O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2010-04-25, Madryt (Hiszpania)


Walka o życie w Madrycie
Kobieta mnie bije

Relacja Roberta z 54. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:27:33

1344 /
8292

16.2


Maratony Roberta

Wisząca nad moim łóżkiem mapa zapełniała się kolejnymi stolicami europejskimi, a w Europie Zachodniej pozostał tylko duży pusty obszar na Półwyspie Iberyjskim. Już dawno zaplanowałem podróż po Hiszpanii, przy okazji której chciałem przebiec maratony w Madrycie i w Andorze (indywidualny). Ograniczenia czasowe sprawiły, że w 2010 roku mogliśmy sobie pozwolić z Anulką na krótki wypad do Madrytu.

Niestety, nie poświęciłem zbyt wiele czasu na analizę trasy maratonu w Madrycie. Dopiero później okazało się, że jest ona bardzo ciężka, na pewno jedna z najtrudniejszych w Europie. Dodatkowym utrudnieniem jest wysoka temperatura, która przeważnie towarzyszy maratończykom. Dla mnie nie robiło to dużej różnicy, bo nie walczyłem o życiówkę, ale Anulka nastawiała na zrobienie dobrego wyniku w wiosennym maratonie. Potem mogłem ją tylko przepraszać za to, że wybrałem akurat Madryt. Mimo wszystko, weekend w stolicy Hiszpanii zapowiadał się bardzo miło.

Okres przed maratonem był dość napięty. 10 kwietnia wydarzyła się tragedia w Smoleńsku - rozbił się samolot z 96 osobami na pokładzie, wśród których był prezydent. W Polsce mieliśmy tydzień żałoby narodowej, przy okazji odwołano wiele imprez biegowych. Goście zagraniczni nie mogli dolecieć na uroczystości żałobne, z powodu paraliżu ruchu lotniczego w całej Europie. Powodem była erupcja wulkanu Eyjafjallajokull (trudna nazwa, miałem okazję go oglądać przy okazji wycieczki na Islandię dwa lata wcześniej). Chmura pyłu wulkanicznego przesunęła się nad Europę, przez co połączenia lotnicze były masowo odwoływane. Wielu ludzi utknęło na nieczynnych lotniskach. Mój kolega Fabian musiał wracać z Dublina autobusem. Nasz wylot do Madrytu również stał pod znakiem zapytania, ale na szczęście przestrzeń powietrzna została otwarta i sytuacja zaczęła się stabilizować.

W piątek wczesnym rankiem wyjechaliśmy z Łodygowic, zostawiliśmy Spajka u mamy Ani w Bielsku i pojechaliśmy na lotnisko w Krakowie. Mimo dość napiętego harmonogramu lotu (krótka przesiadka we Frankfurcie), udało nam się bez problemu dolecieć na lotnisko Barajas. Spędziłem tu trochę czasu dwa lata temu, przy okazji przesiadki do Buenos Aires. Dopiero teraz mogłem wyjść z lotniska i zobaczyć Madryt.

Nasz hotel o nazwie NH Embajada (po hiszpańsku - ambasada) był usytuowany we wschodniej części miasta niedaleko placu Alonso Martinez. Dojechaliśmy sprawnie, dzięki dobremu połączeniu metra. Zostawiliśmy rzeczy w hotelu i zaczęło się nasze "życie, jak w Madrycie" ;-)

Spacer rozpoczęliśmy od zejścia w dół placu w okolicach ulicy Calle de Hortaleza. Szybko się zorientowaliśmy, że jest to dzielnica gejowska - pełno tam było różnych sklepików ze zdjęciami roznegliżowanych panów i dziwnymi gadżetami na wystawach. Dotarliśmy do Gran Via - głównej zabytkowej ulicy miasta, która akurat w 2010 roku obchodziła swoje stulecie. Pełno przy niej ciekawych budynków, z których najbardziej znany to Edificio Metropolis, wzniesiony w 1911 roku na polecenie towarzystwa ubezpieczeniowego. Fasada bardzo rzuca się w oczy, tym bardziej, że budynek stoi na ostrym rogu dwóch głównych ulic (niczym nowojorski Flatiron) - Gran Via i Calle de Alcala. Budynek wzniesiono w stylu romańskim, a największe wrażenie robi elegancka kopuła z dużą statuą na szczycie.

Znany Budynek Metropolis u zbiegu ulic Calla Alcala i Gran Via

Kontynuowaliśmy nasz spacer Calle de Alcala, przy której również jest kilka ciekawych budynków. Ulica doprowadziła nas do Puerta del Sol - głównego placu miasta. Był on świadkiem wielu ważnych wydarzeń w historii Madrytu. Duży gmach przy Puerta del Sol jest siedzibą Rady Autonomicznej Prowincji Madrytu. Turystów najbardziej interesuje jednak pomnik niedźwiedzia pod drzewem poziomkowym - herbu Madrytu. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z misiem i obeszliśmy plac. Naszą uwagę najbardziej zwrócił sklep, w którym można było kupić setki rodzajów wachlarzy.

Na placu Puerta del Sol (Brama Słońca), pomnik reprezentuje niedźwiedzia zjadającego owoce z drzewka poziomkowego - herb Madrytu

Dalszy spacer doprowadził nas do Plaza Mayor. Na początku był to zwykły plac targowy w dzielnicy biedoty. Decyzję o przebudowie podjął Filip II, a po ukończeniu projektu Plaza Mayor jest eleganckim dziełem XVII-wiecznej architektury. W europejskich miastach widziałem wiele takich placów, ale ten w Madrycie wyróżnia bardzo duża spójność architektoniczna. Jedynym budynkiem, który nie pasował do otoczenia, był dziwny pawilon. Na szczęście, stał tu tymczasowo, pełniąc funkcję siedziby targów filatelistycznych i numizmatycznych. Miejsce nie jest przypadkowe, bo Plaza Mayor słynie właśnie ze sklepików dla kolekcjonerów. Niedawno przed naszą wizytą musiała tędy przechodzić para młoda, o czym świadczyły porozrzucane po bruku płatki kwiatków. Z ładnymi widokami kontrastowała zaczepiająca dzieci szpetna baba jaga. Posiedzieliśmy chwilę pod parasolami tutejszej knajpy, jednak po 10 minutach oczekiwania na obsługę stwierdziliśmy, że przejdziemy się dalej.

Plaza Mayor
Plaza Mayor

Udaliśmy się z powrotem na wschód. Przeszliśmy przez ładny Plaza Jacinto Benavente, na którym akurat odbywał się kiermasz. Wśród rozstawionych stoisk zauważyliśmy pomnik mężczyzny sprzątającego plac. Mieli mu za co stawiać pomnik, bo Plaza Jacinto Benavente był elegancko posprzątany ;-)

A ja dzisiaj nie sprzątam

Chwilę później byliśmy przy Plaza de Santa Ana - równie ładnym, schodzącym w dół placu. Chciałem tu zabrać Anulkę głównie z powodu nazwy, ale szybko przyuważyłem tam fajną knajpkę piwną, gdzie spędziliśmy trochę czasu. Zamówiliśmy warzone na miejscu piwo pszeniczne i zjedliśmy cały półmisek gratisowych orzeszków.

Dalsza droga na wschód doprowadziła nas do Plaza Canova de Castillo, a stamtąd poszliśmy na północ Paseo del Prado - bardzo szeroką arterią oddzieloną parkowym pasem zieleni. Podziwialiśmy piękne żółte tulipany i eleganckie budynki po obu stronach. Paseo del Prado doprowadziło nas do Plaza de Cibeles - ronda, przy którym zbiegają się największe arterie tej części Madrytu. Na środku placu stoi posąg rzymskiej bogini płodności Kybele. Pomnik otacza fontanna, wokół której gromadzą się fani Realu Madryt, żeby świętować zwycięstwa swojej drużyny. Częstym obrazkiem są kąpiele kibiców w fontannie. Plaza de Cibeles jest otoczony przez kilka budynków, z których najbardziej znany to Palacio de Comunicaciones - kiedyś budynek poczty, obecnie - ratusz.

Pałac Komunikacji - budynek poczty

Przeszliśmy dalej na północ Peseo de Recoles, skąd w niedzielę miał startować maraton. Przy Plaza de Colon stoi charakterystyczny budynek Torres de Colon - połączone dwie bliźniacze wieże, zwieńczone wtyczką na dachu. Przeszliśmy się chwilę po pełnym deskorolkarzy placu, spotkaliśmy też sporą grupę break dancerów. Mimo późnej pory, było jeszcze zupełnie jasno. Warszawa jest w tej samej strefie czasowej co Madryt, ale stolica Hiszpanii znajduje się znacznie bardziej na zachód i wieczorem można dłużej cieszyć się słońcem. Byliśmy zmęczeni po intensywnym dniu i udaliśmy do hotelu.

Torres de Colon przy Plaza Colon

Następnego dnia zrobiliśmy sobie poranny rozruch. Wybiegliśmy z Plaza Alonso Martinem na Plaza de Colon, a potem do Plaza de la Independencia. Stoi tam Puerta de Alcala (Puerta - Brama) - jeden z najbardziej znanych zabytków Madrytu. Została wniesiona w 1599 roku na triumfalny wjazd do Madrytu Małgorzaty Austriaczki - żony króla Filipa III. Od tego czasu brama została jeszcze przebudowana i co ciekawe, z dwóch stron wygląda nieco inaczej. Puerta de Alcala była świadkiem wielu ważnych wydarzeń w historii Madrytu, między innymi o charakterze militarnym, czego skutki są widoczne na uszkodzonej przez kule armatnie fasadzie.

Puerta de Alcala

Spod bramy wbiegliśmy do Parku Retiro, gdzie mieliśmy finiszować w maratonie następnego dnia. Park liczy 130 ha i nazywany jest płucami Madrytu, ze względu na 15 tysięcy drzew. Oszczędzaliśmy siły przed maratonem i nie zamierzaliśmy obiegać całego parku. Obejrzeliśmy duże prostokątne jezioro, nad którym stoi wysoki pomnik Alfonsa XII. Są to pozostałości po zniszczonym pałacu Buen Retiro. Zawróciliśmy w alei, gdzie rozstawiano już miasteczko maratońskie przy mecie.

Pomnik Alfonsa XII - pozostałości po pięknym pałacu w Parku Retiro

Po powrocie do hotelu musieliśmy stać w dość długiej kolejce na śniadanie i po posileniu się wyruszyliśmy na wycieczkę. Dojechaliśmy metrem do stacji Principe Pio i po krótkim spacerze wzdłuż ogrodów Pałacu Królewskiego dotarliśmy do Plaza de Espana. Centralne miejsce na placu zajmuje kamienny pomnik Cervantesa, który spogląda w dół na Don Kichota i Sancho Pansę - bohaterów swojej najbardziej znanej powieści. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć przy pomniku, po czym przeszliśmy się po straganach, gdzie Anulka kupiła sobie okulary słoneczne. Dzień był upalny, a na niebie nie było widać żadnej chmurki.

Pomnik Miguela Cervantesa na Plaza Espana, powyżej Torre de Madrid
Don Kichot i Sancho Pansa pod pomnikiem autora powieści - Cervantesa

Przy Plaza de Espana stoją dwa słynne wieżowce, wybudowane w latach 50. XX wieku - Edificio Espana i Torre de Madrid, które były niegdyś najwyższymi budynkami w mieście. Pod nimi zauważyłem ciężarówkę ze znajomymi emblematami piłkarskimi, przed którym stała krótka kolejka. Okazało się, że to takie małe muzeum, w którym wystawiony był puchar Ligi Mistrzów. Miejsce nie było przypadkowe, bo finał tych rozgrywek miał zostać rozegrany na stadionie Santiago Bernabeu w Madrycie. Królewscy nie zdołali jednak awansować do finału, w którym Inter Mediolan pokonał Barcelonę. W czasie naszego pobytu w Madrycie nie znałem jeszcze tych rozstrzygnięć. Postanowiliśmy poświęcić kwadrans w kolejce, za co nagrodą była możliwość zrobienia sobie zdjęcia z dużym pucharem Ligi Mistrzów.

Puchar Ligi Mistrzów - final odbędzie się 22 maja na Estadio Santiago Bernabeu w Madrycie

Z Plaza de Espana przeszliśmy w kierunku Pałacu Królewskiego, po drodze mijając budynek senatu. Ogrody królewskie prezentowały się ładnie z góry, podobnie jak park przed pałacem, w którym stoi dużo posągów. Palacio Real jest oficjalną siedzibą króla Juana Carlosa, jednak pałac jest wykorzystywany tylko w wyjątkowych okazjach. Rodzina królewska mieszka w Palacio de la Zarcuela na przedmieściach Madrytu. Historia Palacio Real sięga IX wieku, kiedy stała tu arabska forteca (zapewne ze względu na znakomite położenie strategiczne na wzgórzu). Pałac w obecnym kształcie wniesiono w połowie XVIII wieku.

Pałac Królewski

Pospacerowaliśmy trochę w okolicach pałacu i weszliśmy do katedry Almudena, w której naszą uwagę najbardziej zwróciło kolorowe sklepienie. Potem popatrzyliśmy na widoki z wiaduktu i zeszliśmy w dół długimi schodami. Na asfalcie rozpoznaliśmy niebieskie oznaczenie trasy maratonu i przeraził nas nieco podbieg, który mieliśmy pokonać następnego dnia. Przeszliśmy przez most nad Rio Manzanares - rzeki uznawanej przez wielu za strumień. Rzeczywiście, stolice państw europejskich leżą przeważnie nad dużymi rzekami, a Menzanares nie dorównuje im szerokością.

Dłuższy spacer na zachód doprowadził nas do biura zawodów, mieszczącego się obok Madrid Arena. Przy odbiorze numeru spotkaliśmy Glenna - organizatora, który załatwił nam pakiet na maraton. Przeszliśmy się po Expo, w którym największe zamieszanie panowało wokół Haile Gebrselassie. Rekordzista świata w maratonie miał tu biec na 10 km i dobrze zrobił, bo w madryckim upale w maratonie nie mógł liczyć na dobry czas. Musiał jednak wypełnić obowiązki wobec sponsora, ale robił z charakterystycznym dla siebie uśmiechem na twarzy. Następnego dnia bez problemu wygrał na dychę, choć z mało imponującym czasem. Jak mówił, było zbyt gorąco i pagórkowato. To co my mieliśmy powiedzieć o ponad czterokrotnie dłuższej trasie? :-/

Skazani... na sukces, w biurze maratonu
Haile Gebrselassie wypełnia obowiązki sponsorskie

W biurze w Madrycie zdenerwowały nas dwie rzeczy - brak agrafek, które ostatecznie wycyganiłem od organizatorów z pakietów biegaczy, którzy nie startowali oraz potwornie długa kolejka na pasta party. Staliśmy w niej prawie pół godziny, po czym okazało się, że wewnątrz budynku jest jeszcze długi ogonek. W końcu zasiedliśmy przy makaronie, ale przeszło połowa stolików stała pusta. Organizatorzy ewidentnie nie radzili sobie z gotowaniem makaronu dla tak dużej ilości osób. Do hotelu wróciliśmy metrem i dość szybko poszliśmy spać.

Następnego dnia zeszliśmy na 6:30 na odpowiednio wcześnie przygotowane hotelowe śniadanie. Na sali zrobiło się tłoczno, bo większość gości hotelowych stanowili maratończycy. Na spokojnie wszystko przygotowaliśmy i po 9 wybiegliśmy w kierunku linii startu. Nie musieliśmy się zbytnio wysilać - po 10 minutach byliśmy na miejscu.

Wystartowaliśmy wspólnie z biegiem na 10 km, biegnąc cały czas na północ Paseo de la Castellana. Po przeszło 3 kilometrach dotarliśmy do stadionu Santiago Bernabeu, areny Realu Madryt, prawdopodobnie najsłynniejszego klubu piłkarskiego na świecie. Tutaj rozeszły się drogi biegnących na 10 km i maratończyków - my pobiegliśmy na północ w kierunku Plaza de Castilla. Stoją przy nim dwie charakterystyczne wieże Puerta de Europa (inaczej zwane Torres KIO), nachylone do siebie pod kątem 14,3 stopnia. Nazwa wież pochodzi od Kuwait Investment Office, który finansował budowę obiektu.

Przy Torres KIO rozłączyliśmy się z Anulką, a ja nieco przyspieszyłem. Początkowo biegło mi się dobrze, pewnie dlatego, że było z górki. Niestety, po kilku kilometrach szybszego biegu znowu poczułem, że pojawił się mój problem z kurczami i musiałem nieco zwolnić. Przebiegłem przez dzielnice Colombia i Republica Argentina, potem wiaduktem nad trasą, którą przebiegaliśmy 45 minut wcześniej. Daleko po prawej stronie znów widziałem charakterystyczne pochyłe wieże. Na szczęście od 15 km było już w dół i od tego momentu mogłem przyspieszyć.

Fajny bieg trwał 20 minut i skończył się na Puerta del Sol - głównym placu miasta. Potem nie biegło mi się tak już tak lekko. Zbiegliśmy Calle Mayor, prosto na katedrę i skręciliśmy w prawo przed Pałac Królewski. Trasa była tu fajnie poprowadzona, ale ja jakoś nie miałem ochoty na rozglądanie się na boki. Podobnie było przy Plaza de Espana, gdzie poprzedniego dnia miło spędziliśmy czas. Minąłem półmetek w czasie 1:33:20. Zakładałem, że drugą połówkę pobiegnę jeszcze wolniej. Zastanawiałem się, jak daleko za mną jest Anulka. Jak się potem okazało, przebiegła półmetek pół minuty po mnie.

Wbiegłem w okolice Parque del Oeste, w którym stoi egipska świątynia Amona. Tutaj zawróciliśmy o 180 stopni, a przez poprzeczne ulice po lewej stronie było widać grupki biegaczy, którzy mijali półmetek. Słychać było też pikanie mat do pomiaru czasu. Skręciliśmy ostro w prawo, zbiegając nad rzekę. Czułem, że tracę siły i zacząłem zwalniać. Pierwsza na trasie bramka wodna tylko na chwilę mnie orzeźwiła. Upał stawał się coraz bardziej uciążliwy. Tego dnia w Madrycie było 25 stopni, a na niebie próżno było szukać choćby najmniejszej chmurki. Dla maratończyków to była masakra.

Zacząłem oglądać się za siebie i kątem oka dostrzegłem Anulkę. Biegliśmy chwilę razem - była bardzo skoncentrowana. Wymieniliśmy uwagi na temat braku jedzenia na trasie. Byłem zaskoczony - na tego typu maratonach zawsze dają banany, cytrusy, ciastka, czekoladę, batony, a nawet żele energetyczne. W Madrycie nie było nawet cukru w kostkach. Nie byliśmy przygotowani na tę ewentualność. Na szczęście Anulce udało się wcześniej wydębić cukier od dwóch biegaczy. Dała mi jedną pastylkę. Potem byliśmy skazani na Powerade'y. Biegliśmy razem minutę, po czym życzyłem Anulce powodzenia. Oglądałem powoli oddalającą się niebieską koszulkę z napisem "ANULKA:, aż znikła za zakrętem pagórkowatej trasy Casa de Campo...

Trasa w Casa de Campo była bardzo męcząca. Momentami za drzewami było widać szybszych biegaczy, którzy już wracali z zawrotki w parku i mieli nade mną sporą przewagę. Musiałem kilka razy przejść do marszu i perspektywy na dalszy bieg nie wyglądały najlepiej. Stwierdziłem, że w takim stanie nie uda mi się nawet pobiec 3:20. Zawróciliśmy przed madryckim zoo, przy tablicy 29 km. Kiedy wybiegałem z parku, zobaczyłem Pałac Królewski na wzgórzu. Przerażało mnie, że do mety trzeba będzie jeszcze pokonać taką różnicę wniesień. Przebiegłem koło stacji metra Lago, z której poprzedniego dnia wracaliśmy z pasta party. Znów dotarłem nad rzekę, gdzie trzeba było pokonać podbieg. Na szczęście za Puente de Segovia zrekompensował mi to zbieg. Przez rzekę przebiegłem dopiero przy Puento de San Isidiro (34 km), obok stadionu Vicente Calderon, na którym mecze rozgrywa Atletico Madryt, lokalny rywal Realu. Zawinęliśmy małą pętelkę i znowu biegliśmy wzdłuż rzeki, tym razem na północ. Potem skręciliśmy w prawo i zaczęliśmy podbieg, który poprzedniego dnia widzieliśmy z Anulką. W nagrodę za włożony trud mieliśmy moment wypłaszczenia, ale dalej zaczął się zapowiadany długi podbieg do mety. Nie miał on końca. Ludzie nie dawali już rady - szli, słaniali się na nogach, wspierali na ramionach towarzyszy, rozciągali po bokach trasy. Pierwszy raz od dawna miałem okazję oglądać końcówkę maratonu z perspektywy osób biegnących na 3:30, w dodatku po morderczych podbiegach i w upale. Udało mi się dobiec do stacji kolejowej Atocha, ale po pokonaniu ronda czekał mnie kolejny podbieg. Tutaj karetki zbierały z trasy kolejnych zawodników. Po przekroczeniu granicy 40 km meta była już na tyle blisko, że z tą świadomością poruszałem się raźniej i ostatni odcinek był jednym z niewielu, na których poprawiłem swoją pozycję w stawce. Po skręcie w prawo na Placu Niepodległości cały czas biegłem. Przypomniały mi się chwile z Nowego Jorku i Londynu - tutaj ostatnie kilometry wyglądały bardzo podobnie. Najpierw biegło się wzdłuż parku, mając jego brzeg po prawej stronie, potem skręt w prawo, znowu brzegiem parku, a potem jeszcze raz w prawo, do parku, na ostatnią prostą. W przypadku Madrytu, ta ostatnia prosta prowadziła w dół i tutaj pewnie zmierzałem do mety, wyprzedzając kolejnych zawodników. Meta...

Na szczęście nie musiałem już dalej biec, ale od upału nie było już tak łatwo uciec. Szedłem dalej na południe, a słońce świeciło mi prosto w twarz. Szukałem Anulki, którą szczęśliwie udało mi się zauważyć. Szła powoli, trzymając w ręku folię termiczną i medal. 3:13 - to były najważniejsze liczby tego dnia. Poprawiła swój poprzedni rekord o półtorej minuty i to mimo tak trudnej trasy i upału. Byłem z niej dumny.

Walka Anulki na ostatnich metrach maratonu w Parku Retiro

Usiedliśmy w cieniu na trawie, obkładając nogi zapewnionym przez organizatora lodem. Duszkiem wypiliśmy piwo bezalkoholowe Erdinger - tej samej marki, którą tak polubiłem na maratonie w Liechtensteinie. Zaopatrzyliśmy się w zapasy jedzenia i picia, po czym wolnym krokiem udaliśmy się w stronę hotelu. To była długa droga przez park, a potem ulicami miasta. Musiałem zrobić sobie kilka przystanków. Ten maraton kosztował mnie znacznie więcej niż Anulkę, choć przecież przybiegłem daleko za nią.

Po prysznicu i krótkim odpoczynku w hotelu przeszliśmy się w naszej okolicy w poszukiwaniu knajpy. Nie musieliśmy iść daleko - zasiedliśmy przy przedłużeniu placu Alonso Martinem i zamówiliśmy obiad, który popiliśmy Sangrią z dużą ilością lodu - to bardzo popularny napój w Madrycie.

Następnego dnia po maratonie nie było taryfy ulgowej. Wstaliśmy rano i zrobiliśmy roztruchanie do parku Retiro, gdzie mieliśmy okazję w normalnych warunkach zobaczyć przeszklony Palacio de Cristal. Byliśmy tu poprzedniego dnia po zakończeniu maratonu, ale z powodu zmęczenia i panującego tłoku, nie mieliśmy specjalnej ochoty na podziwianie pałacu. Pozwiedzaliśmy jeszcze trochę park, po czym poszliśmy na południe do Estacion de Atocha. Ten znany madrycki dworzec kolejowy zbudowano pod koniec XIX wieku. Stacja była fatalnie utrzymana, ale na szczęście została rozbudowana i odrestaurowana. W dawnej hali dworca wybudowano dużą oranżerię, po której z przyjemnością się przespacerowaliśmy.

Roztruchtanie w parku dzień po maratonie
Pałac Kryształowy
Oranżeria na stacji kolejowej Atocha

Ta okolica ma przykrą historię współczesną. 11 marca 2004 roku na stacji kolei podmiejskiej przy Atocha doszło do zamachów bombowych, które spowodowały śmierć 191 osób, a wiele innych odniosło wtedy obrażenia.

Po powrocie do hotelu poszliśmy na śniadanie, na którym na szczęście nie było już takiego tłoku. W gazetach znaleźliśmy wzmianki o maratonie w Madrycie, ale najważniejszą informacją była ciężka kontuzja torreadora Jose Tomasa, odniesiona w czasie meksykańskiej corridy. Został on zaatakowany przez półtonowego byka, wylądował na jego rogach i po kilku mocnych wstrząsach opadł bezwładnie na arenę. Hiszpan stracił dużo krwi i odniósł ciężkie obrażenia, które oznaczały koniec jego kariery.

W kastylijskiej części Hiszpanii walki byków (la corrida) są wpisane w tradycję i bardzo popularne. Na przedmieściach Madrytu znajduje się świątynia tej hiszpańskiej rozrywki - Plaza de Torros de las Ventas. Wybudowana w latach dwudziestych XX wieku arena może pomieścić 23 tysiące widzów i często jest wypełniona do ostatniego miejsca.

W tym miejscu może warto wyjaśnić kilka pojęć, związanych z walkami byków. Torreador to każdy zapaśnik, który uczestniczy w corridzie. Kapeador drażni byka za pomocą czerwonej płachty, pikador to jeździec, który kłuje zwierzę piką, banderillero wbija w byka krótkie włócznie, ale najważniejszy na arenie jest matador, który drażni byka muletą robiąc uniki, a na końcu zadaje śmiertelny cios szpadą. W przypadku wspomnianej wyżej corridy w Meksyku, prawie śmiertelny cios zadał matadorowi byk.

Madryt jest stolicą światowej corridy, jednak w innych rejonach Hiszpanii (np. w Katalonii) rozważa się zakazanie rozgrywania walk byków. Ja rozumiem kastylijską tradycję, ale jestem przeciwnikiem tego typu zabaw, dlatego w czasie pobytu w Madrycie trzymaliśmy się z daleka od Plaza de Torros de las Ventas.

Po śniadaniu pojechaliśmy na kilkugodzinne zwiedzanie Madrytu. Najpierw zwiedziliśmy tereny na południe od Plaza Mayor, a dalej od strony zamku przespacerowaliśmy się Calle Mayor. Obejrzeliśmy Plaza de la Villa - najstarszy plac w Madrycie, po czym spędziliśmy trochę czasu w eleganckim pawilonie Mercado de San Miguel, w którym można było kupić i zjeść na miejscu wiele smacznych potraw. My ograniczyliśmy się do Sangrii, zagryzanej smacznymi oliwkami. Popatrzyliśmy na witryny sklepów dla kolekcjonerów przy Plaza Mayor, przeszliśmy przez Puerta del Sol, a w drodze do hotelu zahaczyliśmy jeszcze o pub. Nie mogliśmy jednak pić za dużo piwa, bo wieczorem trzeba było wyjechać z lotniska samochodem. Podróż powrotna minęła spokojnie i środku nocy dojechaliśmy szczęśliwie do Łodygowic.

Plaza de la Villa - najstarszy plac Madrytu

Wyjazd na maraton w Madrycie był bardzo udany. Ja wprawdzie bardzo męczyłem się w drugiej połowie maratonu, ale Anulce w tak trudnych warunkach udało się poprawić rekord życiowy. Bardzo skorzystaliśmy turystycznie na wyjeździe. Anulka spokojnie dotrzymywała mi kroku przy zwiedzaniu i byłem bardzo zadowolony, że mogę dalej realizować moje turystyczne pasje, jednocześnie przyjemnie spędzając czas z ukochaną ;-)

Galeria zdjęć z Madrytu

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin