O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2009-09-27, Warszawa (Polska)


Idealny jubileusz
Weekend pod znakiem trójki

Relacja Roberta z 50. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:57:35

60 /
3166

1.9


Maratony Roberta

Maraton Warszawski w 2009 roku był dla mnie wyjątkowy. Zaplanowałem sobie, że 27 września, na 8 dni przed moimi trzydziestymi urodzinami, przebiegnę mój pięćdziesiąty maraton. Warszawa była najlepszym miejscem na świętowanie tego jubileuszu. W moim rodzinnym mieście 6 lat wcześniej zaczęła się przygoda z maratonami.

Do startu w Warszawie nie byłem najlepiej przygotowany. W wakacje przebiegałem zaledwie 80 kilometrów tygodniowo, co w porównaniu do poprzednich lat było skromnym kilometrażem. Zastanawiałem się, czy przy takich treningach uda mi się złamać granicę 3 godzin. Dwa tygodnie wcześniej byłem pacemakerem we Wrocławiu na czas 3:00, ale udało mi się doprowadzić grupę w odpowiednim tempie do 38. kilometra, a potem zabrakło mi siły. Byłem zdeterminowany, żeby w Warszawie pobiec swoim tempem i połamać 3 godziny.

Kilka miesięcy przed maratonem zostałem zaproszony na ślub i wesele mojej koleżanki. Uroczystość miała się odbyć w sobotę przed biegiem. Nie mogłem odmówić choć krótkiej obecności na weselu. Oprócz słabego wytrenowania i zarwanej nocy, moim przeciwnikiem miała być też pogoda - zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień. Mimo wszystko, trójka musiała pęknąć w moim jubileuszowym maratonie.

Weekend maratoński rozpoczął się w piątek wieczorem, kiedy odebrałem Anulkę z lotniska. Pojechaliśmy od razu do biura zawodów na Plac Zamkowy, gdzie miałem odebrać numer startowy. Z okazji mojej pięćdziesiątki poprosiłem organizatorów o 50 lub 5042 (50 x 42 km). Niestety, zgłosiłem się z tą prośbą zbyt późno i został mi mój tradycyjny warszawski numer 398.

W biurze spotkałem dyrektora maratonu, Marka Troninę. Podyskutowaliśmy chwilę na temat wywiadu, którego udzieliliśmy obaj dla stacji TVN 24. Władze miasta przypomniały sobie na 3 tygodnie przed maratonem, że zawody kolidują z obchodami 70. rocznicy założenia Polskiego Państwa Podziemnego, które miały się odbywać przy pierwotnie wyznaczonej trasie. Jej przebieg trzeba było zmienić w ostatniej chwili. Udzieliłem dość długiego wywiadu, przechadzając się z panią redaktor po chodniku na Krakowskim Przedmieściu. Niestety, w stacji zablokowano potem emisję tego materiału. Trochę szkoda, bo mój wywiad był dość długi. Nie znalazło się w nim oczywiście nic niestosownego, a cenzura (bo tak to niestety trzeba nazwać) wynikała z przyczyn politycznych. Nie chcę się jednak za dużo na ten temat rozpisywać ;-)

Po odebraniu numeru przeszliśmy się z Anulką do knajpy na sushi. To była już dawno obiecana kolacja. Deser zjedliśmy już w domu z moimi rodzicami.

Następnego dnia rano udało się nam porządnie wyspać. Na szczęście, Anulka nie wystartowała w końcu w Ekidenie i nie musieliśmy pędzić do centrum na zawody. Ekipa Byledobiec poradziła sobie znakomicie. Sztafeta w składzie (kolejno): Adam, Jacek, Tomek, Ania, Kasia i Iwona połamała 3 godziny. My w tym czasie załatwialiśmy ostatnie sprawy przed ślubem, a znaleźliśmy też czas na krótki rozruch po moim lesie. Anulka biegała w Aninie pierwszy raz i cieszyłem się, że doceniła uroki tej części Mazowieckiego Parku Krajobrazowego.

Na ślub pojechaliśmy w okolice Nasielska. Trasa minęła nam bardzo przyjemnie, bo jechaliśmy naszym nowo zakupionym samochodem. Na weselu musiałem uważać na dietę i zjadłem głównie dwie piersi kurczaka (białko) i dużą porcję łazanek (węglowodany). Potem jako pierwszy gość raczyłem się ciastem, żeby się zasłodzić i szybko skończyć jeść. Oczywiście, o alkoholu nie było mowy. Wyszliśmy kilka razy na parkiet, ale unikałem szybszych piosenek, żeby oszczędzać nogi. Z wesela udało nam się wyjść odpowiednio wcześnie i do domu dojechaliśmy przed północą. Plan potraktowania wesela "po maratońsku" został zrealizowany.

Rano wypiłem kawę i zjadłem 3 kanapki z dżemem wiśniowym. Takie śniadanie na dwie i pół godziny przed startem sprawdziło mi się 2 tygodnie wcześniej we Wrocławiu. Rano było chłodno (7 stopni), ale wiedziałem, że w ciągu dnia temperatura wzrośnie do ponad 20. W drodze do centrum zabraliśmy Aleksa. Po ominięciu utrudnień komunikacyjnych (kurczę, znowu jakiś maraton) dojechaliśmy w okolice Ogrodu Krasińskich, gdzie zawsze zatrzymujemy się przed maratonami i półmaratonami w Warszawie.

Przed startem maratonu nie miałem dużo czasu na rozgrzewkę. W przebieralni tak się pośpieszyłem, że zapomniałem wrzucić do worka moje spodnie. Na szczęście, znalazły się 5 godzin później w tej samej szatni. Na starcie spotkałem sporo znajomych i nie miałem czasu, żeby jakoś specjalnie się skoncentrować. Taktykę miałem ułożoną w głowie już wcześniej - na początku biec szybko, nawet po 4:05/km, żeby potem mieć z czego tracić, gdy zrobi się gorąco.

Rozpocząłem mój 50. maraton. Początek biegliśmy Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem, a przy palmie skręciliśmy w prawo w Aleje Jerozolimskie. Dalej Marszałkowską i Królewską, by po 3,5 kilometra wrócić przed Uniwersytet Warszawski. Za drugim razem przy palmie było już luźniej i Anulka zrobiła mi tam fajne zdjęcie. Dalej trasa prowadziła Alejami Ujazdowskimi do Łazienek, a potem znowu zawróciliśmy do Marszałkowskiej. Przy Królewskiej minąłem tabliczkę 10 km, a na zegarku miałem wtedy czas 40:55. Wszystko szło zatem zgodnie z planem.

Przebiegam pod palmą

Przy Placu Piłsudskiego zobaczyłem biegnących z przeciwka zawodników na czas w okolicach 2:40. Byli wśród nich biegacze z Entre.pl Team, drużyny, która nigdy nie dawała nam szans na tego typu imprezach. Od nas z klubu najszybciej na początku biegł Paweł, po 4:00/km, ja i Sylwek byliśmy daleko za nim i celowaliśmy w 2:55. Wiadomo było też, że mocno pobiegną Jurek, Wojtek i Jacek. Do klasyfikacji drużynowej liczyły się najlepsze 4 czasy. Byłem prawie pewien, że połamiemy 12 godzin.

Przebiegliśmy przez linię mety, gdzie mieliśmy wrócić za przeszło 30 kilometrów. Potem skręciliśmy w Miodową i biegliśmy w kierunku Mostu Gdańskiego, na którym czekała na nas tabliczka 15 km. Jeszcze przed mostem zjadłem pół banana, w nagrodę za pokonanie pierwszej tercji maratonu. Przyłączył się do nas Alex, który od początku biegł treningowo, bez numeru i miał zamiar skończyć bieg po 19 km. Szykował się do maratonu w Poznaniu i zrezygnował ze startu w Warszawie. Rozmawialiśmy krótkimi zdaniami, a jego obecność dodała mi trochę otuchy.

Biegliśmy Wybrzeżem Helskim koło zoo, a potem skręciliśmy w lewo na Starą Pragę. To była dla mnie nowość - jeszcze nigdy tędy nie biegłem. Stare, nieodnowione kamienice kontrastowały z tym, co widzieliśmy wcześniej przy Trakcie Królewskim. Po zrobieniu krótkiej pętli na Pradze zaczęliśmy wracać w kierunku Mostu Świętokrzyskiego. Minęliśmy stację kolejową Warszawa Stadion, przez którą przejeżdżałem codziennie, jadąc do pracy. Tutaj Alex się od nas odłączył i życzył nam powodzenia.

Biegnę Jagiellońską - do półmetka jeszcze kawałek, a mina już nietęga :-/

Skręciliśmy w lewo w Wał Miedzeszyński i za chwilę mieliśmy okazję zobaczyć nadbiegającą z przeciwka czołówkę. Byli w niej dwaj Etiopczycy, Adam Draczyński i Michał Kaczmarek, a za tą grupą biegł samotnie Mariusz Giżyński, któremu najbardziej kibicowałem. Ostatecznie Mariusz był trzeci, za Etiopczykiem Teshome Getane Etanya i Adamem Draczyńskim.

Przebiegliśmy przy przyszłym Stadionie Narodowym, którego budowa szła pełną parą. Nad placem stało 14 dźwigów. Półmetek minąłem zgodnie z założeniem w czasie 1:26:35 - było więc z czego tracić. Postanowiłem zmniejszyć tempo i utrzymywać je w okolicach 4:15/km. Przed zawrotką zobaczyłem Pawła, któremu życzyłem powodzenia. Był sporo przede mną. To była odwrotna sytuacja, niż rok wcześniej w Budapeszcie, gdzie na podobnym etapie biegu na zawrotce ja miałem podobną przewagę nad Pawłem. Po zawróceniu pomachałem Jurkowi, a za nim biegła grupa na 3:00, prowadzona przez Bogdana Barewskiego, w której zapewne biegli Wojtek i Jacek.

Moje wolniejsze tempo sprawiło, że Sylwek zaczął mi uciekać. Na kolejnych 3 kilometrach oglądałem biegnące z przeciwka coraz wolniejsze grupki, a potem skręciłem w lewo na Most Świętokrzyski. Na Dobrej, po drugiej tercji maratonu, zjadłem tubkę żelu energetycznego i pobiegłem w kierunku mojego liceum Batorego. Biegło mi się całkiem nieźle, choć byłem ostrożny, pamiętając o sytuacji sprzed dwóch tygodni.

Przy zwrotce na Gagarina zobaczyłem Pawła i zacząłem go doganiać. Nie czuł się komfortowo, ale wierzył, że poprawi swój rekord życiowy. "Gdybym miał wczoraj imprezę, to też biegłbym tak dobrze, jak Ty" - zażartował ze mnie. To zachęciło mnie do jeszcze mocniejszego biegu. Do Mostu Łazienkowskiego doleciałem jeszcze świeży. Tam przebiegłem obok miejsca, gdzie 6 lat wcześniej zaliczyłem mój pierwszy maratoński kryzys. Teraz do mety pozostało mi jeszcze tylko 8 kilometrów i nie miałem na razie żadnych problemów.

Przed tunelem zacząłem nieco zwalniać. W mojej głowie rozpoczęła się kalkulacja, jak wolno mogę biec, żeby połamać 3 godziny. Wychodziło mi 5:00/km, więc miałem w miarę komfortową sytuację. Tylko ściana mogłaby mnie powstrzymać przed połamaniem trójki.

W tunelu dużo radości sprawił mi niezawodny chór. Potem było już ciężko, ale przezwyciężyłem lekki kryzys. Podbiegłem przy Moście Gdańskim, gdzie znowu musiałem zwolnić. Odrzucałem myśli o przejściu do marszu i dalej napierałem. Zbiegliśmy w Świętojerską - to w tym miejscu zmieniono w ostatniej chwili trasę maratonu. Trochę cierpiałem na tym bruku, ale meta była już tak blisko, że nie zwracałem uwagi na te niedogodności.

Kawałek przede mną widziałem Sylwka, ale nie myślałem już o tym, żeby go dogonić. Skręciliśmy w Podwale, a potem w kierunku Placu Teatralnego. Na Moliera minąłem knajpę sushi, w której jedliśmy z Anulką dwa dni wcześniej. Tam wyprzedził mnie Jurek. Pozdrowiłem go, ale nie miałem zamiaru się z nim ścigać. Cieszyłem się, że trzech Byledobieców wbiegnie na metę w czasie 2:57 - gwarantowało to bardzo dobry czas w drużynówce. Na ostatnim zakręcie zrównał się ze mną Maciej Rudnik i jemu nie mogłem już odpuścić. Przyspieszyłem na ostatniej prostej i wbiegłem na metę. Pięćdziesiąty maraton zamknąłem ładnym czasem i byłem bardzo zadowolony.

Dobiegam do mety mojego 50. maratonu
Moją pierwszą pięćdziesiątkę rozpocząłem we wrześniu 2003 w 25. Maratonie Warszawskim...
...a skończyłem we wrześniu 2009 w 31. MW :-)

W strefie za metą wpadłem na Sylwka i Jurka. Wszyscy byliśmy uśmiechnięci. Niedługo potem w ramiona wpadła mi Anulka, która bardzo cieszyła się z mojego sukcesu. Mówiła, że przy panującej pogodzie czarno widziała moje 3 godziny. Chwilę później pojawili się Paweł (3:01) i Wojtek (niewiele za nim). Potem okazało się, że do złamania trójki zbliżył się też Jacek, a Michał przybiegł pół godziny później. Paweł był niezadowolony ze swojego wyniku, ale to on był czwartym punktującym dla naszej drużyny. Jak się potem okazało, z czasem 11:53:42 zajęliśmy 3. miejsce na 33 sklasyfikowane zespoły, wyprzedzając 4. drużynę o przeszło pół godziny. To był duży sukces!

Medal, woda i izotonik na mecie - w ramach wpisowego, słodki buziak od ukochanej - bezcenne. Są rzeczy, których kupić nie można... ;-)

Po odebraniu worka szybko uciekliśmy z Anulką w stronę stadionu Polonii, gdzie można było się wykąpać. W czasie spaceru po Starym Mieście musiałem sobie zrobić dwie krótkie przerwy - maraton dał mi trochę w kość. Kiedy doszedłem na Konwiktorską, okazało się, że prysznice jeszcze nie zostały otwarte i spędziliśmy 10 minut na dopingowaniu przebiegających tędy zawodników.

Kiedy wyszedłem spod prysznica, na trybunach stadionu Polonii czekała już na mnie rodzina. Na początku miałem zły humor, bo zorientowałem się, że w szatni na Starym Mieście zostawiłem moje nowiutkie spodnie z paskiem z Australii. Ten drugi przedmiot miał dla mnie wartość sentymentalną i martwiłem się, że już nigdy go nie zobaczę. Na szczęście, zadzwoniłem do znajomych, którzy byli w okolicach linii mety i po kilku minutach otrzymałem wiadomość, że spodnie się znalazły. Bardzo mi ulżyło i humor natychmiast mi wrócił.

Przed stadionem Polonii - spodnie pożyczyłem od Alexa, ale już wiedziałem, że moje się znalazły ;-)

Przeszliśmy się na Stare Miasto, po drodze spotykając jeszcze kilka znajomych osób. Poczekaliśmy pod sceną na dekorację drużynówki i wbiegliśmy naszą ekipą, żeby odebrać statuetkę za 3. miejsce. To był bardzo miły akcent tego dnia - pojawiłem się na podium po moim 50. maratonie. Na scenę wyszedłem potem jeszcze raz - w imieniu Jacka odbierałem statuetkę za drugie miejsce w klasyfikacji służb medycznych. Najcenniejszy sukces indywidualny odniósł Jurek - zajął trzecie miejsce w kategorii M-50.

Podium w drużynówce

Na scenie odbywała się dekoracja zawodników, a pod sceną czekała na mnie miła niespodzianka. Klubowicze zorganizowali małą imprezę z okazji mojego 50. maratonu. Kupili ciasto drożdżowe, w środek którego wstawili racę. Ten jubileuszowy tort kroiłem nożem celtyckim, który pożyczyłem od Tomka. Ciasto popijaliśmy bezalkoholowym szampanem dla dzieci.

Świętujemy na Placu Zamkowym
Ekipa Byledobiec Anin

Uroczystość była bardzo sympatyczna. Po jej zakończeniu musieliśmy już jechać z Anulką na lotnisko, żeby zdążyć na jej popołudniowy samolot. Na Okęciu zdążyliśmy jeszcze zjeść obiad i mały deser. W czasie tego weekendu spędziliśmy ze sobą zaledwie 44 godziny, jak zwykle bardzo intensywnie.

Wieczorem zdążyłem jeszcze odwieźć Aleksa i Weronikę do domu (musiałem pochwalić się samochodem), zrobić zakupy i zawieźć Jackowi jego statuetkę. Tak skończył się weekend mojego 50. maratonu - na pewno jeden z najlepszych w moim 30-letnim życiu ;-)

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin