O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2010-03-07, Paprocany (Polska)


Fajny zimowy maraton
na trudnej trasie

Relacja Roberta z 53. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:08:57

3 /
26

11.5


Maratony Roberta

Po ponad czteromiesięcznej maratońskiej przerwie, najdłuższej od 2004 roku, miałem duży głód przebiegnięcia mojego ulubionego dystansu. Niestety, zima 2009/2010 stała pod znakiem śniegu i mrozu, a w tym okresie trudno jest znaleźć w Polsce fajny maraton. Na szczęście po przeprowadzce do Bielska-Białej na początku lutego 2010 mieliśmy bardzo blisko do Tychów, gdzie odbywa się cykliczna impreza Perła Paprocan.

Paprocany są południową dzielnicą Tychów, do której przylega dość duże (132 ha) jezioro o tej samej nazwie. Pętla dookoła jeziora liczy prawie 7 km, a w tym roku z powodu remontu chodników w parku została nieznacznie wydłużona, więc 6 okrążeń dawało ustawowy dystans maratonu. Biuro zawodów było zlokalizowane w parku przy znanym Hotelu Piramida.

Hotel Piramida w Paprocanach
Park nad jeziorem w zimowej scenerii
Trasa była oznakowana strzałkami, namalowanymi sprayem na śniegu
Dwuosobowa ekipa Byledobiec w Paprocanach
Wiewiórki w parku
Hotel Piramida od strony parku
Cały parking został szybko zajęty przez uczestników biegu

W 13. Perle Paprocan padł rekord frekwencji - w sumie wystartowało 227 zawodników. Ukończyli oni różne dystanse - od jednego do sześciu okrążeń. Najwięcej (przeszło 100 osób) zdecydowało się na półmaraton, a na trasie pojawili się również chodziarze nordic walking. Cały ten tłum ruszył o 10 rano na pierwszą pętlę biegu.

Uzgodniliśmy z Anulką, że pierwszą siódemkę przebiegniemy razem, a potem ja trochę przyspieszę. Trasa okazała się ciężka, szczególnie na południowym brzegu jeziora, w kierunku Promnic. Kręta ścieżka była tu oblodzona i na wielu odcinkach trzeba było biec ostrożnie. Wyprzedzanie w tych warunkach w tłumie biegaczy było momentami ryzykowne. Po niecałych 3 kilometrach dobiegliśmy do Promnic. To miejsce jest dla nas wyjątkowe - w promnickim zameczku zaplanowaliśmy nasze przyjęcie weselne na czerwiec. Teraz mieliśmy okazję przebiec kilkanaście metrów od zameczku.

Pierwsze kilometry biegliśmy razem, fot. Tadeusz Skwarczyński
A tutaj mała zmiana klimatu - 27 czerwca 2010 - nasza sesja ślubna w Promnicach na ścieżce, którą biegliśmy maraton :-)

Dalszy odcinek trasy był nieco łatwiejszy. W zachodniej części jeziora trzeba było pokonać dwa mosty nad rzeczkami, a dalej biegło się głównie asfaltem w lesie, tym razem spory kawałek od jeziora. Trasa była na pewno przyjemniejsza do biegania, ale już mniej atrakcyjna widokowo.

Nad jezioro wróciliśmy dopiero na ostatnim kilometrze pętli. Trzeba było ominąć zabudowania przy ulicy o nieprzypadkowej nazwie Nad Jeziorem, a potem wbiec po schodach na wąski mostek. Takie odcinki dawały się nam potem we znaki. Ostatni fragment prowadził alejką parkową wzdłuż jeziora, a zmiana trasy wymusiła jeszcze pokonanie kilku schodów i dość stromego podbiegu do punktu żywieniowego pod Hotelem Piramida. Dalej był zbieg po remontowanym chodniku i chwilę potem zamknęliśmy pętlę.

Tam rozłączyliśmy się z Anulką i przyspieszyłem z tempa 4:40 do 4:20/km. Nie zawsze dało się biec tak szybko na oblodzonych fragmentach, szczególnie, że z każdą pętlą na trasie było bardziej ślisko. Zacząłem powoli wyprzedzać kolejnych zawodników, z których część biegła krótsze dystanse. Pod koniec drugiego kółka byłem świadkiem, gdy grupa przede mną się rozerwała i wszyscy pędzili, ile sił w nogach do mety. Skończyli bieg po 14 km. Podobnie było po trzecim kółku, kiedy poprzedzający mnie zawodnik zaczął przyspieszać. Wiedziałem, że kończy półmaraton.

Wybiegłem na czwarte kółko, na którym zdublowałem wielu zawodników - głównie półmaratończyków i chodziarzy nordic walking. Widziałem, że biegnę mocno i zastanawiałem się, ilu jeszcze zawodników jest przede mną. W tym tłumie ciężko było odróżnić maratończyków od reszty biegaczy. Tak było też pod koniec piątego kółka, kiedy zacząłem szybko się zbliżać do poprzedzającego mnie zawodnika. Myślałem, że to kolejna dublowana osoba, ale rozpoznałem Mariusza Szostaka - zwycięzcę pięciu poprzednich edycji Perły Paprocan. Widać było, że znacznie zwolnił.

Przedostatnie kółko, fot. Piotr Botor
Przedostatnie kółko, fot. Piotr Botor
Po przebiegnięciu pięciu kółek ciężko jest utrzymać kubek z wodą, fot. Piotr Lampart

Na ostatnie kółko wybiegłem pewny siebie, bez cienia kryzysu. Wydawało mi się nawet, że prowadzę, ale nie mogłem tego w żaden sposób zweryfikować. Organizatorzy, kibice i inni zawodnicy nie potrafili mi powiedzieć, na którym miejscu jestem. Robiłem po prostu swoje i pobiegłem kolejne mocne kółko. Mój optymizm został brutalnie zweryfikowany dopiero na kilometr przed metą, kiedy na brzegu jeziora dostrzegłem zawodnika w zielonej koszulce, który biegł znacznie szybciej od innych. To musiał być poprzedzający mnie maratończyk. Nie miałem szans, żeby zniwelować dwuminutową stratę.

Mimo wszystko, wpadłem zadowolony na metę w czasie poniżej 3:09, po czym spokojnie zbiegłem z punktu żywieniowego, żeby dokończyć szóste kółko. Kolejne okrążenia wyszły mi: 33:25, 31:16, 31:32, 31:28, 31:06, 31:15 i byłem bardzo zadowolony z mojej formy. Wróciłem na metę, żeby odebrać wyjątkowo ciężki medal - duży zielony metalowy trójkąt ze srebrną Perłą Paprocan. Spytałem się organizatorów, które miejsce zająłem, niestety, nie panowali nad tym i powiedzieli, że będzie wiadomo po opublikowaniu wyników. Poszedłem szybko do samochodu, żeby zabrać kurtkę i picie dla Anulki, po czym wróciłem w kierunku mety.

Ja już skończyłem - wyjątkowo ciężki medal na szyi nie ułatwia mi utrzymania wyprostowanej pozycji, fot. Piotr Lampart

Nie byłem świadkiem finiszu mojej narzeczonej - przybiegła za szybko ;-) Spotkałem ją po drodze. Pobiegła 3:20:50 i to był nowy rekord Perły Paprocan. Trzeba też zaznaczyć, że biegliśmy w trudnych warunkach, a trasa była nieco wydłużona. Anulka po drodze wygrała też kobiecy półmaraton. Potem przebiegła drugi dokładnie w tym samym czasie, więc można ją sklasyfikować na dwóch pierwszych miejscach w półmaratonie ;-)

Anulka kończy swój pierwszy wygrany maraton z uśmiechem na ustach :-), fot. Piotr Lampart

Niestety, dla Anulki zabrakło medalu, mimo, że przybiegła na 7. miejscu wśród maratończyków. Frekwencja zaskoczyła organizatorów, ale obiecali wysłać brakujące krążki (a raczej - trójkąty) pocztą. Po biegu szybko wskoczyliśmy do samochodu i ruszyliśmy w drogę z Tychów do Łodygowic. Zmęczenie dawało znać o sobie. Bolał mnie brzuch i o jedzeniu nie było na razie mowy. Posiłek mogliśmy zjeść dopiero po kąpieli i krótkiej drzemce.

Niestety, dla Anulki zabrakło herbaty..., fot. Piotr Lampart
...ale chwilę potem przyssała się do Powerade'a

Wieczorem sprawdziliśmy wyniki. Ostatecznie wylądowałem na 3. miejscu. Wynik Anulki wyglądał imponująco - przybiegła w męskiej czołówce maratonu, tuż za zwycięzcą pięciu poprzednich edycji tego biegu. Oboje byliśmy bardzo zadowoleni z naszych wyników. Jak w każdym maratonie, zostawiliśmy na trasie trochę zdrowia, ale sześć 7-kilometrowych kółek dookoła Jeziora Paprocany w zimowej scenerii, to była prawdziwa przyjemność ;-)

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin