O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2009-10-24, Stara Miłosna (Polska)


Byledobiece znowu rządzą
w staromiłośnieńskim lesie

Relacja Roberta z 52. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:11:27

3 /
51

5.9


Maratony Roberta

Wystarczy spojrzeć na listę moich maratonów, żeby stwierdzić, że mam duży sentyment do imprezy w Starej Miłosnej - w końcu odbywa się w "moim" lesie. W 2009 roku chciałem wystartować tu po raz piąty i miała być to impreza zamykająca sezon maratoński.

Do startu w Starej Miłosnej nie byłem przygotowany tak jak bym chciał, ale i tak forma była znacznie lepsza niż w wakacje. Kondycja poprawiła mi się po maratonach we Wrocławiu i Warszawie, a w październiku również nie próżnowałem. Liczyłem zatem na wynik w granicach 3 godzin i nawiązanie walki z kilkoma pretendentami do zwycięstwa. Konkurencja nigdy wcześniej nie była tu tak mocna.

Po spokojnym indywidualnym maratonie w Skopje i mocniejszym akcencie w podturyńskiej miejscowości Leini, ostatni tydzień przed maratonem był zdecydowanie wypoczynkowy.

W sobotę wstałem rano i po zjedzeniu sprawdzonych kanapek z dżemem wyjechałem do Starej Miłosnej. Na miejscu umówiłem się z Tomkiem, ale zanim potruchtaliśmy spod jego domu na linię startu, po drodze zatrzymała nas ekipa telewizyjna i Tomek musiał udzielić krótkiego wywiadu. W międzyczasie zdążyłem porozmawiać z Markiem Troniną, który był inicjatorem maratonu w Starej Miłośnie, ale postanowił wystartować dopiero w jego szóstej edycji.

Trasę maratonu zaplanowano na 6 pętli po 7 kilometrów, a dodatkowo rozegrano również bieg na jednej pętli. Nasz klub wystawił mocny skład na obu dystansach. Dość powiedzieć, że w krótszym biegu zgarnęliśmy potem dwa pierwsze miejsca w klasyfikacji mężczyzn (Sylwek, Tomek) i kobiet (Kasia i Iwona). Bieg na 7 kilometrów wystartował kwadrans przed maratonem, dlatego miałem okazję oglądać jego początek. Maratończyków czekał dystans sześciokrotnie dłuższy, a stan nawierzchni i opowieści o warunkach na trasie powiększały moje obawy o szanse na szybki bieg. Na trasie było trochę błota, a chłodna i wilgotna pogoda nie rokowała najlepiej. Cóż, nie w takich warunkach się biegało ;-)

Przed startem maratonu

Maraton wystartował, a ja na początku czułem się bardzo dobrze. Pierwsze kilometry biegliśmy wspólnie - ja, Jurek, Daniel Głembski i Zbyszek Koper - zeszłoroczny zwycięzca, który znokautował mnie wtedy swoją świetną formą. Po kilkunastu minutach Daniel i Zbyszek poszli bardzo mocno, tempem około 4:00/km, a my z Jurkiem zostaliśmy z tyłu, trzymając 4:15. Na koniec pętli towarzystwo już nieźle nam odeszło, ale potem zdziwiliśmy się, że nie spotkaliśmy ich na długiej agrafce. Prawdopodobnie w nią nie skręcili. Biegliśmy swoje i powiedzieliśmy o tym organizatorom. Na szczęście, sprawę dało się łatwo wyprostować - na kolejnych okrążeniach Daniel i Zbyszek zrobili "karne" agrafki.

Przez cały dystans współpracowałem z Jurkiem - tym razem biegnę za nim

Już po pierwszym kółku wiedziałem, że na tej trasie nie mam szans na połamanie tego dnia 3 godzin. Półmetek minęliśmy w czasie powyżej 1:32 i marzyłem o tym, żeby utrzymać takie tempo do końca. Jurek cały czas się na mnie woził, a ja zacząłem zwalniać. "Leć, Jurek - ja nie dam rady trzymać tego tempa" - poinformowałem go na 26. kilometrze. "Ale ja też nie mam siły" - łączył się ze mną w bólu. Na piąte kółko wybiegłem już mocno osłabiony, ale na szczęście miałem w zanadrzu moją tajną broń - napój energetyczny. "Nie pij gazowanego, wysiądzie ci żołądek" - strofował mnie Tomek. Nie miałem jednak wyjścia - musiałem dać sobie kopa. Zaraz po wypiciu musiałem biec bardzo spokojnie, ale kilka minut później odczułem znaczną poprawę samopoczucia. Jurek i Daniel byli już sporo przede mną, ale czułem, że jestem w stanie ich dogonić. W połowie pętli wyszliśmy na prostą i zobaczyłem ich daleko przed sobą. Wtedy zacząłem lecieć, w porównaniu do tego, co robiłem kilka kilometrów wcześniej. Dystans między nami wyraźnie się zmniejszał. Wyprzedziłem Daniela i dodaliśmy sobie otuchy. Potem powoli dochodziłem Jurka - dobrze widziałem go już przy przeskakiwaniu przez korzenie nad Macierowym Bagnem. Doszedłem go na ostatnim kilometrze pętli i po chwili wyprzedziłem. Na błotnistej ulicy Fabrycznej zobaczyłem rodziców, którzy szli na start. Miałem im się zameldować przeszło pół godziny później.

Podbieg na odcinku czerwonego szlaku, Jurek tuż za mną, schowany za drzewem

Na pierwszych kilometrach ostatniej pętli utrzymywałem niewielką przewagę nad Jurkiem. Niestety, na 4 kilometry przed metą zanotowałem znaczne pogorszenie samopoczucia. Prawdopodobnie napój energetyczny przestał działać. Jurek utrzymywał ze mną cały czas bliski kontakt wzrokowy, więc wiedziałem, że muszę go przepuścić i na koniec pozostaje mi tylko jedynie walka o utrzymanie miejsca na podium.

Jurek mnie wyprzedził, a ja biegłem bardzo spokojnie, oglądając się co jakiś czas za siebie, czy zawodnicy na horyzoncie, to goniący mnie rywale, zdublowani, czy spacerowicze. Nie zauważyłem niczego niepokojącego. Jurek zniknął mi z pola widzenia na krętym odcinku czerwonego szlaku i potem spotkałem go dopiero na dekoracji. Kilka razy przeszedłem do marszu. Na metę wbiegłem na niezagrożonym trzecim miejscu. Czekała tam na mnie organizatorka Ania, która podała mi folię termiczną i rodzice. Byłem padnięty i nie wyglądałem najlepiej. Mimo wszystko, miałem satysfakcję z ukończenia kolejnego maratonu i załapania się na podium.

Ostatnie metry maratonu
Serdecznie mnie witają - na szczęście po raz ostatni przebiegam pod tym banerem

Po biegu przeszedłem się z rodzicami do samochodu i wydawał mi się to bardzo długi odcinek. Chciałem wziąć prysznic w szkole, a mama miała jechać po zakupy, więc postanowiliśmy połączyć siły, bo sklep i szkoła były bardzo blisko siebie. Dałem mamie poprowadzić nowy samochód, który kupiliśmy z Anulką kilka tygodni wcześniej - Fiata Sedici. Było mi na rękę, że nie musiałem siedzieć za kierownicą w tym stanie. Dla mojej mamy prowadzenie takiego samochodu było zupełną nowością, ale na szczęście podjechaliśmy pod sklep cali i zdrowi ;-)

Minęło jeszcze trochę czasu, zanim doszedłem do siebie

Dopiero po wyjściu spod ciepłego prysznica poczułem się trochę lepiej. Pojechaliśmy znowu w kierunku biura zawodów, gdzie zapowiedziano dekorację zwycięzców. Na metę wbiegali jeszcze kolejni zawodnicy z czasem bliskim 5 godzin. Wśród nich był Marek Tronina, który chwilę po skończonym biegu był gotowy do dekorowania zwycięzców. Na najwyższym stopniu podium stanął Zbyszek, ze znacznie gorszym czasem niż rok wcześniej (3:03), potem był Jurek (3:08) i ja (3:11). Przy okazji, Jurek otrzymał nagrodę dla Mistrza Starej Miłosnej w Maratonie.

Podium - 1. miejsce - Zbigniew Koper, 2. miejsce - Jerzy Magierski, 3. miejsce - ja

Bardzo miłą niespodzianką dla mnie była statuetka od organizatorów Maratonu Warszawskiego za ukończenie 50 maratonów. Nie zdążyli mi jej przekazać miesiąc wcześniej po maratonie, bo wtedy szybko uciekliśmy z Anulką, żeby zdążyć na jej samolot powrotny. Może i lepiej wyszło, bo teraz stanąłem na podium ustawionym w moim lesie, w bardziej kameralnych okolicznościach. Podziękowałem Markowi za statuetkę i obiecałem, że mój setny maraton również przebiegnę w Warszawie. Jak pokazało życie, tak się jednak nie stało.

Miła niespodzienka od organizatorów Maratonu Warszawskiego - statuetka za ukończenie 50 maratonów
Pamiątkowe zdjęcie - zwycięzcy, organizatorzy i władze gminy
Kobiece podium - w tle wcinam bigos w czasie rozmowy z Jarkiem

Po dekoracji spacerowało mi się już znacznie lepiej niż 2 godziny wcześniej po biegu. Odwiozłem Wojtka do rodziny w Wesołej i wróciliśmy z Markiem do domu. Odpocząć mogłem jednak tylko w sobotę po południu. Następnego dnia rano pojechałem na organizowane przez Tomka zawody "Biegamy na okrągło" na Skrze. Mój udział w nich był czysto symboliczny - przebiegłem 1000 m w 3:20 i 3000 m 10:46. Nie było sensu próbować biegać szybciej dzień po maratonie. Widziałem już wcześniej ludzi, którzy tego próbowali i robili sobie krzywdę. Potem pojechałem do Decathlonu, żeby zrealizować wygrany w Starej Miłośnej kupon podarunkowy. Kupiłem sobie między innymi buty za ...55 PLN. Postanowiłem przeprowadzić eksperyment, jak będzie mi się w czymś takim biegało. Skończył się mój kolejny maratoński weekend, z satysfakcją stwierdziłem, że ostatni w 2009 roku.

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin