O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2009-04-26, Londyn (Wielka Brytania)


Udany weekend w Londynie
Męki w końcówce nad Tamizą

Relacja Roberta z 46. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:06:20

1298 /
35299

3.7


Maratony Roberta

Maraton w Londynie był w moich planach od dawna. Pamiętam, że już w 2004 roku dostałem ulotkę na temat tej imprezy i miałem ochotę wystartować. Niestety, droga do Londynu nie była łatwa. Procedury zgłoszeniowe były restrykcyjne i promowały mieszkańców Wielkiej Brytanii. Amatorzy nie mogli się dostać na podstawie dobrych wyników w maratonach (jak to było np. w Nowym Jorku czy Bostonie), a dodatkowo trzeba się było zgłaszać drogą pocztową, co utrudniało załatwienie sprawy. Koszty gwarantowanego miejsca przy załatwianiu przez polskie biuro wynosiły ponad 1000 PLN, a w cenę wliczony był jedynie numer startowy. Wolałem poczekać na lepsze czasy.

W czasie wyjazdu na maraton do Berlina, Paweł zaproponował, że może zgłosić kilka osób z Polski podając adres jego znajomych z Londynie (że niby tam mieszkamy). Bycie brytyjskim rezydentem ułatwiało sprawę przy zgłoszeniu. Tak zrobiliśmy w 2008 roku, lecz wtedy nikogo z nas nie wylosowali, ale na 2009 udało się mnie i Michałowi. Pecha miał za to Paweł, który był pomysłodawcą i organizatorem całej tej akcji. Taka to sprawiedliwość na świecie ;-(

Do Londynu wybrałem się zatem z Michałem. Z Warszawy wylecieliśmy razem w piątek późnym popołudniem. Michał miał zamiar zostać w Londynie cały tydzień. Ja nie miałem tyle czasu i zaplanowałem powrót na poniedziałkowe popołudnie.

Dolecieliśmy na niedawno otwarty Terminal 5 lotniska Heathrow, który zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Wcześniej miałem kilka przesiadek w Londynie na innych terminalach i lotnisko mi się nie podobało. Na nowym było już ładnie.

Michał namówił mnie, żebyśmy kupili kartę komunikacji miejskiej, dzięki której można było wygodnie podróżować. Postaliśmy trochę w kolejce, ale było warto.

Muszę w tym miejscu podziękować Michałowi, który był świetnie przygotowany do wyjazdu i dzięki temu wszystko przebiegało bardzo sprawnie. Michał i Paweł działali na SGH w Turystycznym Klubie Ekonomistów "Tramp" i tam poznali Adę i Witka. To właśnie u nich mieliśmy się zatrzymać w czasie pobytu w Londynie.

Ada i Witek mieszkali w zachodniej części Londynu w dzielnicy Ealing, skąd była dość dobra komunikacja do centrum. Mieliśmy drobne problemy ze znalezieniem domu, ale udało nam się trafić. Spędziliśmy trochę czasu z gospodarzami i poszliśmy spać.

Następnego dnia pojechaliśmy na maratońskie Expo, które mieściło się we wschodniej części Londynu. Droga była zatem długa, ale podróż metrem przebiegła sprawnie. Michał miał wszystko dobrze opracowane, a organizatorzy zadbali o to, żeby maratończycy nie mieli problemów z dojazdem do biura zawodów i na start następnego dnia.

Organizacja London Marathon zrobiła na mnie duże wrażenie. Muszę przyznać, że po moich dwudniowych obserwacjach był to najlepiej zorganizowany tak duży maraton (miałem porównanie do Los Angeles, Paryża, Berlina i Nowego Jorku).

W biurze zawodów wszystko przebiegło sprawnie. Po odebraniu numerów przeszliśmy się po Expo, pożywiliśmy darmowymi próbkami batonów, a na koniec zasiedliśmy przy stolikach na pasta i wypiliśmy piwo "London Pride", które dostaliśmy w pakiecie. Nie kupiliśmy biletów na makaronową ucztę, bo planowaliśmy potem zorganizować coś samemu.

Dwuosobowa reprezentacja Byledobiec w Londynie

W drodze powrotnej postanowiliśmy przejść się na krótki spacer po Londynie. Wysiedliśmy na stacji Tower Gateway, która (jak sama nazwa wskazuje) jest umiejscowiona przy słynnej The Tower of London. Twierdza została wniesiona w XI wieku i służyła jako więzienie. Potem była również pałacem królewskim, służyła również jako zoo. W twierdzy są złożone klejnoty i insygnia królewskie. Symbolem Tower są kruki, które podobno mają tam mieszkać tak dopóty, dopóki trwać będzie imperium brytyjskie. Obecnie wieża nie jest już tak niedostępna jak kiedyś. W miejscu dawnej fosy rośnie teraz trawa, a budynek jest chętnie odwiedzany przez turystów.

Mury Tower of London, w tle jajowaty budynek w City

Dalszy spacer doprowadził nas na Tower Brigde, który jest symbolem Londynu. Został ukończony w 1894 roku i obwołany arcydziełem współczesnej inżynierii. Architekt zaprojektował go w ten sposób, żeby komponował się z the Tower of London. Most jest zwodzony, co zostało zapewnione przez napędzany parą mechanizm (obecnie zastąpiony nowoczesnym urządzeniem elektrycznym). London Brigde otwierał się nawet 6000 razy rocznie i pozwalał przepływać statkom przekraczającym poziom wody o 40 metrów.

Tower Bridge

Przeszliśmy się mostem na południowy brzeg Tamizy, którym poruszaliśmy się na zachód. Był tam zacumowany wielki statek wojenny z II wojny światowej HMS Belfast. Przeszliśmy przez London Brigde, z którego było widać kopułę Katedry św. Pawła. Niedaleko znajduje się wysoki Monument, wybudowany na pamiątkę wielkiego pożaru w Londynie w 1666 roku.

Tower of London z prawego brzegu Tamizy

Dalej poruszaliśmy się w kierunku Katedry św. Pawła. Po drodze naszą uwagę zwróciły dwa piętrowe autobusy wyświetlające informację "Just married". Jest to oryginalny sposób przewożenia weselnych gości.

Katedra św. Pawła

Dotarliśmy do potężnej Katedry św. Pawła. Powstała ona na gruzach rzymskiej świątyni, jednak dawny budynek nie miał szczęścia - iglica została zniszczona przez piorun, wnętrze zostało splądrowane, a ostatecznie budynek spłonął w czasie pożaru w 1666 roku. Pod koniec XVII wieku powstała potężna budowla o obecnym kształcie. Katedra jest jednym z najbardziej znanych kościołów anglikańskich w Wielkiej Brytanii i stała się symbolem Londynu.

Muzeum Tate Modern przy Millennium Bridge

Odpoczęliśmy chwilę od chodzenia we wnętrzu centrum turystycznego i przeszliśmy się w kierunku mostu pieszego Millennium Bridge. Nie przechodziliśmy na drugą stronę, gdzie znajduje się budynek Tate Modern. Kontynuowaliśmy nasz spacer północnym brzegiem Tamizy przy ulicy, którą miały przebiegać ostatnie kilometry maratonu. Widoki były bardzo przyjemne, a pogoda sprzyjała, ale mimo wszystko, trzeba już było kończyć to spacerowanie.

Widok na zachodnią część Londynu

Wróciliśmy metrem do Ealing. Na miejscu zrobiliśmy jeszcze zakupy, wśród których nie zabrakło makaronu. Pasta party zrobiliśmy sobie w domu.

Przed niebieskim startem maratonu

Następnego dnia rano zjedliśmy sprawdzone śniadanie i poszliśmy na stację. Transport na start biegu był bardzo sprawny. W centrum przesiedliśmy się w pociąg, który dowiózł nas do stacji Blackheath w Greenwich. Znowu muszę oddać organizatorom, że świetnie przygotowali nam dojazd. Pociągi do Greenwich specjalnie jeździły tego dnia wyjątkowo często i nie były zatłoczone. Na miejscu również wszystko wyglądało świetnie. Przewidziano 3 miejsca startu biegu - czerwony, zielony (niewielu biegaczy) i niebieski. Z tego ostatniego startowała najpierw elita kobiet, potem wózkarze, a na końcu elita mężczyzn. Za nimi ruszała cała reszta maratońskiej masy (w tym ja i Michał), a sygnał do startu dało się słyszeć również w dwóch pozostałych strefach. Z "zielonymi" schodziliśmy się po pierwszym kilometrze, a z "czerwonymi" po pięciu.

Przeszliśmy się do strefy naszego niebieskiego startu. Niedaleko widać też było baloniki, wskazujące pozostałe dwa kolory. Widać było, że organizatorzy świetnie się postarali. Dookoła stały ciężarówki, w których można było oddać rzeczy, a z drugiej strony ustawiono toalety w kształcie grzebienia. Chyba nigdy nie widziałem tylu kibli w jednym miejscu.

Pooglądaliśmy sobie na telebimie finisze ostatnich maratonów w Londynie i zaczęliśmy procedurę przygotowania do startu. Szybko oddałem rzeczy, bo było naprawdę ciepło i nie potrzebowałem dodatkowych ciuchów przed startem. Zdążyłem się trochę rozgrzać. Zrezygnowałem z oczekiwania na toaletę i wybrałem sprawdzony "numer z butelką", którą napełnia się płynem na 10 minut przed startem i wyrzuca gdzieś z boku trasy.

Poniżej znajduje się link do trasy maratonu, zmierzonej przy pomocy aplikacji RunCalc. Można zobaczyć mapę i profil trasy, a także skorzystać z Odtwarzacza Tras RunCalc i obejrzeć zdjęcia z kolejnych odcinków.

Trasa maratonu w Londynie zmierzona przy pomocy aplikacji RunCalc

Wystartowałem z początku pierwszej strefy (było dziewięć), więc miałem duży komfort biegu i nie musiałem specjalnie dużo wyprzedzać. Początek prowadził w Greenwich na wschód od południka zerowego. Mogę więc powiedzieć, że maraton zaczęliśmy na półkuli wschodniej, a po 10 km przebiegliśmy na zachodnią. Początek był z górki i zacząłem trochę za szybko. Postanowiłem zwolnić i faktycznie, kolejne kilometry były spokojniejsze. Dycha poszła jednak dobrze poniżej 40 minut.

Mijały kolejne kilometry, a ja cały czas powstrzymywałem się od szybszego biegu. Czułem, że coś jest nie tak i to nienaturalne hamowanie może się potem zemścić. Przerabiałem to już wcześniej w czasie Maratonu Warszawskiego, kiedy to kompletnie wysiadłem na 30 km. Przebiegliśmy przez Tower Bridge i to był bardzo przyjemny moment. Potem skręciliśmy na wschód i niedługo później minąłem półmetek. Próbowałem przyspieszyć, ale czułem, że z tego maratonu już nic nie będzie. Zbiegliśmy na południe, w kierunku zakola Tamizy i tam się trochę pokręciliśmy. Potem trzeba było wracać w kierunku The Tower of London i ta perspektywa zaczęła mnie powoli przerażać.

Po 35. kilometrze czułem się już coraz gorzej, totalnie osłabłem. Kiedy wiedziałem, że nie uda mi się już połamać 3 godzin, zdecydowałem się przejść na chwilę do chodu. Ostatnie kilometry wzdłuż Tamizy biegłem już bardzo wolno. Big Ben przybliżał się bardzo powoli, a kiedy skręciłem przy nim w prawo, droga do pałacu Buckingham bardzo się dłużyła. "Gdzie ten pałac!?" - majaczyłem. Udało się dobiec do upragnionego ronda i skręciłem w ulicę The Mall - ostatnią prostą maratonu. Poruszałem się podobnym tempem, jak grupa biegnących ze mną zawodników. Nie miałem ochoty na szaleńczy finisz. Skończyłem - uff...

Po biegu czułem się słabo. Bardzo bolały mnie mięśnie, szczególnie łydki, a i z głową nie było najlepiej. Musiałem się położyć na gołej ziemi przy ulicy i czekałem na Michała. Nie trwało to długo - przybiegł 5 minut po mnie w czasie 3:12. Planował przebiec ten maraton poniżej 3:10, ale i tak zrobił życiówkę i był zadowolony. Czuł się znacznie lepiej ode mnie. Z trudem podniosłem się i zacząłem iść w kierunku miejsca, gdzie umówiliśmy się z Adą i z Witkiem. Po drodze minęliśmy idącego w przeciwnym kierunku Sammy'ego Wanjiru, który wygrał maraton z nowym rekordem trasy - 2:05:10. Tłum gęstniał, ale udało nam się spotkać w umówionym miejscu i we czwórkę poszliśmy odpocząć na trawce w St James's Park. Położyłem się na trochę i powoli dochodziłem do siebie. Leżenie w parku po maratonie ma swój niepowtarzalny urok - już kilka razy to praktykowałem.

Zmęczeni maratończycy z londyńskimi gospodarzami

Po zasłużonym odpoczynku postanowiliśmy przejść się do pubu. Najpierw musieliśmy jednak dotrzeć do linii metra, co nie było łatwe z powodu zamkniętych ulic i gęstniejącego tłumu. Potem okazało się, że stacja Westminster została zamknięta. Jedyny pożytek z tego był taki, że udało mi się sfotografować Big Bena przy ładnej pogodzie (następnego dnia nie było już takiej okazji). Przeszliśmy się przy Victoria Embankment, oglądając maratończyków, którzy męczyli się w czasie powyżej 5 godzin. Przy okazji, udowodniłem Witkowi, że ciężko jest iść z prędkością 9 km/h (tak twierdził). Pożyczyłem mu na chwilę Garmina i sprawdził, że jest w stanie wyciągnąć maksymalnie 7 km/h. Jak chce szybciej, to musi poprosić Tomka Lipca o korepetycje ;-)

Wsiedliśmy do metra na bardzo zatłoczonej z powodu maratonu stacji Embankment i przejechaliśmy na północ do dzielnicy Covent Garden. W okolicy panuje bardzo przyjemny klimat, na ulicach jest dużo artystów. Z Covent Garden wywodzi się dużo ekip rockowych. Witek znalazł pub Porterhouse, który miał w ofercie piwa z wielu stron świata. Wnętrze było przyjemne, a z karty można było długo wybierać. Zdecydowałem się na polecane przez Witka irlandzkie piwo Oyster - podobne do znanego Guinnessa. Zamówiłem sobie również pizzę, którą bardzo szybko pochłonąłem.

Po wizycie w pubie przeszliśmy się jeszcze na rynek i do galerii, w której swoje wyroby oferowali miejscowi artyści. Ada i Witek zaplanowali sobie popołudnie i postanowiliśmy z Michałem wracać do domu. Marzyłem o tym, żeby się wykąpać. Załapaliśmy się na ostatni moment, kiedy maratończycy mogli poruszać się za darmo londyńską komunikacją miejską.

Po dotarciu do Ealing udało nam się jeszcze zrobić małe zakupy. W domu zastaliśmy Asię i Romka z malutką Natalką - współlokatorów Ady i Witka. Romek z zapartym tchem oglądał mecz ligowy Legia - Lech. Warszawiacy wygrywali 1:0, ale chwilę potem ku uciesze Romka (poznaniak), Lech strzelił wyrównującą bramkę i skończyło się 1:1. Praktycznie można się było poczuć jak w Polsce.

W poniedziałek rano przywitała nas typowo angielska pogoda. Pożegnałem się z gospodarzami i po śniadaniu pojechaliśmy z Michałem na stację Victoria. Tam oddałem bagaż do depozytu i poszedłem zorientować się, skąd będzie odjeżdżał mój popołudniowy autobus na lotnisko.

Westminster Cathedral

Mieliśmy sporo czasu, żeby zorganizować sobie dłuższy spacer. Najpierw przeszliśmy się do Westminster Cathedral, z charakterystyczną, przylegającą wieżą. Jest to świątynia rzymsko-katolicka zbudowana nietypowo w stylu bizantyjskim. Katedra została dokończona na początku XX wieku, a ponieważ sponsorom zabrakło pieniędzy, jej sufit nie został odpowiednio ozdobiony. W czasie naszej wizyty w środku odbywała się procedura strojenia organów, podobno jednych z najlepszych na świecie.

Westminster Abbey

Potem przeszliśmy się w kierunku Parliament Square i dotarliśmy do Opactwa Westminsterskiego (Westminster Abbey). Świątynia powstała podobno już w 616 wieku. W połowie XI wieku opactwo zostało przebudowane w stylu romańskim i od tego czasu świątynia stała się miejscem koronacji królów Anglii. W połowie XIII wieku opactwo zostało przebudowane w stylu gotyckim i w takim kształcie można je dzisiaj podziwiać. Nie wchodziliśmy jednak do środka, bo za wstęp trzeba słono zapłacić, a ja nie miałem ochoty na zwiedzanie wnętrz. Wolałem spacerować w deszczu, żeby poczuć prawdziwie angielski klimat.

Big Ben widziany z Parliament Square

Doszliśmy do Big Bena i postanowiliśmy obejść parlament dookoła. Budynek ma piękną elewację i jest bardzo dobrze chroniony. Parking przed budynkiem jest ogrodzony pancernymi barierami. Skierowaliśmy się na południe, do Victoria Tower Gardens, a potem przeszliśmy na drugą stronę Tamizy mostem Lambeth Bridge. Po drugiej stronie rzeki jest ładny widok na budynek parlamentu, który nieco psują stojące na Tamizie zaniedbane barki. Kontynuowaliśmy nasz spacer prawym brzegiem rzeki, gdzie mimo kiepskiej pogody można było spotkać sporo biegaczy.

Brytyjski parlament, po prawej wieża Big Bena

Przeszliśmy pod Westminster Bridge i dotarliśmy pod London Eye. Teraz mogłem z bliska obejrzeć ten wielki diabelski młyn. Kapsuły (w sumie 32) są duże (pomieszczą 25 osób) i wydają się wygodne (w środku jest klimatyzacja). Koło porusza się bardzo powoli - pełen obrót trwa 30-40 minut. "Londyńskie Oko" ma 135 metrów wysokości i było kiedyś największą taką atrakcją na świecie. W Singapurze otwarto później większy "diabelski młyn". Kończono go akurat wtedy, kiedy biegłem tam maraton.

Dotarliśmy do Waterloo Brigde i zatrzymaliśmy się na przystanku. Pierwszy raz mogłem się przejechać londyńskim piętrowym czerwonym autobusem i tak się złożyło, że załapaliśmy się na linię numer 1. Autobus przejechał mostem, skąd przez zamgloną szybę mogłem oglądać deszczową panoramę Londynu. Przejechaliśmy przez centrum i zatrzymaliśmy się przy znanej Oxford Street. Poszliśmy do McDonalda, gdzie udało mi się uzupełnić trochę z przeszło 3000 tysięcy kalorii, które straciłem w czasie maratonu. Potem przeszliśmy się pełną sklepików z pamiątkami Oxford Street, gdzie udało mi się kupić prezenty dla braci (akurat obaj mieli imieniny). Przecięliśmy swojską brzmiącą Poland Street, a potem skierowaliśmy się na południe. Dotarliśmy do Piccadilly Circus - jednego z niewielu miejsc w Londynie, gdzie budynki przykryte są wielkimi neonami i telebimami. Elewacje są tu pod specjalnym nadzorem miasta i takie świecące cuda są widoczne na niewielu budynkach.

Piccadilly Square

Przeszliśmy się jeszcze kawałek w kierunku St James's park, gdzie po drodze natknąłem się na pomnik Roberta Falcona Scotta. Normalnie nie zwróciłbym uwagi na ten posąg, których w Londynie jest cała masa. Postać Scotta stała mi się jednak bliska w czasie pobytu na Antarktydzie. Anglik właśnie tam zakończył swoje życie, a ja dobrze znałem historię jego walki o zdobycie bieguna południowego, którą przegrał z Norwegiem Amundsenem. Mimo wszystko, Scott jest bardzo szanowany w Anglii.

Niedługo potem pożegnałem się z Michałem i dokończyłem mój ostatni londyński spacer. Przeszedłem się ulicą The Mall, przy której poprzedniego dnia była usytuowana meta maratonu. Wszedłem na chwilę do St James's park, a potem zrobiłem zdjęcie Buckingham Palace. Poprzedniego dnia nie miałem okazji dobrze się przyjrzeć pałacowi, bo przebiegałem przy nim na ostatnim kilometrze maratonu, kiedy często już niewiele się widzi.

Pałac Buckingham

Przeszedłem się do stacji Victoria, gdzie oddałem kartę komunikacji miejskiej, odzyskując w ten sposób pieniądze potrzebne do zapłacenia za przechowalnię bagażu. W punkcie zwrotu kart i w przechowalni natknąłem się na kolejki, ale udało mi się ze wszystkim zdążyć na czas. Poszedłem w sprawdzone wcześniej miejsce, z którego miał odjechać mój busik na lotnisko Luton. Wszystko poszło zgodnie z planem i przed północą dotarłem szczęśliwie do domu po kolejnym długim, intensywnym weekendzie maratońskim.

Galeria zdjęć z Londynu

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin