O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2009-05-24, Kopenhaga (Dania)


Romantyczny weekend
Zającowanie na rekord

Relacja Roberta z 47. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:15:00

681 /
8366

8.1


Maratony Roberta

Maraton w Kopenhadze był na moim celowniku od kilku lat. W końcu znalazłem świetną okazję, żeby tam wystartować, a przy okazji spędzić romantyczny weekend z Anią. Oboje zamierzaliśmy wziąć udział w Biegu Rzeźnika, który miał się odbyć 12 czerwca. Impreza w Kopenhadze miała być elementem przygotowań do morderczego ultramaratonu w Bieszczadach.

Niedługo wcześniej Ania zaliczyła już swój debiut maratoński. 17 kwietnia w Turynie przebiegła poniżej 3:16, co było świetnym wynikiem i jednocześnie rekordem Byledobiec, jeżeli chodzi o maratoński debiut. W Kopenhadze nastawialiśmy się na poprawienie tego wyniku, a ja miałem być zającem, dyktującym tempo na nowy rekord.

Przed wyjazdem chciałem dowiedzieć się więcej na temat Danii. Bardzo pomocny okazał się przewodnik, który dostałem kiedyś od Aleksa. Prezentu nie udało się wykorzystać w 2008 roku, zacząłem go kartkować dopiero rok później.

Tydzień przed wyjazdem do Kopenhagi brałem udział w Wesołej Stówie - 4-osobowej sztafecie na 100 km. Jechałem autobusem na zakończenie i studiowałem przewodnik wydawnictwa Pascal zatytułowany "DANIA". Naprzeciwko mnie siedział chłopiec (około 7 lat), a obok mnie - jego mama. Malec spytał: "Mamo, a co to za książka - Dania?". "To chyba przewodnik turystyczny" - padła odpowiedź. Postanowiłem włączyć się do dyskusji i zażartować z malca: "To taka książka o różnych daniach - głównie mięsnych". Mama chłopca popatrzyła dokładnie na okładkę i zauważyła: "No tak, bo na okładce jest jeszcze napisane: Pascal...". "...Brodnicki, po prostu - gotuj" - skończyłem zdanie :-) Na okładkowym zdjęciu zamiast pięknie udekorowanego talerza były sielskie domki i rezolutny malec nie dał się nabrać. Stwierdził, że w Danii jest Legoland i on chce tam pojechać.

Legoland jest rzeczywiście jednym z powodów, dla których rodzice zabierają swoje dzieci do Danii. Park rozrywki w Billund (na Półwyspie Jutlandzkim) przyciąga co roku tysiące turystów. Jest to jednak tylko jeden z powodów, dla których warto tu przyjechać.

Dania nie jest dużym państwem, jej powierzchnia to 43 tys. km kwadratowych (ok. 8 razy mniejsza od Polski). Kraj położony jest na Półwyspie Jutlandzkim (ciekawe miasta Aalborg i Aarhus oraz wsponiany Legoland), wyspach Zelandia (Kopenhaga, znany z "Hamleta" zamek Kronborg), Fionia (Odense - rodzinne miasto Hansa Christiana Andersena), oraz kilku mniejszych (między innymi Bornholm). Duńczycy są dumni ze swoich bardzo długich mostów: na Wielkim Belcie (Fionia - Zelandia, 18 km długości), na Oresund (Zelandia - Szwecja, 16 km). Ten drugi most widziałem z samolotu - robi wrażenie.

Danii podlegają również terytoria autonomiczne - Wyspy Owcze oraz Grenlandia (nie zaliczane do powierzchni kraju). Jeszcze do II wojny światowej król Danii panował na Islandii, gdzie przez kilkaset lat duński był językiem urzędowym (podobnie było na terenach obecnej Norwegii). Na mapie politycznej świata bardziej w oczy rzuca się obecnie nazwa Cieśniny Duńskiej (pomiędzy Islandią i Grenlandią), niż najmniejszego kraju skandynawskiego.

Niestety, nie mieliśmy z Anią czasu na zwiedzanie całej Danii. W czasie 3-dniowego pobytu zamierzaliśmy się ograniczyć do stolicy kraju. Miał to być bardzo intensywny wyjazd - poza formalnościami maratońskimi i samym biegiem, mieliśmy również plany turystyczne.

Do Kopenhagi wyleciałem w sobotę wczesnym rankiem. Na pokładzie rejsu obsługiwanego przez LOT przywitał mnie uśmiech stewardessy, który oczywiście odwzajemniłem. Zasiadłem wygodnie w fotelu i starałem się odespać zarwaną noc. Usłyszałem z głośników standardowe powitanie "Dzień dobry, nazywam się Ewa Sztandur i jestem szefową pokładu...". Momentalnie oprzytomniałem, bo przywołało to moje wspomnienia z podstawówki. Pani Ewa była moją nauczycielką w drugiej i trzeciej klasie, a potem odeszła ze szkoły, żeby pracować, jako stewardessa w LOT. To musiała być ona! Niedługo potem udało mi się zagadać: "Czy Pani nie uczyła mnie przypadkiem w SP 211?". "Robert?" - poznała mnie po przeszło 20 latach! Byłem pod dużym wrażeniem. Pani Ewa była bardzo atrakcyjną kobietą, ojcowie uczniów z mojej klasy bardzo chętnie chodzili do niej na wywiadówki :-) Od tego czasu niewiele się zmieniła i wyglądała jak moja była koleżanka z klasy, a nie nauczycielka. Bardzo miło nam się rozmawiało, a na koniec zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie.

Zdjęcie klasowe z 3 klasy podstawówki, 1988 rok. Mierzyłem wtedy zaledwie 147 cm, a że stoję w górnym rzędzie między dwiema najwyższymi osobami w klasie, wyglądam jak karzełek ;-)
21 lat później na pokładzie samolotu LOT relacji Warszawa -> Kopenhaga. Pani Ewa prawie się nie zmieniła, ja trochę urosłem ;-)

W Kopenhadze czekałem na Anię, która leciała z Turynu z przesiadką. W międzyczasie zdążyłem zaopatrzyć się w korony duńskie, kupić bilety na pociąg do centrum, wziąć mapę i zaznaczyć na niej trasę maratonu oraz atrakcje, które chciałem zobaczyć. Przywitałem moją ukochaną zakupionymi w lotniskowej kwiaciarni różami i poszliśmy na peron do pociągu. Wysiedliśmy na dworcu głównym, skąd przeszliśmy na piechotę do naszego hotelu.

Island Hotel jest usytuowany na południe od centrum i jak sama nazwa wskazuje, zbudowano go na wyspie. Muszę przyznać, że wcześniej rzadko nocowałem w hotelach tej klasy. Ponad przestronnym lobby zbudowane były tarasy z windami. Z przeszklonego wnętrza rozciągał się bardzo ładny widok na zatokę. Nasz pokój miał nowoczesny wystrój, a widok z okna był bardzo przyjemny. Przydały nam się standardowe atrakcje tej klasy hotelu - darmowy internet bezprzewodowy (korzystałem z mojego małego netbooka) oraz sauna.

Nasz hotel na wyspie

Mieliśmy trochę czasu, żeby się zrelaksować po trudach podróży, a potem pojechaliśmy odebrać pakiety startowe na maraton. Biuro znajdowało się w drugiej części miasta, ale na szczęście udało mi się wyszukać autobus, który idealnie nam pasował. Z linii A1 korzystaliśmy kilka razy w czasie naszego pobytu. Autobus przejeżdżał przez centrum Kopenhagi i taką podróż można było zaliczyć jako zwiedzanie miasta.

Dojechaliśmy w okolice dużego parku na północy miasta. Biuro zawodów mieściło się w hali przy centrum sportowym. Odebraliśmy pakiety startowe obejmujące ładny T-shirt biegowy. Ania kupiła sobie też fajną koszulkę startową, na której miałem jej zrobić klubowy nadruk. Wypróbowała ją już następnego dnia na trasie maratonu.

Tradycyjne pasta party

Zjedliśmy dużą porcję makaronu na pasta party, odbywającym się w ogródku przy stadionie. Zrobiliśmy zakupy spożywcze, w ramach których znalazła się woda mineralna o brzydkiej nazwie "Kurvand". Wróciliśmy autobusem do hotelu i nie planowaliśmy już zwiedzania tego dnia. Trzeba było przygotować się do startu. Wieczorem jeszcze długo było jasno i trzeba było się zmusić do wczesnego położenia się spać.

Przygotowania do biegu

Rano obudziliśmy się niecałe 3 godziny przed startem maratonu, który zaplanowano na 9:30. Mogliśmy spokojnie zjeść kupione wcześniej śniadanie i wyszliśmy z hotelu z odpowiednim zapasem czasowym. Na miejsce startu musieliśmy przejść około półtora kilometra i był to przyjemny spacerek. Przed oddaniem torby do depozytu, zdążyłem zrobić kilka zdjęć. Na dłuższą chwilę utknęliśmy w kolejkach do toalet, a potem szybko przemieściliśmy się w kierunku linii startu. Nie było to łatwe, bo na ulicy Vesten Volgade tłoczyło się blisko 10 tysięcy maratończyków. Udało nam się dotrzeć do miejsca, gdzie stali pacemakerzy na czas 3:15 - to w ich okolicach zamierzaliśmy biec.

Startowaliśmy z tej ulicy...
...a mieliśmy finiszować pod Czarnym Diamentem

Tłum z przodu ruszył, ale my potrzebowaliśmy blisko minuty, żeby minąć linię startu. Brama była znacznie węższa od szerokości ulicy i ludzie tłoczyli się, żeby przez nią przebiec. Przebiegliśmy przez Plac Ratuszowy, a przed Osterdsparken skręciliśmy w prawo. Niedługo potem czekała nas zawrotka (pierwsza z kilku na tej trasie). Niestety, organizacja zawrotki po dwóch kilometrach strasznie spowalnia bieg. Staraliśmy się omijać tłum po zewnętrznej, przez co nadrobiliśmy trochę trasy. Przebiegliśmy dookoła parku i kierowaliśmy się dalej na północ, w kierunku zbiorników wodnych Sortedams. Przebiegliśmy przez most, po czym wróciliśmy na południe drugim mostem, na końcu którego była tabliczka 5 km. Trasa przy jeziorkach była bardzo przyjemna.

Dotarliśmy do Felledparken na północy miasta. Minęliśmy trójkątny plac Trianglen i zaczęliśmy obiegać park. Niedługo potem wróciliśmy do Trianglen i kierowaliśmy się na północ ulicą, przy której poprzedniego dnia byliśmy na Expo.

Tabliczkę 10 km minęliśmy w najbardziej na północ wysuniętej części trasy. Ania narzekała, że biegniemy trochę za szybko. Na pierwszej dyszce mieliśmy się trzymać tempa 4:40/km, tymczasem nam wychodziło 4 sekundy szybciej. Mimo wszystko, baloniki na 3:15 mieliśmy już przeszło pół minuty przed sobą. Ustaliliśmy z Anią, że pilnujemy tempa i zaczniemy przyspieszać dopiero po połówce, żeby dogonić baloniki na 30. kilometrze.

Długo biegliśmy przyjemną ulicą Strandboulvarden, po czym zawróciliśmy przy parku i biegliśmy chwilę wzdłuż linii torów kolejowych. Musieliśmy przebiec na ich drugą stronę, a trasa prowadziła przez kładkę dla pieszych. Chwilę później byliśmy przy fortyfikacji Kastellet. Trasa prowadziła nad zatokę. Wiedziałem, że w tym miejscu przy brzegu jest pomnik Małej Syrenki, ale z trasy było widać tylko tłoczących się w tej okolicy turystów.

Dalej trasa prowadziła cały czas wzdłuż zatoki - najpierw pod kładką przy fontannie Gefion, a chwilę później po bruku, który na szczęście specjalnie dla maratończyków został przykryty zielonym dywanem. Dalej pobiegliśmy koło parku przy rezydencji królewskiej Amalienborg i przebiliśmy się wąską uliczką do Nyhavn. To było najprzyjemniejszy punkt trasy. Doping w tym miejscu był niezwykle intensywny. Ania zobaczyła tabliczkę 41. kilometra, która dotyczyła drugiej pętli maratonu. "Jak bym chciała, żeby to już była końcówka maratonu..." - skomentowała to Ania. "Spoko, jeszcze niecałe 28 kilometrów" - wątpię, czy te słowa były dla niej pocieszeniem.

Na pierwszym kółku przy Nyhavn, po godzinie biegu

Przeprawiliśmy się przez mostek nad kanałem i wróciliśmy na brzeg zatoki. Chwilę potem przebiegliśmy pod budynkiem Czarnego Diamentu, gdzie mieliśmy finiszować za dwie godziny. Trasa prowadziła dalej wzdłuż zatoki, ale nie główną ulicą Kalvebod Brygge, tylko alejkami między budynkami nad brzegiem. Było tu bardzo dużo zakrętów, a sprawy nie ułatwiała zmienna nawierzchnia. Ania była trochę zdziwiona, kiedy przebiegła po rozłożonych nad wykopami metalowych płytach, które się ruszały. Rzadko zdarza się taka atrakcja jak ruchoma trasa.

Przebiegliśmy tuż obok wejścia do naszego hotelu. Była pokusa, żeby tam zostać, wykąpać się i odpocząć. Cóż, trzeba było walczyć dalej...

Chwilę potem zawróciliśmy i przebiegliśmy wiaduktem nad torami, którym często przechodziliśmy na "nasz" przystanek. Z naprzeciwka nadbiegali pierwsi zawodnicy. Najszybszy okazał się w końcu Japończyk Yoshimura, który pokonał trasę w słabym czasie 2:18. Liczne zakręty i trudna nawierzchnia dały się wszystkim we znaki.

Zrobiliśmy duże kółko w tej okolicy. Minęliśmy półmetek w czasie 1:37:32, czyli idealnie zgodnie z planem. Teraz czas było przyspieszyć i dogonić baloniki, które były 47 sekund przed nami (sprytnie to liczyłem, obserwując wyprzedzającą nas grupę na zakrętach). Musieliśmy zatem być od nich szybsi o 5 sekund na każdym kilometrze.

Niedługo potem biegliśmy długo ulicą, prowadzącą prosto na skrzyżowanie, przy którym stał budynek z napisem "BOSCH". Myśleliśmy, że to fabryka, lub sklep znanej firmy, z którą Ania współpracowała w ramach kupowania części do silników. Jak się później okazało, znajdował się tu kiedyś magazyn, w miejscu którego powstała później restauracja. Tutaj jedliśmy potem nasz pomaratoński posiłek.

Dalej biegliśmy ulicą Sonder Bouleverd, na końcu której była zawrotka. Jak na złość, zorganizowano tutaj punkt odżywczy, a napoje rozdawano po obu stronach zakrętu. Zrobił się mały zator, ale udało się nam go ominąć. Grupa z balonikami straciła na tym więcej od nas i widzieliśmy ich coraz bliżej. W końcu skręciliśmy w stronę wiaduktu nad torami i wybiegliśmy z tej okolicy. Z naprzeciwka biegli znacznie wolniejsi od nas maratończycy. Na wiadukcie wiał mocny wiatr, zaczęło też porządnie padać. Deszcz towarzyszył nam do końca biegu.

Przebiegliśmy obok naszego hotelu i znowu zmagaliśmy się z alejkami na brzegu. W końcu trafiliśmy w rejon startu, jednak nie biegliśmy identyczną trasą jak na początku. Zamiast na Plac Ratuszowy, poprowadzono nas na Rynek Główny. Przebiegliśmy obok Pałacu Sprawiedliwości, Fontanny Złotych Jabłek i kopenhaskiej katedry. Wszystkie mijane przy trasie atrakcje turystyczne zwiedzaliśmy potem na piechotę, więc nie rozpisuję się na razie na ich temat.

Skręciliśmy przy wysepce, na której stał znak drogowy. Dużo osób ścinało tam trasę i wolontariusz zasłaniał znak drogowy własnym ciałem, żeby pomóc zmęczonym maratończykom uniknąć ewentualnego zderzenia. Od tego momentu trasa przebiegała identycznie jak na pierwszej pętli.

Przebiegliśmy koło zbiornika Sortedams i dołączyliśmy do grupy na 3:15. Chwilę później minęliśmy tabliczkę z napisem "30 km". Nasz plan udał się idealnie. Teraz mieliśmy się czaić z grupą przez 5 kilometrów i zobaczyć, na co będzie nas stać w końcówce.

Wytrzymaliśmy tak jeden kilometr. Przebiegliśmy znowu przez most i zrównaliśmy się z pacemekerami. Anulka zarządziła: "Może spróbujemy pobiec teraz trochę szybciej - trzeba zaryzykować". Jeżeli czuła się na tyle mocna, to nie chciałem oponować. Przyspieszyliśmy do 4:25/km i powoli odjeżdżaliśmy grupie.

Po wybiegnięciu z Felledparken zauważyłem u Anulki pierwsze oznaki kryzysu maratońskiego. Walczyła z nim bardzo dzielnie. Wielu zawodników odpuszczało sobie bieg i zaczynało iść. Na kładce nad torami przed Kastellet wyprzedzili nas pacemakerzy na 3:15. Meta była już bardzo blisko. Anulka nie mogła się doczekać jej widoku. "Dawaj, Ania" - myślałem w duchu. Po duńsku te słowa na pewno skraca się do "D'Ania".

Dotarliśmy do Nyhavn, przebiegliśmy przez mostek i zaczęliśmy ostatni kilometr maratonu. Pod Czarnym Diamentem trasa zrobiła się bardzo wąska, bo kibice utworzyli długi szpalerek. Wpadliśmy na metę - równiutkie 3:15:00!

Biedna Anulka była zbyt zmęczona, żeby cieszyć się z poprawienia życiówki o blisko minutę. Odebrała różę, którą dostawała każda kobieta i usiadła na krawężniku na metą. Po chwili wstaliśmy i przeszliśmy się w kierunku depozytu, odbierając kolejne produkty spożywcze. Najbardziej pomogło nam pyszne piwo bezalkoholowe Erdinger. Pamiętałem jego smak z mety maratonu górskiego w Liechtensteinie.

Cały czas padało i nie mieliśmy nawet ochoty, żeby robić sobie pamiątkowe zdjęcia. Marzyliśmy o gorącym prysznicu i odpoczynku. Zaczęliśmy wracać na piechotę do hotelu. Po drodze zobaczyliśmy zawodników zamykających bieg. Do mety zostało im jeszcze 16 km - nie było czego zazdrościć...

Do hotelu wróciliśmy z tarczą (a nawet dwiema małymi - na szyjach)

W maratonie najpierw długo czeka się na metę, a po jej osiągnięciu marzy się o wejściu do wygodnego hotelowego pokoju i wzięciu prysznica. Po kąpieli zjadałem różne dziwne rzeczy, które były pod ręką, a potem poszliśmy na chwilę spać, żeby choć trochę się zregenerować. Organizm domagał się jedzenia i postanowiliśmy pójść na miasto i zatrzymać się w jakiejś knajpie.

Po wyjściu z hotelu przeszliśmy się wiaduktem, przez który dwukrotnie przebiegaliśmy tego dnia. Wspominaliśmy kolejne miejsca na trasie. W końcu dotarliśmy do budynku z neonem BOSCH, który widzieliśmy niedługo po półmetku. Mieściła się tam restauracja Bio Mio ze zdrową żywnością, a neon nad wejściem pozostał po magazynie Boscha, który zlikwidowano w latach 20-tych poprzedniego wieku.

Zasłużona uczta po maratonie

Wnętrze knajpy jest przestronne (200 osób), charakterystyczne są wysokie, dzielone stoliki (na szczęście mieliśmy swój na wyłączność). Jedzenie zamawia się przy ladzie i można oglądać, jak kucharze przygotowują dania dla gości. Knajpa reklamuje się, jako podająca wyłącznie "biożywność" Potrawa z kurczakiem była bardzo smaczna i świetnie mi wchodziła z jakimś specjalnym gatunkiem Carlsberga.

Słynny duński browar ma siedzibę właśnie w tych okolicach - dzielnicy Vesterbro. Historia Carlsberga ("góra Karola") sięga początków XIX wieku. Browar został wtedy założony przez Chrestena Jacobsena. Rodzina przez lata rozbudowywała swoje piwne imperium i mimo konfliktów i tymczasowego podziału na Nowy i Stary Carlsberg, browar ma się dobrze do dziś. Drugą znaną kopenhaską marką jest Tuborg. Browar został założony w północnej dzielnicy miasta, a potem połączył się z Carlsbergiem. W czasie pobytu w Kopenhadze smakowałem właśnie tych dwóch gatunków piwa.

Po wyjściu z restauracji zaczęliśmy spacer w stronę centrum. Przeszliśmy przez duży plac Maria Kirkeplad. Na chwilę zatrzymaliśmy się w bardzo dziwnym sklepie spożywczym, który mieścił się w krętych korytarzach piwnicznych. Asortyment był oryginalny - dominowały wielkie paczki z ziarnami, kaszą i makaronami.

Przeszliśmy obok głównego dworca kolejowego i dotarliśmy do Tivoli - znanego parku rozrywki. Lunapark został założony w 1843 roku na terenie dawnych terenów wojskowych. Zajmuje prawie 9 hektarów, rocznie odwiedzają go blisko 4 miliony gości. Po maratonie jakoś nie mieliśmy specjalnie ochoty na przejazd karuzelą i nie wchodziliśmy do środka.

Minęliśmy kilka sklepów, których witryny były ozdobiony koroną. Taki znak informuje o tym, że dana firma jest królewskim dostawcą. Ten tytuł można otrzymać dopiero po 10 lub 15 latach dostarczania danego towaru dworowi królewskiemu. Sklepy uzyskują w ten sposób duży prestiż.

Dotarliśmy do Placu Ratuszowego. Tutaj przebiegał pierwszy kilometr trasy maratonu. W ratuszu musiało się tego dnia odbywać jakieś ważne spotkanie, bo pod główne wejście podjeżdżały kolejne czarne limuzyny. Zbudowany z czerwonej cegły budynek i jego wieża (106 metrów) wydają się bardzo duże, w porównaniu do niskiej zabudowy Kopenhagi.

Ratusz

Usiedliśmy na chwilę na ławce przy Smoczej Fontannie, ozdobionej walczącymi ze sobą figurami byka i smoka. Tuż obok znajduje się pomnik Hansa Christiana Andersena. Słynny baśniopisarz ma głowę zwróconą w stronę ogrodów Tivoli, które bardzo lubił odwiedzać. Pomnik ma wytarte kolana, bo podobno fotografuje się na nich dużo dzieci.

Pomnik Andersena

Na Placu Ratuszowym znajduje się też kolumna z dwoma dmącymi w laury wikingami. Legenda mówi, że wydobędą one dźwięk, kiedy koło pomnika przejdzie dziewica. Kiedy spacerowałem tamtędy z Anią, nie było nic słychać.

Po zwiedzeniu Placu Ratuszowego rozpoczęliśmy wycieczkę po Stroget - głównym deptaku Kopenhagi. Najpierw przeszliśmy się uliczką Frederiksberggade, przy której mieści się dużo sklepików z pamiątkami oraz restauracje fast-food.

Doszliśmy do rynku, który jest podzielony na dwie części - Stary Rynek i Nowy Rynek. Na środku tego pierwszego stoi Fontanna Złotych Jabłek. Nazwa powstała dla upamiętnienia złotych godów, obchodzonych przez monarszą parę w 1892 roku. Małżonkowie wrzucali wtedy do fontanny sztuczne złote jabłka. W południowej części (Nowy Rynek) główną budowlą jest Pałac Sprawiedliwości (Domhuset). Obiekt pełnił kiedyś funkcję ratusza miejskiego.

Pałac Sprawiedliwości

Przez rynek przebiegaliśmy na naszym drugim maratońskim kółku dookoła centrum Kopenhagi (na 28. kilometrze). Potem minęliśmy też kopenhaską katedrę (Vor Frue Kirke), ale nie zwróciłem na nią wtedy uwagi. Świątynia jest z zewnątrz niepozorna, ale wewnątrz robi duże wrażenie. Moją uwagę zwróciły przede wszystkim stojące po bokach figury apostołów. Ich autorem jest słynny duński rzeźbiarz Bertel Thotwaldsen. Pierwotnie miały być one umieszczone w zaprojektowanych po bokach niszach, ale autor nie zgodził na takie zamówienie, bo chciał bardziej eksponować swoje dzieła. Uniemożliwił wstawienie posągów do nisz, wykuwając figury o 10 wyższe, niż planowano. Dzięki temu, można je teraz wygodnie oglądać w pełnej okazałości.

Thorwaldsen był rzeźbiarzem neoklasycznym i starał się tworzyć figury idealne, nie wyrażające emocji. Jego dzieje łączą się z Polską. W 1812 roku przyjął zamówienie na wykonanie posągu Napoleona do jednej z sal Zamku Królewskiego w Warszawie. Cesarz poniósł jednak rychłą klęskę i dzieło nigdy nie powstało. Thorwaldsen stworzył konny pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, który został umieszczony przed Pałacem Namiestnikowskim. Dzieło miało swoją burzliwą historię, bo po powstaniu listopadowym pomnik wywieziono z Warszawy, gdzie powrócił w 1923 roku, aby ulec ostatecznemu zniszczeniu przez Niemców w czasie II wojny światowej. Rzeźba stojąca obecnie przed Pałacem Namiestnikowskim to dar Danii, który został odtworzony na podstawie gipsowego modelu Thorwaldsena.

Nie mogłem o tym wszystkim opowiedzieć Ani w świątyni, bo służby egzekwują zachowanie absolutnej ciszy we wnętrzu. Wyszliśmy z katedry, rzucając jeszcze okiem na wieżę kościoła św. Piotra. Tuż obok znajduje się budynek uniwersytetu, który również mijaliśmy w czasie naszego biegu. Wróciliśmy na rynek i kontynuowaliśmy nasz spacer po Stroget. Po drodze minęliśmy ładny kościół Helligandskirken (kościół św. Ducha). Połączony z nim budynek jest jedynym zachowanym w Kopenhadze zabytkiem średniowiecznym. Po drugiej stronie podobał nam się sklep z ciekawą elewacją, obrośniętą dzikim winem.

Dotarliśmy do rozszerzającego się rynku Amegertorv. Stoi na nim Fontanna Bocianów, która bardzo podobała się Ani. Spod fontanny jest widok na północną część wyspy Slotsholmen, którą mieliśmy zwiedzać następnego dnia. Ostatnia część Stroget prowadziła po ulicy z bardziej eleganckimi sklepami. Po drodze minęliśmy Muzeum Rekordów Guinnessa.

Fontanna Bocianów

Dotarliśmy do wielkiego jak na Kopenhagę placu Kogens Nytorv. Moją uwagę zwrócił duży, elegancki, najstarszy w Kopenhadze Hotel d'Angleterre oraz pomnik stojący na środku ronda. Niedaleko stoi też budynek Teatru Królewskiego. Do placu dochodzi Nyhavn (Nowy Port), na końcu którego znajduje się kotwica - pomnik na cześć marynarzy duńskich, poległych w czasie II wojny światowej.

Hotel d'Angleterre przy Kogens Nytorv

Dla mnie Nyhavn jest najładniejszym miejscem w Kopenhadze. Kanał został wybudowany w tym miejscu w 1673 roku. Otaczają go śliczne kamieniczki o pastelowych elewacjach. W porcie cumują ładne łódki, a nabrzeże jest pełne turystów. Na trasie maratonu właśnie przy Nyhavn mieliśmy najgłośniejszy doping.

Lewa część (patrząc od strony Kogens Nytorv) nazywana jest słoneczną, a prawa - mieszczańską. Na tym drugim brzegu mieszkał Andersen. Informują o tym tabliczki na trzech kamienicach. Baśniopisarz lubił się przeprowadzać "po sąsiedzku".

Słoneczna strona Nyhavn

Przeszliśmy się chwilę słonecznym brzegiem Nyhavn i skręciliśmy w uliczkę w stronę pałacu Amalienborg. W tej okolicy dominowały ambasady. Doszliśmy do Amalienborg Plads, otoczonego przez cztery rokokowe pałace. To tutaj znajduje się obecna siedziba królewska.

Przed moim wyjazdem do Kopenhagi, mama dała mi zdjęcia mojej babci, zrobione ponoć w stolicy Danii. Faktycznie, były tam zdjęcia robione pod pałacem Amalienborg. Babcia fotografowała się ze strażnikami w charakterystycznych, czarnych czapkach. Widzieliśmy z Anią kilku takich na placu.

Strażnicy pod pałacem Amalienborg

Nie mogłem natomiast zidentyfikować miejsc, ujętych na innych zdjęciach. Potem okazało się, że babcia w czasie tej wycieczki była też w Oslo i fotografie pochodziły właśnie stamtąd (konkretnie z Frogner Park, gdzie stoją rzeźby Vigelanda). Ciekawe, że babci udało się wybrać na taką wycieczkę jeszcze w czasach głębokiego komunizmu. Podobno na statku płynął z nią Stanisław Lem.

Rodzina królewska przeprowadziła się do Amalienborga po kolejnym pożarze Christiansborga w 1794 roku. Na środku placu stoi pomnik Fryderyka V. koszty budowy monumentu przekraczały ponoć nakłady na budowę otaczających pałaców.

Z placu poszliśmy w kierunku Frederikskirken, zwanego inaczej Kościołem Marmurowym. Kościół wyróżnia się rozmiarami i dużą kopułą. Mimo sporej odległości od zatoki, jest z niej bardzo dobrze widoczny.

Doszliśmy z powrotem do Kogens Nytorv, skąd wróciliśmy autobusem do hotelu. Wieczorem pozwoliliśmy sobie na chwilę relaksu i poszliśmy na dwie 15-minutowe sesje w saunie. Jest to dobry sposób na regenerację zmęczonych mięśni, choć wiele osób twierdzi też, że sauna po długim bieganiu nie jest wskazana, ze względu na wyczerpanie organizmu i dodatkowe odwodnienie. Ania dawała mi wskazówki, w jaki sposób należy korzystać z sauny i nauczyłem się kilku rzeczy, o których wcześniej nie wiedziałem.

Następnego dnia nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Leniwie zjedliśmy śniadanie i późno opuściliśmy nasz pokój. Walizki zostawiliśmy w recepcji i udaliśmy się na dalszą część zwiedzania.

Najpierw pojechaliśmy na historyczną wyspę Slotsholmen, położoną w centrum Kopenhagi. Jest ona oddzielona od lądu jedynie wąskim kanałem, na którym widzieliśmy dwóch płynących kajakarzy. Przeszliśmy marmurowym mostem nad kanałem i weszliśmy na dziedziniec pałacu Christiansborg. Kiedyś urzędował tu król Danii, ale siedziba miała pecha i kilka razy spłonęła. Rodzina królewska straciła w końcu cierpliwość i nie czekając na odbudowę pałacu, przeniosła się do Amalienborga. W Christiansborg obecnie urzęduje duński parlament. Na ogromnym dziedzińcu pałacu wrażenie robiła jeżdżąca w kółko kareta, prowadzona przez eleganckiego woźnicę i ciągnięta przez dwa piękne konie.

Kareta przed Christiansborg

Przeszliśmy się uliczką przy jednym z wejść do gmachu parlamentu. Zajrzeliśmy na chwilę na dziedziniec przez Duńskim Muzeum Żydowskim. Ogrody przed budynkiem były bardzo ładnie utrzymane. Potem doszliśmy do dawnego budynku giełdy, która urzędowała tutaj do 1974 roku. Siedzibę giełdy wzniesiono na polecenie Christiana IV w pierwszej połowie XVII wieku. Budynek ma bardzo ładną elewację, ale największe wrażenie zrobiła na mnie iglica, która jest spiczastą rzeźbą, złożoną ze zwiniętych ogonów czterech smoków.

Budynek giełdy

Potem przeszliśmy się w stronę Czarnego Diamentu, pod którym poprzedniego dnia finiszowaliśmy w maratonie. Budynek jest siedzibą Biblioteki Narodowej, mieści również salę koncertową. Budynek został otwarty w 1991 roku i przejął funkcje działającej tuż obok biblioteki. Między rokiem 1968 i 1978 miały w miejsce zuchwałe kradzieże historycznych książek takich autorów, jak Luter czy Kant. Wartość straconych księgozbiorów szacowano na przeszło 50 milionów dolarów. Okazało się, że złodziejem był jeden z dyrektorów biblioteki, a sprawa została wyjaśniona dopiero w 2003 roku, kiedy to rodzina zmarłego niedługo wcześniej sprawcy zaczęła sprzedawać skradzione księgi na aukcjach.

Przeszliśmy obok wielkiego parkingu rowerowego przy budynku i zatrzymaliśmy się na przystani promów na zatoce. Byliśmy jedynymi oczekującymi na łódkę. Mogliśmy z niej skorzystać w ramach ciągle ważnego biletu autobusowego - przeprawę wodną traktowano jako przesiadkę.

Spod Czarnego Diamentu popłynęliśmy na północ. W przeciwnym kierunku biegaliśmy wzdłuż wybrzeża poprzedniego dnia. Z wody można było podziwiać kolejne mijane zabytki Kopenhagi - kanał przy Slotsholmen, Nyhavn i Amalienborg z wyrastającym ponad nim Kościołem Marmurowym. Po drugiej stronie mieliśmy urocze osiedla w dzielnicy Christianshanv oraz nowoczesny budynek kopenhaskiej opery, który ukończono w 2000 roku. Konstrukcja jest ciekawa, a uwagę najbardziej zwraca jej długi dach, wychodzący na zatokę.

Amalienborg i Kościół Marmurowy

Z łódki wysiedliśmy na ostatnim przystanku na północy. W tym miejscu przebiegaliśmy poprzedniego dnia po rozłożonym zielonym dywanie. Dawał trochę amortyzacji i przyczepności, inaczej bylibyśmy skazani na twardy, śliski bruk. Weszliśmy do parku Churchilla, w południowej części Kastellet. Od razu rzuciła nam się w oczy umiejscowiona na wzniesieniu fontanna Gefion. Przedstawiona jest na nim mityczna córka boga Odyna, która orze ziemię popędzając swoich czterech synów, zamienionych w woły. Woda spada spod pomnika kilkoma kaskadami, generując przyjemny hałas.

Fontanna Gefion i kościół św. Albana

Niedaleko stoi ładny anglikański kościół św. Albana. Weszliśmy na chwilę do środka, gdzie sympatyczna starsza pani dała nam kartkę z informacją na temat kościoła, napisaną po polsku. Posiedzieliśmy chwilę pod ołtarzem w niewielkim wnętrzu.

Przeszliśmy się chwilę nad brzegiem zatoki i dotarliśmy do okupowanego przez turystów najsłynniejszego pomnika Danii - Małej Syrenki. Nie rzuca się on specjalnie w oczy i nie widać go z daleka. Syrenka miała pecha i kilka razy padała ofiarą dziwnych ataków. Dwukrotnie dosłownie traciła głowę na skutek działania wandali. W czasie naszego pobytu rzeźba wyglądała na nietkniętą.

Mała Syrenka - symbol Kopenhagi

Posiedzieliśmy chwilę nad zatoczką niedaleko syrenki i przeszliśmy się do Kastellet - otoczonego fosą fortu, założonego w połowie XVII wieku. Jeszcze do niedawna był to teren wojskowy, ale teraz swobodnie mogą tu spacerować turyści. Za wałami kryją się zabytkowe koszary i kościół garnizonowy, a największą atrakcją jest XVII-wieczny wiatrak. Z tych okolic widać jego nowoczesnych następców, wybudowanych na morzu.

Wyszliśmy z parku i udało nam się dosłownie wbiec do autobusu. Zaskoczył nas, że w poniedziałek na ulicach Kopenhagi jest tak pusto. Miasto liczy przecież 600 tysięcy ludzi, a aglomeracja ma blisko milion. Duńczycy dobrze rozwiązali kwestie komunikacyjne.

Zabraliśmy walizki z hotelu i przeszliśmy się na dworzec. Tam szybko złapaliśmy pociąg na lotnisko. Trzeba przyznać, że Duńczycy mają bardzo sprawną komunikację. Na lotnisku zjedliśmy smaczną sałatkę, którą popiłem Carlsbergiem. Odprowadziłem Anię i poczekałem trochę na mój samolot. W tym czasie zdążyłem napisać sporą część relacji z wyjazdu.

Do domu wróciłem późnym wieczorem, po kolejnym intensywnym weekendzie. Wyjazd bardzo się udał. "Dobrze się działo w państwie duńskim" :-)

Galeria zdjęć z Kopenhagi

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin