O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2011-04-18, Boston (Stany Zjednoczone)


2:53 Anulki!
Boston, Nowy Jork

Relacja Roberta z 62. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:03:26

1909 /
27000

7.1


Maratony Roberta

Boston Marathon to jedna z tych imprez, o których marzyłem, odkąd zacząłem biegać. Jest to najstarszy rozgrywany co roku maraton na świecie (od 1897 roku), ma wspaniałą historię i był zrzeszony w wielkiej piątce (później szóstce) Wortl Marathon Majors. W 2011 roku w końcu nadarzyła się okazja, żeby wziąć w nim udział. Namówiłem do tego Anulkę, która nigdy jeszcze nie była w Stanach.

Oboje mieliśmy wymagane minima wynikowe, żeby wystartować w Bostonie i wydawało mi się, że nie będzie problemów z zapisaniem się na maraton. W poprzednim roku limit 25 tysięcy miejsc wyczerpał się po dość długim czasie, więc spokojnie wszedłem na stronę biegu następnego dnia po udostępnieniu zapisów. Byłem zszokowany, kiedy okazało się, że tym razem limit miejsc wyczerpał się w ciągu kilku godzin! No tak, coraz więcej ludzi biega, ostro trenują i wyrobienie limitu nie stanowi problemu. Różnica w stosunku do poprzedzniego roku była jednak zastanawiająca. W tej sytuacji Boston Athletic Association ogłosiła bardziej restrykcyjne limity na kolejne lata. Dla nas nic to nie zmieniło, bo chcieliśmy wystartować już w 2011 roku.

Na szczęście miałem w Stanach kontakty, które w takiej sytuacji można było uruchomić. Napisałem do agencji Marathon Tours, która organizuje maraton na Antarktydzie. Marathon Tours jest prężną firmą, działającą od 1979 i pomagającą biegaczom w wyjazdach na maratony na siedmiu kontynentach. Główne biuro mieści się w Bostonie, a agencja posiada akredytację na organizowanie wyjazdów na Boston Marathon. Dyrektor Marathon Tours dobrze mnie pamiętał. "Oczywiście, musimy dbać o zwycięzców maratonu na Antarktydzie - nie będzie problemów z załatwieniem miejsca dla was" - przeczytałem w mailu od niego. Zrobiło mi się bardzo miło i jeszcze bardziej nakręciłem się na ten maraton.

Zarezerwowałem 3 noclegi w Bostonie, a potem zamierzaliśmy pojechać do Nowego Jorku, żeby Anulka zobaczyła to niezwykłe miasto. Przy okazji, mieliśmy odwiedzić moją ciocię w New Jersey.

W podróż wybraliśmy się w sobotę rano. Lecieliśmy z Katowic, ale najpierw musieliśmy pojechać do mamy Ani do Łodygowic, żeby zostawić tam Spajka na weekend. W tygodniu miała się nim opiekować koleżanka Ani z pracy, Sylwia, która zamieszkała w naszym domu. W Katowicach zostawiliśmy samochód na lotnisku i polecieliśmy. W samolocie startującym z Frankfurtu do Bostonu nie zamykały się drzwi awaryjne i z powodu interwencji technicznej lot opóźnił się o blisko godzinę. Podróż nad oceanem minęła przyjemnie, można było nadrobić zaległości kinowe. Obejrzeliśmy "Turystę" i "Jak zostać królem". Poza tym, w magazynie Lufthansy zamieszczono akurat duży artykuł o Bostonie, który można było potraktować jako przewodnik po mieście.

Mniej przyjemnie było w Bostonie - lało i wiało tak, że podobno pilot lądował na granicy wyznaczonych limitów wiatru. I tak mieliśmy więcej szczęścia niż wiele samolotów lecących do Nowego Jorku - tam wiało tak silnie, że loty zostały przeniesione na inne lotniska, między innymi do Bostonu. Spowodowało to chaos na lotnisku Logan. Na samo zaparkowanie samolotu czekaliśmy godzinę po wylądowaniu, ale prawdziwa masakra czekała nas na immigration. Olbrzymią kolejkę obsługiwało tylko pięciu celników, z czego dwóch zostało zajętych przez jakąś liczną arabską rodzinę, która nie wiedzieć czemu weszła z boku bez kolejki, a chwilę potem za nimi cwaniacko ustawili się inny turyści. Ochroniarz prosił, żeby przeszli z powrotem do głównej kolejki, ale było już za późno, żeby wycofać przeszło 100 osób. Nasza "legalna" kolejka liczyła przed nami około 300 osób, które były obsługiwane na 3 stanowiskach. Obsługa jednej osoby zajmowało średnio 2 minuty, a więc prosty rachunek: 100 osób na okienko razy dwie minuty, to miną ponad 3 godziny, zanim nasz odprawią!

Boston by night - najpierw godzina oczekiwania na zaparkowanie samolotu, potem 3:05 w kolejce do immigration :-/

Nie myliłem się, kolejka posuwała się w żółwim tempie. Dzieci leżały na podłodze i grały w jakieś gry lub zwyczajnie przysypiały. Za mną stała lub częściej leżała jakaś starsza Murzynka, która przyleciała tutaj liniami Air Namibia. Zwróciłem uwagę na jej nagie stopy, które były koloru czerwonego, podobnie jak opuszki palców u rąk. W kolejce nie liczył się status społeczny, narodowość i to, czy ktoś przyleciał wcześniej klasą biznes - wszyscy byli tu równi i czekali na swoją kolej. Po północy w kolejce zaczęło nawet dochodzić do rękoczynów, kiedy ktoś chciał sobie skrócić drogę. Wszystko to przy dźwiękach powtarzającego się w nieskończoność filmu, wyświetlanego na ekranach monitorów nad nami: "Welcome to the United States of America!". Anulka nie wytrzymała i poszła położyć się pod filarem, żeby trochę odpocząć.

W drugiej części hali w końcu odprawiono wszystkich obywateli amerykańskich i turyści zagraniczni mogli podchodzić również do tych bramek. Wtedy wszystko poszło szybko i w czasie 3:05 szczęśliwie przeszliśmy przez bramki. Zastanawiałem się, czy to prognoza naszego czasu w maratonie.

Na tym nie koniec problemów. Było już grubo po północy, nawet w paszporcie mam pieczątkę z datą 17 kwietnia, moich imienin zresztą. Gdybyśmy wyszli stąd o 21:00, to można by było spokojnie dojechać do hotelu metrem. Teraz nic nie jeździło, a ponieważ byliśmy bardzo zmęczeni, złapałem pierwszą lepszą taksówkę. Kurs był dość wysoki, ale trudno. W Bostonie cały czas lało, więc opcja komunikacji miejskiej i spaceru i tak nie byłaby zbyt fajna. Wiozący nas Murzyn okazał się bokserem i chwalił się, że też biega trzy razy w tygodniu.

W końcu dojechaliśmy na miejsce do Sheratona w dzielnicy Back Bay. Hotel miał dość starodawne wnętrza, co pasowało do charakteru miasta. Nawet urządzenia sanitarne w łazience były w starym stylu i Anulka miała problemy z ustawieniem wody, żeby się wykąpać. Mimo zmęczenia, nie mogłem specjalnie zasnąć tej nocy, a przecież właśnie ona jest najważniejsza przed maratonem.

Następnego dnia rano przeszliśmy się do restauracji na dół. Myślałem, że śniadanie jest wliczone w cenę pokoju, ale myliłem się. Obsługiwał nas elegancki kelner w okolicach sześćdziesiątki. Wnętrze restauracji było równie eleganckie i pewnie w jego wieku.

Po śniadaniu przeszliśmy się na maratońskie expo, które było dwa kroki od naszego hotelu. Żeby tam dojść, nie trzeba było nawet wychodzić z budynku, ale o tym dowiedzieliśmy się później. Najpierw obejrzeliśmy ostatnią prostą maratonu na Boylston Street, potem weszliśmy do Hynes Convention Center, gdzie odbywało się expo. Oczywiście, było ono świetnie zorganizowane. Sprawnie odebraliśmy numery i pakiety startowe, w których były między innymi żółte bluzy treningowe. Nigdy ich nie założyliśmy, ukradli nam je potem w Andorze. W sklepie można było dodatkowo kupić masę ubrań z logo maratonu. Wyjątkową popularnością cieszą się kurtki z logo Boston Marathon - posiada je pewnie większość osób, które tu startowały. Ponieważ my mieliśmy już skompletowaną tego typu garderobę, ze sklepu maratońskiego wyszliśmy tylko z kubkiem, który Anulka podarowała swojej trenerce.

Anulka na zakręcie na ostatnią prostą maratonu, po prawej stronie budynek expo

W pozostałej części expo dokonaliśmy za to innych zakupów. Udało nam się dostać fajne bawełniane bluzy z logo maratonu. Przed przyjazdem do Bostonu przekonałem się o tym, jak trudno jest otrzymać od organizatora zgodę na wykorzystanie nazwy i logo Boston Maraton. W stworzonej przeze mnie aplikacji RunCalc umieściłem grę, w której można przebiec maraton na znanych trasach, między innymi w Bostonie. Do organizatorów imprez wysłałem maile z informacją na temat gry i pytaniem, czy nie mają do tego jakichś uwag. Ludzie z Bostonu zareagowali błyskawicznie - szef marketingu imprezy zażądał, żebym w ciągu dwóch dni usunął logo i nazwę Boston Marathon z gry, bo inaczej "uruchomi drogę prawną". Byłem zaskoczony taką reakcją, bo przecież nie sprzedaję nielegalnie ubrań z logo maratonu, tylko wyświetlam je w darmowej aplikacji, jak na stronie internetowej. Organizatorzy byli jednak nieubłagani i musiałem zmienić logo w grze, a imprezę nazwałem "Marathon in Boston".

Pochodziliśmy trochę po stoiskach z butami. Anulka kupiła sobie lekkie jak piórko startówki Mizuno Ronin. Na hali wystawiało się masę firm, które reklamowały swoje odżywki. Częstowaliśmy się batonami, ciastkami i popijaliśmy smacznymi mlecznymi napojami.

Przeszliśmy się do stoiska biura Marathon Tours, które załatwiało nam wyjazd. Chciałem u nich kupić zamówiony wcześniej medal Seven Continents Finisher, który miał na mnie czekać na stoisku. Faktycznie, był wystawiony, ale powiedziano mi, że to jest tylko ekspozycja, nie na sprzedaż. Dopiero kiedy się przedstawiłem, młoda dziewczyna skojarzyła sprawę, bo właśnie z nią korespondowałem w sprawie hotelu. "A, Robert - to ty wygrałeś Antaktydę. Nie musisz kupować medalu - dostajesz go w prezencie" - uśmiechnęła się. Zrobiło mi się bardzo miło, podobnie jak później, kiedy rozmawiałem z dyrektorem Marathon Tours. Powiedział, że razem z Bogdanem Barewskim zrobiliśmy dobry PR dla Antarctica Marathon i teraz wielu Polaków chce biegać na Antarktydzie. Już w tym roku wystartowała trójka rodaków - nasi klubowicze Iwona i Mariusz Umeccy oraz Krzysztof Szachna, który przy okazji jest moim kolegą po fachu.

Thom mieszka przy trasie Boston Marathon, widział już wiele jego edycji i dał nam kilka cennych wskazówek, jak rozegrać ten bieg. Jego przepowiednie się sprawdziły - następnego dnia miałem już bardzo zmęczone nogi po długim zbiegu w pierwszej części dystansu, a dodatkowo dobił mnie stromy zbieg na 16. mili.

Mieliśmy trochę wolnego czasu i zasiedliśmy na małych trybunach, żeby obejrzeć film, prezentujący trasę Boston Marathon. Organizatorzy przejechali odcinek z Hopkinton do Bostonu samochodem, nagrywając wszystko kamerą wideo i z tego materiału złożyli film w przyspieszonym tempie. Jak doda się do tego wykres profilu trasy oraz fachowe komentarze znanych uczestników Boston Marathon (między innymi Billa Rodgersa), to jest to pasjonujący dokument. Dobrze zapamiętałem sobie te wszystkie bostońskie górki, a następnego dnia odtwarzałem to wszystko na żywo.

Prezentacja trasy Boston Marathon na expo - można było ją przebiec w głowie

Poniżej znajduje się link do trasy maratonu, zmierzonej przy pomocy aplikacji RunCalc. Można zobaczyć mapę i profil trasy, a także skorzystać z Odtwarzacza Tras RunCalc i obejrzeć zdjęcia z kolejnych odcinków.

Trasa maratonu w Bostonie zmierzona przy pomocy aplikacji RunCalc

Niestety, nie doczekaliśmy się na wizytę Kathrine Switzer, która miała się tu pojawić po południu. To ona była pierwszą kobietą, która oficjalnie wystartowała w maratonie, a było to właśnie w Bostonie w 1967 roku. Znane są zdjęcia z trasy, kiedy jeden z sędziów próbował ją zatrzymać, ale w obronie maratonki stanął wtedy jej chłopak i przegonił intruza. Switzer dobiegła do mety, a niedługo później kobiety zaczęto dopuszczać do udziału w maratonach.

Po blisko 3 godzinach pobytu na expo byliśmy już trochę zmęczeni i wróciliśmy do hotelu. Trochę żałowałem, że Anulka nie chciała pojechać do centrum Bostonu i przejść się trochę po mieście. Mieliśmy bilety na pasta party, które miało się odbyć w City Hall Plaza. Zamiast tego, Anulka wolała przejść się na makaron do pobliskiego centrum handlowego. Może i dobrze się stało, bo dzięki temu mogliśmy się wcześnie położyć spać.

Rano zjedliśmy banana, wypiliśmy kawę i wyruszyliśmy do parku Boston Common, skąd miały odjeżdżać autobusy na start. Po drodze minęliśmy bramę mety i całe miasteczko maratońskie, które na nas czekało. Zrobiłem kilka zdjęć w Boston Common, między innymi pomnikowi Kościuszki. Wiedziałem, że już sama podróż do Hopkinton będzie ciekawym przeżyciem. Żółte autobusy szkolne ustawiały się jeden po drugim, a kiedy wszyscy zajęli w nich miejsca siedzące, odjeżdżały konwojem w kierunku linii startu.

Anulka przechodzi przez bramę mety na 4 godziny przed startem; niecałe 7 godzin później będzie tu finiszować
Na start z Boston Common do Hopkinton zabrały nas autobusy szkolne, podróż była ciekawym przeżyciem

Jechaliśmy na zachód drogą 90, mijając po drodze miejscowości, przez które mieliśmy biec. Drogi do Hopkinton były zamknięte dla zwykłych samochodów, a o dziwo my też musieliśmy zrobić dodatkowe koło. W końcu wysiedliśmy na parkingu pod Hopkinton High School. Wioska maratońska była wystarczająco duża, żeby pomieścić 25 tysięcy biegaczy. Rozstawiono zadaszenie wielkości sali gimnastycznej, pod którym można by było się schronić w czasie deszczu. Zanosiło się jednak na wspaniałą pogodę, choć początkowo było dość chłodno. W wiosce można było się napić kawy, zjeść precle, powerbary, żele, owoce i inne pyszności, ale nam wystarczyły kanapki z dżemem, które wsunęliśmy jeszcze w autobusie. Przygarnęła nas jakaś grupa, która przykryła trawnik dużą płachtą i mogliśmy sobie wygodnie poleżeć na słoneczku. Jeszcze kiedy staliśmy w kolejce do toalet, było dosyć chłodno, ale wiedziałem, że spokojnie można biec na krótko. Wróciliśmy na parking, gdzie nasmarowałem sobie nogi maścią rozgrzewającą, po czym rozebraliśmy się i ruszyliśmy na start. W czasie drogi na początku było nam zimno, ale dosłownie 10 minut później staliśmy w słońcu i czuliśmy, że temperatura się podnosi.

"Zimnica!" - Anulka w wiosce maratońskiej w Hopkinton; na trasie było już znacznie cieplej, a słońce dało się we znaki

Mieliśmy to szczęście, że umieszczono nas w pierwszej fali startowej, w drugiej strefie i dobrze widzieliśmy elitę biegu. W tym roku w Bostonie zorganizowano 3 starty: o 10, 10:20 i 10:40, a w każdym z startów biegacze byli podzieleni na 9 stref po 1000 osób. Nasza znajdowała się przy kościele w Hopkinton, z którego wychodzili zawodnicy elity, idący dalej jakieś 40 metrów na start. W elicie kobiet widzieliśmy między innymi Karę Goucher, a wśród mężczyzn wypatrywałem Ryana Halla. Z kościółka wyszło ze 30 osób, ale Ryana nie było widać, aż tu nagle pojawił się na końcu, wesoło podskakując i przybijał piątki ze stojącymi w pobliżu biegaczami. Ciekawe, czy wtedy już wiedział, że stać go tego dnia na wynik poniżej 2:05.

W końcu doczekałem się - wystartowałem w legendarnym Maratonie Bostońskim. Na początku trasa z Hopkinton prowadziła mocno z górki i można było się rozpędzić. Pamiętałem jednak rady, których nam udzielono, żeby nie zbiegać za mocno, bo może się to zemścić w drugiej połowie dystansu. W połowie pierwszej mili czekał nas jeszcze ostry podbieg, ale potem znowu było głównie w dół. Przebiegliśmy przez Ashland, a we Framingham czekało na nas oznakowanie 10 km i pomiar czasu (wyszło lekko powyżej 40 minut). Wtedy poczułem, że to nie jest mój dzień i powiedziałem Anulce, że muszę trochę spuścić z tonu i żeby nie odwracała się za siebie.

Niedługo oglądałem przed sobą oddalającą się koszulkę żony. Przez 2/3 dystansu pozostała mi samotna walka z bostońskimi pagórkami. Tak przebiegłem przez Natick, a w Wellesley przekroczyłem półmetek. Tutuj przekonałem się na własne uszy, czym jest słynny tunel krzyku (ang. scream tunnel). Uczennice Wellesley College darły się wniebogłosy ;-)

Wiedziałem, że ciężko będzie mi połamać 3 godziny, bo czułem się coraz bardziej zmęczony, a czekały mnie podbiegi. Szybko zbiegłem na 16. mili, ale zaraz potem musiałem się wspinać na pierwszą poważną górkę. Na kolejnych milach zaliczałem kolejne wzniesienia i słynne Heart Break Hill na 21. mili nie zrobiło już na mnie takiego wrażenia.

Historia nazwy tego wzgórza sięga 1936 roku, kiedy to broniący tytułu John A. Kelley dogonił prowadzącego Ellisona "Tarzana" Browna, klepiąc go w ramię. To najwyraźniej rozsierdziło Tarzana, który ruszył mocniej, znacznie wyprzedzając Kelley'ego. Jak napisał potem dziennikach Boston Globe, Tarzan złamał serce Kelley'emu na tym podbiegu, stąd nazwa wzgórza "Heart Break Hill". Na temat mojego podbiegu na tym wzgórzu nie można pisać takich dramatycznych historii - wbiegłem na nie spokojnym, równym tempem i czytałem napisy narysowane kolorową kredą na asfalcie (niektóre ozdobione serduszkami), by w końcu przeczytać tabliczkę "Heartbreak is over", nawiązującą pewnie do piosenki Tiny Turner "When The Heartache Is Over".

Potem czekał mnie już głównie zbieg, ale nogi nie kręciły się już za dobrze. Szansa na połamanie trzech godzin przepadła całkowicie. Mobilizowało mnie tylko to, żeby pobiec poniżej 3:04, co dałoby mi średnią z siedmiu kontynentów poniżej 3 godzin. Przed wyjazdem do Bostonu wynosiła ona 3:00:23, a biegi w Ameryce Północnej nie wychodziły mi do tej pory rewelacyjnie - 3:07 w Los Angeles i 3:09 w Nowym Jorku. W Bostonie musiało być lepiej i to dałoby mi wymarzoną średnią. Ta świadomość zmusiła mnie do mocniejszego machania nogami.

Zbliżał się wielki afisz reklamowy, zwiastujący ostatnią milę maratonu. Długo się ona ciągnęła... W końcu przebiegłem pod wiaduktem, za którym czekałem już na skręt w prawo - dopiero drugi na tej prostej trasie. Chwilę potem zakręt w lewo przy budynku straży pożarnej i ostatnia prosta. Uda się - połamię 3:04! Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że półtora roku później w Chicago znacznie poprawię mój północnoamerykański rekord - nabiegałem wtedy 2:51.

Relacja z maratonu w Chicago

Niedługo potem byłem na mecie, ale nie dawałem rady się poruszać. Do przejścia miałem jeszcze spory kawał - pewnie z kilometr. Po drodze kilka razy musiałem usiąść, a nawet położyć się. W takich sytuacjach co chwilę dopadali mnie wolontariusze, zadając pytania, czy wezwać lekarza, a może wózek inwalidzki. Z tego drugiego chętnie bym skorzystał, ale chwilę potem pomyślałem, że to trochę upokarzające dla zdrowego faceta. Podnosiłem się, przechodziłem 30 metrów i kładłem się w innym miejscu, gdzie dopadał mnie kolejny wolontariusz. Potem snułem się po ulicach Bostonu, tym razem zatłoczonych nie przez samochody, lecz zmęczonych biegaczy. Zobaczyłem pierwsze tabliczki strefy spotkań. Niestety, od Z do C był jeszcze kawał drogi.

W końcu dotarłem do strefy, w której umówiłem się z Anulką. Ponieważ nie mogłem jej znaleźć, usiadłem zrezygnowany pod latarnią. Na szczęście, parę minut później byliśmy już razem. Anulka wiedziała, że należy mnie szukać wśród siedzących lub leżących ;-) Świetnie jej poszło - pobiegła 2:53:13, co na tej trasie jest wspaniałym osiągnięciem. Szliśmy w stronę naszego hotelu, wspierając się na sobie wzajemnie.

115. Boston Marathon okazał się edycją historyczną. Zwycięzca Geoffrey Mutai z Kenii uzyskał najlepszy czas w historii maratonu 2:03:02, a 4 sekundy za nim przybiegł jego rodak Moses Mosop. Czwarty na mecie był Ryan Hall, który jako pierwszy biały człowiek połamał granicę 2:05. Wynik Mutai'a był prawie o minutę lepszy od rekordu świata Haile Gebrselassie (2:03:59). Nowy rekord świata nie został jednak uznany, bo trasa w Bostonie nie spełnia warunków IAAF, dotyczących spadku na trasie i odległości między startem i metą. Zgodnie z tymi przepisami, spadek netto nie może przekraczać 1/1000 długości trasy (w przypadku maratonu 42 metry), a odległość między startem a metą nie może przekraczać 50% długości trasy (21,1 km). Oba te warunki nie są w Bostonie spełnione. Z pierwszym przepisem można się kłócić, bo akurat na tej trasie jest masa podbiegów, które skutecznie spowalniają, a nie da się nadrobić tej straty na zbiegach. Drugi przepis został wprowadzony na wszelki wypadek, żeby ograniczyć zbawienny wpływ wiatru w plecy przez większość trasy. Tutaj muszę przyznać, że faktycznie akurat tego dnia mocno wiało w plecy, co na pewno pomogło najlepszym w uzyskaniu tak dobrych rezultatów. Tym razem lepiej było biec samemu, bo wiatr niósł wtedy zawodników do przodu. Dla biegnących w tłumie (np. Anulki i mnie) jego działanie było znacznie ograniczone. Wiatr musiał być tego dnia wyjątkowo silny, bo w ostatnich 10 edycjach maratonu wyniki zwycięzców oscylowały w okolicach 2:09. Mimo wszystko, zwycięzcy trzeba oddać honor za najlepszy wynik w historii maratonu.

Po południu wyruszyliśmy na krótkie zwiedzanie Bostonu. Mieliśmy już przygotowany plan, bo wcześniej przeczytaliśmy w magazynie Lufthansy spory artykuł na temat miasta.

Boston został założony przez angielskich purytanów w 1630 roku i jest jednym z najstarszych miast w Stanach Zjednoczonych. 4 lata później otwarto tu pierwszy w kraju publiczny park - Boston Common, a w 1636 powstała pierwsza wyższa uczelnia - Harvard University. Żeby było ciekawie, Harvard ma główną siedzibę w dzielnicy Bostonu o nazwie Cambridge, takiej jak angielskie miasto ze słynnym uniwersytetem (w Cambridge byliśmy z Anulką na maratonie w 2016 roku). Inną znaną bostońską wyższą uczelnią jest Massachusetts Institute of Technology (MIT), najbardziej poważany techniczny ośrodek akademicki na świecie.

Relacja z maratonu w Cambridge

W czasie podróży do Australii uśmiechałem się pod nosem, kiedu oglądałem tamtejsze "zabytki" z przełomu XVIII i XIX wieku. Historia Bostonu jest o ponad wiek dłuższa. Jednymi z najtarszych budynków są Paul Revere House (1680) i Old State House - dawny ratusz z 1713 roku. Uroczy, niewielki budynek wygląda wśród szarych wieżowców Bostonu, jakby był z innej bajki.

Boston zaznaczył się w historii walki o niepodległość Stanów Zjednoczonych. W 1773 roku mieszkańcy wyrzucili do zatoki angielską herbatę w proteście przeciwko wysokim podatkom, jakie Korona Brytyjska nakładała na swoje kolonie. To wywołało wojnę, po której kraj stał się niepodległy. Pamięci tych wydarzeń został poświęcony Freedom Trail (Szlak Wolności), który jest oznaczony na ulicach w centrum miasta czerwonymi cegiełkami. Najbardziej znanym synem Bostonu jest prezydent John F. Kennedy, któremu poświęcono bibliotekę i muzeum.

Przez wieki Boston był kojarzony głównie jako ośrodek akademicki, portowy, handlowy i miasto, w którym po prostu przyjemnie spędza się czas. Zmieniło się to w latach 50-tych XX wieku, kiedy władze zdecydowały się na rozwój miasta, budując w jego środku autostradę na estakadach. Taka inwestycja była częścią większego planu rewitalizacji podupadającego (brzmi dwuznacznie) miasta. Zaczęto odchodzić od rybołówstwa i handlu, przestawiając się na usługi. Miało to pozytywny wpływ na rozwój miasta, jednak po latach wydawało się, że budowa estakad była turystycznym pogrzebem Bostonu. Miasto stało się zanieczyszczone i mało przyjazne dla mieszkańców i turystów. Żeby dojść nad wodę, ludzie musieli pokonywać ruchliwe arterie. Na szczęście, władzom miasta udało się odzyskać jego dawny charakter dzięki projektowi Big Dig (wielki wykop). Plan polegał na ukryciu ruchu autostradowego pod ziemią i przykrycie tego obszaru parkami. Projekt rozpoczął się w 1982 roku, a najważniejsze prace trwały aż do 2008 roku. W czasie naszej wizyty mogliśmy zobaczyć już zielony Boston, po którym da się przyjemnie spacerować.

W materiałach na temat Bostonu pisze się dużo również o sporcie, przede wszystkim o słynnym maratonie, w którym mieliśmy przyjemność wziąć udział. Z Bostonu pochodzi również słynna koszykarska drużyna NBA - Celtics. Celtowie aż 17 razy wygrywali ligę. Tak się złożyło, że w kwietniu 2011 znów awansowali do rozgrywek playoff, a w pierwszej rundzie mieli się spotkać z New York Knicks. Pierwszy mecz odbył się w Bostonie 17 kwietnia (w przeddzień naszego maratonu), ale ja myślałem o tym, żeby przejść się na mecz w Nowym Jorku, ostatniego dnia naszego wyjazdu. Niestety, ceny biletów było kosmiczne (na miejsca na samej górze hali znalazłem po $165). Ponieważ Anulka nie była specjalnie zeinteresowana koszykówką, a ja już wcześniej oglądałem mecz w Madison Square Garden, postanowiliśmy odpuścić sobie tę drogą przyjemność. W Bostonie poszliśmy przynajmniej pod arenę Celtics, gdzie zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcie.

Pod halą Boston Celtics - kontynuuję tradycję odwiedzania miejsc związanych z ligą NBA

Jeżeli chodzi o inne znane drużyny z Bostonu, to są do hokejowa Bruins (zrzeszona w NHL, występował tam kiedyś Mariusz Czerkawski), baseballowa Red Sox (MLB) i futbolowa New England Patriots (NFL).

Przejechaliśmy zieloną linią do Haymarket Stadion i wyszliśmy do długiego parku, który stoi teraz w miejscu dawnej autostrady. Od czasu ukończenia Big Dig ruch samochodowy jest teraz schowany pod ziemią i miastu wyszło to na pewno na dobre. Ciekawe, kiedy zostanie zrealizowany podobny plan w Warszawie, polegający na ukryciu części Trasy Łazienkowskiej pod parkiem.

Anulka na niedawno otwartych obszarach parkowych, które powstały po schowaniu autostrady do tunelu

Przeszliśmy się pod halę Celtics i na Charleston Brigde - stary most łączący centrum z północną częścią miasta. Budynki przy nabrzeżach wyglądały średnio atrakcyjnie. Z mostu przeszliśmy się po centrum, podążając za czerwonymi cegiełkami Freedom Trail. Musieliśmy się wspiąć na Copp's Hill, by obejrzeć cmentarz miejski, po czym zeszliśmy znowu w dół obok Old North Chruch. Przeszliśmy obok Paul Revere House i trafiliśmy do włoskiej dzielnicy, którą przyjemnie się spacerowało.

Na starym Charlestown Bridge na rzecze Charles
Anulka podąża oznaczonym cegiełkami Szlakiem Wolności (Freedom Trail)

Opuściliśmy dzielnicę North End i przeszliśmy przez Rose Kennedy Greenway, na której przez chwilę przestraszyliśmy się pędzącego w naszym kierunku psa. Chwilę czasu spędziliśmy przy Quincy Market, gdzie bostończycy od wieków zaopatrują się w artykuły spożywcze. Naszą uwagę zwrócił grający na garnkach Murzyn, wokół którego zebrała się spora grupka gapiów.

Uroczy budynek Starego Ratusza wśród bostońskich drapaczy chmur

Obowiązkowa była również wizyta pod Old City Hall, który widzieliśmy już pierwszego dnia z okien taksówki. Pokluczyliśmy jeszcze trochę po bostońskich uliczkach, by dotrzeć w końcu do Boston Common i miejsca, z którego rano odjechaliśmy autobusem na start maratonu w Hopkinton.

Stamtąd pojechaliśmy metrem do House of Blues, gdzie odbywała się impreza pomaratońska. Na dużej scenie w klubie grał rockowy zespół, na ekranach w tle widać było migawki z maratonu, a my zajadaliśmy się darmowymi kurczakami w panierce i makaronowymi przekąskami. Byłem taki głodny, że zjadłem chyba z 8 takich kubeczków i aż głupio mi było sięgać po kolejne. Wypiliśmy piwo i wolnym krokiem wróciliśmy do naszego hotelu.

Na pomaratońskiej imprezie w House of Blues można było się najeść do syta

Następnego dnia rano kupiliśmy duży kubek kawy na drogę i wyszliśmy wcześnie z hotelu. Wsiedliśmy w autobus, który przewiózł nas przez Harvard Brigde do dzielnicy Cambridge. Minęliśmy budynki Massachusetts Institute of Technology - najbardziej znanej uczelni technicznej na świecie. Wysiedliśmy trochę dalej i przespacerowaliśmy się Massachusetts Avenue, mijając po drodze ładne budynki tej części Bostonu. W końcu dotarliśmy do celu - Harvard University. Koniecznie chciałem zobaczyć budynki tej najstarszej w Stanach Zjednoczonych uczelni wyższej. Na kampusie prawie nie było widać studentów. Powodem była zapewne wczesna godzina (siódma), a potem jeszcze okazało, że w tym tygodniu studenci mieli wolne.

Anulka na schodach biblioteki w Harvardzie
Mogę powiedzieć, że studiowałem na Harvardzie ...mapę ;-)

Przeszliśmy wśród wiekowych budynków uczelni, a ponieważ zrobiliśmy się głodni, zatrzymaliśmy się w pobliskiej knajpie, żeby zjeść śniadanie. Następnego dnia po maratonie zawsze mam niesamowite ssanie w żołądku.

Wróciliśmy do hotelu i trzeba było powoli zbierać się do opuszczenia Bostonu. Poszliśmy na Back Bay Stadion, skąd odjechał nasz pociąg do Nowego Jorku. Podróż była bardzo komfortowa, czego można było oczekiwać na podstawie ceny biletu. Za podróż w obie strony zapłaciliśmy w sumie blisko $500. Fajnie, że przynajmniej Internet w pociągu był za darmo. Niestety, obok nas usiadła dziwna starsza pani, która w czasie podróży wykonała chyba z 10 telefonów do swoich koleżanek, gadając przez cały czas jakieś głupoty. W Polsce uznaję takie zachowanie za niekulturalne, ale może w Stanach obowiązuję inne normy. W końcu nie wytrzymywałem i włączyłem MP3.

Z Bostonu jechaliśmy w stronę wybrzeża przez Providence (stan Rohde Island), a dalej przez New Haven i Stamford (Connecticut). Momentami zbliżaliśmy się do zatok i widać było nawet fale z Atlantyku. W końcu moim oczom ukazał się znajomy krajobraz - dojeżdżaliśmy do Nowego Jorku!

Nowy Jorku - nadchodzimy :-)
Relacja z maratonu w Nowym Jorku

Nie mieliśmy ochoty, żeby chodzić z walizkami po mieście i na Penn Stadion udaliśmy się w stronę sektorów, z których odjeżdżały pociągi do New Jersey. W ciągu niecałej godziny dojechaliśmy do Matuchen, skąd odebrała nas moja ciocia Kasia.

Wieczór spędziliśmy u mojej rodziny z Kasią, jej mężem Paulem i córką Julią. Przywiozłem Julii prezent na pierwszą komunię, którą miała wkrótce przyjąć. "I'm your Godfather" - wytłumaczyłem Julii. "You're God?!" - spytała ze zdziwieniem Julia. Po kolacji przeszliśmy się chwilę po Matuchen, oglądając między innymi kościół, w którym Julia miała przyjąć komunię.

Rano Kasia przygotowała wypasione śniadanie, po czym wyjechaliśmy do Nowego Jorku. Pierwszy raz miałem okazję jechać autostradą w tych okolicach. Są olbrzymie - przeważnie w jednym kierunku prowadzą 3 pasy dla samochodów osobowych i 3 dla ciężarowych. Po przejechaniu 20 km autostradą stwierdziłem, że stan New Jersey jest chyba bardzo uprzemysłowiony - po drodze mijaliśmy głównie zakłady z dymiącymi kominami. Kasia zripostowała, że wbrew pozorom stan jest uważany za bardzo zielony i słynie z produkcji rolniczej. Może widać to bardziej w zachodniej części stanu.

Skierowaliśmy się do Lincoln Tunnel, jednego z dwóch tuneli pod Hudson River, łączących New Jersey z Manhattanem (drugi to Holland Tunnel w południowej części Manhattanu). Na wyspie zamknęli jedną z dróg wyjazdowych i musieliśmy zrobić spore kółko, dzięki czemu pierwszy raz stałem w dużym korku na Manhattanie. Kasia zaparkowała w końcu koło swojego biura niedaleko Lincon Center. W pierwotnych planach chcieliśmy zostawić u niej walizki i przejść się we czwórkę do Central Parku. Niestety, Anulka nie czuła się najlepiej i musieliśmy zrezygnować z tych planów. Poszliśmy wspólnie do Columbus Circle, gdzie pożegnaliśmy się z Kasią i Julką i poszliśmy do metra.

Dojechaliśmy bezpośrednio do South Ferry na Dolny Manhattan, gdzie mieliśmy zarezerwowany hotel Doubletree. Wejście do niego było mało reprezentacyjne. Trzeba było wjechać windą do lobby, żeby się przekonać, że nie jest tak źle. Mimo dość wczesnej godziny, znaleźli nam pokój na ostatnim, 44 piętrze budynku. Miało to pewne minusy, ze względu na długą podróż windą z przystankami, ale z drugiej strony, z okna mieliśmy całkiem fajny widok.

Widok z naszego okna na ostatnim, 44 piętrze naszego hotelu; po prawej stronie między budynkami widać szczyt ESB

Po południu pokrążyliśmy chwilę między drapaczami chmur na Dolnym Manhattanie. Zobaczyliśmy Wall Street, budynek giełdy i miejsce zaprzysiężenia Jerzego Waszyngtona - pierwszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Weszliśmy do Trinity Church, w którym Anulka pomodliła się o zdrowie. Od rana zaczęło jej puchnąć czoło i nie wiedzieliśmy, czy jest to kwestia opóźnionej reakcji na oparzenie słoneczne, czy jakaś inna alergia. Kupione jeszcze w Metuchen leki nie pomagały.

Przeszliśmy się jeszcze na północ w okolice City Hall. Stamtąd zaczęliśmy podchodzić na Brooklyn Bridge, na którym był potworny tłok. Dotarliśmy do pierwszego filaru, który stanowi jednocześnie bramę wjazdową do Manhattanu. Niestety, Anulka zupełnie nie miała humoru, a opuchlizna zaczęła jej przechodzić z czoła na górne powieki tak, że moja żona zaczęła powoli przypominać kosmitkę :-/

Zawróciliśmy do hotelu, ale odpoczynek nie pomógł Anulce, która zaczęła panikować. Zapytałem w lobby o najbliższy szpital, poszukałem trochę w Internecie i zadzwoniłem do Kaśki, żeby zorientować się w funkcjonowaniu miejscowej służby zdrowia. Zdecydowaliśmy się pójść na ostry dyżur do najbliższego szpitala - Downtown Hospital. Droga nie była długa (mniej niż kilometr), ale humory zdecydowanie nam nie dopisywały :-(

Żeby było ciekawie, przed wyjazdem zapomniałem zająć się załatwieniem ubezpieczenia turystycznego. Anulka była ubezpieczona w ramach karty kredytowej, ale nie wiedzieliśmy dokładnie, jak to funkcjonuje. Dobijało mnie też to, że moja koleżanka dostała podobnego ataku alergicznego w Meksyku, przeleżała 4 dni w szpitalu, który wystawił jej za to rachunek na około 10 tys. PLN :-/

Zarejestrowaliśmy się, zostawiając numer karty kredytowej. Uprzedzili nas, że przyjęcie na ostry dyżur kosztuje 400 dolarów, a rachunek za dodatkowe badania, zabiegi i lekarstwa zostanie wystawiony dodatkowo później. Musieliśmy zapłacić od razu, a potem na podstawie rachunku mogliśmy się ubiegać o refundację u ubezpieczyciela.

Teraz najważniejsze było zdrowie Anulki. Po rutynowym wywiadzie zajął się nią lekarz. Podłączyli ją do kroplówki, w której podali środek przeciw alergii. Dostała także ibuprofen. Martwiłem się, że będą ją chcieli zostawić w szpitalu na noc. Dołujący był widok innych pacjentów, którzy trafiali na ER. Niektórzy dziwnie się zachowali, coś wykrzykiwali. Marzyłem o tym, żeby zabrać Anulkę do hotelu.

Wyszedłem na chwilę do McDonalda i biłem się z przykrymi myślami, przeżuwając dwa cheeseburgery. Po 3 godzinach wydawało się, że opuchlizna nieco zeszła, przynajmniej w górnej części głowy. Poprosiłem o rozmowę lekarza, który jeszcze raz obejrzał Anulkę i zgodził się ją wypisać ze szpitala.

Ulżyło nam i z optymizmem wróciliśmy do hotelu na piechotę, a nawet nadrobiliśmy trochę trasę, żeby przejść się do Battery Park i popatrzeć na Statuę Wolności nocą. Nie czułem się jednak bezpiecznie, widząc nieopodal bójkę dwóch czarnoskórych chłopaków. Przechodziliśmy na pasach na zielonym świetle i mało nie zostaliśmy potrąceni przez skręcającego w lewo kierowcę, który chyba nas początkowo nie widział. Zahamował 2 metry przede mną z piskiem opon, przez co najadłem się strachu. Dość już było pecha tego dnia.

Rano Anulka wyglądała jeszcze gorzej niż poprzedniego dnia - opuchlizna zajęła też dolne powieki. Znowu zaczęła panikować, ale na szczęście zacząłem śledzić fora internetowe na temat poparzeń słonecznych i czytać posty osób, które były w identycznej sytuacji. Opuchlizna atakowała ich dwa dni po intensywnym opalaniu się i utrzymywała się przez kilka dni schodząc w dolne partie twarzy.

Jak się potem okazało, u Anulki było podobnie. Jej twarz przechodziła kolejne fazy opuchlizny. W środę po południu z wielkim czołem wyglądała jak kosmita lub bohater Star Treka. To był chyba najbardziej przerażający widok. Potem opuchlizna przeszła na górne powieki, ograniczając jej pole widzenia. Na kolejnym etapie opuchlizna zajęła dolne powieki i w czwartek Anulka wyglądała bardziej jak Chinka. Pod koniec dnia z opuchniętymi dolnymi policzkami była Mongołką, a w piątek rano obudziła się jako pyza z dużymi, czerwonymi policzkami. Na szczęście wtedy potrafiła się już z tego śmiać :-) Kiedy wylatywaliśmy z Bostonu, miałem już z powrotem moją piękną żonę, może troszkę grubszą, i ze strupkami na czole, ale jej oczy wyglądały już zupełnie normalnie.

Mądry Polak po szkodzie - żeby uchronić się przed oparzeniem czoła, wystarczyła zwykła czapka z daszkiem. Ja w takiej biegłem i w czasie maratonu ucierpiało jedynie moje prawe ramię. Choroba Anulki trochę popsuła nam wyjazd, ale przynajmniej mamy nauczkę na przyszłość. Ubezpieczenie z karty Anulki w pełni pokryło nam potem koszty leczenia i zakupy lekarstw, więc finansowo na tym nie straciliśmy. Poza tym, obejrzeliśmy na żywo "Ostry dużur", choć Anulka pewnie żałuje, że jej lekarz nie wyglądał jak George Clooney ;-)

Posty innych zrozpaczonych kobiet dodały Anulce otuchy. Nie chciała znowu wracać do lekarza i po południu udało mi się ją w końcu namówić do wyjścia z hotelu. Przejechaliśmy zieloną linią ze stacji Bowling Green pod naszym hotelem do Grand Central Terminal i weszliśmy na piękną halę tego dworca. Potem przeszliśmy się Piątą Aleją, mijając po drodze ładny budynek nowojorskiej biblioteki publicznej. Ogromny Empire State Building był coraz bliżej, ale gdy pod niego podeszliśmy, nie można było ocenić jego rozmiarów. Pod wieżowcem była spora kolejka, która zakręcała za róg 33rd Street.

Grand Central Terminal

Przemieszczenie się do wnętrza zajęło nam niecałe 10 minut, ale wiedziałem, że przed nami jeszcze długa droga na szczyt. Zanim dotarliśmy do kontroli bezpieczeństwa, kupiliśmy bilety i doszliśmy do wind, minęło sporo czasu. Na szczęście wnętrza są przyjemne, a po drodze można poczytać przewodnik i dowiedzieć się więcej o budynku, np. o systemie pobierania energii słonecznej, pozwalającym na duże oszczędności.

W czasie kontroli bezpieczeństwa Anulka musiała zdjąć duże okulary słoneczne i chustę, którymi przykrywała napuchniętą twarz. Ochroniarz trochę się przeraził...

Potem jeszcze długo czekaliśmy w punkcie przesiadki na 80 piętrze. Okna są tu specjalnie wyposażone w mleczne szkło, aby odwiedzający mogli pierwszy raz docenić widoki dopiero 6 pięter wyżej. W czasie oczekiwania strażnicy przepuścili przed nas wiele osób z priorytetowymi biletami, za które trzeba jednak zapłacić przeszło dwa razy więcej.

Dotarcie na 86 piętro Empire State Building zajęło nam mniej więcej tyle czasu, ile Kenijczycy potrzebują na przebiegnięcie maratonu. Znacznie szybciej radził się z tą trasą mieszkający w Bielsku Tomasz Klisz, który specjalizuje się w biegach po schodach. Na ESB wbiegał już 8 razy, a akurat w tym roku 1 lutego zajął 9. miejsce z czasem 12:12. Był zatem jakieś 10 razy szybszy niż my ;-)

Tego dnia pogoda była znakomita, a widoczność pozwoliła nam na wyraźne oglądanie krajobrazu, aż po horyzont. Starałem się pełnić rolę przewodnika i wytłumaczyłem Anulce, co widać na każdej z 4 stron świata. Zrobiłem kilka zdjęć i mogliśmy kończyć naszą wizytę.

Widok na południowy Manhattan z Empire State Building
Mój kolega ze szczytu Empire State Building mnie poznał i znowu zrobiłem sobie z nim zdjęcie

Zjazd ze szczytu trwał na szczęście znacznie krócej i cała impreza zamknęła się w czasie, w jakim ja pokonałem maraton w Bostonie. To znacznie dłużej niż trzy i pół roku temu, ale wtedy byliśmy z Alexem pod budynkiem znacznie wcześniej, jeszcze przed jego otwarciem i praktycznie nie musieliśmy stać w kolejkach.

Spod Empire State Building przeszliśmy się na Herald Square, gdzie pokazałem Anulce fasadę słynnego sklepu Macy's. Stojący na środku placu mechaniczny zegar-pomnik z 1895 roku wybijał akurat godzinę szóstą. Przeszliśmy na północ Broadway'em, a tłok na chodnikach stawał się coraz większy. Masy ludzi przechodziły przez ulicę z dwóch stron, często potrącając się nawzajem. Ciężko w takich warunkach spacerować z żoną za rękę. Na ulicach samochody stały w gigantycznych korkach, często nie mogąc nawet przejechać przecznicy na zielonym świetle, bo po drugiej stronie skrzyżowania nie było dla nich miejsca. Widać jednak, że kierowcy byli cierpliwi i zaprawieni w bojach. W końcu co drugie auto było żółtą nowojorską taksówką.

Na Times Square tłok osiągnął apogeum, że nawet na chodnikach utworzyły się korki i piesi nie mogli zejść z ulicy po przejściu na zielonym świetle. Chciałem wejść z Anulką do McDonalda na Times Square, ale przeraził nas widok ludzi jedzących hamburgery na stojąco w tłoku. Oglądaliśmy kolejne wielkie reklamy na placu, starając się jak najszybciej z niego uciec. Na północ od Times Square tłum zaczął się na szczęście powoli przerzedzać.

Dotarliśmy do Central Parku, po którym biegały setki, nawet tysiące biegaczy. Sporo osób trenowało też baseball. Przeszliśmy się do miejsca mety New York City Marathon przy Tavern on the Green, po czym udaliśmy się w kierunku Columbus Circle, skąd wróciliśmy metrem.

W tym miejscu w Central Parku wbiega się na metę maratonu nowojorskiego

Naszymi ulubionymi obiadami w Nowym Jorku były gotowe sałatki kupione w sklepach i takie królewskie danie zjedliśmy po powrocie. W Stanach trzeba bardzo uważać co się je, bo wkrótce można chorobliwie przybrać na wadze. Przekonałem się o tym już w czasie przeszło miesięcznego pobytu w Utah w 1998 roku, z którego wróciłem z fatalną sylwetką (aż wstyd mi pokazywać moje zdjęcie bez koszulki z tego okresu). Żywność w Stanach jest modyfikowana i dosładzana. Przypomniałem sobie teraz o tym, kiedy kupowałem produkty spożywcze w Nowym Jorku. Musli było potwornie słodkie i płatków z dołu torebki nie dało się jeść, a nawet gorzka czekolada okazała się bardzo słodka ;-/

Następnego dnia wyszliśmy z hotelu jeszcze przed 8, żeby ustawić się w kolejce do promu na Liberty Island i Ellis Island. Na pierwszej z wysp atrakcją jest oczywiście Statua Wolności, na drugiej - dawny punkt przyjmowania imigrantów. Są to jedyne atrakcje, których nie udało mi się zobaczyć przy okazji maratonu nowojorskiego. Na taką wycieczkę trzeba przeznaczyć pół dnia. W kolejce staliśmy półtorej godziny, przechodząc obowiązkową kontrolę osobistą jak na lotnisku. Trochę nas już męczyły te kontrole.

W końcu statek odpłynął i Statua Wolności zaczęła się przybliżać. Ustawiłem się na dziobie, żeby zrobić dobre zdjęcia, a statek specjalnie opłynął statuę z przodu. Przeszliśmy dookoła niewielką wyspę, na której nie ma specjalnie dużo do oglądania, poza statuą oczywiście. Zrobiliśmy sobie z nią kilka pamiątkowych fotek. Statua, zaprojektowana przez Bartholdi'ego, jest darem narodu francuskiego dla Amerykanów. W czasie wizyty w Paryżu widziałem podobną nad Sekwaną. Pomnik odsłonięto w 1886 roku, a w 100-lecie jego istnienia został odrestaurowany. Koszty wynosiły 100 milionów dolarów + 2 mln za pokaz sztucznych ogni, największy w historii Ameryki.

Pod Statuą Wolności na Liberty Island
Widok spod Statuy na Dolny Manhattan

Na Liberty Island nie ma innych atrakcji, są za to ładne widoki. Na południu widać Verrazzano-Narrows Bridge, łączący Brooklyn ze Staten Island. Stamtąd startowałem w maratonie nowojorskim. Na wschodzie widać wieżowce Dolnego Manhattanu, a na północy - Ellis Island. To właśnie ta wyspa była kolejnym punktem naszej wycieczki.

Kiedy prom dopływał do Ellis Island, starałem się sobie wyobrazić, jak czuli się imigranci, przybywający tu w latach 1892-1954. Płynęli tutaj wiele dni przez Ocean Atlantycki, żeby w końcu zobaczyć Statuę Wolności i zejść na mniejsze łódki, które płynęły na Ellis Island. Tę drogę przeszła ogromna większość imigrantów, tylko najbardziej zamożni byli odprawiani na statkach. Procedura na Ellis Island trwała około 5 godzin, czyli niewiele dłużej niż nasze przyjęcie na lotnisku Logan Airport w Bostonie :-/ Nie wszyscy jednak byli odprawiani bez problemów, niektórzy musieli przez jakiś czas mieszkać na wyspie w dormitoriach, żeby przejść kwarantannę. Pechowców (między innymi ciężko chorych, niedorozwiniętych, kryminalistów) odsyłano do domu tymi samymi statkami, którymi tu przypłynęli. Szacuje się, że ten los dotknął 2% z 12 milionów osób, którzy przeszli przez bramy Ellis Island. Podobno co drugi Amerykanin ma przodków, którzy zostali odprawiani w tym miejscu. W połowie XX wieku Ellis Island nie była już tak ważna dla imigrantów. Pojawiły się, paszporty, wizy, więcej terminali w różnych częściach Stanów, no i zaczęto latać samolotami. Nam mimo wszystko było znacznie łatwiej dostać się do Stanów niż ludziom 100 lat temu.

Wnętrze hali na Ellis Island, przez które przeszło 12 milionów amerykańskich imigrantów

Przeszliśmy przez kolejne sale w muzeum. Mnie najbardziej zaciekawił kantor, gdzie przypływający wymieniali pieniądze ze swoich rodzimych krajów na dolary (na pewno zdzierali na kursie ;-)), a zaraz obok była kasa, gdzie za te dolary kupowało się bilety na dalszą podróż koleją. Tylko niewielka część imigrantów zostawała w Nowym Jorku - reszta jechała dalej, w różne miejsca kraju, w tym przez cały kontynent, do Kalifornii.

Ciekawa była też procedura weryfikacji imigrantów. Najpierw sprawdzono zdrowie, w tym podstawy logicznego myślenia. W tym celu imigranci dostawali klocki i puzzle, które mieli poukładać na planszy. Jak ktoś nie radził sobie z takimi podstawowymi zabawkami dziecięcymi, był odsyłany do domu.

Ostatnią atrakcją wizyty na Ellis Island był blisko godzinny film o wyspie: "Island of Hope, Island of Tears". Zasiedliśmy wygodnie w fotelach, żeby zobaczyć oryginalne ruchome obrazy z tamtych czasów, a także posłuchać wspomnień imigrantów. Film został nakręcony przeszło 20 lat wcześniej i pokazuje stare, oryginalne wnętrza. Wypowiedzi imigrantów, starszych już ludzi, są bardzo prawdziwe. Przeważnie uciekali z Europy przed wojną i niedostatkiem do nowego kraju, w którym obiecywano im lepsze życie. Tylko nieliczni planowali dorobić się fortuny w Stanach i wrócić w rodzinne strony. Reszta "gasiła za sobą światło" w Europie. Pewien Rosjanin wypowiadał się, że gdyby odmówili mu wjazdu na Ellis Island, to popełniłby samobójstwo, rzucając się ze statku w drodze powrotnej. Niektórzy współcześni pasażerowie chyba zrobiliby to znacznie wcześniej, ze względu na warunki, w jakich odbywała się podróż. Mniej zamożni imigranci byli przewożeni na statkach jak bydło. Leżeli na pokładzie ściśnięci jak sardynki w puszce. Na szczęście nasz powrót do Polski następnego dnia był znacznie bardziej komfortowy.

Wizyta na Ellis Island była najciekawszą atrakcją naszego pobytu w Nowym Jorku. Po południu zrobiliśmy sobie jeszcze długi spacer po dzielnicach Dolnego Manhattanu. Kupiłem sobie Levisy 501 w dzielnicy TriBeCa, byliśmy też w Little Italy i China Town. Anulka z zaciekawieniem obejrzała tę ostatnią. Szczególnie zszokowała ją możliwość zamówienia ryby prosto z akwarium w restauracji oraz wielka beczka z żywymi żabami, które można było potem sobie skonsumować. Na koniec wycieczki spędziliśmy jeszcze kwadrans w Columbus Park, patrząc na grupki Chińczyków emocjonujących się grami planszowymi i karcianymi na parkowych stolikach.

Columbus Park w Chinatown - tutejsi mieszkańcy uwielbiają gry planszowe i karciane

Na wieczór kupiłem sobie dwa duże piwa i włączyłem telewizor w pokoju, żeby obejrzeć trzeci mecz Celtics - Knicks. Drużyna z Nowego Jorku przegrywała już w tej serii 2:0, ale teraz rywalizacja przeniosła się do Madison Square Garden i miejscowi liczyli na sukces. Niestety, zmęczenie dało znać o sobie i usnąłem w czasie przerwy po drugiej kwarcie. Rano dowiedziałem się, że Knicks znowu przegrali, a cała seria skończyła się 4:0, czyli bostończycy zmiażdżyli nowojorczyków. Celtics odpadli w dalszej rywalizacji, a ostatecznie mistrzami NBA zostali w tym sezonie koszykarze Dallas Mavericks.

Ostatniego dnia naszego pobytu w Stanach zrobiliśmy sobie w końcu trening. Niestety, pogoda nas nie rozpieszczała - od rana padało. Aby nie zamoczyć rzeczy, postanowiliśmy potrenować podbiegi. Wybiegliśmy z parteru na ostatnie, 44. piętro na którym był nasz pokój. Udało mi się wyprzedzić Anulkę, ale potem przez 10 minut nie mogłem wstać z łóżka, tak bolały mnie płuca.

Z hotelu wyszliśmy o bardzo wczesnej godzinie, dzięki czemu bez problemu zdążyliśmy na nasz pociąg, odjeżdżający z Penn Stadion. Podróż minęła spokojnie. Obok nas siedziała rodzina wracająca z meczu Celtics - ojciec i dwóch chłopców mieli czapeczki drużyny z Bostonu. Wysiedliśmy na South Station, zjedliśmy przekąskę na dworcu i pojechaliśmy na lotnisko Logan. Tam moją uwagę zwróciła ciekawa konstrukcja - wielka rzeźba, w której przemieszczały się kulki, wykorzystując głównie siłę grawitacji, ale również kilka elementów elektrycznych, które wwoziły je z powrotem z dołu na górę. Pamiętam, o tej rzeźbie mówili mi Fabian i Ksawery, którzy byli w Bostonie już w czasach licealnych. Teraz i ja miałem okazję ją obejrzeć.

W czasie przesiadki we Frankfurcie mieliśmy 5 godzin czasu i skorzystaliśmy z tego, żeby zobaczyć miasto. Anulka nieźle znała już Frankfurt - odwiedzała go przy okazji pracy w General Motors, w czasie podróży służbowych do fabryki w Russelsheim. W okolicach tego miasta Men wpada do Renu.

Z głównego dworca kolejowego poszliśmy do centrum, obejrzeliśmy rynek i spacerowaliśmy trochę wzdłuż Menu. Miasto wyglądało trochę na wymarłe - pora była wczesna, do tego dzień wyjątkowy, bo niedziela wielkanocna. Pogoda dopisywała i miło spędziliśmy czas.

Chwilę po południu wylądowaliśmy w Katowicach, odebraliśmy samochód z parkingu i wróciliśmy do domu. Dobrze, że jeszcze następnego dnia mieliśmy wolne - trzeba było trochę odpocząć po takim intensywnym wyjeździe :-)

Galeria zdjęć z Bostonu i Nowego Jorku

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin