O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2010-10-10, Zagrzeb (Chorwacja)


Maraton, kąpiel w morzu
i Jeziora Plitwickie

Relacja Roberta z 58. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:59:30

23 /
237

9.7


Maratony Roberta

Po udanym starcie w Oslo czułem rezerwy i stwierdziłem, że na jesieni będę w stanie przebiec jeszcze jeden maraton w czasie poniżej 3 godzin. Ze względu na trudność trasy nie było to możliwe w zaplanowanym starcie w Starej Miłośnie, a tym bardziej - w Beskidach. Chciałem znaleźć jakiś fajny, szybki maraton, najchętniej magicznego dnia 10 października 2010 roku. W Polsce wielu maratończyków wybierało się wtedy do Poznania, ale ja już tam kiedyś biegałem. Na szczęście świetnie się złożyło, że w tym samym czasie był też maraton w Zagrzebiu - kolejnej stolicy europejskiej, którą miałem na tapecie.

Z domu wypychała mnie jeszcze jedna kwestia - toczący się w nim generalny remont. Po paru tygodniach mieszkania w remoncie człowiek robi się zmęczony i pragnie chwili odmiany. Niestety, ze względów zawodowych, w wyjeździe do Chorwacji nie mogła mi towarzyszyć Anulka. Miałem jechać autem sam. Na szczęście na wyjazd zdecydowała się moja mama, której bardzo spodobała się perspektywa krótkiego urlopu nad morzem.

W czasach studenckich trzykrotnie spędzałem urlop w Chorwacji - najpierw w miejscowości Rabac na półwyspie Istria, potem w Malińskiej na wyspie Krk, aż w końcu w Novi Vinodolski w północnej części wybrzeża. Urlopy zawsze spędzałem stacjonarnie ze znajomymi. Pamiętam, że na Krk-u codziennie rano biegałem 15 minut pod górę z apartamentu. Starałem się, żeby każdego dnia przebiegać w tym czasie kilkadziesiąt metrów więcej, co nie było łatwe. 11 września 2001 roku po powrocie z takiej wycieczki z przerażeniem oglądałem wiadomości z Nowego Jorku w hotelowym holu.

W czasie moich urlopów w Chorwacji nigdy nie jeździłem na wycieczki fakultatywne, czego później żałowałem. Przede wszystkim, nie widziałem Jezior Plitwickich - chyba największej atrakcji turystycznej w Chorwacji (oczywiście poza wybrzeżem). Nigdy nie dotarłem też do Zagrzebia, choć kiedyś transferowałem się przez miejscowe lotnisko w czasie powrotu z podróży służbowej do Skopje. Pamiętam, jak przy stanowisko Croatia Airlines załatwiałem sobie zmianę rezerwacji, żeby dolecieć na czas do Anulki do Turynu.

Miałem zatem spore doświadczenia z Chorwacją, a teraz chciałem przebiec tu maraton. Drugim celem mojej podróży były Jeziora Plitwickie. Urlop zaplanowałem tak, żeby wyjechać z Bielska w sobotę wcześnie rano, a wieczorem być już w Zagrzebiu i odebrać numer startowy. Niedzielę przeznaczyłem na maraton i podróż na wybrzeże. Poniedziałek był zarezerwowany na Jeziora Plitwickie, a wtorek - na powrót do Bielska.

Wszystko poszło zgodnie z planem. W piątek odebrałem mamę z pociągu na stacji w Bielsku, zjedliśmy kolację i rano byliśmy gotowi do długiej drogi. Podróż przez Słowację nie była zbyt szybka - tam trasy są kręte i pagórkowate. Musieliśmy jednak wykupić winietkę za kawałek trasy ekspresowej. W kilku miejscach trasa bardzo nam się podobała - między innymi stojący na wysokiej skale Zamek Orawski i górskie miejscowości.

Na Węgrzech drogi nie były dużo lepsze. Dojechaliśmy do Budapesztu, gdzie z powodu kiepskich oznaczeń pomyliliśmy trasę, a potem musieliśmy przejechać przez miasto, żeby dostać się na jego drugą stronę. W żaden sposób nie udało nam się trafić na narysowaną na mapie obwodnicę. Szczęście w nieszczęściu, przejechaliśmy przez Budapeszt, z którym oboje mieliśmy związane swoje wspomnienia. Mama spędzała tu kiedyś wakacje z moją babcią, a potem była jeszcze raz na wyjeździe harcerskim. Ja dwa lata wcześniej biegłem maraton w Budapeszcie, a rok wcześniej oglądałem miasto z lotu ptaka w czasie delegacji do Macedonii. Kiedy przejeżdżaliśmy przez Dunaj, przypomniałem sobie Wzgórze Gelerta oraz znajomą trasę nad Dunajem. Po wyjeździe z miasta obserwowaliśmy kilkukilometrowy korek na obwodnicy, na szczęście w przeciwnym kierunku. Dopiero po zjechaniu z obwodnicy stwierdziłem, że węgierska winietka faktycznie jest warta 10 euro - autostrada w stronę Zagrzebia była znakomita. Po prawej stronie mieliśmy ładne widoki na Balaton. Gdyby nasz wzrok sięgał dalej, nie byłyby już tak pięknie. Bardziej na zachód znajduje się wieś Kolontar, w której tydzień wcześniej doszło do fatalnego wycieku substancji toksycznych z zakładów aluminiowych. Okolica została zatopiona w brudnej, czerwonej mazi. Eksperci twierdzili, że ze względu na toksyczne działanie, na tym terenie nie będzie można mieszkać przez wiele lat.

Wyjechaliśmy z Węgier, przekroczyliśmy granicę Unii Europejskiej i wjechaliśmy do Chorwacji. Tam celnicy sprawdzili nam paszporty i pytali, gdzie się wybieramy, co nieco mnie zaskoczyło. Chorwacja wstąpiła do UE 3 lata później - 1 lipca 2013 roku.

Autostrada do Zagrzebia była równie dobra, jak ta na Węgrzech. Mimo ominięcia jednego zjazdu z autostrady, w miarę sprawnie dojechaliśmy do centrum Zagrzebia i zaparkowaliśmy samochód niedaleko parku pod Katedrą św. Stefana. To jeszcze nie był kres naszej podróży tego dnia, ale z ulgą wyszliśmy z auta, żeby przejść się po mieście. Najpierw okrążyliśmy katedralne wzgórze i weszliśmy na plac przed Katedrą św. Stefana. Świątynia powstała już w średniowieczu, jednak obecny neogotycki wygląd zyskała po XIX-wiecznej odbudowie. Dzwonnice katedry mają aż 110 metrów. Weszliśmy na chwilę do środka i mieliśmy przyjemność posłuchać pięknie śpiewającego chóru. Potem przeszliśmy się na Dolac - miejsce wielkiego targu, które o tej porze było już sprzątane. Niedaleko znajduje się Krwawy Most, przez który można przejść na Gornji Grad. My zeszliśmy jednak niżej w stronę placu bana Jelacicia, gdzie miałem odebrać numer startowy.

Katedra w. Stefana

Na placu dużo się działo, ale nie za sprawą zaplanowanego na następny dzień maratonu, tylko wiecu wyborczego, na którym było kilku prelegentów i występował chorwacki zespół ludowy. Przeszliśmy się po placu i zrobiliśmy trochę zdjęć. Na środku stoi pomnik Josipa Jelacicia - hrabiego i bana, który był Feldzeugmeisterem armii austriackiej i tłumił powstanie węgierskie. Walczył wtedy przeciwko Józefowi Bemowi, któremu z kolei Polacy stawiają pomniki - taka to ironia historii. W czasach komunizmu pomnik Jelacicia został przesunięty na bok placu, by później za sprawą nacjonalistów chorwackich powrócić na najbardziej reprezentacyjne miejsce.

Pomnik bana Jelacicia na rodku głównego placu miasta
Moja mama na placu Jelacicia - następnego dnia dopingowała mnie na tych trybunach

To właśnie spod pomnika Jelacicia miałem następnego dnia startować w maratonie, przebiegać tu na 15. kilometrze (w przeciwnym kierunku), by znów zawrócić, na półmetku przebiec przez bramę startową i powtórzyć drugi raz tę dość monotonną trasę. Od startu biegliśmy praktycznie cały czas prosto na wschód główną ulicą przez Maksimir i Dubrawę, wracaliśmy tą samą trasą, a po 15 kilometrach biegliśmy z placu prosto 3 km na zachód i znów zawracaliśmy w dobrze znane miejsce. Trasa na pewno nie była urozmaicona, ze to można było ją dobrze poznać.

Katedra - widok spod biura zawodów

Biuro maratonu przy placu nie rzucało się w oczy i gdyby nie spora liczba osób spacerujących z reklamówkami od sponsora, byłoby ciężko rozpoznać to miejsce. Zapłaciłem 20 euro, w zamian za co dostałem numer, chipa i pakiet startowy z całkiem fajną czerwoną koszulką techniczną.

Występ chorwackich zespołów ludowych w ramach wiecu wyborczego

Po załatwieniu formalności maratońskich poszliśmy na taras pod placem Dolac, żeby coś zjeść. Ja oczywiście wsunąłem porcję makaronu. Potem przeszliśmy się jeszcze chwilę po mieście, a ponieważ robiło się późno, wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy do zarezerwowanego wcześniej hotelu o nazwie Jarun. Mieścił się on nieopodal znanego zagrzebskiego jeziora o tej samej nazwie. Z powodu ciemności i kiepskich map nie było nam łatwo trafić w miejsce przeznaczenia, ale na szczęście daliśmy sobie radę. Hotel okazał się bardzo fajny i byliśmy zadowoleni z noclegu.

Jarun - słynne jezioro Zagrzebia, które moglimy zobaczyć tylko na mapie i zdjęciach

Rano zjedliśmy śniadanie, w czasie którego ograniczyłem się do kawy i bułek z dżemem. Zazdrościłem mamie, która korzystała z innych pyszności. Mieliśmy jeszcze chwilę czasu i wykorzystaliśmy ją, żeby zobaczyć jezioro Jarun. Jest ono miejscową atrakcją turystyczną i najpopularniejszym miejscem do uprawnia sportów w Zagrzebiu. Niestety, o tak wczesnej porze jezioro było przykryte gęstą mgłą i mogłem sfotografować się jedynie z tablicą informacyjną.

Upragniony widok - ostatnia prosta do mety

Podjechaliśmy do centrum Zagrzebia i zostawiliśmy samochód na południe od placu Jelacicia. Przeszliśmy się chwilę po parku, po czym dotarliśmy na plac, który stał się tego dnia wielkim miasteczkiem biegowym. Chwilę wolnego czasu wykorzystaliśmy jeszcze na spacer po Górnym Gradzie. Dotarliśmy tam długimi schodami wzdłuż kolejki, która wwozi pasażerów na wyższy poziom. Największą atrakcją tej części miasta jest kościół św. Marka, którego dach zdobią ułożone z dachówek herby Chorwacji i Zagrzebia. Odbywały się tu zaprzysiężenia ważnych dla kraju osób. Po jednej stronie placu stoi Sabor - siedziba chorwackiego parlamentu, a z drugiej znajduje się siedziba prezydenta oraz kilka ministerstw.

Kociół w. Marka w centrum Gornji'ego Gradu

Z placu wyszliśmy w kierunku wschodnim, by przejść przez Kamienną Bramę, w której znajduje się cudowny obraz Marki Boskiej z Dzieciątkiem. Legenda głosi, że przejście przez bramę środkiem wróży nieszczęście. Ja o tym nie wiedziałem, ale nic złego mi się potem nie przytrafiło. Zrobiłem mamie zdjęcie pod pomnikiem św. Jerzego walczącego ze smokiem, po czym zaczęliśmy się kierować w dół ulicą Radiceva. Moja mama zwróciła uwagę na plakat prezentujący chorwackich naukowców na Deception Island u wybrzeży Antarktydy. "Byłem tam" - powiedziałem zadowolony.

Przed startem zrobiłem krótką rozgrzewkę, oddałem mamie swoje rzeczy i ustawiłem się na starcie. Ludzi było sporo, bo wspólnie miał wystartować maraton, półmaraton oraz tzw. bieg mieszkańców. Kolejni biegacze zaczęli podchodzić od przodu linii startu i w rezultacie zostałem zepchnięty na dalszą pozycję. To trochę przeszkadzało na początku na wąskiej, pełnej niespodziewanych przeszkód ulicy, ale po paru minutach nie było już żadnego problemu.

Na trzecim kilometrze przełączyłem stoper na zwykły zegarek, bo oto właśnie na jego wyświetlaczu miało się pojawić sześć dziesiątek (10-10-10 10:10:10). Przez sekundę delektowałem się tym widokiem, po czym znów przełączyłem się na stoper i pilnowałem międzyczasów na kolejnych kilometrach. Starałem się trzymać tempo 4:15/km i podłączałem się pod biegnące w moich okolicach grupki maratończyków i półmaratończyków, żeby chronić się od wiatru. Po 12 kilometrach wyszedłem do przodu takiej grupki, a potem lekko przyspieszyłem. Przebiegłem przez plac bana Jelacicia, potem 3 km w jedną stronę, 3 w drugą i znów wbiegłem na plac. Tutaj kończył się półmaraton, a ja wybiegłem na drugą pętlę maratonu, chowając się za blisko 2-metrowym biegaczem - jedynym zawodnikiem, który był wtedy w mojej okolicy. Czas na półmetku miałem bardzo dobry - 1:28:06 i mogłem spokojnie myśleć o złamaniu granicy 3 godzin.

Na drugiej pętli starałem się cały czas trzymać zakładane tempo. Zawodnik przede mną nieco mi uciekł, a obok mnie śmignęło dwóch biegaczy, z którymi wcześniej biegłem w grupce na pierwszej pętli. Tempo cały czas oscylowało w granicach 4:15-4:20/km, ale miałem jeszcze zapas z pierwszej pętli, żeby połamać 3 godziny. Przy okazji kolejnej wizyty na placu Jelacicia (36 km) wiedziałem, że muszę się sprężać, żeby za bardzo nie odpuścić tempa. Kilometry wychodziły już po 4:2x. Udało mi się jeszcze wyprzedzić totalnie wyczerpanego biegacza, ale sam nie byłem już zbyt świeży. Czekałem na tabliczki z oznaczeniami kolejnych kilometrów, co czasem mnie myliło, bo kilometry były oznaczone na dwóch pętlach i w dwie strony. Taka pomyłka kosztowała mnie trochę nerwów na 41. kilometrze. Miałem wyliczone, że muszę minąć tabliczkę w czasie poniżej 2:55. Ten czas się zbliżał, a kolejną tabliczkę widziałem jakieś 100 metrów przed sobą. Na szczęście, było to inne oznakowanie, a tabliczka "41 km" schowała się za przechodniami na chodniku. Teraz już nic nie mogło mi odebrać kolejnego połamania trójki. Ostatni raz wbiegłem na plac Jelacicia, oglądając plecy wysokiego zawodnika, z którym przebiegaliśmy tu półtorej godziny wcześniej. W tłumie usłyszałem głos mamy i pomachałem jej do zdjęcia. Na metę wbiegłem zadowolony, choć zmęczony.

Ostatnie metry maratonu - już wiedziałem, że się udało
Na zegarze 2:59:58, a ja już na mecie :-)

Po biegu porozmawiałem jeszcze chwilę z Polakami, którzy brali udział w półmaratonie. Przez jakiś czas stałem oparty o wielki czerwony balon. Jakiś maratończyk siedział w fontannie na placu i moczył w niej obolałe nogi. Moje mięśnie też potrzebowały takiego ukojenia, ale nie było na to specjalnie czasu. Wolałem pojechać nad morze i tam się wykąpać.

Wyjechaliśmy z Zagrzebia na południową obwodnicę, po drodze mijając Arena Zagreb - nowoczesną halę sportową. Pojechaliśmy autostradą A1 na południe, a zjechaliśmy z niej w okolicach nadmorskiej miejscowości Senj, gdzie chcieliśmy się zatrzymać. Po krótkiej jeździe minęliśmy przełęcz i z wysokości 700 metrów zobaczyliśmy morze. Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby nacieszyć oczy widokami.

W Senj miałem już wcześniej wstępnie zarezerwowany nocleg (bez zobowiązań), ale wiedziałem, że idealny pensjonat znajdziemy dopiero na miejscu. Po drodze zaczepił nas miejscowy, który zaoferował nam swoje apartamenty. Pojechaliśmy za nim, ale były zdecydowanie za daleko od morza. Po drodze przypadkowo minęliśmy apartament, który ja zarezerwowałem, ale ten też specjalnie nam nie odpowiadał. Zjechaliśmy na dół do miasta, żeby poszukać dalej. Przy okazji zwiedziliśmy trochę miasto z okien samochodu. Senj był już zamieszkany w IV wieku p.n.e., kiedy znajdowało się tu greckie osiedle Attienities. Najbardziej znanym zabytkiem miasta jest stojąca na parkowym wzgórzu twierdza Nahaj.

W mieście moja mama przyuważyła tabliczkę z reklamą bardzo ładnie położonego pensjonatu i od tego czasu kierowaliśmy w jego stronę. Pensjonat był położony trochę na północ od centrum, przy trasie adriatyckiej i tuż nad brzegiem morza. Na plażę można było wyjść przez pokojowy balkon. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego miejsca. Po krótkich negocjacjach z właścicielką ustaliliśmy cenę na dwie noce.

Woda nie jest super ciepła, ale za chwilę się wykąpię

Rozpakowaliśmy się szybko i poszliśmy na plażę, a ja zrealizowałem swój plan kąpieli w Adriatyku. Woda nie była zbyt ciepła, ale parę minut dało się popływać. Potem wróciłem do pokoju i długo stałem pod prysznicem. Kiedy już nacieszyliśmy się plażą, trzeba było coś zjeść. Najbardziej odpowiadała nam opcja knajpy przy naszym pensjonacie - nie trzeba było nigdzie jeździć i ograniczać się z piciem alkoholu. Zanim zdążyli nam podać zupę, ja wypiłem już kufel piwa Karlovacko (browar z Karlovaca) i Ożujsko (browar z Zagrzebia). Być może te dwa wypite na pusty żołądek piwa, a może surowe żółtko w zupie, były powodem mojego późniejszego zatrucia pokarmowego. Jedzenie bardzo mi smakowało i do wieczora miło spędziliśmy czas na knajpianym tarasie. Patrzyłem na położoną po drugiej stronie zatoki wyspę Krk. Za jej skałami chowała się miejscowość o znajomo brzmiącej nazwie Baśka.

Karlovacko i Ozujsko dobrze wchodziły po maratonie, może nawet za dobrze :-/

Po kolacji przeszliśmy się jeszcze wzdłuż brzegu, mijając punkt, w którym znajdowaliśmy się w takiej samej odległości od bieguna, co od równika - 5000 km. Taki dystans przebiegałem kiedyś w ciągu niecałego roku.

Jestemy w takiej samej odległoci od bieguna, co od równika

Kładąc się spać, czułem się jeszcze całkiem dobrze. Problemy zaczęły się niestety w nocy - fatalne zatrucie pokarmowe - najgorsze jakie pamiętam. Pół nocy przesiedziałem w toalecie, rano byłem niewyspany, odwodniony i bardzo słaby. Ratowałem się węglem i stoperanem, nie miałem ochoty nic jeść. Mimo wszystko, chciałem zrealizować mój plan zobaczenia Jezior Plitwickich. Moja mama zostawała w Senju, żeby korzystać z pięknej pogody na plaży i namawiała mnie do postąpienia podobnie. Ja jednak musiałem w końcu zobaczyć te jeziora. Po zrobieniu porannych zakupów (między innymi słone precelki i sucharki) wyjechałem na wycieczkę. Trasa małymi chorwackimi drogami trochę mi się dłużyła, a słabe samopoczucie spowodowało, że musiałem się na chwilę zatrzymać i położyć na tylnym siedzeniu. Dojechałem do parku narodowego i bardzo wolnym krokiem udałem się w stronę kas. Jeszcze przed wyjazdem do Chorwacji planowałem pobiegać sobie po ścieżkach nad jeziorami. Tego dnia mogłem raczej dołączyć do grupek emerytów, spacerujących wolno po parkowych ścieżkach.

Największą atrakcją parku jest 16 krasowych jezior, położonych na różnych wysokościach i połączonych wodospadami, których naliczono tu ponad 90. Największy z nich (78 metrów wysokości) nazywa się po chorwacku Weliki Slap, a ja go nazwałem Wielkim Schlapem. Długość wszystkich jezior wynosi w sumie 8,2 km, a łączna powierzchnia - 200 hektarów. Co roku w czerwcu jest tu rozgrywany Maraton Jezior Plitwickich. W 2010 roku wygrał go Węgier Tomas Toth, który triumfował też później w Półmaratonie Rejów w Skarżysku-Kamiennej, gdzie biegaliśmy z Anulką. Może uda mi się kiedyś namówić żonę na górski start w Plitwicach.

Pierwsze wrażenie po wejściu do Parku Jezior Plitwickich

Wszedłem do parku wejściem 1, z którego krajobraz prezentuje się najbardziej efektownie. W dolinie widać położone kaskadowo jeziora o pięknych kolorach, a nad wszystkim góruje Wielki Schlap. Przez chwilę zapomniałem nawet o zatruciu pokarmowym. Gdybym nie wiedział wcześniej takich cudów natury jak wodospady Iguassu, w Plitwicach byłbym zachwycony.

Woda jest super przejrzysta i jak widać - byłby to raj dla wędkarzy

Zszedłem powoli ścieżką w dół doliny, mijając po drodze grupę emerytów. O tej porze roku na szlakach dominują starsi ludzie - młodzi musieli wrócić z wakacji do szkół. Na dole przeszedłem się drewnianym kładkami położonymi tuż nad taflami jezior. Mogłem z bliska oglądać niewielkie kaskady. Przepływająca wolno woda była bardzo uspokajająca. W niektórych miejscach udzielał mi się jej nastrój i wypoczywałem przez kilka minut na ławce.

Widok na jeziora z punktu widokowego
Spacerek po tych chodnikach jest bardzo przyjemny, ciężko by się jednak po tym biegało
Kaskady z bliska

Po krótkim spacerze dotarłem do większego jeziora i przystani, z której odpływały statki na drugi brzeg. Nie miałem jednak ochoty na taką podróż. Wdrapałem się do góry i przeszedłem drogą po drugiej stronie ściany wąwozu, aż do szczytu Wielkiego Schlapa. Wróciłem bardzo podobną trasą. W drodze powrotnej zauważyłem, że mijane jezioro ma niezbyt ładną nazwę Gavanovac, która próbowała chyba nawiązać do moich przeżyć związanych z zatruciem pokarmowym. Na koniec podszedłem jeszcze pod Wielkiego Schlapa. Zdjęcie wodospadu zostało zdominowane przez azjatyckich turystów na pierwszym planie, którzy okupowali ten punkt przez kwadrans.

Turyci z Dalekiego Wschodu pod 'Wielkim Schlapem'

Po obejrzeniu wodospadu z bliska, wdrapałem się z powrotem w kierunku wejścia nr 1. Spędziłem jeszcze chwilę na tarasie podziwiając widoki, po czym wróciłem do samochodu. Wieczorem dojechałem do pensjonatu, gdzie mama spędziła udany dzień nad morzem. Ja poszedłem wcześnie spać, żeby nadrobić zaległości z poprzedniej nocy.

Następnego dnia rano czułem się już na siłach, żeby prowadzić samochód przez tak długi czas. Trasą w stronę Budapesztu jechało mi się świetnie, momentami mama musiała stopować moje zapędy, gdy wskazówka prędkościomierza przekraczała 160 km/h. Dobra jazda skończyła się w Budapeszcie, gdzie... znowu wjechaliśmy do centrum miasta. Stolicy Węgier chyba po prostu nie da się ominąć - "Wszystkie drogi prowadzą do centrum Budapesztu". Nawigacja przypominała nieco jazdę na orientację, co dodatkowo utrudniały jeszcze objazdy związane z remontami dróg. Tym razem przejechaliśmy mostem Petofi, bardzo blisko Wzgórza Gelerta. Kierowałem się oznaczeniami naszej trasy i zjechałem na brzeg Dunaju, ale po krótkiej jeździe na północ okazało się, że ulica jest zaślepiona z powodu jakichś remontów. Pamiętałem to miejsce - mijaliśmy się tu z Pawłem w czasie maratonu dwa lata wcześniej, gdzieś w okolicach 30. kilometra.

Po pokonaniu tej sentymentalnej drogi czas było wreszcie wyjechać z Budapesztu i to się nam szczęśliwie udało. Wieczorem dojechaliśmy do Bielska. Mama musiała zostać na noc i jechała następnego dnia bezpośrednio do pracy porannym pociągiem do Warszawy. Podwiozłem ją na dworzec, a sam pojechałem na trzydniowe szkolenie do Krakowa. Tak skończył się mój kolejny intensywny maratoński wyjazd.

Galeria zdjęć z Chorwacji

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin