O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2009-10-14, Skopje (Macedonia)


Służbowy wyjazd na maraton
Pierwsza bałkańska stolica

Relacja Roberta z 51. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:41:44

1 /
1

-


Maratony Roberta

Po moim jubileuszowym Maratonie Warszawskim w 2009 roku nie miałem już specjalnych planów startowych. Sezon maratoński miałem zakończyć w Starej Miłosnej pod koniec października, a potem odpoczywać. Plany się zmieniły, kiedy pod koniec września zadzwonił do mnie dyrektor z informacją, że firma chce mnie wysłać na delegację do Skopje. W Macedonii wdrażali system informatyczny, podobny do tego, którym zajmowałem się w polskim Ministerstwie Finansów. Propozycja była ciekawa zawodowo. Ponieważ na ten weekend miałem zaplanowany wcześniej wyjazd do Anulki do Turynu, firma zgodziła się, żebym poleciał tam w piątek po południu ze Skopje. Wyjazd był też doskonałą okazją, żeby przebiec kolejny maraton w stolicy europejskiej. Musiałem tylko wyznaczyć trasę 42195 m, zarezerwować sobie czas poza godzinami pracy i śmigać ;-)

Po Maratonie Warszawskim czułem, że moja forma rośnie. Już tydzień później, w przeddzień moich 30. urodzin, zrobiłem sobie mocny trening o długości maratonu. Rano pojechałem pociągiem do Zabieżek i zrobiłem sobie stamtąd długie wybieganie moją ulubioną trasą po Mazowieckim Parku Krajobrazowym. Ponieważ po drodze nieco pobłądziłem (wycięto drzewa z oznakowaniem szlaków), trasa okazała się nieco dłuższa i do domu pokonałem dystans 42,1 km, który uzupełniłem jeszcze o ostatnią setkę. Na zegarku wyszło mi 3:27, więc trening był bardzo mocny, jak na tę trudną trasę. W Skopje zamierzałem pobiec w podobnym tempie, a potem dać z siebie wszystko na maratonie w Starej Miłosnej.

Na delegację do Skopje wyleciałem we wtorek rano, z przesiadką w Budapeszcie. Rok wcześniej przebiegłem w tym mieście maraton w dniu moich 29. urodzin. W czasie przesiadki miałem sporo czasu, który wykorzystałem na rozpoczęcie pisania tej relacji. Po wylocie z Budapesztu przelecieliśmy nad miastem i miałem okazję obejrzeć jego panoramę z lotu ptaka. Dobrze widoczna była położona nad Dunajem Góra Gellerta, naprzeciwko której mieliśmy hotel.

W czasie lotu pilnie studiowałem kupiony poprzedniego dnia przewodnik po Bałkanach, obejmujący Bośnię i Hercegowinę, Serbię, Kosowo, Albanię i Macedonię. Mnie oczywiście najbardziej interesował ten ostatni kraj.

Macedonia jest niewielkim państwem (2 miliony mieszkańców), położonym w samym sercu Bałkanów. Nie ma dostępu do morza, za to może się pochwalić wysokimi górami i dostępem do trzech dużych zbiorników wodnych, z który najpopularniejsze jest jezioro Ochrydzkie. Ludność stanowią głównie Macedończycy (prawosławni Słowianie), ale można zauważyć również duży udział Albańczyków (około 25% populacji). Drogi tych dwóch narodów burzliwie łączyły się na przełomie XX i XXI wieku. Po bombardowaniach Kosowa w 1999 roku schronienie w Macedonii znalazło 360 tysięcy kosowskich Albańczyków. W 2001 roku wybuchł konflikt albańsko-macedoński, w którym albańskie bojówki toczyły walki z macedońskim wojskiem na terenach północno-zachodniej Macedonii. Na szczęście, konflikt szybko udało się załagodzić. Po uzyskaniu niepodległości przez Kosowo, sytuacja w regionie wydała się spokojna i na szczęście w takich warunkach politycznych przyszło (a właściwie - przybiegło) mi odwiedzić Macedonię.

W czasie mojego wyjazdu trwały jeszcze spory o nazwę odwiedzanego przeze mnie kraju. Republika Macedonii bywa czasem nazywana Byłą Jugosłowiańską Republiką Macedonii - FYROM (Former Yugoslav Republic od Macedonia). Wynika to z faktu, że nazwę "Macedonia" rezerwują sobie Grecy, którzy nazwali tak swoją północną prowincję. Nie jest to jedyny punkt zapalny między dwoma państwami. Macedończycy musieli pod wpływem Greków zmienić swoją narodową flagę. Pierwotnie było na niej żółte słońce na czerwonym tle.

Niedługo po wylocie z Budapesztu miałem okazję obserwować górzyste obszary Bałkanów. Kiedy schodziliśmy do lądowania, samolot dość gwałtownie zmniejszał wysokość, co jest tu ponoć normalne. Lotnisko im. Aleksandra Wielkiego jest wbrew swojej nazwie bardzo małe. Widać było początki jego rozbudowy, ale zaniedbany blaszany barak nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Autobusy do przewożenia pasażerów nie były tu potrzebne - po wyjściu z samolotu przespacerowałem się w kierunku odprawy paszportowej.

Na lotnisku musiałem poczekać godzinę na moich kolegów, którzy mieli dolecieć z Krakowa. Ten czas spędziłem w jedynej lotniskowej knajpie, która niestety była zadymiona. Wiedziałem, że Macedończycy dużo palą, ale nie miałem pojęcia, że pozwala im się na to na lotnisku.

Niedogodności związane ze smrodem papierosowym zostały mi wynagrodzone w postaci darmowego Internetu. Moja firmowa skrzynka poczty elektronicznej pełna była wiadomości na temat działania naszego systemu Trezor, który wdrożyliśmy w Ministerstwie Finansów. Sobotę i niedzielę przed wyjazdem do Skopje spędziłem w pracy, bo przenosiliśmy wtedy nasz system na nową infrastrukturę w MF. W poniedziałek system zaczął działać, ale pojawiły się problemy z połączeniami użytkowników i miałem z tego powodu stresujący dzień. Na szczęście, wieczorem wyszedłem z pracy z czystym sumieniem i świadomością, że wszystko powinno być OK. Wiadomości, które czytałem na lotnisku w Skopje potwierdziły moje przypuszczenia. Można było zatem powiedzieć, że moja delegacja wypadła w idealnym momencie.

Wkrótce spotkałem się z Łukaszem i Krzyśkiem, po czym razem pojechaliśmy taksówką do Skopje. Nie było czasu, żeby odpocząć i od razu rzuciliśmy się w wir pracy w biurze naszego macedońskiego partnera. Za projekt po jego stronie odpowiedzialna była Mirjana (Mimi), bardzo sympatyczna dziewczyna, która zajmowała się nami przez cały wyjazd.

Po paru godzinach pracy, Mimi podwiozła nas do wynajętego przez naszą firmę mieszkania. Warunki mieliśmy tu całkiem niezłe - oddzielne pokoje, wyposażona kuchnia, dostęp do Internetu. Mieszkanie było położone poza centrum Skopje, u podnóża górującego nad miastem masywu Vodno (1066 m n.p.m.). Na szczycie stoi krzyż milenijny, wzniesiony dla upamiętnienia 2000 lat chrześcijaństwa. Spora konstrukcja (60 m wysokości, 20 m szerokości) jest bardzo dobrze widoczna ze Skopje również nocą, dzięki bardzo mocnej iluminacji. Miejscowi zachęcali mnie, żebym w ramach treningu wbiegł na Vodno, jednak w czasie tego wyjazdu nie miałem niestety na to czasu.

Przed zaśnięciem zdążyłem jeszcze zadzwonić do Anulki przez Skype'a i poszedłem spać. Rano przeszliśmy się do biura naszego partnera, które znajdowało się 10 minut drogi na piechotę od naszego mieszkania. Znów czekał nas cały dzień pracy, ale ja postawiłem sprawę jasno - kończymy o 17, a potem idę biegać. Na lunchu niestety nie miałem zbyt dużego wyboru i zjadłem potrawę z ryżu i kurczaka. Jestem uczulony na dietę w ciągu dnia, jeżeli po południu mam biegać, a szczególnie dotyczy to maratonu. Liczyłem, że po takim posiłku nie powinienem mieć potem żadnych problemów. Zgodnie z planem, do 17 udało nam się przygotować prezentację i niedługo potem wróciłem z Krzyśkiem do mieszkania. O 18 wyszedłem biegać.

Próba przebiegnięcia indywidualnego maratonu w obcym mieście jest nie lada wyzwaniem. Wymaga wcześniejszego dokładnego zaplanowania trasy, doboru stroju (brak szatni) i zapewnieniu odpowiedniego odżywiania w czasie biegu. Jedyną polecaną trasą, którą znalazłem w Internecie, był odcinek ścieżki rowerowej nad brzegiem płynącej przez Skopje rzeki Wardar, który liczył w linii prostej 5,5 km. Postanowiłem przebiec tę trasę blisko 8 razy, co dałoby mi ustawowe 42195 metrów. Do pomocy miałem GPS, więc mogłem z dużą dokładnością określić długość tego odcinka. Zanim dotarłem truchcikiem na miejsce startu pod twierdzą Kale, minęło już trochę czasu. Wziętego z domu banana i butelkę wody ukryłem w krzakach. Picie nie było mi jednak za bardzo potrzebne w czasie biegu, bo na dworze zrobiło się zimno. Zamiast butelki wody, powinienem był wziąć ze sobą coś cieplejszego do ubrania.

Taką trasę udało mi się znaleźć w Internecie - musiałem pokonać ten odcinek prawie 8 razy
Trasa mojego maratonu - zaczynałem przy moście na wysokości twierdzy Kale

Wystartowałem w kierunku zachodnim, biegnąc na początku promenadą. Minąłem stadion narodowy i stwierdziłem, że lepiej będzie mi się biegło dołem, ścieżką rowerową. Początkowe kilometry były moimi pierwszymi doświadczeniami z trasą. Miałem nadzieję, że nie spotkam po drodze żadnych niespodzianek, jak na przykład zalany brzeg, groźne psy, jeszcze groźniejsi ludzie, itd. Na szczęście po przebiegnięciu dystansu 5,35 km moje obawy okazały się bezpodstawne. Trasa była bardzo fajna, a brzegiem spacerowały samotne kobiety, co świadczy o tym, że nie ma tu raczej żadnych niebezpieczeństw. Na początku biegło mi się dobrze, choć z czasem perspektywa przebiegnięcia tak długiego dystansu zaczęła mnie trochę dołować. Do tego doszły problemy z żołądkiem, ale na szczęście znikały po redukowaniu tempa. W drugiej połowie biegu musiałem jednak kilka razy przejść z tego powodu do marszu. Po przebiegnięciu 11 kilometrów, zamiast włączyć światełko w GPS-ie, udało mi się go na chwilę wyłączyć. Przez minutę nie działał, a w tym czasie przebiegłem pewnie ponad 200 metrów. W związku z tym, postanowiłem skończyć bieg, kiedy pomiar GPS-a wskaże równe 42 km.

Na półmetku wygrzebałem z krzaków ukrytą wodę i banana. Mały posiłek niewiele mi dał i nie miałem ochoty biec szybciej. Po raz kolejny mijałem te same miejsca, przebiegałem pod tymi samymi mostami. We znaki dawał się też zimny wiatr, przed którym nie chroniły mnie krótkie spodenki i biegowa koszulka. Na 8 kilometrów przed spodziewanym finiszem zacząłem biec nieco szybciej, żeby wyrobić się w czasie 3:30, ale po 10 minutach zrezygnowałem z napierania. Miałem już trochę dosyć i niektóre odcinki pokonywałem marszem. Wiedziałem jednak, że nic mnie nie powstrzyma przed ukończeniem kolejnego maratonu.

Na ostatnim odcinku minąłem sporą grupę spacerowiczów, którzy wyprowadzali swoje psy, głównie samojedy. Na szczęście, psiaki były zainteresowane tylko sobą i zamiast atakować maratończyka na 38. kilometrze, postanowiły kopulować na trawniku. Ja potem też przeskoczyłem z ze ścieżki na trawnik, żeby moje nogi trochę odpoczęły po przeszło 3 godzinach uderzania w asfalt i beton.

Na koniec przyspieszyłem, niesiony świadomością bliskości mojego celu. Wbiegłem po schodach przy stadionie narodowym, sprawnie łapiąc po drodze zostawioną wcześniej butelkę wody. Odliczałem ostatnie metry i po chwili mogłem zatrzymać stoper - uff...

Na mecie nie oczekiwałem medalu, ale folia termiczna bardzo by mi się przydała. Musiałem na własnych nogach pokonać blisko 3 km odcinek ze stadionu do mieszkania, a było już bardzo zimno. Ja szczęście miałem siły, żeby poruszać się szybkim marszem. W końcu udało mi się dotrzeć do mieszkania. Anulka uprzedziła mnie swoim telefonem, kiedy już trzymałem aparat w ręku. Dostałem od niej burę: "Miałeś zadzwonić 20 minut temu!". Faktycznie, mój bieg trwał trochę więcej niż przypuszczałem. Potem długo siedziałem w wannie, zanim poszedłem spać. Czułem się zmęczony, ale jednocześnie miałem satysfakcję, że wykonałem swoją maratońską misję w Skopje.

Następny dzień był dla mnie ważny ze względów zawodowych - mieliśmy prezentację koncepcji naszego systemu informatycznego w macedońskim Ministerstwie Finansów. Rano wbiłem się w garnitur i gdy spojrzałem na siebie w lustrze, ciężko było mi uwierzyć, że jeszcze parę godzin wcześniej latałem w nocy po Skopje w krótkich gaciach ;-)

Prezentacja się udała. Mieliśmy tłumacza, który przekładał naszą prezentację z angielskiego na macedoński. Pierwszy raz moje słowa były symultanicznie tłumaczone na obcy język. Udało nam się przedstawić naszą koncepcję systemu i audytorium ją zrozumiało, choć czułem, że część osób wyrażała opór w stosunku do zapowiadanych zmian.

Gienieralna direkcija w składzie: Robert, Krzysiek, Mirjana, Łukasz po prezentacji

Po prezentacji mogliśmy odetchnąć z ulgą, bo większość naszej pracy w Skopje została wykonana. Razem z Mimi zrobiliśmy sobie zdjęcie pod budynkiem Ministerstwa Finansów, na którym wisiała tablica "gienieralna direkcija". Potem pojechaliśmy na główny plac Skopje - Makedonija, od którego promieniście odchodzi kilka ulic. Przy jednej z nich weszliśmy do eleganckiej knajpy i zjedliśmy bardzo smaczny obiad. Składał się on z sałatki szopskiej (świeże ogórki, pomidory, papryka i starty ser typu feta), a także z talerza sałat z gotowanych warzyw (było chyba 8 opcji do wyboru). Na główne danie zjedliśmy macedoński odpowiednik pizzy. Blat był podłużny, a nie okrągły i przykryto go jajkiem, zamiast dużą ilością sera. Poza tym - klasyczna pizza. Obiad popiłem dwoma kuflami najbardziej znanego tutaj piwa Skopsko.

Twierdza Kale

Po obiedzie Mimi odwiozła nas do mieszkania. Łukasz musiał popracować w biurze, a ja i Krzysiek postanowimy skorzystać z okazji i zwiedzić Skopje. Ja byłem dobrze do tego przygotowany, bo przestudiowałem już wcześniej przewodnik. Na początku przeszliśmy się w okolice ogrodu zoologicznego. Potem przespacerowaliśmy się po parku Gradskim i dotarliśmy do macedońskiego stadionu narodowego, noszącego imię Filipa II Macedońskiego. Stadion był ostatnio unowocześniany i mógł pomieścić aż 30 tysięcy ludzi, co jak na niewielkie Skopje (500 tys. mieszkańców) jest ciekawą proporcją. W parku przed stadionem stoją ciekawe rzeźby eleganckich pań z salonowym pieskiem.

Rzeźba przed stadionem, w tle krzyż milenijny na górze Vodno

Spod stadionu przeszliśmy się nad Wardar. Miałem wtedy okazję zobaczyć za dnia koniec trasy maratonu. Bardziej malowniczo wyglądał on poprzedniego dnia wieczorem. Dalszy plan zwiedzania obejmował północną część Skopje - tak zwaną Starą Czarsziję. Byłem w szoku, że Łukasz, który kilka razy wcześniej był już na delegacji w Macedonii, nie wybrał się do tej najciekawszej moim zdaniem części miasta. Najpierw przeszliśmy z Krzyśkiem przez most, po czym okrążyliśmy wzgórze i wspięliśmy się w kierunku twierdzy Kale. Pierwotnie w tym miejscu stała wybudowana już w VI wieku bizantyjska forteca, którą potem zastąpiono średniowieczna twierdzą. Ze wzgórza są ładne widoki na Skopje.

Widok z twierdzy na centrum Skopje

Zeszliśmy z twierdzy w kierunku Starej Czarsziji, mijając po drodze meczet Mustafa Paszy. Jest to jedna z najciekawszych świątyń islamskich w Macedonii, została wybudowana w 1492 roku. Zeszliśmy nieco niżej, a ja poczułem się jak na bliskim wschodzie. Z meczetów wydobywały się odgłosy islamskich modłów, a kręte, kamienne uliczki wyglądały zupełnie inaczej, niż w europejskiej części Skopje, po drugiej stronie rzeki.

Uliczki Starej Czarsziji

Stara Czarszija oznacza rynek lub targowisko i jest moim zdaniem najciekawszym miejscem w Skopje. Mieszkają tu praktycznie wyłącznie islamscy Albańczycy. Podobno wielu mieszkających w Skopje Macedończyków nigdy nie chodzi w te okolice. Nie oznacza to jednak, że jest tu niebezpiecznie. Sklepy w uliczkach Starej Czarsziji oferują głównie wyroby ze złota, a okolica przyciąga turystów z zachodu.

Przeszliśmy się uliczkami Starej Czarsziji, mijając po drodze meczety i łaźnie. Dotarliśmy do targowiska Bit Pazar, które kończyło działalność tego dnia. Tutaj po raz kolejny odniosłem wrażenie, że nie znajduję się w państwie europejskim - wszystko było jakieś takie nieuporządkowane. Największe wrażenie zrobiło na mnie stoisko, z którego wyrastała ogromna góra papryki.

Kolorowy meczet

Spacer po Starej Czarsziji skończyliśmy przy ładnie wyglądającym, kolorowym meczecie, a potem zawróciliśmy w stronę kamiennego mostu. Nieco przeceniłem moje umiejętności nawigacyjne, dzięki czemu przeszliśmy się jeszcze nad brzegiem Wardaku, mijając po drodze budynek opery i baletu. Brzeg Wardaru był w tych okolicach wielką budową. Zapowiada się, że za kilka lat będzie ładnie zagospodarowany.

Kamienny Most

Kamienny Most jest bardzo ładnie oświetlony i świetnie prezentuje się wieczorem. W obecnej postaci powstał w XV wieku, ale bizantyjski most stał tu już podobno w V wieku. Przeprawa jest tak solidna, że jako jedna z niewielu budowli w Skopje nie ucierpiała w czasie tragicznego trzęsienia ziemi w 1963 roku. Zginęło wtedy ponad 1000 osób, a blisko 100 tysięcy zostało bez dachu nad głową.

Widok z Kamiennego Mostu na Plac Makedonija, widać świecący krzyż na Vodno

Po Kamiennym Moście mogą poruszać się jedynie piesi. Przeszliśmy prosto na Plac Makedonija, na którym tego wieczora odbywał się festiwal macedońskiego wina. Na scenie skrzypaczka grała popularne popowe przeboje, a na przygotowanych stoiskach częstowano winem od miejscowych producentów. Na placu pożegnałem się z Krzyśkiem, który chciał przejść się po sklepach, żeby kupić prezenty dla rodziny. Ja w tym czasie oddałem się rozkoszom degustacji macedońskiego wina. Musiałem wcześniej kupić dla siebie kieliszek i kupony w odpowiedniej kwocie. Kupiłem sobie za to lampkę macedońskiego Chardonnaya. Kiedy zamawiałem wino (po angielsku), zagadał do mnie stojący obok chłopak: "Jesteś Polak?". "Skąd wiedziałeś?" - zapytałem, bo nie miałem na sobie żadnych emblematów, świadczących o moim polskim pochodzeniu. Poznał mnie po akcencie, bo podobno Polacy mówią po angielsku w charakterystyczny sposób.

Tak poznałem Filipa, Macedończyka, którego matka była Polką. Filip wychował się w Skopje - mieszkał przy Placu Makedonija. Studiował w Sosnowcu, a potem pracował w Anglii, gdzie poznał swoją żonę, która jest Kenijką. Ogólnie mówiąc - obywatel świata. Kiedy się sobie przedstawiliśmy, zaśmiałem się, że imię ma po Filipie Macedońskim. Okazało się, że jego brat ma na imię Aleksander, po jeszcze bardziej znanym Macedończyku. Nie wiem, po kim mój brat ma imię Aleksander, podobno po takiej myszy z kreskówki ;-)

Filip przez pół godziny był moim przewodnikiem po mieście i opowiedział mi wiele ciekawych rzeczy na temat Macedonii. Chciałem zobaczyć pomnik Matki Teresy z Kalkuty, a on pokazał mi stojącą przy Placu Makedonija czerwoną budkę z pop-cornem. "Widzisz tę budkę - tu kiedyś stał dom, w którym swoje dzieciństwo spędziła Matka Teresa". Przeszliśmy się pasażem Makedonija, przy którym stał pomnik. Matka Teresa pochodziła z katolickiej rodziny albańskiej, co jest rzadkością, bo większość Albańczyków wyznaje islam. Mieszkańcy Starej Czarsziji to głównie albańscy muzułmanie.

Pomnik Matki Teresy
Skwerek przy głównym deptaku

Przeszliśmy dalej pasażem, mijając po drodze ciekawy plac zabaw dla dzieci, ze stojącym na środku dużym statkiem. Obok stała rzeźba, podobna do tej, które widziałem wcześniej przed stadionem narodowym. Na końcu ulicy Makedonija stoi budynek starego dworca, który uległ zniszczeniom w czasie trzęsienia ziemi w 1963 roku. Wtedy to zatrzymały się wskazówki dużego dworcowego zegara. Na pamiątkę tych wydarzeń, mechanizm nigdy nie został naprawiony i zegar cały czas wskazuje godzinę, w której rozpoczęły się wstrząsy.

Potem przespacerowaliśmy się do cerkwi św. Klimenta Ochrydzkiego. Jest to bardzo ciekawe dzieło architektoniczne. Półokrągłe łuki ładnie komponują się z kopułą świątyni. Niektórzy zarzucają jej, że wygląda zbyt nowocześnie, jak na cerkiew, jednak moim zdaniem, zasady architektoniczne zostały w jej przypadku zachowane. Weszliśmy na chwilę do cerkwi, a Filip podał mi dwie świeczki, które należało umieścić na piętrowych półkach. "Na górze wstawiasz dla żywych, na dole dla zmarłych" - wytłumaczył mi Filip.

Cerkiew św. Klimenta Ochrydzkiego

Poszliśmy z powrotem w kierunku Placu Makedonija, a ja słuchałem ciekawych historii Filipa. Wynikało z nich, że na Bałkanach może się dogadać praktycznie z każdym. Zainteresowały mnie zatem kwestie językowe tego regionu. Macedoński należy do grupy południowosłowiańskiej i jest trochę podobny do bułgarskiego. Wydaje się być jednak bardziej skomplikowany od języka wschodniego sąsiada, np. posiada 3 rodzajniki (w bułgarskim jest jeden). Macedończycy subiektywnie twierdzą jednak, że ich język jest bardziej podobny do serbsko-chorwackiego, bo więcej wyrazów jest wspólnych. Wynika to z tego, że przez wiele lat w tych okolicach w szkołach uczono równolegle macedońskiego i serbsko-chorwackiego, który był urzędowym językiem w byłej Jugosławii.

Na Placu Makedonija czekał na mnie Krzysiek, z którym się tutaj umówiłem. Pożegnaliśmy Filipa i przeszliśmy się ogrzać w jakiejś knajpie. Zamiast w upatrzonej kawiarni, skończyliśmy w McDonaldzie, gdzie rozgrzewałem się z pomocą gorącej czekolady. Potem przyjechała po nas Mimi z Łukaszem i razem pojechaliśmy na kolację do knajpy. Panował tu bardziej bałkański klimat niż w miejscu, w którym wcześniej jedliśmy obiad. W macedońskich wnętrzach przeszkadzał mi dym papierosowy, ale taki jest już urok tego państwa. Do naszej czwórki dołączył pracujący razem z Mimi Alek - kolejny Aleksander Macedoński.

Kolację zaczęliśmy od żółtej rakii. To dość mocny trunek - 45%. Potem była sałatka szopska i podobny zestaw sałat, jaki był na obiad. Daniem głównym był zestaw dość tłustych mięs, który pogryzałem pizzową bułką. Posiłek popijałem sprawdzonym piwem skopsko. Wypiłem sporo alkoholu, ale akurat tego dnia mogłem sobie na to pozwolić. W opowiadaniu historii prym wiódł tym razem Alek. W czasie tego wieczora dowiedziałem się jeszcze wielu ciekawych rzeczy na temat Bałkanów, również tych trudniejszych pod względem politycznym. Jak napisano w przewodniku, w rozmowach z miejscowymi lepiej jest wtedy słuchać, niż się wypowiadać. Stosowałem się do tej zasady. Z Macedończykami jest się łatwiej porozumieć, gdyż w odróżnieniu od Albańczyków i Bułgarów, "na tak" kiwają głowami "normalnie" (jak w Polsce).

Rano moi koledzy jeszcze smacznie spali, kiedy ja wyszedłem leczyć lekkiego kaca. Przebiegłem się na zachód Bulvarem Makedonija, przy którym mieszkaliśmy. Dotarłem do rzeki i tam skierowałem się w stronę centrum trasą maratonu. Biegło mi się bardzo przyjemnie, czułem krążące w moim organizmie endorfinki. Trasa wyglądała teraz inaczej niż 2 dni wcześniej po zmroku. Dobiegłem aż do Kamiennego Mostu. Przebiegłem przez Plac Makedonija, minąłem siedzibę premiera Macedonii i dotarłem do parku przed stadionem narodowym. Do mieszkania dobiegłem po pokonaniu 13,5 kilometra i byłem bardzo zadowolony z porannego treningu.

Zjadłem śniadanie i znowu wbiłem się w garnitur. Tego dnia mieliśmy mieć już krótsze, dwugodzinne spotkanie, a potem mieliśmy zaplanowany powrót do Polski. W czasie spotkania okazało się, że wzięły w nim udział osoby, których nie było poprzedniego dnia, dlatego najlepszym rozwiązaniem było skrótowe powtórzenie prezentacji. Zabawnym akcentem spotkania, było pojawianie się na sali sobowtóra Krystyny Jandy.

Po południu pojechaliśmy we trzech na lotnisko. Do Turynu leciałem z dwiema przesiadkami. W Zagrzebiu okazało się, że lot do Monachium będzie opóźniony, dlatego szybko zmienili mi bilet na Zagrzeb - Frankfurt - Turyn. Na lotnisku odebrała mnie Anulka i tak zacząłem długi weekend. Zasłużyłem na niego - wcześniej pracowałem bez przerwy przez 12 dni.

Nasz weekend był tradycyjnie bardzo intensywny. W sobotę rano pojechaliśmy z Turynu nad Morze Liguryjskie. Wybrzeże w tych okolicach jest bardzo piękne. Najpierw pojechaliśmy do regionu o nazwie Cinque Terre, łączącego pięć pięknie położonych nad morzem miejscowości. Przebiegliśmy cały szlak, a do samochodu wróciliśmy pociągiem. Muszę przyznać, że trasa w Cinque Terre jest na pewno jedną z najpiękniejszych, na jakich trenowałem. Na wieczór pojechaliśmy do położonych bliżej Genui miejscowości Santa Margherita i Portofino - bardzo ekskluzywnego miejsca, w którym swoje wakacje spędzają gwiazdy. Przez chwilę mogliśmy się poczuć tak jak one. Wszystkie te atrakcje były prezentem na moje 30. urodziny. Z tej okazji dostałem też fajne podarunki, a Anulka przygotowywała świetne jedzenie. To były moje najlepsze urodziny w życiu :-)

Widok ze szlaku Cinque Terre
Portofino
Pełna relacja z trasy Cinque Terre

Następny dzień zaczęliśmy równie intensywnie i pobiegliśmy w zawodach w podturyńskiej miejscowości Leini. Udało mi się tam wygrać w kategorii non-competitiva na dystansie 7,9 km. Mimo niewielkiej rangi zawodów na tym dystansie, przede mną jechał quad, a na rynek w Leini wbiegłem jako pierwszy z biegaczy. Anulce też poszło bardzo dobrze - była trzecia ogółem i oczywiście - wygrała kategorię kobiet. Poniedziałek również spędziliśmy bardzo przyjemnie. Anulka wyszła wcześniej z pracy i poszliśmy do knajpy z włoskim jedzeniem o sprytnie skonstruowanej nazwie "Eataly".

Do Warszawy wróciłem we wtorek bezpośrednim lotem z Mediolanu. Miałem za sobą fantastyczny tydzień - najpierw klimaty bałkańskie, potem włoskie. Dzięki temu, że przebiegłem indywidualny maraton w Skopje, miałem możliwość opisania tych wyjazdów na moim maratońskim blogu :-)

Galeria zdjęć ze Skopje

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin