O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2010-11-07, Beskidy (Polska)


Fajny start w naszych górach
Dramatyczna pogoń za Anulką

Relacja Roberta z 60. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:31:13

5 /
88

5.7


Maratony Roberta

O Maratonie Beskidy dowiedzieliśmy się z Anią na początku roku, kiedy zaczęliśmy brać udział w Biegach Górskich. Maraton po naszych górach - taka przyjemność nie mogła nas ominąć! Miał to być nasz ostatni dłuższy start w 2010 roku.

Nie mogę powiedzieć, żebyśmy się jakoś specjalnie przygotowywali do tego maratonu. Mieliśmy już w nogach bardzo dużo startów w tym sezonie i z tego zamierzaliśmy pobiec. Nie robiliśmy żadnych wybiegań, nie stosowaliśmy diety przedmaratońskiej, ani nawet nie odpoczywaliśmy w ostatnich dniach.

Dość powiedzieć, że w sobotę, w przeddzień maratonu, wystartowaliśmy w biegu na 10 km w Ustroniu. To miała być taka rozgrzewka, a tymczasem przerodziła się w ostry wyścig. Anulka na pierwszym kilometrze była naciskana przez rywalki, ale poszła jak strzała tempem 3:45/km i potem nie miała już konkurencji. Przez 7 kilometrów biegliśmy razem z Anulką i Janem Wojnowskim - bardzo dobrym weteranem z Bielska, który wygrał tu swoją kategorię wiekową. Ja przecierałem prowadzący nad Wisłą szlak, ale w końcówce osłabłem, a ku mojemu zaskoczeniu, Anulka poszła jeszcze szybciej. Potem na asfalcie próbowałem ją gonić i na stadionie nieco się zbliżyłem, ale na mecie oglądałem tylko plecy żony. Anulka pewnie wygrała te zawody, a ja byłem nieco zszokowany, że dałem jej się wyprzedzić. Martwiłem się też, że tak mocny start może mieć negatywny wpływ na maraton następnego dnia. Niby Maraton Beskidy nie był dla nas bardzo ważną imprezą, ale fajnie by było dotrwać do jego końca w dobrym zdrowiu.

Dzień przed maratonem Anulka w ramach rozgrzewki wygrała bieg na 10 km w Ustroniu
Reprezentacja Byledobiec Anin w Biegu Legionów

Na mecie spotkaliśmy kilku znajomych, między innymi biegającego w naszym klubie Marcina Wiącka, który pracował na Śląsku i czasem przyjeżdżał na zawody w górach. Poszliśmy się trochę roztruchtać w górę Wisły i zrobiliśmy się głodni. Zdecydowaliśmy, że nie skorzystamy z zapewnionego przez organizatora posiłku w smażalni ryb. Zaprosiłem za to Anulkę do cukierni na kawę i pyszne ciastka. Dość długo musieliśmy czekać na dekorację, ale z Ustronia wróciliśmy bardzo zadowoleni.

Następnego dnia wczesnym rankiem wyjechaliśmy w stronę Żywca. Po drodze zostawiliśmy Spajka u mamy Ani w Łodygowicach i dalej pojechaliśmy do Przybędzy. Bez trudu znaleźliśmy zajazd Horolna, który służył jednocześnie, jako biuro zawodów. Odebraliśmy pakiety startowe, których wartość była niewspółmierna do kosztów wpisowego (90 PLN). W torbie były między innymi serwetki z nadrukowanym logo maratonu (bardzo przydały się potem jako oryginalna ozdoba na naszej parapetówce), a także dwie rolki papieru toaletowego (tym razem już bez loga, bo wycierać usta nim można, ale podcierać się - zdecydowanie nie).

Niebawem do karczmy zawitał nasz znajomy Wojtek Starzyński, z którym już kilka razy spotykaliśmy się w tym sezonie w górach, między innymi na trasie Maratonu Gorce, a także przy okazji Maratonu Gór Stołowych i Biegu na Skrzyczne. Postanowiliśmy trzymać się od początku razem, tym bardziej, że Wojtek narzekał na formę i zmęczenie długą podróżą. Żeby wystartować, przerwał delegację w Pradze i przyjechał stamtąd bezpośrednio pociągiem.

Na starcie III Maratonu Beskidy przy stacji benzynowej w Przybędzy
Widok ze startu na trasę Żywiec - Zwardoń i Beskid Żywiecki
Startujemy

Wystartowaliśmy spod stacji benzynowej w Przybędzy. Ruszaliśmy się dość żwawo, a przed nami utworzyła się tylko grupka złożona z 4 zawodników, biegnących jednak znacznie szybciej od nas. Trasa prowadziła najpierw błotnistymi drogami przez pola na północ, a przy pierwszych zabudowaniach w Radziechowach skręciliśmy dwa razy w lewo, by kontynuować bieg podobnymi drogami. Po 3 kilometrach wbiegliśmy na asfalt, gdzie ukształtowała się 5-osobowa grupa pościgowa. Trochę pokrążyliśmy w Radziechowach, po czym wybiegliśmy w kierunku Twardorzeczki. Tam spotkało nas miłe zaskoczenie - głośno grająca ludowa kapela. Przebiegliśmy obok kościoła, do którego właśnie szło sporo parafian i dobiegliśmy do Zimnika - pierwszego miejsca na trasie, które kojarzyłem z naszych treningów. To tutaj zostawiliśmy kiedyś samochód i razem z Anulką zrobiliśmy trasę żółtym szlakiem do Malinowskiej Skały, potem zielonym na Skrzyczne i z powrotem w dół niebieskim do Zimnika. Pamiętam, że była wtedy kiepska pogoda i źle się biegło w okolicach Kopy Skrzyczeńskiej i Małego Skrzycznego.

Teraz pogoda robiła się coraz ładniejsza, nawet na chwilę wyjrzało słońce. Posiliłem się na punkcie odżywiania i za chwilę rozpoczęła się wspinaczka na Skrzyczne. Biegliśmy wtedy we czwórkę - Anulka, ja, Wojtek i Paweł Krawczyk z Krakowa. Rzuciłem hasło: "Czy ktoś ma ochotę się ze mną przejść?". Nikt na nie zareagował. Stwierdziłem, że jak na bieg, to jest dla mnie za stromo i przeszedłem do marszu. Wojtek i Paweł pobiegli przodem, a Anulka wahała się, co zrobić. Po krótkim czasie stwierdziła, że mój marsz jest dla niej za wolny i pobiegła za chłopakami. W ten sposób zostałem sam i tylko przez jakiś czas mogłem oglądać plecy Wojtka i Anulki.

Trasa prowadziła przez cały czas drogą, poza szlakami turystycznymi. Pod kopułą Skrzycznego zobaczyłem daleko na zakręcie postać w czerwonej kurtce, która śmignęła na górę. Myślałem, że to Paweł musiał się na chwilę zatrzymać (tylko on miał czerwoną kurtkę), ale niedługo potem sprawa się wyjaśniła. Za zakrętem czekali na mnie Adam i Rysiek, którzy gorąco mnie dopingowali - super kibice. Przy przybijaniu piątki Rysiek złapał mnie za rękę i wbrew mojej woli podciągnął pod górę. "Dzięki, choć mogliby mnie za to zdyskwalifikować" - zażartowałem.

Anulka odstawiła mnie na podbiegu, przez chwilę towarzyszył jej Adam
Anulka skoncentrowana...
...ja nieco bardziej wyluzowany
To jest fotomontaż - Anulkę udało mi się dogonić dopiero na zbiegu ze Skrzycznego

Przebiegłem pod kopułą Skrzycznego. Trasa nie prowadziła przez sam szczyt i może dobrze, bo warunki na graniach mogły być nieciekawe. Bardzo długo zabawiłem w punkcie odżywiania na 23. kilometrze - dużo wypiłem, zjadłem banana i batona. Moją stratę do Anulki i Wojtka szacowałem na przeszło 2 minuty. Liczyłem na to, że dzięki szybkiemu zbiegowi uda mi się ich dogonić. Tak też się stało - za Kościelcem zauważyłem dwie zbiegające postacie, co jeszcze dodało mi sił i niedługo potem Anulka zawołała do Wojtka: "Uwaga, Robert biegnie i powoduje lawinę!". Faktycznie, trochę kamieni zrzuciłem w dół w czasie tej szaleńczej pogoni.

Porozmawialiśmy sobie wesoło, a dobry nastrój utrzymywał się aż do Zimnika, gdzie zaczęły się schody, a właściwie - górki. W czasie podbiegu na jedną z nich powiedziałem do Anulki i Wojtka, żeby biegli takim tempem dalej sami - ja wysiadałem. Na szczęście potem był zbieg w okolicach kościoła, gdzie dogoniłem towarzyszy. Biegłem za Anulką, a Wojtek został nieco z tyłu.

Wybiegliśmy z Twardorzeczki i po skręcie w prawo mogliśmy ocenić sytuację z przodu. Widać było dwóch zawodników - w białej koszulce i w czerwonej (prawdopodobnie był to Paweł, który uciekł nam na podbiegu pod Skrzyczne). Po 35 kilometrach wstąpiły we mnie nowe siły i przejąłem inicjatywę, a Anulka twardo trzymała się za mną. W Radziechowach skręciliśmy w prawo i zaczęliśmy się wspinać drogą asfaltową pod górę. Po lewej stronie mieliśmy Matyskę, górę nazywaną "Golgotą Beskidów", ze względu na krzyż na szczycie, a także dość dużą stromiznę i samotne położenie. Na zboczach góry odprawiana jest droga krzyżowa.

Przed startem słyszałem o Matysce takie historie, że można tam postawić tabliczkę "Biegacz po raz trzeci upada pod krzyżem". Taki podbieg na 39. kilometrze to niezły hardkor. Teraz nie mogłem się doczekać, żeby mieć ten szczyt za sobą. Matyskę mieliśmy cały czas po lewej stronie, ale zamiast na nią wbiegać, wspinaliśmy się dalej prosto. Myślałem, że trasa w tym miejscu jest źle oznakowana i przy kolejnym możliwym skręcie w lewo spytałem miejscowych, czy nie powinniśmy tutaj biec. Pani potwierdziła, że na Matyskę tędy, ale ja jakoś jej nie ufałem i przebiegliśmy jeszcze kawałek prosto. Dopiero pod przystankiem PKS zauważyliśmy strażaków, którzy wskazali nam drogę i niejako zawrócili w kierunku Matyski. Wtedy na równoległej drodze zauważyliśmy z daleka jakiegoś biegacza, który był za nami, ale wcześniej skręcił w lewo. Trochę nas to sfrustrowało, bo albo my nadrobiliśmy trasę, albo ktoś sobie skrócił. Anulka dostała wtedy takiego przyspieszenia, że nie miałem szans dotrzymać jej kroku. Jak mi potem powiedziała "nie lubi niesprawiedliwości". Na zboczach Matyski wyprzedziła biegacza w białej koszulce. Ja za to zostałem, a przed szczytem Matyski dałem się dojść zawodnikowi, który nadbiegał za mną.

Pod krzyżem czułem się zmęczony, ale postanowiłem dać z siebie wszystko na trudnym technicznie zbiegu - szybko wyprzedziłem dwóch biegaczy i zobaczyłem przed sobą Anulkę. Powoli się do niej zbliżałem i dogoniłem na końcu asfaltu w Przybędzy. Tam do mety zostało już niewiele ponad kilometr. "Nikt nas nie goni" - powiedziałem do Anulki, kiedy się do niej zbliżyłem. Ostatni odcinek pokonaliśmy spokojnie razem i radośnie wbiegliśmy na metę na piątym miejscu.

Ostatni kilometr maratonu przebiegliśmy razem

Wyprzedzili nas tylko Lucjan Chorąży (3:07), Ireneusz Waluga (3:18), Adam Jagieła (3:19) i Paweł (3:28). My byliśmy 2,5 minuty za nim, a Wojtek przybiegł 6,5 minuty po nas. Ostatnim razem widziałem go kątem oka ze szczytu Matyski, kiedy rozpoczynał wspinaczkę.

Buziak na mecie

Anulka oczywiście pewnie wygrała wśród kobiet (druga Małgorzata Piątek była prawie godzinę za nią). Poza tym, jej czas robił wrażenie na wielu mężczyznach w stawce. Ja się cieszyłem, że dałem radę się zebrać i towarzyszyć żonie na mecie. Inaczej pewno byłoby mi głupio ;-)

Wymiana wrażeń z trasy, niedługo po finiszu
Sława - wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy

Chwilę po naszym finiszu na mecie pojawili się Adam i Rysiek - nasi super kibice. Mimo zmęczenia, chętnie dzieliliśmy się wrażeniami z trasy, a Anulka udzieliła nawet wywiadu. Potem udaliśmy do zajazdu Horolna, gdzie można było się przebrać i napić herbaty. Karczma zasłynęła tym, że była planem programu "Kuchenne rewolucje" Magdy Gessler. My odwiedziliśmy "Horolną" po wizycie pani Magdy, ale jeszcze przed emisją programu. Karczma została na początku strasznie skrytykowana przez prowadzącą program i właściciel musiał się bardzo starać, żeby wprowadzić rewolucyjne zmiany. W czasie naszej wizyty wyglądało to już nieco lepiej niż parę miesięcy wcześniej.

Herbatka w zajeździe Horolna
Wszyscy popijali grzańca, a ja wypchałem sobie policzki bułką i też było fajnie :-)

Zakończenie imprezy odbyło się za karczmą, gdzie przygotowano scenę i podium, a biegacze mogli się ogrzać przy ognisku. Przebojem było grzane wino, którego ze względu na stanowisko kierownicze (prowadziłem samochód) nie mogłem skosztować. Na dekorację czekaliśmy dość długo, ale było warto, bo najciekawszą nagrodą była metrowa kiełbasa z żywieckiej masarni. Była pyszna, o czym przekonali się także Adam i Rysiek, którzy dostali od Anulki po sporym kawałku.

Anulka zdominowała kategorię kobiet i ze świetnym wynikiem 3:31 namieszała w generalce

Po dekoracji generalki miały być jeszcze nagrody w kategoriach, ale spieszyliśmy się do domu i postanowiliśmy wracać. Podziękowaliśmy organizatorowi i razem z Wojtkiem pojechaliśmy do Łodygowic. Tam zostaliśmy miło przyjęci przez mamę Ani i obejrzeliśmy rozgrywany tego dnia maraton nowojorski. Potem odwieźliśmy Wojtka do brata w Bielsku i wróciliśmy do domu po męczącym dniu. To był już nasz ostatni maraton w tym roku. Miło było zachować dobre wspomnienia z Maratonu Beskidy na całą zimę.

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin