O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2009-08-15, Helsinki (Finlandia)


Tygodniowy objazd Finlandii
Byledobiec od połowy trasy

Relacja Roberta z 48. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:20:25

257 /
4939

5.2


Maratony Roberta

Maraton w Helsinkach odbywał się co roku w sierpniu. W tym okresie w maratońskim kalendarzu panują pustki - większość tego typu imprez odbywa się na wiosnę lub jesienią. Można powiedzieć, że wyjątkiem od tej reguły są państwa na półkuli południowej (wtedy panuje tam zima) lub regiony dużych szerokości geograficznych na północy, gdzie teoretycznie powinno być wtedy chłodniej (np. maratony w Sztokholmie, Rejkiawiku, czy właśnie w Helsinkach).

Plan startu w Helsinkach odłożyłem w 2008 roku z powodu wyjazdu na Islandię. Rok później była dobra okazja, żeby w sierpniu pojechać do Finlandii. Do startu udało mi się namówić Anię i razem zaplanowaliśmy tygodniowy wyjazd. Niestety, dwa tygodnie przed wyjazdem Ania potknęła się w górach i skręciła nogę, przez co jej start był wykluczony. Jeżeli miałbym szukać dobrych stron tego faktu, to szykował nam się spokojniejszy wyjazd, bez żadnych presji wynikowych.

Maraton postanowiłem potraktować treningowo, a z każdym tygodniem rewidowałem moje plany wynikowe. Przed wyjazdem wątpiłem, czy uda mi się połamać w tym biegu 3 godziny.

Wyjazd mieliśmy bardzo dobrze zaplanowany i przed wylotem zarezerwowaliśmy sobie samochód oraz hotele w Lahti i Helsinkach. Harmonogram wycieczki kształtował się w następujący sposób: sobota - Lahti, niedziela - Tampere, Jyvaskyla i nocleg w Kuopio, poniedziałek, wtorek - przejazd w okolice Kuusamo i zwiedzanie parków narodowych, środa - przekroczenie koła podbiegunowego i powrót w stronę wybrzeża Zatoki Botnickiej, czwartek - przejazd na południe do Turku, piątek - przejazd do Helsinek, odbiór numeru, zwiedzanie, sobota - maraton, niedziela - powrót do Warszawy.

Ania przyjechała do Warszawy w czwartek, a w sobotę po południu wylecieliśmy razem do Helsinek. W czasie lotu miałem okazję przejrzeć broszurkę linii lotniczych Finnair z informacjami na temat Finlandii. Powierzchnia (łącznie z licznymi jeziorami) liczy blisko 391 tys. km kwadratowych, kraj jest zatem sporo większy od Polski. Lasy pokrywają aż 68% powierzchni. Populacja wynosi zaledwie 5,3 miliona mieszkańców, a zagęszczenie 17 osób / km kwadratowy lądu czyni ten kraj najrzadziej zaludnionym spośród wszystkich krajów Europy kontynentalnej (w Laponii wskaźnik ten wynosi zaledwie 2 osoby na km kwadratowy). 35% mieszkańców posiada wyższe wykształcenie (największy odsetek w krajach Unii Europejskiej, do której Finlandia weszła w 1995 roku). Państwo jako jedyne z krajów nordyckich zdecydowało się przyjąć walutę europejską (Szwecja, Norwegia i Dania zostały przy swoich koronach), co ułatwiało turystom rozliczenia w tym kraju. Od 1917 roku Finlandia jest republiką parlamentarną. Prezydent jest wybierany co 6 lat, a od 2000 roku tę funkcję pełniła Tarja Halonen, sprawująca również drugą kadencję. Zajmowanie wysokich urzędów przez kobiety nie jest w Finlandii rzadkością. W 200-osobowym parlamencie zasiadały aż 84 kobiety, a w rządzie stanowiły większość. Można powiedzieć, że Finlandia jest krajem luterańskiem, bo aż 81% mieszkańców jest tego wyznania.

W czasie lądowania w Helsinkach powitały mnie znajome już widoki. To tutaj przesiadałem się niecałe 2 lata wcześniej w czasie podróży do Nowego Jorku (lot obsługiwał Finnair). W drodze powrotnej Alex przeżył lekki stres na lotnisku w Helsinkach, bo przez chwilę się tu zgubił.

Na lotnisku odebraliśmy zarezerwowany wcześniej samochód i zdecydowaliśmy, że oboje będziemy prowadzić. Trafiła nam się czerwona Toyota Yaris. Miała za mały bagażnik, jak na nasze potrzeby, ale nie był to duży problem. Moją walizkę woziłem na tylnym siedzeniu. W Finlandii jest tak bezpiecznie, że nie można się obawiać o zostawianie swoich rzeczy w widocznym miejscu w samochodzie.

Po wyjeździe z lotniska skierowaliśmy się na Lahti. Umówiłem się tam z moim znajomym, Bogdanem Barewskim, który akurat w tę sobotę biegł maraton w ramach lekkoatletycznych mistrzostw świata weteranów, rozgrywanych właśnie w Lahti. Jeszcze na lotnisku dostałem SMS-a od Bogdana. Zajął drugie miejsce w swojej kategorii M-55 ze świetnym czasem 2:50. Wyprzedził go tylko Antoni Cichończuk i dzięki tym znakomitym wynikom Polska wywalczyła pierwsze miejsce w klasyfikacji drużynowej. Bogdan miał się zatem czym chwalić.

Do Lahti dotarliśmy bardzo sprawnie. Praktycznie od razu po wjechaniu do miasta zobaczyliśmy nasz hotel i zatrzymaliśmy się, żeby zostawić bagaże w pokoju. W lobby siedziało wielu sportowców i ten widok mnie nie zaskakiwał. Był to przecież ostatni dzień mistrzostw. Zadzwoniłem do Bogdana i okazało się, że śpimy w tym samym hotelu i mogliśmy się umówić w wieczorem w lobby. Przed spotkaniem postanowiliśmy z Anulką zwiedzić Lahti.

Przejechaliśmy samochodem całą główną ulicę Vesijarvenkatu i zatrzymaliśmy się na brzegu jeziora Vesijarvi, przy Hali Sibeliusa. Jest to budowla z drewnianą elewacją, pełniąca funkcję centrum kongresowo-koncertowego. Nad wodą było bardzo przyjemnie. Knajpki znajdują się w lokalach na brzegu oraz w zacumowanych łódkach. O tej porze były pełne turystów. Z przystani można przejść do pobliskiego parku Kariniemi. Dobrze widać też charakterystyczną konstrukcję skoczni narciarskiej w Lahti.

Po krótkim spacerze pojechaliśmy do centrum na główny plac Kauppatori. To miejsce niczym szczególnym nas nie zaskoczyło, podobnie, jak stojący na wzgórzu kościół Krzyża Świętego (Ristinkirkko).

Po powrocie z rynku pojeździliśmy chwilę po mieście i zatrzymaliśmy się przy fontannie muzycznej. Naszą uwagę zwróciła starsza kobieta, paradująca w koszulce z polskim orłem na piersi. Zaczepiliśmy ją, dzięki czemu mieliśmy towarzystwo na blisko godzinę. Pani Janina Rosińska opowiedziała nam o swoich wynikach w Lahti (startowała w ośmiu konkurencjach) oraz wielu maratonach (przeszło 250!), które biegała na całym świecie. Polecała nam, że koniecznie musimy wziąć ślub w Honolulu. Nie wiem dlaczego. Niecały rok później pobraliśmy się w Łodygowicach.

Zaprosiliśmy panią Janinę do naszego samochodu i pojechaliśmy pod skocznie w Lahti. Celowo nie postawiłem ogonka przy "e", bo skoczni jest kilka - dwie główne (wyższa o punkcie konstrukcyjnym K-116) i kilka treningowych, w tym dla dzieci. Tuż za zjazdem ze skoczni w lecie działa basen. Obok znajduje się centrum sportowe z bardzo ładnym stadionem lekkoatletycznym z niebieską bieżnią. To właśnie tutaj odbywały się mistrzostwa.

W tle skocznia w Lahti i podium lekkoatletycznych mistrzostw świata weteranów

Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć pod skoczniami i przeszliśmy się po terenie. Przed stadionem stoi pomnik Siiri Rantanen - fińskiej biegaczki narciarskiej, która odniosła wiele sukcesów, między innymi sięgnęła po złoto na zimowych igrzyskach olimpijskich w 1956 roku.

Pani Janina chciała koniecznie pojechać nad jezioro, więc zatrzymaliśmy się tam na chwilę. Potem pożegnaliśmy się z centrum Lahti i pojechaliśmy do hotelu. W lobby siedzieli już Bożena i Bogdan. Pogratulowaliśmy im występu (Bożena też startowała w maratonie) i wypytaliśmy o wrażenia. Bogdan pokazał nam swoje medale - złoty i srebrny. Były na nich uwidocznione dwa maszty, które są symbolem Lahti. Na pobliskim wzgórzu Radiomaki ma siedzibę znane Muzeum Radia i Telewizji.

Z Bożeną i Bogdanem (złoto i srebro na piersi)

Posiedzieliśmy trochę przy piwie z Bożeną i Bogdanem, po czym bohaterowie udali się na spoczynek po maratonie. My mieliśmy jeszcze mnóstwo energii, a dodatkowo, byliśmy głodni. Przeszliśmy się chwilę po okolicy w poszukiwaniu jakiejś knajpy. Niestety, nie znaleźliśmy niczego ciekawego i skończyliśmy w bardzo popularnym w Finlandii fast-foodzie Hesburger. Wzięliśmy tam sałatki na wynos, żeby zjeść je w hotelu.

Po drodze natknęliśmy się na pomnik Mannerheima. Jest on postacią niezwykle szanowaną w Finlandii, niektórzy Polacy porównują go do Piłsudskiego. Carl Gustaf Emil Mannerheim pierwsze szlify wojskowe zdobywał na terenie Polski, stacjonując w Kaliszu. Potem był szpiegiem w Azji, a w latach 1917-18 pełnił funkcję naczelnego dowódcy wojsk fińskich w czasie zwycięskiej wojny domowej nad komunistami. Jego największe zasługi dla Finlandii wiążą się okresem II wojny światowej, kiedy to prowadził bardzo zręczną politykę w czasie przetaczającej się przez Finlandię zawieruchy wojennej. Najpierw stawiał czoła atakowi Związku Radzieckiego w 1939, a potem przyłączył się do ofensywy niemieckiej. Nie posunął się jednak za daleko i odmówił udziału w oblężeniu Leningradu. Dzięki takiej bierności, Finlandia bardzo zyskała, gdy role odwróciły się pod koniec wojny. Mannerheim skierował wtedy wojska fińskie do walki z Niemcami. Mimo, że Finlandia była przez pewien czas sojusznikiem Niemiec, nie była potem nigdy okupowana przez wojska alianckie. Po wojnie Mannerheim pełnił krótko funkcję prezydenta Finlandii. Jest teraz niezwykle poważany, jego imieniem nazywane są główne ulice dużych miast.

Następnego dnia rano wyszedłem z hotelu na szybki trening. Pierwszymi spotkanymi na zewnątrz osobami byli Bożena i Bogdan, którzy właśnie wyjeżdżali z Lahti. "Pobiegaj sobie tą ścieżką rowerową wzdłuż autostrady" - poinstruował mnie Bogdan i to była dobra rada. Na pagórkowatej ścieżce trenowało mi się bardzo przyjemnie. Po drodze byłem świadkiem zabawnej sceny, kiedy przede mną na ścieżkę wybiegła wiewiórka, a za nią poleciał kot. Potencjalna ofiara uciekła na drzewo.

Po powrocie z treningu udało mi się zwlec Anulkę z łóżka i poszliśmy razem na hotelowy basen. Potem zjedliśmy śniadanie w towarzystwie wielu poruszających się powoli maratończyków-weteranów. Najadłem się do syta i zdobyłem energię na całodzienne zwiedzanie.

Z Lahti wyjechaliśmy w kierunku Tampere. Jest to największe w krajach nordyckich miasto (blisko 200 tysięcy mieszkańców), położone z dala od wybrzeża morskiego. Ze względu na dawny industrialny charakter (przemysł włókienniczy) nazywane jest fińskim Manchesterem. Odnowione fabryki pełnią teraz głównie funkcje kulturalno-rozrywkowe. Tampere jest bardzo ładnie położone między dwoma jeziorami (północne Jasijarvi i południowe Pyhajarvi), a przez środek miasta przepływa łącząca oba jeziora rzeka Tammerkoski, która tworzy ciekawe kaskady.

Dojechaliśmy do centrum Tampere i przeszliśmy się kawałek w kierunku Hameenpuisto. Przy tym deptaku stoi ładny kościół, a tuż obok znajduje się Muzeum Lenina i Teatr Robotniczy. Takie zabytki w Tampere nie są zaskakujące - miasto było centrum fińskiego ruchu rewolucyjnego i to tutaj miało miejsce pierwsze spotkanie Lenina ze Stalinem (w 1906 roku).

Wizytę w Tampere wykorzystaliśmy w celach praktycznych i zrobiliśmy zakupy w tutejszym supermarkecie. Potem udaliśmy się na Rynek Główny (Keskustori). Tę fińską nazwę musieliśmy już kojarzyć. Centrum miasta po fińsku brzmi "keskusta" i na drogowskazach wpisane jest właśnie to słowo. Nazwa zupełnie nie brzmi "centralnie", w porównaniu do innych języków europejskich. Początkowo myślałem, że to nazwa jakiejś dzielnicy i byłem skołowany.

Tampere - fiński Manchester

Rynek Główny w Tampere wydał mi się bardzo przyjemny. Stoi przy nim ładny budynek ratusza oraz Teatr Miejski, zbudowany w bardziej nowoczesnej architekturze. Na środku rynku stał czerwony angielski piętrowy autobus z napisem "Manchester". Weszliśmy do środka Starego Kościoła, stojącego z boku rynku. Urzekła nas skromność wnętrza luterańskiej świątyni. Obserwowaliśmy to potem wielokrotnie w innych fińskich kościołach.

Po wizycie na rynku przespacerowaliśmy się kawałek na most nad Tammerkoski, z którego rozciąga się bardzo ładny widok, będący fotograficzną wizytówką Tampere.

Kaskady na rzece łączącej dwa jeziora w Tampere

Po zwiedzeniu centrum Tampere na piechotę, postanowiliśmy jeszcze objechać miasto samochodem. Skierowaliśmy się na północ, w kierunku parku nad jeziorem, w którym znajduje się wieża widokowa, zoo i lunapark. Parkingi przy tych atrakcjach były kompletnie przepełnione i postanowiliśmy nie zatrzymywać się w tym miejscu. Zamiast tego, pojechaliśmy kawałek dalej, żeby spokojnie rzucić okiem na jezioro.

Zatrzymaliśmy się za to przy reklamowanej w przewodniku katedrze. Jej wnętrze jest ciekawe - po obu stronach znajdują się bardzo przestronne tarasy. W czasie naszej wizyty katedra była szykowana na ślub. Pod świątynię podjeżdżały kolejne samochody z elegancko ubranymi weselnikami.

Przed wyjazdem z Tampere przejechaliśmy jeszcze obok soboru prawosławnego, a potem w okolicach uniwersytetu i centrum kongresowego Tampere Talo. Z miasta wyjechaliśmy na północny-wschód, szykując się na piękne widoki Pojezierza Fińskiego, zwanego krainą tysiąca jezior.

Po przejechaniu dość długiego odcinka dotarliśmy do miejscowości Jyvaskyla. Przy wjeździe przywitał nas biurowiec Nokii - firmy, która jest symbolem Finlandii. Główna siedziba koncernu znajduje się w przylegającym do Helsinek Espoo. Miałem tamtędy przebiegać w czasie maratonu.

Jyvaskyla jest znana jako miasto Alvara Aalto, popularnego fińskiego architekta. To tutaj powstało najwięcej dzieł zaprojektowanych przez niego. Podjechaliśmy do muzeum Aalto, położonego w południowej części miasta. Budynek nie zachwycił nas niczym szczególnym i nie zamierzaliśmy wchodzić do środka. Zamiast tego, zatrzymaliśmy się przy plaży nad jeziorem Jyvasjarvi i przeszliśmy się na przystań. Usiedliśmy na molo, przyglądając się wytryskającej wodzie z fontanny na środku jeziora.

Jyvaskyla jest niewielkim miastem (90 tys. mieszkańców), ale wychowała kilku znanych Finów. Poza Aalto są to kierowca rajdowy Tommi Makinen oraz Matti Nykanen, doskonały skoczek narciarski, którego legendzie próbował dorównać nasz Adam Małysz.

Po odpoczynku nad jeziorem przeszliśmy się do centrum. Musieliśmy w tym celu pokonać kładkę dla pieszych nad torami, w której było dość duszno z powodu braku dopływu powietrza. Zatrzymaliśmy się na kawę w głównym domu towarowym, obejrzeliśmy kościół na ładnym skwerze, a także dwa budynki zaprojektowane przez Aalto - teatr i komisariat. Oboje stwierdziliśmy, że nie ma się czym zachwycać. Wróciliśmy do samochodu i wyjechaliśmy z miasta na północ.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Kuopio, gdzie zamierzaliśmy spędzić noc. Chwilę szukaliśmy noclegu poza centrum miasta, ale skończyliśmy w hotelu przy Kauppatori - jednym z największych rynków miejskich w Finlandii. Załatwiliśmy formalności i przeszliśmy się na spacer. Z nogą Anulki było już trochę lepiej i mogła powoli iść nawet na dłuższym dystansie.

Przeszliśmy się po rynku, po czym udaliśmy do ładnej neoklasycznej katedry luterańskiej, wzniesionej na niewielkim wzgórzu w centrum miasta. W środku miał się odbywać koncert i wnętrze było już przygotowane przed występem.

Poszliśmy na wschód w stronę przystani nad zatoką Kallavesi. Na położonej niedaleko wysepce stał stary wiatrak. Potem przeszliśmy się po parku, w którym spotkaliśmy kilku biegaczy, między innymi młodego zawodnika, który robił sobie bardzo mocny trening, co było widać na jego twarzy.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi nad leżącą na południu zatoką Kuopionlahti. Minęło jednak sporo czasu, zanim naprawdę zaszło. W północnych rejonach słońce zachodzi pod bardzo ostrym kątem, a latem ślizga się po horyzoncie i jasno jest nawet o północy (tzw. białe noce). Zimą w tych rejonach Finlandii zapadają ciemności, a światłem słonecznym można się cieszyć tylko przez kilka godzin w ciągu dnia. Dla odmiany, Finowie na północy mają możliwość oglądania wspaniałego zjawiska, jakim jest zorza polarna. Jonosfera przyjmuje w godzinach nocnych niesamowite barwy, kiedy dochodzi w niej do starcia zjonizowanych cząstek z wiatrem słonecznym. Takiej obserwacji można dokonywać tylko w okolicach biegunów, gdyż cząstki wiatru słonecznego są w tym kierunku odchylane przez ziemskie pole magnetyczne. Niestety, zbliżając się do Laponii latem, mogliśmy liczyć tylko na białe noce. Zorzę polarną musieliśmy zostawić na jakąś zimową wycieczkę.

Wieczorem poszliśmy na wino do knajpki w okolicach rynku. Kelner był dla nas bardzo sympatyczny, co jest podobno charakterystyczne dla mieszkańców Kuopio. Używają oni specyficznego dialektu Savo i mają swoją kulturę. Sympatyczna atmosfera i dwie lampki wina zrobiły swoje - do hotelu wróciliśmy w dobrych humorach.

Następnego dnia rano zjedliśmy śniadanie i wyjechaliśmy z hotelu. Nie pokonaliśmy jednak zbyt długiego dystansu, by zatrzymać się przy basenie. Tutaj spędziliśmy sporo czasu, bo pływanie było dla Ani dobrym sposobem na spędzenie czasu aktywnie bez zbytniego eksploatowania nogi.

Widok z wieży w Kuopio na Pojezierze Fińskie

Po basenie pojechaliśmy na wzgórze Puijo pod wieżę o tej samej nazwie. Już samo wzgórze jest wysokie, a z 85-metrowej wieży widok jest znacznie lepszy. Pogoda była bardzo ładna, więc świetnie widać było Kuopio oraz praktycznie całe Pojezierze Fińskie. Tuż pod wieżą jest skocznia narciarska i mieliśmy okazję zobaczyć ją z lotu ptaka. Najpierw spacerowaliśmy po przeszklonej kawiarni, a potem weszliśmy na górę wieży, na otwartą przestrzeń.

Skocznia w Kuopio - widok z góry

Wieża była ostatnią atrakcją w Kuopio, którą chcieliśmy zwiedzić. Zjechaliśmy ze wzgórza i skierowaliśmy się na północ. Zatrzymaliśmy się na chwilę w niewielkiej miejscowości Kajaani. To tutaj w latach 1833-1853 Elias Lonnrot pisał słynny poemat narodowy Kalevala. Utwór ten jest dla Finów ważniejszy niż "Pan Tadeusz" dla Polaków. Kalevala opisuje czasy od powstania świata do średniowiecza. Posiada dużo elementów baśniowych. Natchnienie z Kalevali czerpał najbardziej znany fiński kompozytor Jean Sibelius. Utwór do tej pory inspiruje młode pokolenia Finów.

W Kajaani zatrzymaliśmy się głównie po to, żeby zrobić zakupy. Obejrzeliśmy jednak główną ulicę miasta - Kauppakatu. Przy fontannie stał wielki mamut - prawdopodobnie reklama filmu Disneya.

W czasie dalszej drogi na północ zatrzymaliśmy się chwilę na plaży nad jeziorem, w którym kąpało się kilka osób. Jeziora są tutaj bardzo duże, ale dość płytkie, dzięki czemu szybko nagrzewają się latem.

Dalej na północ natknęliśmy na polanę, na której w bliskiej odległości od siebie ustawiono dziesiątki strachów na wróble. Widok z daleka był przerażający. Nie wiem, czy to pole ma jakieś znacznie praktyczne (na pewno skutecznie odstrasza ptaki), czy jest zwykłym happeningiem.

Na kolejny postój zatrzymaliśmy się w niedużej odległości od Kuusamo. Te rejony nie należą jeszcze administracyjnie do Laponii, jednak praktycznie czuliśmy, że już w niej jesteśmy. Utwierdził nas w tym przekonaniu widok pierwszego spotkanego na drodze renifera. Potem widzieliśmy przy trasie dziesiątki tych sympatycznych zwierząt. Ostrzegają przed nimi gęsto rozstawione znaki. Wszyscy zdają sobie sprawę z zagrożenia, jednak i tak co roku na fińskich drogach giną setki reniferów, przy okazji uszkadzając uderzające w nie samochody. Podobno żadna firma ubezpieczeniowa w Finlandii nie refunduje kosztów związanych z naprawą auta po takim wypadku. Wiadomo, że kolizji zawsze są winne wbiegające na drogę renifery, jednak one nie mają wykupionego OC.

Renifer na drodze - to znak, że jesteśmy już w Laponii

W Kuusamo przejechaliśmy się chwilę samochodem, a potem zatrzymaliśmy się przy informacji turystycznej. Mieliśmy szczęście - zdążyliśmy tuż przed zamknięciem. Postanowiliśmy, że noc spędzimy w położonej 30 kilometrów na północ od Kuusamo miejscowości Ruka. Tam znajduje się więcej atrakcji i jest to lepsze miejsce na wypady do parków narodowych w Laponii.

Dojechaliśmy do Ruki i zatrzymaliśmy w namierzonym wcześniej hotelu. Wykupiliśmy nocleg na dwa dni, bo nazajutrz zamierzaliśmy zwiedzić okolice i wrócić do Ruki.

Ruka ożywa w zimie, kiedy Finowie przyjeżdżają tu pojeździć na nartach. Mają do tego dobre warunki na górze Rukatunturi. Najwięcej turystów jest tutaj w czasie zawodów pucharu świata w skokach narciarskich, które odbywają się na miejscowej skoczni oraz purcharu świata w biegach narciarskich (przeważnie w grudniu). Mówi się, że puchar odbywa się w Kuusamo, a tak naprawdę miejscowość o tej nazwie znajduje się 30 km na południe od Ruki. Latem Ruka pustoszeje i ceny są też znacznie niższe niż w sezonie narciarskim.

W hotelu poszliśmy na chwilę zobaczyć saunę - chyba najbardziej znany fiński wynalazek. Sauna stała się bardziej popularna po olimpiadzie w Paryżu w 1924 roku. Wtedy to fińska reprezentacja przywiozła do stolicy Francji własną łaźnię, a wszyscy z osłupieniem patrzyli na wyczyny Paavo Nuurmiego - znakomitego fińskiego biegacza. Twierdzono, że swoje sukcesy mógł zawdzięczać właśnie korzystaniu z łaźni, co pozwalało mu się odpowiednio zregenerować przed kolejnym startem. Finowie zasłynęli także ze specjalnej sauny dymnej, w której powietrze wypełnia się gęstym czarnym dymem.

W Finlandii jest podobno 1,5 miliona saun, co daje średnią blisko 1 saunę na 3 mieszkańców. Praktycznie każdy hotel w Finlandii jest wyposażony jest w łaźnię. Na drzwiach wywieszone są informacje, w jakich godzinach mogą korzystać w nich panie, a w jakich panowie (nie są koedukacyjne). Paradoksalnie, w czasie naszej wizyty w Finlandii ani razu nie skorzystaliśmy z łaźni, bo nie było na to specjalnie czasu.

W hotelu w Ruce większą atrakcją był dla nas mały stół piłkarzykowy. Jestem fanem tego sportu - mam własne "piłkarzyki" i kiedyś sporo grałem. Stół wyposażony był tylko w dwa grille po każdej stronie - bramkarza i dwóch obrońców (standardowo są 4 grille i 11 piłkarzy). Co ciekawe, figurki pochodziły od włoskiego producenta, którego osprzęt wyposażony jest również mój stół. Rozegraliśmy z Anulką pasjonujący pojedynek, w którym poniosłem porażkę 4:5. Ale jestem cienias ;-)

Po szybkiej partyjce piłkarzykowej udaliśmy się na wycieczkę górską. Można tak powiedzieć, bo wzgórze Rukatunturi (623 m n.p.m.) jest w nizinnej Finlandii prawdziwą górą. Wycieczkę zaczęliśmy przy tabliczce wskazującej początek Karhunkierros (Niedźwiedzie Koło). Jest to najsłynniejszy szlak pieszy w Finlandii, liczący w sumie 80 kilometrów.

W drodze na Rukatunturi - widok na tor saneczkowy, w dole miasteczko Ruka

Weszliśmy na szczyt Rukatunturi. Z góry można zjechać rynną toru saneczkowego o długości 1 km (najdłuższy w Finlandii). Niebo było zachmurzone, ale nie przeszkadzało nam to w podziwianiu lapońskich widoków. Nie widzieliśmy co dzieje się na skoczni, ale odgłosy z niej dobiegające wskazywały na to, że właśnie odbywa się na niej trening.

Zeszliśmy z góry, okrążyliśmy nasz hotel i przeszliśmy się pod skocznię. Mieliśmy szczęście - trening jeszcze trwał. Zawodnicy wjeżdżali na górę wyciągiem krzesełkowym. Co jakiś czas słychać było głos trenera, który dawał sygnał do startu, potem był szum nart zjeżdżających po igielicie i głośniejszy akcent przy wybiciu. Chwilę później widać już było zawodnika w powietrzu i można było obserwować jego lot. Czasem skoczkowie lądowali w czerwonym obszarze, za punktem konstrukcyjnym, ale niektóre skoki były zupełnie nieudane. Jak powiedział kiedyś Włodzimierz Szaranowicz o słabej dyspozycji norweskiego skoczka Romoerena, był on "cieniem własnego skoczka". W podobnej "letniej" formie byli teraz niektórzy fińscy skoczkowie.

Cień własnego skoczka na skoczni Ruka

Kiedy staliśmy na skarpie i oglądaliśmy skoki, nasz spokój został zakłócony przez narastający hałas. Chwilę później jakieś 10 metrów przed nami przebiegły dwa renifery. Na takie atrakcje można liczyć tylko w Laponii. Udany wieczór świętowaliśmy w górskiej knajpie przy lampce wina.

Następnego dnia zjedliśmy wczesne śniadanie i wyjechaliśmy z hotelu. Po krótkiej podróży główną drogą na północ, skręciliśmy w prawo w węższą drogę, prowadzącą do miejscowości Juuma. W tych okolicach zaczyna się Oulanka - najbardziej znany park narodowy w Finlandii. Park przecina 80-kilometrowy szlak pieszy Karhunkierros. Jego częścią jest Pieni Karhinkierros (Małe Niedźwiedzie Koło) o długości 12 kilometrów. Właśnie ten szlak zamierzaliśmy przemierzyć z Anulką tego dnia.

Zaparkowaliśmy auto w Juuma i przeszliśmy się do początku szlaku. Na mapie ma on kształt balonika - najpierw trzeba pokonać około 2 km w linii prostej, żeby dojść do pętli. Ania leczyła kontuzję stopy i nie mogła biegać. Postanowiliśmy, że przejdzie pętlę zgodnie z ruchem wskazówek zegara i będzie robić zdjęcia, a ja pobiegnę w przeciwnym kierunku i spotkamy się gdzieś po drodze.

Most podwieszany - początek pięknego szlaku Pieni Karhunkierros

Trening po Karhunkierros był bardzo przyjemny widokowo, choć w wielu momentach nie dało się biec. Na wzniesieniach zbudowane były drewniane platformy i często można było poruszać tylko po chodnikach z desek lub po schodach. Wycieczki biegowej nie ułatwiali licznie odwiedzający szlak turyści. Już na samym początku atrakcją był podwieszany most. W miejscu, gdzie zaczyna się właściwa pętla, można obserwować wartki strumień. Potem wbiegłem na wysoką skarpę, z której widać płynącą nisko w wąwozie rzekę. Na koniec spływa ona sporym wodospadem do jeziorka, nad którym stoi mała chatka dla turystów. W dalszej części zbiega się w stronę rzeki, by przeprawić się przez nią kolejnym podwieszanym mostem. Znad rzeki szlak prowadzi na skarpę, na którą można się wdrapać 252 stromymi schodami.

Na szczycie skarpy spotkałem Anulkę. Wymieniliśmy wrażenia z pokonanej do tej pory przez nas trasy i kontynuowaliśmy wycieczkę. Mnie został do pokonania podmokły teren, na którym Anulka zrobiła wcześniej zdjęcia reniferom. Kiedy zamknąłem swoją pętlę, postanowiłem trochę odpocząć i się porozciągać. Przy okazji, podjadałem jagody z krzaczków. Lapońskie lasy są prawdziwym jagodowym królestwem. Zgodnie z obowiązującym w Finlandii Prawem Każdego Człowieka, można swobodnie korzystać z bogactw lasu.

Z Anulką spotkaliśmy się później w okolicach chatki nad wodospadem i razem przespacerowaliśmy się do końca szlaku. Tam zatrzymaliśmy się w barze nad jeziorem i uzupełniliśmy kalorie po długiej wycieczce.

Na wieczór wróciliśmy do hotelu w Ruce, gdzie sami urządziliśmy sobie kolację. Jedynym nietrafioną pozycją menu było wino bezalkoholowe, które smakowało paskudnie. Na szczęście kupiliśmy tylko małą butelkę na spróbowanie. Niestety, mocniejszy alkohol w Finlandii można kupić jedynie w specjalnie przeznaczonych do tego sklepach.

Następnego dnia wyjechaliśmy z Ruki na północ. W końcu miało się ziścić moje marzenie o przekroczeniu koła podbiegunowego. Niby nie jest to nic specjalnego, jednak w moim przypadku sytuacja była wyjątkowa - dwa razy byłem bardzo blisko jego przekroczenia. W czasie wyprawy na Antarktydę pływaliśmy wzdłuż Półwyspu Antarktycznego, którego większa część leży jeszcze przed kołem podbiegunowym. Byłem zaledwie jeden stopień szerokości geograficznej od jego przekroczenia, ale się nie udało. Podobnie było pół roku później w czasie wyprawy na Islandię. Najbliżej byłem w czasie wyprawy statkiem z Husaviku, jednak magiczna granica znajdowała gdzieś na morzu na horyzoncie. Teraz marzenie miało się spełnić w Finlandii.

Odliczałem pokonywane na północ kilometry i poinformowałem Anulkę, że za chwilę przekroczymy zaczarowaną granicę. Nie myliłem się - chwilę później przy drodze zobaczyliśmy tabliczkę z napisem "Napapiiri", oznaczającą po fińsku koło podbiegunowe. Wyszliśmy na chwilę z samochodu, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie.

Pierwszy raz w życiu przekraczamy koło podbiegunowe

W czasie drogi za kołem podbiegunowym spotkaliśmy wielkiego renifera, który leniwie spacerował sobie po drodze. Miał bardzo rozbudowane poroże. Przejechaliśmy przez ładnie położoną miejscowość Kemijarvi i skręciliśmy na północ w kierunku parku narodowego Pyhatunturi (Święta Turnia). Tutaj zatrzymaliśmy pod hotelem o tej samej nazwie, który jest atrakcyjnym ośrodkiem narciarskim. Poza sezonem prace budowlane były tutaj w pełni, więc szybko uciekliśmy stamtąd do lasu, wybierając najbardziej atrakcyjny szlak.

Renifer na drodze - klimaty za kołem podbiegunowym

Nie byliśmy zawiedzeni, droga zaprowadziła nas do ciekawego wąwozu, otoczonego skalistymi zboczami. W wąwozie przygotowano wygodny drewniany chodnik, żeby turyści nie musieli wykręcać sobie nóg na skałach. W dole mijaliśmy kolejne jeziorka, a wycieczkę zakończyliśmy przy wodospadzie, gdzie zawróciliśmy.

Przy parkingu namierzyliśmy niewielkie muzeum, którego ekspozycja była poświęcona życiu miejscowych plemion. Finlandię północną od wieków zamieszkiwali Samowie, często nazywani Lapończykami. Nie lubią jednak tego określenia, bo oznacza ono zacofanie ("lape" - peryferia, margines). Najważniejszym elementem tożsamości Samów jest ich język, którego można wyróżnić kilka odmian, ale najpopularniejszy jest sami północny. Obecnie w tych okolicach żyje około 75 tysięcy Samów, z czego w Finlandii 8 tysięcy. Pod koniec XX wieku udało im się wywalczyć specjalne prawa w Finlandii i coraz więcej uwagi poświęca się teraz ich tradycji. Jej nierozerwalną częścią od dawna były renifery (pożywienie, ubrania ze skór, wyroby z kości).

Zatrzymaliśmy się na chwilę w kawiarni w hotelu, wypiliśmy herbatę i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejną atrakcją była kopalnia ametystów. Żeby do niej dotrzeć, musieliśmy się przejść na 3-kilometrowy spacer od parkingu przy głównej drodze.

Okazało się, że kopalnia ametystów nie znajduje się w podziemiach, tylko na kamienistym wzniesieniu. Na szczycie przywitał nas przysadzisty przewodnik z brodą. W naszej grupie byli jeszcze Holendrzy i Węgrzy. Z tymi drugimi żartował, że mogliby sobie porozmawiać po fińsku. Oba języki należą do grupy ugrofińskiej, jednak nie są do siebie zbyt podobne. Wykład prowadzony był oczywiście po angielsku.

Ametyst jest odmianą kwarcowej krzemionki (dwutlenek krzemu) o fioletowym zabarwieniu. Występuje w skałach osadowych, ale najpiękniejsze i największe ametysty można znaleźć w geodach. Takie duże skały zawierające osadzone w środku ametysty miałem okazję oglądać w Brazylii. Występujące tam minerały powstały na skutek działalności wulkanicznej, dzięki czemu tworzyły się znacznie szybciej, w porównaniu do ametystów występujących w innych rejonach.

Ametysty w Laponii powstawały wewnątrz gór, które kiedyś sięgały tu 5 tysięcy metrów. Obecnie kopalnia znajduje się na 500-metrowym wzgórzu. Jak mówił nasz przewodnik, obecnie znajdowaliśmy się we wnętrzu olbrzymiej góry. Opowiadał nam o historii ametystów, które zaczęły się tworzyć blisko 3 mld lat temu i powstawały bardzo wolno. Przy szacowanym wieku ziemi (4,5 mld lat), to prawdziwe staruszki. Jeżeli wiek ziemi określimy jako dobę, to ametysty tworzyły się od godziny 9 rano, a dzieje człowieka obejmują zaledwie jedną sekundę przed północą. Przy okazji zwiedzania kopalni odświeżyłem sobie wiedzę z geologii.

Przewodnik ciekawie opowiadał nam o swojej pracy. Grupka osób w kopalni to typowi pasjonaci, którzy prowadzą bardzo mało intensywną działalność poszukiwawczą (robią to praktycznie ręcznie). Poszukiwania bardziej zaawansowanymi technikami są dla nich nieopłacalne, bo wartość ametystów jest niewielka, a koszty pracy w Finlandii - bardzo wysokie (zarówno poszukiwaczy, jak i jubilerów). Finlandia nie ma szans z konkurentami z Brazylii, którzy mają swoje ogromne geody z pięknymi ametystami, prowadzą działalność wydobywczą na skalę przemysłową, a koszty pracy jubilerów są kilkadziesiąt razy niższe niż w Finlandii. Osoby pracujące w lapońskiej kopalni znacznie więcej pieniędzy zarobią na oprowadzaniu turystów - bilety są dość drogie.

Jeżeli chodzi o prace jubilerskie, to szlifowanie ametystu jest trudne, ze względu na dużą twardość tego minerału. Trzeba to robić diamentem, co zwiększa koszty obróbki. Kolor ametystu można zmienić przez podgrzanie minerału. Dzięki temu zmienia on barwę na jasnożółtą. Ametyst jest klejnotem biskupów, do tej pory wielu z nich nosi pierścienie z tym kamieniem.

Anulka z młoteczkiem, przygotowana do pracy w kopalni ametystu

Ostatnią atrakcją zwiedzania kopalni jest własnoręczne poszukiwanie ametystów. Przewodnicy pozwalają zabrać ze sobą jeden kamień, który mieści się w dłoni szczęśliwego znalazcy. Zrobiłem Anulce fajne zdjęcie, jak rozgrzebuje skały młoteczkiem. Sam nie znalazłem niczego specjalnego w głębi wykopanej dziury i w końcu zabrałem ze sobą leżący na powierzchni kamień, który pewnie ktoś wyrzucił, bo znalazł coś lepszego. Na kamieniu można było zauważyć delikatną fioletową barwę ametystu.

Po wyjeździe z kopalni przejechaliśmy jeszcze kawałek na północ, po czym zakręciliśmy na południowy-wschód. Od tej pory czekała nas bardzo długa droga (przeszło 1000 kilometrów), która miała się skończyć w Helsinkach. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w miejscowości Napapiiri, która powstała w celach komercyjnych dokładnie na wysokości koła podbiegunowego (66 stopni, 32 minut, 35 sekund). Zbudowano tu Wioskę Świętego Mikołaja (jak wszystkie dzieci wiedzą, pochodzi on z Laponii). Do wioski co roku przychodzi ponad 30 tysięcy listów z prośbą o wymarzone podarunki. Nie rozmawialiśmy ze Świętym Mikołajem, za to wysłaliśmy stąd kartki do rodziny, a Anulka kupiła prezenty dla swoich siostrzeńców. Ja zrobiłem sobie stempel w paszporcie, że przekroczyłem koło podbiegunowe. Zajmuje honorowe miejsce na kartce obok stempla z Antarktydy.

Wioska Świętego Mikołaja - wracamy zza koła podbiegunowego

Napapiiri znajduje się zaledwie 8 kilometrów na północ od Rovaniemi, które jest stolicą Laponii. Nie wjeżdżaliśmy do miasta, za to zatrzymaliśmy się w centrum handlowym na obrzeżach i zjedliśmy pyszną sałatkę. Potem trasa zaprowadziła nas na północny kraniec Zatoki Botnickiej, bardzo blisko granicy ze Szwecją. My pojechaliśmy na południe, wzdłuż wybrzeża. Zatrzymaliśmy się w Oulu, największym mieście w północnej części Finlandii (130 tysięcy ludności). Szybko znaleźliśmy hotel, który zarezerwowaliśmy wcześniej przez Internet i poszliśmy spać przed północą.

Rano wybraliśmy się na spacer po mieście. Najciekawszymi punktami są katedra i pomnik tęgiego policjanta, stojący na rynku. Oulu jest zdominowane przez studentów, których jest tu aż 25 tysięcy. Uczą się na dwóch bardzo dobrych uczelniach - uniwersytecie i politechnice. Z kolei dobrze wykształcona młodzież przyciągnęła do miasta firmy z branży nowoczesnych technologii. Najlepszym środkiem komunikacji w Oulu są rowery, co dobrze widać na ulicach.

Pomnik grubego policjanta na rynku w Oulu

Spacer skończyliśmy w aptece, gdzie udało nam się dostać maść na uczulenie skórne, którego Anulka dostała po stosowaniu Altacetu na swoje kontuzjowane ścięgno. Całe szczęście, maść pomogła, bo uczulenie zaczęło strasznie swędzieć i Anulka bardzo cierpiała z bólu w Oulu :-/

Kontynuowaliśmy naszą podróż na południe wzdłuż wybrzeża Zatoki Botnickiej. Zatrzymaliśmy się na plaży w okolicach Kalajoki. Okolica nie zrobiła na nas wyjątkowego wrażenia, ale przespacerowaliśmy się trochę po piasku i wypiliśmy herbatę w kawiarni przy plaży.

Plaża w okolicach Kalajoki

Kolejnym przystankiem była Vaasa, miasto częściowo szwedzkie, w którym aż 27% mieszkańców za swój ojczysty język uważa właśnie szwedzki. Zatrzymaliśmy się w okolicach rynku nad którym góruje Fińska Statua Wolności. Zjedliśmy sałatkę w sprawdzonym już wcześniej fast-foodzie Hesburger, który jest bardzo popularny w Finlandii (chyba nawet bardziej od McDonalda). Po posiłku przejechaliśmy się jeszcze na chwilę na wyspę Huvipuisto, na której znajduje się lunapark i park wodny. Widoki z prowadzącej na wyspę grobli potwierdziły moje przypuszczenia, że Vaasa jest ładnie położonym miasteczkiem.

Dalsza droga na południe zaprowadziła nas do Rauma. Największą atrakcją tego niewielkiego miasteczka jest piękna starówka, którą wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Vanha Rauma jest największym w krajach nordyckich drewnianym zespołem urbanistycznym, złożonym z ponad 600 domów. Spacer po starówce był bardzo przyjemny.

Starówka w Rauma

Późnym wieczorem dojechaliśmy do Turku - najstarszego fińskiego miasta i pierwszej stolicy kraju. Tutaj powstał pierwszy uniwersytet. Dobrze zachowały się fińskie zabytki - katedra i zamek. Można powiedzieć, że Turku jest odpowiednikiem polskiego Krakowa. Stolicę Finlandii przeniesiono do Helsinek w 1812 roku. Miejscowe uczelnie cały czas cieszą się dobrą opinią. Po rozpadzie ZSRR mechanizmy gospodarki wolnorynkowej studiowali tutaj petersburscy prominenci, między innymi Władimir Putin.

Przejechaliśmy przez rynek w Turku i zaparkowaliśmy w jego okolicach. Miasto było zdecydowanie najbardziej zatłoczone ze wszystkich, które odwiedziliśmy w Finlandii. Chodnikami poruszały się tłumy mieszkańców i turystów. Na placyku w centrum odbywał się koncert i było gwarno.

Przeszliśmy się kawałek w stronę rynku i natknęliśmy się na witrynę sklepową z Muminkami. Stworki z książek dla dzieci autorstwa Tove Jannson są tutaj bardzo popularne. Tove Jannson pierwsze książki o Muminkach pisała już w czasie II wojny światowej. Zmarła w 1991 roku, a jej grób znajduje się na cmentarzu Hietaniemi w Helsinkach.

Kawałek na zachód od Turku znajduje się Naantali - modny kurort, w którym zbudowano park rozrywki Kraina Muminków. Jest to bardziej atrakcja dla dzieci, ale szkoda, że nie mieliśmy czasu tam pojechać. Po długich poszukiwaniach, Anulce udało się znaleźć breloczek z Panną Migotką w sklepie z zabawkami w Turki. Potem okazało się, że nasze poszukiwania nie były konieczne, bo na lotnisku kupiła jeszcze fajniejszy breloczek z pluszowym Muminkiem.

Turku może się pochwalić ładnymi okolicami. Wspomniane Naantali słynie nie tylko z Krainy Muminków, ale również atrakcyjnych plaż. Tutaj znajduje się również letnia rezydencja prezydenta Finlandii. Po wypłynięciu w morze można odwiedzić atrakcyjny Archipelag Turku.

Niestety, nasz czas w Finlandii był ograniczony i nie mogliśmy zobaczyć wszystkich atrakcji. Nad Turku zapadał zmrok i po krótkim spacerze na rynek, postanowiliśmy wrócić do zarezerwowanego wcześniej hotelu. Mieścił się on w dawnym magazynie celnym, niedaleko ujścia rzeki Aurajoki. Parterowy budynek w porcie był oryginalnym miejscem lokalizacji hotelu. Wnętrza pokoi były bardzo przyjemne i świetnie wyciszone. Jedyne, na co można narzekać, to mało urozmaicone śniadanie. Za grupę hałaśliwych dzieci w restauracji trudno winić hotel.

Rano udało mi się zrobić lekki trening w okolicach portu. Tutaj mieści się przystań promów, które odpływają między innymi do Archipelagu Turku. U ujścia rzeki znajduje się też największy w kraju średniowieczny zamek, wybudowany w 1280 roku. W połowie XVI wieku odbyło się tutaj wesele księcia Jana i Katarzyny Jagiellonki (córka Zygmunta I Starego, matka Zygmunta III Wazy). W okolicach portu mieści się również muzeum morskie.

Po śniadaniu pojechaliśmy do centrum, żeby przespacerować się po Turku. Obejrzeliśmy rynek i odwiedziliśmy kilka sklepów w okolicy. Potem przeszliśmy na drugą stronę rzeki. Tutaj wznosi się katedra - najważniejsza świątynia fińskiego kościoła luterańskiego. Jej najstarsza część pochodzi z XIII wieku. W jednej z kaplic spoczywa królowa Szwecji - Katarzyna Mansdotter.

Niedaleko katedry znajduje się skromny budynek muzeum Jeana Sibeliusa. Był to najbardziej znany fiński kompozytor. Najświetniejszy okres jego twórczości przypada na przełom XIX i XX wieku, kiedy pisał muzykę inspirowaną poematem Kalevala. Jego nastrojowy styl nazwano narodowym. Sibelius był masonem, a jego muzyka jest do tej pory często wykorzystywana w tych środowiskach.

Obejrzeliśmy muzeum z zewnątrz, ale nie wchodziliśmy do środka. Przeszliśmy się na wzgórze, na którym znajduje się skansen. Z tej wysokości jest dobry widok na katedrę i centrum Turku. Zatrzymaliśmy się na chwilę w parku, gdzie Anulka odpoczęła na huśtawce nad płytkim basenem. Potem wróciliśmy do centrum, przechodząc obok pomnika Paavo Nuurmiego. "Latający Fin" jest jednym z najbardziej znanych biegaczy długodystansowych w historii. Jego największą dominację było widać na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 1924 roku. Na trzech IO zdobył 9 złotych i 3 srebrne medale, wiele razy bił rekord świata. Nuurmi zapalił znicz olimpijski w Helsinkach w 1952 roku.

Finowie są dumni z osiągnięć Nuurmiego. Inny jego pomnik (wystawiony za życia, co jest rzadkością) stoi przed Stadionem Olimpijskim w Helsinkach. Mieliśmy okazję go oglądać tego samego dnia po południu, w czasie odbioru pakietów maratońskich. Start i meta maratonu miały miejsce właśnie przed pomnikiem.

Mieliśmy małe problemy z wyjazdem z Turku, ale udało nam się dotrzeć na autostradę w stronę Helsinek. Po drodze musieliśmy się jeszcze zatrzymać na tankowanie i w tym celu zjechaliśmy do miejscowości Lohja. Do Helsinek wjeżdżaliśmy od północy i mieliśmy po drodze na stadion, przy którym mieściło się biuro zawodów. Kierowaliśmy się widokiem wieży, która góruje nad Stadionem Olimpijskim. Wieża ma 72 metry i podobno jest z niej bardzo ładny widok na Helsinki i okolice.

Targi maratońskie odbywały się w hali sportowej. W pakiecie odebraliśmy fajne zielone koszulki sportowe firmy Karhu. Po logo niedźwiedzia od razu skojarzyłem, co oznacza po fińsku ta nazwa. Pamiętałem, że Karhunkierros to "niedźwiedzi szlak".

Po wizycie w biurze pojechaliśmy do centrum, żeby zostawić walizki w hotelu. Był on zlokalizowany idealnie naprzeciwko sklepu towarowego Stockmann - charakterystycznego punktu w mieście. Z powodu braku dogodnych miejsc parkingowych Anulka zatrzymała auto w niedozwolonym miejscu, a ja wziąłem dwie walizki i poszedłem z nimi do hotelu. Zrobiłem szybki check-in i zostawiłem walizki w pokoju. Potem wskoczyłem do samochodu i pojechaliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy zostawić go w firmie rentalowej. Moje nawigowanie było dokładne i udało nam się sprawnie pozbyć samochodu. W czasie wyjazdu przejechaliśmy nim przeszło 2500 kilometrów. Na następne 2 dni w Helsinkach nie był już nam potrzebny.

Słynne wejście do domu handlowego Stockmann

Z dzielnicy Kamppi przespacerowaliśmy się do hotelu. Ponieważ organizator nie zapewniał pasta party, postanowiliśmy urządzić je sobie sami i poszukiwaliśmy w tym celu odpowiedniej knajpy. Znaleźliśmy ją w Stockmannie, do którego weszliśmy głównym wejściem, pod słynnym zegarem, gdzie mieszkańcy często umawiają się na spotkania. Nie przypuszczałem, że dom towarowy może zrobić na mnie wrażenie, ale zostałem zaskoczony. Szczególnie część restauracyjna była "wypasiona". Zamówiłem makaron z kurczakiem, a Anulka wchłonęła sałatkę. Jak sama stwierdziła, pasta party jest tylko dla biegaczy, którzy mają następnego dnia brać udział w maratonie.

Po posiłku przeszliśmy się reprezentacyjnymi ulicami Helsinek. Najbardziej znana jest Esplanade - skwer z szeroką aleją, oddzielający dwie ulice w centrum. Na końcu parku stoi fontanna z pomnikiem syreny i w tym miejscu zaczyna się Kauppatori (Targ Rybny). Targ jest bardzo zatłoczony w godzinach przedpołudniowych, o czym miałem okazję się przekonać następnego dnia. Z placu można odpłynąć do okolicznych atrakcji turystycznych, dlatego na nabrzeżu tłoczy się spory tłum. Po drugiej stronie stoi Pałac Prezydencki, a nad placem góruje kamienny obelisk, zwany Kamieniem Carowej, wybudowany w 1835 roku dla uczczenia wizyty carskiej pary.

Tuż przy placu znajduje się mostek, który łączy ląd z wyspą Katajanokka. Droga na wzgórze prowadzi do Soboru Uspieńskiego. Pięknie położona cerkiew jest dobrze widoczna z Kauppatori.

Sobór Uspieński

Widok na Helsinki z morza jest imponujący dzięki innemu zabytkowi. Na wzgórzu przy Placu Senackim (na tyłach Kauppatori) stoi piękna katedra luterańska. Jej wnętrze wydaje się małe w porównaniu do majestatycznego wyglądu z zewnątrz. Katedra jest dziełem architekta C.L. Engela, który zaprojektował również inne budynki przy placu: uniwersytet, bibliotekę i pałac rządowy, zwany Domem Senatu. Na placu stoi pomnik cara Aleksandra II, ciepło wspominanego przez Finów.

W drodze powrotnej do hotelu zahaczyliśmy jeszcze o supermarket w podziemiach Stockmanna. Poszliśmy też tam do sklepu Alko, w którym mieliśmy szeroki wybór win z całego świata. W Finlandii mocniejszy alkohol można kupić tylko w takich sklepach.

Sobota była dniem maratonu, ale start przewidziano dopiero na 15. Nie przepadam za maratonami, które odbywają w godzinach popołudniowych. Przeważnie startuje się, jak jest jeszcze ciepło, a temperatura i źle dobrana dieta w ciągu dnia, powodują ryzyko problemów żołądkowym. Takie maratony biegałem poprzednio w Sztokholmie i Luksemburgu (tego drugiego nie wspominam najlepiej). Na kilka godzin przed startem w Helsinkach chciałem trochę pozwiedzać, ale jednocześnie nie nachodzić się za dużo. Wybraliśmy się zatem na wycieczkę statkiem na wyspę Suomenlinna.

Rano zjedliśmy obfite śniadanie w hotelu, a potem przeszliśmy na Kauppatori sprawdzonym poprzedniego dnia szlakiem. Zasiedliśmy wygodnie na górnym pokładzie statku i czekaliśmy na odpłynięcie, podziwiając widoki. Dzień był bardzo ładny, co cieszyło mnie pod względem turystycznym i jednocześnie wzbudzało obawy o wynik na maratonie. Wypłynęliśmy z przystani, podziwiając oddalające się centrum miasta oraz zacumowane w porcie ogromne statki turystyczne. Potem przedzieraliśmy między setkami żaglówek, które pływały po zatoce. Widoki były fantastyczne. Po około 20 minutach dopłynęliśmy do przystani na wyspie.

Suomenlinna (Twierdza Finlandii) jest jedną z największych fortec morskich na świecie. Została wpisana na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Budowę rozpoczęli Szwedzi w 1748 roku w obawie przed Rosjanami. Na miejsce wybrali kilka położonych blisko siebie wysepek, które połączyli mostkami i odpowiednio ufortyfikowali (mury obronne, armaty). Budowa trwała 40 lat. Na wyspie mieszkało wtedy blisko 5 tysięcy osób - więcej, niż w całych Helsinkach. Potem Suomenlinna dostała się w ręce Rosjan, którzy przenieśli stolicę z Turku do Helsinek i twierdza zyskała dodatkowe znaczenie strategiczne. W czasie późniejszych działań wojennych forteca została poważnie uszkodzona, czego skutki są widoczne do dzisiaj.

Przeszliśmy się na spacer po wyspie. Szlak doprowadził nas do wychodzącej na zatokę Bramy Królewskiej. Posiedzieliśmy trochę na brzegu, obserwując spacerujące blisko nas bernikle białolice. Przy bramie mogliśmy obserwować czterech ubranych na czarno twardzieli. Jakaś grupa heavy metalowa robiła sesję zdjęciową przy bramie.

Wróciliśmy w stronę przystani wzdłuż murów obronnych, podziwiając wielkie armaty. Mechanizm ich przesuwania był zapewne cudem techniki, jak na połowę XVIII wieku. Dalszy spacer zaprowadził nas w ślepy zaułek i musieliśmy się spieszyć, żeby zdążyć na naszą łódź. Podróż powrotna była bardzo przyjemna i pozwoliła mi podziwiać widok przybliżającej się panoramy Helsinek, nad którą góruje katedra luterańska.

Panorama Helsinek z zatoki

Na przystani przy Kauppatori pożegnaliśmy się z Anulką. Popłynęła do helsińskiego zoo, które również znajduje się na wyspie. Ja wróciłem do hotelu i już na początku mogłem się przekonać, jak bardzo zatłoczony jest o tej porze rynek.

Przejechałem tramwajem do położonego na północy Stadionu Olimpijskiego. Przy głównej ulicy Mannerheimintie znajduje się kilka ciekawych budynków: Narikka (terminal autobusowy), Muzeum Sztuki Współczesnej, Eduskuntatalo (gmach fińskiego parlamentu), gotycki gmach Muzeum Narodowego oraz znacznie bardziej nowoczesny, mieszczący operę.

Do startu przed Stadionem Olimpijskim miałem dużo czasu i zrobiłem sobie solidną rozgrzewkę. Miło było mi odczytać motywujące SMS-y od Anulki i (co mnie mile zaskoczyło) przyszłych teściów. Niestety, wysoka temperatura dawała znać o sobie, a dodatkowo zacząłem odczuwać problemy żołądkowe. Napisałem Anulce o moich obawach, które niestety okazały się potem słuszne.

Torbę z rzeczami zostawiłem w hali i posiedziałem przy ścianie razem z dużą grupą innych biegaczy, czekających w ten sposób w teoretycznie chłodniejszym wnętrzu. Ustawiłem się na starcie z przodu stawki i miałem okazję obserwować zapowiedzi na scenie przed startem maratonu. Duże wrażenie zrobił na mnie fiński minister spraw zagranicznych - wysoki, przystojny, młody facet, który świetnie władał kilkoma językami. W poprzednim roku brał udział w maratonie w Helsinkach, ale w tym odpuścił, bo przygotowywał się do Berlina, o czym poinformował wszystkich pięknym niemieckim. Jego angielski był doskonały, płynnie mówił też po francusku. Finowie mogą być dumni z takiego ministra.

Przed startem spotkałem Marcina Soszkę, z którym korespondowałem przed maratonem. Marcin pochodzi z Pilawy, skąd kiedyś urządziłem sobie szalony bieg przez Mazowiecki Park Krajobrazowy do Anina (45 km). Okazało się, że będziemy biec na podobny czas, w okolicach 3 godzin, choć ja podchodziłem do tego sceptycznie.

Pomnik Paavo Nuurmiego przed Stadionem Olimpijskim w Helsinkach - stąd startował maraton

Po starcie obiegliśmy szerokim łukiem centrum sportowe. Przy Stadionie Olimpijskim znajduje się bardzo nowoczesny piłkarski Finnair Stadium, a także kilka mniejszych boisk. Potem wbiegliśmy nad jezioro Toolonlahti. Na jego środku znajduje się charakterystyczna fontanna. Mieszkańcy Helsinek bardzo lubią spędzać wolny czas w parku Hesperia, otaczającym jezioro.

W parku zaskoczyło mnie mocne ciśnienie na pęcherz i musiałem na chwilę pobiec w krzaki. Nie był to dobry znak - przecież nie minęły nawet 3 kilometry biegu. Mimo wszystko, udało mi się szybko dogonić moją grupę, w której biegł Marcin.

Po krótkim biegu główną ulicą skręciliśmy w prawo i przebiegliśmy w okolicach Temppeliaukio (kościoła w skale). Żałuję, że nie zdążyliśmy z Anulką odwiedzić jego ciekawego wnętrza. Podobno jest w nim niesamowita akustyka. Widziałem zdjęcia wnętrza kościoła i mogę to sobie wyobrazić.

Dalsza droga prowadziła na północ, częściowo wzdłuż wybrzeża. Potem wbiegliśmy na most i złączyliśmy się z trasą, którą mieliśmy wracać na ostatnich kilometrach. Zobaczyłem tablicę Espoo - położonego na zachodzie satelitarnego miasta Helsinek. Stąd pochodzi Nokia - fiński gigant telekomunikacyjny.

Dalej trasa prowadziła na południe, a potem z powrotem na wschód - do centrum Helsinek. Biegło mi się coraz ciężej i musiałem zwolnić. Wiedziałem, że powodem są problemy żołądkowe. Półmetek minąłem w 1:30, a chwilę potem musiałem się zatrzymać w toalecie. Łudziłem się, że krótka wizyta pomoże mi rozluźnić brzuch, ale kolejne kilometry pokazały, że niestety z czymś takim nie da się biegać szybko. Zrezygnowałem z ataku na 3 godziny.

Przebiegam przez Kauppatori, na górze kopuła Soboru Uspieńskiego

Zachętą do dalszego biegu był widok Anulki, która czekała na mnie przy Kauppatori (25. kilometr maratonu). Zatrzymałem się przy niej i dałem jej buziaka. Potem okrążyłem Esplanade, a Ania czekała na mnie z drugiej strony. Strofowała mnie, żebym nie gadał, tylko biegł. Potem jeszcze długo stała przy trasie i dopingowała wszystkich biegaczy, aż do ostatniego. To było bardzo miłe, bo tak naprawdę, to ci ostatni najbardziej potrzebują ciepłego słowa od kibiców.

W stronę stadionu wracaliśmy podobną trasą, do której przybiegliśmy. Po drodze musiałem się jeszcze dwa razy zatrzymać w toalecie. Trochę spacerowałem, ale ostatnie 10 km biegłem tempem 5 min/km. Dopiero przed stadionem złapałem drugi oddech i zacząłem szaleć. Na ostatnim kilometrze znacznie przyspieszyłem i wyprzedziłem kilku zawodników.

Na mecie poczułem dużą ulgę. 3:20 to nie był na pewno satysfakcjonujący wynik, ale cieszyłem się, że mimo problemów udało mi się dobiec. Na mecie spotkałem Marcina, któremu również bardzo dużo zabrakło do złamania granicy 3 godzin. Wysoka temperatura, sporo mostków na trasie i dość mocny wiatr na otwartej przestrzeni zrobiły swoje. Przeszliśmy się do hali, żeby odebrać rzeczy. Nie czułem się najlepiej i musiałem się na chwilę położyć. Pożegnałem się z Marcinem i znowu poszedłem do toalety.

Wsiadłem w tramwaj, który podwiózł mnie pod hotel. Anulka była przerażona, kiedy mnie zobaczyła. Byłem blady, miałem sine usta i gęsią skórkę. Cóż, skutki odwodnienia po sensacjach żołądkowych były widoczne. Długo siedziałem pod gorącym prysznicem, po czym położyłem się na trochę do łóżka. Po tych wszystkich zabiegach i wsparciu Anulki, poczułem się znacznie lepiej.

Poszliśmy kupić składniki, żeby zrobić sałatkę. Ku naszemu zaskoczeniu, w sobotę wieczorem większość sklepów jest zamknięta. Nie działał nawet supermarket w Stockmannie. Na szczęście, w recepcji polecili nam jeden sklep, który był jeszcze otwarty.

Kiedy mój żołądek doszedł do siebie, zjadłem wielką sałatkę, przygotowaną przez Anulkę. Wieczorem oglądaliśmy lekkoatletyczne Mistrzostwa Świata w Berlinie. Srebrny medal w pchnięciu kulą zdobył nasz mistrz olimpijski, Tomasz Majewski. Był bardzo blisko złota, ale w ostatniej próbie został pokonany przez Amerykanina. Polska odniosła bardzo dużo sukcesów na tych mistrzostwach (2 złote, 4 srebrne i 2 brązowe medale, 5. miejsce w klasyfikacji drużynowej). Niestety, w konkurencjach biegowych nie mogliśmy na nic liczyć.

Następnego dnia zjedliśmy wczesne śniadanie w towarzystwie wielu obolałych maratończyków, którzy nocowali w naszym hotelu. Mimo padającego deszczu, przespacerowaliśmy się na stację kolejową, spod której odjeżdżał nasz autobus na lotnisko. Podróż powrotna minęła nam spokojnie.

Pod względem turystycznym wyjazd do Finlandii udał nam się dokładnie tak, jak to zaplanowałem. Nie przejmowałem się słabym wynikiem w maratonie. Przyjemnie było pobiegać po Helsinkach, nawet mimo bólu brzucha. Urlop udał się przede wszystkim dlatego, że mogliśmy razem z Anią spędzić wspólnie dużo czasu, czego mi najbardziej wtedy brakowało.

Galeria zdjęć z Finlandii

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin