni, w której dominują imigranci z Indii. Zwróciłem uwagę na charakterystyczny układ skrzyżowań w Barcelonie. Kamienice są ścięte na rogach pod kątem 45 stopni, co daje taki efekt, że skrzyżowania są ośmiokątne. Jest to praktyczne dla przechodniów, którzy dzięki temu zyskują dodatkową przestrzeń. Poprawia to również widoczność dla kierowców. Byłem pod wrażeniem, że ktoś to tak rozsądnie zaprojektował.

Dalszy spacer doprowadził nas do wielkiego Placa d'Espanya, skąd przeszliśmy przez Parc Joan Miro do naszego hotelu. Było na tyle wcześnie, że zdążyliśmy jeszcze pójść na hotelowy basen. To był strzał w dziesiątkę! Wprawdzie w niewielkim basenie panował tłok i można było mówić o pluskaniu, a nie pływaniu, ale atmosfera była super. Widoki z dachu robiły wrażenie, szczególnie w promieniach zachodzącego słońca.

Na dachu naszego hotelu

Następnego dnia wybraliśmy się na spokojne wybieganie po Barcelonie. Dobiegliśmy do Placa d'Espanya, po czym skierowaliśmy się w stronę Palau Nacional na zboczach wzgórza Montjuic. Pokrążyliśmy trochę po parkowych uliczkach, odwiedzając między innymi ładny Stadion Olimpijski z 1992 roku. Największe wrażenie zrobił jednak na nas widok z basenów olimpijskich na Barcelonę. Mieliśmy wielkie szczęście, że udało nam się tam wejść, bo akurat brama była otwarta, a przechodzili przez nią tylko robotnicy, którzy remontowali basen. Udało mi się stamtąd zrobić zdjęcie pięknej panoramy Barcelony.

Anulka na tle wzgórza Montjuic
Stadion Olimpijski z 1992 roku
Z trybun pływalni olimpijskich na wzgórzu Montjuic rozciąga się wspaniały widok na Barcelonę

Przeszliśmy jeszcze do kilku innych punktów widokowych, między innymi stacji kolejki gondolowej, która przewozi pasażerów nad barcelońskim portem. Zbiegliśmy trawersem w stronę portu, podziwiając ogromne statki. Wreszcie mogliśmy pobiec wybrzeżem, w stronę barcelońskich plaż. Ciągną się one długo na wschód, ale my zatrzymaliśmy się tylko w niewielkiej części Barcelonety. W oddali widać było charakterystyczny pomnik ryby, stojący przy porcie olimpijskim. Chwila relaksu na plaży i czas było się żegnać z Barceloną ;-(

Długie plaże - atrybut niewielu europejskich metropolii

Do Sants wróciliśmy podobną drogą, choć tym razem bez zaliczania wzgórza Montjuic. W hotelu zjedliśmy pyszne śniadanie, które było dużą odmianą po porannych kontynentalnych posiłkach w hotelu w Andorze. W restauracji siedzieliśmy chyba półtorej godziny, próbując różnych pyszności.

Mimo pewnych utrudnień transportowych (awaria pociągu na lotnisko) spokojnie dojechaliśmy autobusem i bez problemu dolecieliśmy do Polski. W domu czekała na nas moja rodzina ze stęsknionym pieskiem. Z Pirenejów wróciliśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni ;-)

Galeria zdjęć z Andory

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin