O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2009-01-01, San Marino (San Marino)


Objazd północnych Włoch
we wspaniałym towarzystwie

Relacja Roberta z 44. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:16:05

1 /
1

-


Maratony Roberta

Tę relację powinienem zacząć od długiego wstępu, jak poznałem Anię i jak rozwijała się nasza korespondencyjna znajomość. Po kilku tygodniach kontaktu postanowiliśmy się spotkać. Nie było to łatwe, bo Ania mieszkała w Turynie i dzieliło nas wiele kilometrów. Miała przyjechać do Warszawy po świętach, ale potem ja wpadłem na pomysł, żeby spędzić sylwestra we Włoszech. Ponieważ Ania bardzo lubiła biegać i świetnie jej to wychodziło (wrześniowy półmaraton w Turynie pokonała w czasie 1:27) mogłem z czystym sumieniem zaproponować jej spędzenie tego czasu na sportowo. Po przeprowadzeniu krótkiego śledztwa znalazłem sylwestrową imprezę biegową w Calderara di Reno (okolice Bolonii). Można tu było wziąć udział w jednej z 3 konkurencji - maratonie, maratonie tyłem (zdecydowało się na to dwóch zawodników) oraz sztafecie maratońskiej, złożonej z 4 zawodników. Organizatorzy zgodzili się, żebyśmy utworzyli sztafetę dwuosobową. Przy okazji wyjazdu w te okolice, postanowiłem również zaliczyć kolejną europejską stolicę i przebiec maraton w San Marino. Poza tym, planowałem zwiedzić Mediolan, Bolonię i Turyn. Wyjazd zapowiadał się kapitalnie.

Na wyprawę sylwestrową wyjechałem w poniedziałek po długim weekendzie świątecznym. Ruch na ulicach nie był specjalnie intensywny i bez problemu dotarłem na lotnisko. W czasie podróży z przesiadką w Zurychu udało mi się nadrobić trochę zaległości w pisaniu relacji z maratonów. Wieczorem wylądowałem planowo w Mediolanie, skąd odebrała mnie Ania. To było nasze pierwsze spotkanie - przy samochodzie na lotnisku.

Ania pełniła rolę kierowcy, a ja - pilota i starałem się jak najlepiej wywiązać z tego zadania. Zrobiliśmy wprawdzie jedno niepotrzebne kółeczko, potem chwilę pobłądziliśmy, ale w końcu udało nam się znaleźć zarezerwowany hotel. Od razu poszliśmy na kolację - włoskie aperitivo. Polega to na tym, że zamawia się wino lub drinka i można nałożyć sobie na talerz przekąski wystawione na szwedzkim stole. W czasie kolacji obejrzeliśmy na moim notebooku film z maratonu na Saharze, gdzie wybieraliśmy się z Anią pod koniec lutego.

Potem przyszedł czas na nocne zwiedzanie Mediolanu. Podjechaliśmy do centrum autobusem. Chciałem kupić bilet u kierowcy, wykorzystując świeżo nabytą wiedzę z zakresu rozmówek włoskich. Niestety, kierowca nie miał biletów i pojechaliśmy na gapę.

Duomo nocą

Przeszliśmy się na Piazza del Duomo, na którym stoi piękna gotycka katedra, zbudowana z białego marmuru. Mieliśmy w planie zwiedzić ją następnego dnia. Potem przeszliśmy się galerią Vittorio Emanuele, pełnej eleganckich sklepów. Bardzo podobała mi się niebieska iluminacja na kopule galerii. Krótki spacer doprowadził nas do Piazza della Scala, przy którym stoi słynny budynek opery. Jego wnętrze podobno uderza zwiedzających przepychem, tymczasem neoklasyczna fasada jest bardzo prosta i niczym wielkim nie imponuje.

Iluminacja na kopule galerii Vittorio Emanuele

Zwiedzanie Mediolanu kontynuowaliśmy następnego dnia. Naszym głównym celem był kościół Santa Maria delle Grazie, na którego ściane namalowane jest słynne działo Leonarda da Vinci "Ostatnia wieczerza". Obraz mogliśmy podziwiać tylko dzięki przytomności umysłu Ani, która zarezerwowała dla nas bilety z miesięcznym wyprzedzeniem. Okazało się, że zrobiła to w ostatniej chwili, bo na ten dzień pozostało tylko wejście na godzinę 9:30. Skrupulatnie zrealizowaliśmy nasz plan dotarcia do kościoła. Podjechaliśmy autobusem do centrum i rozpoczęliśmy spacer. Po drodze zobaczyliśmy jeszcze kościół Sant' Ambrogio.

Do Santa Maria delle Grazie dotarliśmy z odpowiednim wyprzedzeniem. Bilety warte były swojej ceny. Przewodniczka opowiedziała nam więcej o obrazie, który powstał pod koniec panowania Franciszka Sforzy. W dużej sali wiszą naprzeciwko siebie dwa malowidła ścienne - "Ukrzyżowanie" i właśnie "Ostatnia wieczerza". Mógłbym w tym miejscu umieścić długi opis dzieła, ale można go wyszukać w wielu innych źródłach. Mnie zaintrygowały bardziej praktyczne informacje, na przykład to, że po namalowaniu obrazu postanowiono zrobić w ścianie przejście do kuchni, przez co część dzieła Leonarda zniknęła bezpowrotnie. Nie widać na przykład, że w pierwotnej wersji Chrystus krzyżował nogi pod stołem. Obraz zainteresował mnie również z tego względu, że parę lat wcześniej czytałem książkę "Kod Leonarda da Vinci", w której temat obrazu był kilka razu poruszany. Autor twierdził, że obok Chrystusa na obrazie namalowany jest nie Święty Jan, a Maria Magdalena. Wiązało się to z wieloma innymi ciekawymi teoriami.

La Scala

Zakończyliśmy zwiedzanie w kościele i przeszliśmy się do Castello Sforcesco - wielkiej fortecy, wybudowanej w 1450 roku na zlecenie Franciszka Sforzy. Po zwiedzeniu tego kompleksu wróciliśmy w stronę centrum i doszliśmy do la Scali. Zatrzymaliśmy się na dłuższą w chwilę w kawiarnianym McDonaldzie w galerii Vittorio Emanuele, by odpocząć chwilę przed ostatnią atrakcją tego dnia. Najpierw weszliśmy do Duomo, a potem postanowiliśmy wspiąć się na dach katedry. Ten pomysł był strzałem w dziesiątkę. Spacer po dachu był wspaniałym przeżyciem. Nie można go było porównać ze zwiedzaniem katedry w Kolonii, gdzie trzeba było się długo wspinać na szczyt, by na koniec mieć tylko możliwość obejścia jednej z wież. W Mediolanie można było przejść się po dachu katedry wzdłuż i wszerz i mieć świetny widok na miasto.

Na dachu Duomo

Po uroczym spacerze wróciliśmy z centrum pod nasz hotel, wsiedliśmy do auta i opuściliśmy Mediolan. Musieliśmy dojechać do Calderara di Reno, miejscowości położonej na północny zachód od Bolonii. Moje pilotowanie znowu nie było perfekcyjne, ale w końcu podjąłem właściwą decyzję nawigacyjną i dotarliśmy do miejsca naszej sylwestrowej imprezy biegowej.

Nasz hotel był umiejscowiony tuż obok hali, w której znajdowało się biuro zawodów. Całe szczęście, że byłem tu z Anią, bo samemu miałbym problem z dogadaniem się z organizatorami. Rezerwacja hotelu była w porządku, choć w pierwszej chwili wyglądało na to, ze będziemy mieli dwa oddzielne pokoje na jedną noc (na szczęście w ostatecznej wersji była to jedna dwójka na dwie noce). Problem był też z ustaleniem zmian w czasie sztafety. Wszystkie drużyny były czteroosobowe i tylko nasza stanowiła parę. Dystans maratonu podzielony był na 8 pętli, z czego pierwsza liczyła 3,7 km, a pozostałe 5,5 km (na start biegu trzeba było kawałek przejść). Zmiany były ustawione co 2 pętle - najpierw 9,2 km, a potem trzy jedenastki. Chciałem, żeby Ania pobiegła pierwsze dwie zmiany, a potem ja przebiegłbym ciągiem dystans 22 km. Niestety, takie rozwiązanie okazało się raczej niemożliwe, bo organizator oczekiwał od nas, że na każdej zmianie będziemy biegli z innym chipem i numerem (każda osoba miała przydzielony inny kolor). Dlatego zdecydowaliśmy się na rozwiązanie "na zakładkę": Ania - Robert - Ania - Robert. Dzięki temu był potem czas na odpoczynek i zmianę chipa oraz numeru.

Wieczorem poszliśmy na wypasione pasta party, w czasie którego mogliśmy się delektować winem. Organizatorzy mówili wyłącznie po włosku i niewiele z tego zrozumiałem, ale i tak zabawa była przednia.

Następnego dnia zjedliśmy lekkie śniadanie w hotelu i zaczęliśmy przygotowania do startu. We Włoszech liczyłem na pogodę idealną do biegania i zaskoczył mnie tutejszy mróz. Na szczęście rzeczy mogliśmy zostawić w hali - tam można było się przebrać i czekać na swoją zmianę.

Udałem się z Anią na start biegu - musieliśmy przetruchtać blisko 2 km. Tam pełniłem rolę fotoreportera. Ania dostała ode mnie w prezencie koszulkę z logo naszego klubu Byledobiec.pl, z nickiem "Anulka" na plecach. Ku mojej uciesze, w takim stroju wystartowała naszą sztafetę. Potruchtałem z powrotem w przeciwnym kierunku, by zrobić Ani zdjęcie, gdy przebiega przez linię mety po pierwszym okrążeniu. Radziła sobie świetnie, biegnąc w peletonie z kilkoma facetami. Spiker krzyczał "prima donna", bo Ania była najszybszą kobietą na trasie.

Przed biegiem ustaliłem dla nas targety w minutach - kolejno 38, 42, 46 i 42. To dałoby wynik 2:48, lepszy od mojego rekordu w maratonie. Ania dobrze wypełniła pierwsze zadanie, przebiegając pętlę w czasie 38:20. Tłumaczyła potem, że pobiegłaby szybciej, ale zmyliły ją oznaczenia trasy na pierwszej pętli, których równie dobrze mogłoby nie być (start był ze środka pętli).

Zrobiłem Ani zdjęcie, jak pędzi w moim kierunku, by wypuścić mnie na naszą drugą zmianę. Aparat fotograficzny pełnił w naszej sztafecie rolę pałeczki, choć odwrotnie niż w prawdziwych zawodach, "pałeczka" była atrybutem osoby kibicującej, a nie biegnącej.

Pętla biegu bardzo mi się podobała, na co wpływ miała z pewnością pogoda - nad Bolonią świeciło piękne słońce. Mróz trochę może przeszkadzał w szybkim bieganiu, ale i tak świetnie dawałem sobie radę. Na trasie nie było praktycznie podbiegów, zawrotek, ani bardzo ostrych zakrętów.

Mój target wyrobiłem z półminutowym zapasem - 41:27. Po mojej zmianie kontynuowałem bieg razem z Anią, bo chciałem zrobić jej zdjęcie. Udało mi się ją wyprzedzić sprintem, ale biegła tak szybko, że w końcu nie załapała się w kadrze. Poszedłem trochę odpocząć w hali - napiłem się wody i zjadłem banana. Trochę bałem się, że nie dam rady utrzymać tak mocnego tempa na drugiej pętli. Ania wyrobiła swój target z idealną dokładnością - 46:00! Prawie staranowała mnie, gdy robiłem jej zdjęcie.

Za chwilę Ania mnie staranuje, kończąc swoją ostatnią pętlę

Na ostatniej zmianie nie mogłem dać plamy. Wiedziałem, że uda nam się zrealizować plan w postaci 2:48, a może nawet połamać 2:47. Na ostatniej zmianie walczyłem jak lew. Powoli doganiałem kolejnych biegaczy, patrzyłem na ich numery (czerwony oznaczał ostatnią zmianę w sztafecie) i dziarsko ruszałem do przodu, by pokazać rywalowi plecy. Na ostatnich kilometrach dałem się wyprzedzić tylko jednemu, bardzo szybkiemu biegaczowi, który biegł "tylko" 11 km i miał więcej świeżości ode mnie.

Wybiegam na ostatnią pętlę naszej sztafety (połowa mojej drugiej zmiany)

Kiedy dobiegałem do mety, wiedziałem, że wszystko uda się idealnie. Uzyskaliśmy czas 2:46:53, a ja pobiegłem ostatnią pętlę w 41:06. Tempo z obu zmian (22 km) dałoby mi pewny rekord w półmaratonie (w granicach 1:19). Cieszyłem się ze znakomitego wyniku naszej sztafety. Zajęliśmy 11. miejsce na 65 drużyn. Śmiałem się później, że aby pobić swój rekord w maratonie, jedną połówkę biegu musiała pobiec moja druga połówka (Ania została oficjalnie moją dziewczyną w noc sylwestrową).

Po biegu wróciliśmy szybko do hotelu, wzięliśmy prysznic i udaliśmy się na imprezę pomaratońską, w czasie której można było znowu najeść się makaronu. Potem pojechaliśmy samochodem, żeby zwiedzić Bolonię. Miasto bardzo mi się podobało. Podobno jest tu w sumie aż 37 km arkad. Powstały one głównie w XIV wieku, kiedy to władze miejskie zdecydowały, że trzeba rozwiązać problem braku mieszkań, poprzez wybudowanie na fasadach występów, podtrzymywanych przez tramy. Spacer po bolońskiej starówce prowadziliśmy właśnie pod arkadami, co jest świetnym rozwiązaniem w przypadku kapryśnej pogody. Zatrzymaliśmy się w kawiarni przy Piazza Maggiore - głównym punkcie miasta. Na zmianę zwiedziliśmy wielką gotycką bazylikę San Petronio (nie mogliśmy wejść razem, bo do środka nie można było wnieść plecaka). Przy placu jest jeszcze kilka ciekawych budynków, które warto zobaczyć.

Bazylika San Petronio w Bolonii

Kontynuowaliśmy nasz spacer ulicą Via Rizzoli w kierunku placu z dwiema wieżami. Zabawne, że plac jest bardzo niewielki i trzeba spojrzeć wysoko w górę, żeby się zorientować, że to właśnie to miejsce. Wieże są jednymi z ostatnich z 200 średniowiecznych wież Bolonii. Wyższa (torre degli Asinelli) liczy 98 metrów, niższa - 48. Z placu przeszliśmy się Via Zamboni by zobaczyć liczący blisko 1000 lat uniwersytet boloński. Ostatnią atrakcją zwiedzania był kompleks świątynny sette chiese, złożony (jak sama nazwa wskazuje) z siedmiu kościołów. Bardzo stare świątynie są świetnymi przykładami architektury wczesnochrześcijańskiej i romańskiej. W surowym wnętrzu jednego kościoła odniosłem wrażenie, że czas zatrzymał się tu 1000 lat temu.

Sette chiese

Po udanym spacerze po Bolonii wróciliśmy do naszego hotelu. Mieliśmy jeszcze chwilę czasu na drzemkę, żeby zregenerować siły przed wieczorem sylwestrowym. Nowy rok witaliśmy w restauracji przylegającej do hotelu. Nie była to huczna impreza. Siedzieliśmy przy jednym z około dziesięciu zajętych stolików, słuchaliśmy nieznanym mi piosenek włoskiego wodzireja, kosztowaliśmy kolejnych dań, popijając kolację czerwonym winem. O północy wyszliśmy na taras, by podziwiać sztuczne ognie. W tak pięknych okolicznościach przyrody, Ania zgodziła się zostać moją dziewczyną. Nie mogłem sobie lepiej wyobrazić rozpoczęcia nowego roku, a Sylwester 2008/2009 uznaję za najbardziej udany w swoim życiu.

W nowym roku czekała na mnie jeszcze jedna drobna formalność - trzeba było dojechać do San Marino, znaleźć odpowiednie miejsce i przebiec tam maraton. Ania zdawała sobie dobrze sprawę z tego, że jestem szaleńcem, więc nie musiałem jej długo tłumaczyć mojej oryginalnej zachcianki. Pokonaliśmy odcinek autostrady z Bolonii do Rimini, gdzie skręciliśmy w kierunku naszego celu.

San Marino jest trzecim najmniejszym państwem w Europie (po Watykanie i Monako). Stanowi enklawę na terenie Włoch, granicząc z tym państwem na długości 39 km. Państewko leży w Apeninach, a najwyższy jego szczyt stanowi Monte Titano (749 m n.p.m.). W czasie naszego pobytu San Marino zamieszkiwało niecałe 30 tysięcy ludzi.

Co ciekawe, San Marino jest najstarszą republiką na świecie (powstało w 301 roku naszej ery). Głowa państwa nosi tytuł kapitana regenta. Po wjeździe do San Marino nie zauważyłem żadnych poważnych różnic w porównaniu z Włochami - żadnej granicy, ten sam język i waluta.

Jeszcze przed wyjazdem do Włoch przeprowadziłem śledztwo, żeby wybrać odpowiednią trasę do przebiegnięcia maratonu w San Marino. Najłatwiej byłoby to zrobić na stadionie narodowym, ale odrzuciłem ten pomysł. Po poprzednim takim maratonie w Bernie miałem trochę dosyć tego typu atrakcji. Poza tym, wiedziałem, że stadion będzie prawdopodobnie zamknięty. Nie pomyliłem się - w nowy rok jego bieżnia była zaśnieżona.

Zacząłem szukać imprez biegowych w San Marino oraz opisów tutejszych tras. Udało mi się znaleźć tylko jedną - w parku w Falciano, na krańcach San Marino. Opis trasy został zamieszczony przez tutejszego biegacza, który regularnie trenował na tej pętli. Na stronie zamieszczony był ślad trasy naniesiony na mapkę. To na tej pętli postanowiłem przebiec maraton.

Wydrukowałem sobie mapkę z okolicami parku, ale dotarcie do niego okazało się trudniejsze niż przypuszczałem. Po wjeździe do San Marino ominęliśmy istotny drogowskaz prowadzący do stadionu i pojechaliśmy drogą do centrum historycznego San Marino, prowadzącej po zboczach wielkiej góry. Dzięki tej trochę wymuszonej podróży (nie tutaj chciałem biec), udało nam się podjechać pod zamek stojący na szczycie Monte Titano. Pogoda nie sprzyjała zwiedzaniu - było bardzo zimno i wszędzie unosiła się mgła.

Można było powiedzieć, że zwiedzanie San Marino mieliśmy już zaliczone, teraz pozostawało tylko przebiec tu maraton. Musieliśmy pytać miejscowych o drogę i w końcu dotarliśmy do stadionu narodowego, który znajdował się w obrębie mojej mapy. Stamtąd bez problemu dojechaliśmy do parku. Przed startem przeszliśmy oboje całą pętlę na piechotę. Trasa była ładna, ale trudna. Parkowy chodnik prowadził po pagórkach, a poważnym utrudnieniem były oblodzone fragmenty, na których trzeba było uważać. Nic nie było w stanie mnie jednak powstrzymać przed podjęciem wyzwania. Wróciliśmy do samochodu, przy którym szybko się przebrałem i przygotowałem sobie odżywki na trasę. Plan był taki, że Ania miała odczekać półtorej godziny i dołączyć do mnie, kiedy mój GPS pokaże dystans 21,1 km.

Sprawdzamy trasę przed biegiem...

Pożegnałem się z Anią, zszedłem kawałek do parku, położyłem obok chodnika moje butelki z wodą i ruszyłem. Najpierw trasa prowadziła lekko pod górkę długą prostą w kierunku Monte Titano, potem był mostek z oblodzoną nawierzchnią, podbieg po łuku, mocny zbieg, prowadzący do innego mostka, za którym trzeba było bardzo ostro skręcić w lewo na oblodzonym chodniku, potem czekał kolejny trudny mostek, a dalej trasa prowadziła chodnikiem, który zawracał do miejsca startu. Ten odcinek o długości około 1220 metrów pokonywałem początkowo w czasie 5:30. Biegło mi się bardzo fajnie, ale nie mogłem się doczekać, kiedy dołączy do mnie Ania. Bardzo się ucieszyłem, kiedy ją zobaczyłem. Miała trochę czasu, żeby się rozgrzać i dołączyła do mnie na początku mojego 18. kółka. Dałem jej sygnał, kiedy może włączyć stoper (ja miałem wtedy na zegarku 1:37) i od tego momentu lecieliśmy półmaraton.

To było fantastyczne doświadczenie, biec ze swoją nową dziewczyną (formalnie od 16 godzin). W normalnych maratonach zające towarzyszą czołówce od startu, a potem schodzą z trasy. Mój zajączek biegł ze mną od połowy i miał mnie wspierać do końca biegu. Ania wywiązywała się znakomicie z tego zadania. "Już niedaleko, kochanie. Ładnie biegniesz, podziwiam Cię" - słyszałem od niej.

Pod koniec naszego biegu na dworze zrobiło się ciemno i w parku zaświeciły latarnie. W takiej scenerii robiliśmy ostatnie kółka. W czasie biegu po długiej prostej cały czas było widać oświetloną górę z zamkiem. Na kilka kilometrów przed metą miałem lekki kryzys, ale Ania mobilizowała mnie do utrzymania tempa, a na ostatnich dwóch kółkach zaczęliśmy przyspieszać. Mój stoper zatrzymał się na cyfrach 3:16:05, Ania spokojnie zrobiła półmaraton w czasie 1:39. Przytuliłem ją i podziękowałem za wspólny bieg. Była bardzo dzielna, że biegła razem ze mną, mimo przeziębienia.

Od razu po biegu pojechaliśmy szybko do hotelu, który Ania załatwiła w czasie, kiedy ja wykonywałem pierwsze kółka. Przyniosłem herbatę do pokoju, co pomogło mojej ukochanej dojść trochę do siebie.

Rano zjedliśmy późne śniadanie i opuściliśmy hotel. Długą drogę do Turynu wykorzystaliśmy, żeby lepiej się poznać i rozmawialiśmy przez cały czas. Na szczęście Ania lubi jeździć samochodem i pięciogodzinna podróż z krótkimi postojami nie stanowiła dla niej żadnego problemu.

Po przyjeździe do Turynu nie mieliśmy specjalnej ochoty na wieczorne zwiedzanie miasta. W końcu mogliśmy skorzystać z Internetu i obejrzeć wyniki sztafety. Nasza drużyna została ostatecznie nazwana "Ryledoriec Anin". Jeszcze w biurze zawodów zobaczyłem na kopiercie nazwę "BYLEDORIEC" i poprawiłem organizatorów. Niestety, zamiast zamienić niepoprawne "R" na "B", zrobili odwrotnie (poprawne "B" zamienili na "R") i tak już zostało. Może być ten "Ryledoriec" - już i tak widziałem tyle sposobów pisowni nazwy naszego klubu.

Wieczorem zrobiliśmy szybkie zakupy i zjedliśmy kolację przy świecach w mieszkaniu Ani. Miasto udało się zwiedzić następnego dnia. Ania pokazała mi swoją morderczą trasę po turyńskich wzgórzach. Latem co tydzień pokonywała na niej przeszło 30 km. Biorąc pod uwagę olbrzymie przewyższenia, trudność takiej wycieczki biegowej jest porównywalna z maratonem. Byłem pod ogromnym wrażeniem, że dawała radę pokonywać tak strome podbiegi. Ania zaproponowała, że zrobimy trening na tej trasie, gdy następnym razem przyjadę do Turynu. Faktycznie, 2 tygodnie później śmignęliśmy tutaj przeszło 30 km w czasie 2:41. To była świetna sprawa.

Na wzgórzach zobaczyłem bramę prowadzącą do posiadłości właścicieli Fiata - rodziny Anieli. Potem minęliśmy Park Magdaleny, położony w najwyższym punkcie tej trasy. Po długiej podróży dotarliśmy do wspaniale położonej na wzgórzu bazyliki Superga.

Superga

Obeszliśmy mury dookoła, by dotrzeć do krzyża upamiętniającego tragiczne wydarzenia z 1949 roku. Dokładnie w tym miejscu rozbił się samolot z drużyną piłkarską Grande Torino. W katastrofie zginęło 31 osób, z czego większość stanowili najlepsi włoscy piłkarze tego okresu. Wystarczy powiedzieć, że Grande Torino zdobyło 5 tytułów mistrza Włoch z rzędu, a zawodnicy tego klubu stanowili trzon reprezentacji narodowej. Bazylika prezentowała się bardzo ładnie, a powietrze było na tyle przejrzyste, że można było podziwiać widoki z tarasu widokowego na wzgórzu.

Zjechaliśmy z Supergi na dół i dotarliśmy znowu nad Pad. Ania pokazała mi biuro Fiata, w którym pracowała. Potem przejechaliśmy przez najważniejsze ulice w centrum miasta i zaparkowaliśmy przy położonym nad rzeką kościele Gran Madre. Przeszliśmy przez szeroki plac Vittorio Veneto i dotarliśmy do charakterystycznego budynku Mole, w którym mieści się muzeum kina. Ze względu na brzydką pogodę nie chcieliśmy wjeżdżać na iglicę budynku, tylko od razu weszliśmy do muzeum. Ekspozycja zaczyna się od prezentacji teatru cieni i rozwiązań wykorzystujących różne ciekawe zjawiska optyczne. Potem przechodzi się przez sale, w których prezentowane są powstałe pod koniec XXVIII wieku urządzenia do oglądania obrazów, które przesuwają się kolejno na życzenie użytkownika. XIX wiek to już pierwsze urządzania do prezentacji animacji, najpierw dwuklatkowe, potem bardziej zaawansowane. Prawdziwe urządzenia do pokazywania filmów zaczęły powstawać pod koniec XIX wieku. Przez niewielki wizjer w dużej szafce można było zobaczyć przesuwające się klatki filmu. Dalsza część ekspozycji to już współczesna historia filmu - pokoje z przedmiotami z planów, plakaty, informacje o technice filmowej. Wycieczkę zakończyliśmy w holu budynku na dużych czerwonych fotelach, które mają wbudowane głośniki na wysokości głowy. W pozycji leżącej można było obejrzeć jeden z czterech prezentowanych na rogach auli filmów. Obok jest też ciekawa sala, w której można obejrzeć film siedząc na ...muszli klozetowej.

Po wyjściu z muzeum przeszliśmy się trochę po centrum miasta. Najpierw zrobiliśmy sobie spacer po zatłoczonych arkadach via Po, która doprowadziła nas do Piazza Castello. Na środku głównego placu stoi palazzo Madama, a zaraz obok jest pałac królewski. Za nim znajduje się katedra, w której spoczywa Całun Turyński - lniane płótno z tajemniczym odbiciem ciała mężczyzny. Uważa się, że w ten całun zostało spowite ciało Jezusa, choć nie zostało to udowodnione badaniami naukowymi. Przy okazji innej wizyty w Turynie (było ich sporo) miałem okazję obejrzeć całun.

Z Piazza Castello przeszliśmy się popularną via Roma, która doprowadziła nas do Piazza San Carlo, zwanego salonem Turynu. Stamtąd musieliśmy powoli wracać do samochodu, żeby dotrzeć do knajpy na kolację. Umówiliśmy się tam z koleżanką Ani - Agnieszką. Kolacja miała formę aperitivo. Była smaczna, ale jakoś nie miałem ochoty się przejadać. Może źle robiłem, bo po powrocie z Włoch moja waga była rekordowo niska - 62 kg. Tak chudy nie byłem nawet w czasie wyjazdu na Antarktydę.

Po wyjściu z restauracji pojechaliśmy do południowej części miasta. Ania biegła wcześniej w turyńskim biegu na 10 km - Tutta Dritta. Potem w 2009 roku wystartowaliśmy tu oboje. Nazwę zawodów można przetłumaczyć na "długa prosta", bo na trasie nie ma żadnego zakrętu. Jechaliśmy właśnie tą ulicą, na której rozgrywany był bieg. W tych okolicach zobaczyłem stadion olimpijski (igrzyska zimowe odbyły się w Turynie w 2006 roku) i ładnie oświetloną główną siedzibę Fiata - drugie miejsce pracy Ani.

Niebieska iluminacja na klasztorze kapucynów - 2 tygodnie później już jej nie było

Odwieźliśmy Agnieszkę do domu i pojechaliśmy do klasztoru kapucynów, który miał śliczną, niebieską iluminację. Bardzo ładny jest też położony niedaleko średniowieczny zamek Valentino, który mogłem oglądać tylko z okien samochodu. Do Turynu wróciłem już 2 tygodnie później, żeby odwiedzić Anię. Wtedy miałem więcej czasu na zwiedzanie miasta i mogłem w końcu tu pobiegać.

Sylwestrowa podróż do Włoch była bardzo udana pod każdym względem. Nasza sztafeta wypadła znakomicie, a ja byłem w świetnej formie. Przebiegłem kolejną stolicę europejską (San Marino), zwiedziłem Mediolan, Bolonię i Turyn. Atrakcje sportowe i turystyczne przyćmiło jednak to, że w końcu poznałem wspaniałą kobietę, z którą mogłem wiązać plany na przyszłość.

Galeria zdjęć z Włoch

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin