O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2011-07-09, Góry Stołowe (Polska / Czechy)


Anulka znowu wygrywa,
ja pokonuję Lisi Grzbiet

Relacja Roberta z 65. maratonu

Czas

Miejsce

%

4:45:51

12 /
216

5.6


Maratony Roberta

Rok po debiucie imprezy, postanowiliśmy jeszcze raz wziąć udział w Maratonie Gór Stołowych. Anulka broniła tytułu z zeszłego roku i walczyła o nowy rekord, ja miałem do wyrównania rachunki z tą trasą, a szczególnie z Lisim Grzbietem, gdzie w poprzednim roku przez pół godziny leżałem w krzakach. W 2010 roku było bardzo gorąco, teraz temperatura zapowiadała się podobna.

Do Pasterki dojechaliśmy w dniu biegu i bez większego pośpiechu odebraliśmy numery startowe. Obsada zapowiadała się mocniejsza niż w zeszłym roku. Wśród mężczyzn startował Marcin Świerc, którego przedstawiać nie trzeba, w maratonie debiutował bardzo szybki na krótszych dystansach Piotrek Łobodziński, tytułu z zeszłego roku bronił Piotrek Karolczak, a obok nich stanęła między innymi dwójka świetnych długodystansowych orientalistów: Maciek Więcej i Michał Jędroszkowiak. Anulka też nie miała łatwo. Na starcie pojawiły się: druga w zeszłym roku Magda Bartoszewicz, Magda Łączak - doskonała ultraska, rekordzistka trasy w Biegu Rzeźnika, Kasia Zając, Agnieszka Malinowska-Sypek. Frekwencja była znacznie wyższa niż rok wcześniej. Z naszego klubu biegli jeszcze Paweł Kotlarz i Wiesław Panejko.

Dojechaliśmy - widok na Szczeliniec z Ratna
Niesamowite formy skalne przy trasie z Radkowa do Pasterki
Widok na Szczeliniec z Pasterki; na starcie znowu upał i prawie bezchmurne niebo

Już od startu grupa mocno ruszyła i doszło do dość zabawnego incydentu. Marcinowi Świercowi wypadła butelka i musiał po nią wrócić, narażając się na atak dzikiego tłumu. Udało mu się podnieść zgubę i zaczął gonić czołówkę. Kiedy mnie wyprzedzał rzucił wesoło: "Lecimy, Roberto", ale ja skwitowałem to śmiechem i jakoś za nim nie poleciałem. Prowadząca grupa dość szybko zaczęła mi uciekać. Marcin był na czele i pewnie zwyciężył, ustanawiając rekord trasy: 3:43.

Ja trzymałem się żony, bo wiedziałem, że dyktuje dobre tempo. Na zbiegach wyprzedziły nas Magda Łączak i Kasia Zając, ale nie przejmowaliśmy się tym specjalnie. Na podbiegach role się odwróciły i Anulka wyszła na prowadzenie. Wokół niej zebrała się duża grupa facetów, między innymi: Piotrek Sawicki, Marcin Rosłoń, Krzysiek Szwed, Maciek Więcek, Marcin Topolski. Grupa szła mocno i udało mi się z nimi utrzymać do pierwszego bufetu, po około 10 km. Potem wszyscy szybko ruszyli, a ja trochę zamarudziłem. Zostałem na krótki czas z Marcinem Rosłoniem (więcej o Marcinie piszę z relacji z Rotterdamu). "Jak ta Twoja żona daje radę tak zasuwać pod górę, a my zostajemy w tyle?" - zagadnął mnie Marcin, widząc oddalające się plecy Anulki. Też ciężko mi było to wytłumaczyć - mogła na mnie trochę poczekać.

Ciężko było mi utrzymać tempo Anulki

Odszedłem nieco Marcinowi i zostałem sam, próbując gonić ten peleton. Znałem trasę, bo prowadziła tymi samymi ścieżkami, co w zeszłym roku, z tą różnicą, że odcinek Broumovskich Sten w wąwozie pokonywało się tym razem z południa na północ. Wiedziałem, że muszę zbiec do wąwozu i nieco dziwiłem się, że na większej przestrzeni nie widzę grupy, która mi uciekła. W połowie zbiegu zdjęcia robiła Monika Strony. "Gdzie zostawiłeś żonę?". "Jak to gdzie - jest przede mną". Nie do końca zrozumiałem Monikę, ale wygląda na to, że Anulka mogła pomylić trasę. Faktycznie, okazało się później, że zbytnia pewność siebie zgubiła Anulkę. Biegła w kilkuosobowej grupie, która pomyliła trasę i trochę na tym straciła. Zamiast zbiec do wąwozu, wybiegli gdzieś wyżej. Podobno pierwszy za mapę złapał orientalista Maciek Więcek, zawrócił grupkę i skierował na właściwą ścieżkę.

Zbiegam do wąwozu, fot. Monika Strojny
Marcin Topolski przepuszcza Anulkę na zbiegu, fot. Monika Strojny

Na drugim przepaku (20 km, w tym samym miejscu co po 10 km) upewniłem się, że dobrze zrozumiałem Monikę. Otrzymałem informację, że żadna dziewczyna jeszcze nie przebiegała. Mogłem czekać na Anię na przepaku, ale słusznie liczyłem na to, że jej grupa prędzej czy później musiała odnaleźć właściwą drogę.

Dalej trasa przebiegała identycznie jak w zeszłym roku. Pokonałem kilka kilometrów asfaltem, skręciłem w lewo w ścieżkę leśną, a potem znowu w lewo, gdzie klimat był bardziej górski. Trasa wyprowadziła mnie na otwartą przestrzeń - po lewej stronie widać było czeską dolinę z wioską Martinkovice. Droga powoli pięła się w górę i podbiegałem bardzo spokojnie. Podbieg dłużył się, ale w końcu można było zbiec na znajomą trasę, przebiegającą z Pasterki wzdłuż granicy czeskiej.

Na przepaku przy schronisku spędziłem niewiele czasu i truchcikiem ruszyłem na ostatni odcinek. Na podbiegu obok Ostrej Góry usłyszałem za sobą jakiegoś mocno napierającego biegacza. Był to Maciek Więcek. Nigdy wcześniej nie mieliśmy okazji się poznać, a przecież pracowaliśmy w jednej firmie i dzieliliśmy wspólną pasję. Mieszkaliśmy jednak w różnych częściach Polski i wybieraliśmy zawody innego typu. Maciek był mistrzem setek na orientację, ja wolałem dobrze oznakowane trasy. Mimo wszystko, zagadaliśmy do siebie jak starzy kumple: "Ania jest 100 metrów za Tobą, trzymaj się". Rzeczywiście, za chwilę zobaczyłem Anulkę. Maciej poszedł przodem, a ja trochę zwolniłem. Anulka opowiedziała mi historię ze zgubieniem trasy, ale oboje cieszyliśmy się z ponownego spotkania i byliśmy w świetnych humorach. Razem wspięliśmy się pod Błędne Skały, gdzie czekała na nas miła niespodzianka. Przy wejściu do parku czekali na nas wolontariusze z wodą. Tego zabrakło mi w zeszłym roku, kiedy całe zapasy skończyły mi się w tym miejscu.

Najważniejszym odcinkiem biegu był Lisi Grzbiet - odkryta grań, gdzie próżno było szukać cienia. Miałem złe wspomnienia z tego miejsca i chciałem się przełamać. Pogoda znów nie okazała się łaskawa, grzało jak w zeszłym roku (28 stopni, na grani pewnie jeszcze więcej), ale przynajmniej był minimalny ruch powietrza, który trochę chłodził. W zeszłym roku była pod tym względem tragedia - powietrze stało, a ja czułem się jak na pustyni. Na szczęście spokojnym tempem pokonaliśmy ten odcinek bez żadnego kryzysu. Wyprzedziliśmy tutaj Pawła Dybka, który czuł się pewnie podobnie, jak ja w zeszłym roku. Zbiegliśmy na asfalt i dobiegaliśmy do Karłowa. Ja czułem, że ciężko mi się biegnie i Anulka zaczęła powoli mi odchodzić. Odcinek w Karłowie strasznie mi się dłużył. Na wypłaszczeniu wyprzedził mnie jakiś Czech, nie mogłem się już doczekać schodów na Szczeliniec. Pokonałem je spokojnie i wbiegłem na metę. Uff, jak super ;-)

Ostatni odcinek - 666 schodów na Szczeliniec
Dyskusja na temat trasy, w środku Piotrek Herzog - dyrektor MGS, fot. Monika Strojny
Odpoczywamy za metą przy schronisku na Szczelińcu, fot. Monika Strojny
W końcu można rozprostować nogi i podziwiać widoki, fot. Ala Szwed

Anulka obroniła tytuł mistrzyni Maratonu Gór Stołowych z nowy rekordem trasy 4:41. Zajęła 10 miejsce w generalce. Ja przybiegłem na metę dwunasty, 4 minuty za żoną, a tę różnicę Anulka zrobiła na krótkim odcinku w Karłowie na schodach pod Szczeliniec. Za nami przybiegli Krzysiek Szwed, Piotrek Sawicki, Marcin Topolski, Marcin Rosłoń, czyli nasi towarzysze z pierwszego etapu. Z tej grupy wyprzedził nas tylko Maciek Więcek. Zwycięstwo Anulki wśród kobiet nie podlegało dyskusji - Magda Bartoszewicz 4:59, Kasia Zając 5:14, Agnieszka Malinowska-Sypek 5:19, Magda Łączak zeszła z trasy. W czasie 5:31 dobiegł Paweł Kotlarz, który miał jeszcze ochotę na więcej. Wiesław zszedł z trasy na pierwszym etapie z powodu kontuzji.

Paweł wbiega na metę na Szczelińcu

Po biegu raczyliśmy się łakociami na szczycie Szczelińca (przebojem były kawałki arbuza), a kiedy zaczynało się tam robić ciasno, zbiegliśmy do Pasterki. Musieliśmy trochę poczekać na dekorację, po której szybko zwinęliśmy się do domu. Przez ten pośpiech nie wzięliśmy udziału w losowaniu i to był błąd, bo Anulka dostałaby wtedy pulsometr Suunto. Trudno ;-)

Pierwsza szóstka wśród kobiet: Anulka, Magda Bartoszewicz, Kasia Zając, Agnieszka Malinowska-Sypek, Asia Garlewicz, Izabela Cieluch
Marcin Świerc z kosmicznym rekordem trasy 3:43, drugi Piotrek Łobodziński - wspaniały debiut w maratonie górskim

Impreza była znowu bardzo dobrze zorganizowana. Potwierdziłem opinię z zeszłego roku, że MGS ma najładniejszą trasę ze wszystkich imprez biegowych w Polsce. Jest to też bardzo trudny maraton przede wszystkim ze względu na niewygodną nawierzchnię (zbiegi po kamieniach, głazach, korzeniach). W licznych skalnych labiryntach i na drewnianych kładkach trzeba ograniczyć tempo, bo inaczej można się nieźle poturbować. No i ZAWSZE jest tam gorąco ;-)

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin