O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2008-10-25, Stara Miłosna (Polska)


Ostatnie kółko bolało
Koniec pięknej serii

Relacja Roberta z 43. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:08:28

2 /
43

4.7


Maratony Roberta

Maraton w Starej Miłosnej był od 3 lat obowiązkową pozycją w moim kalendarzu startowym. Wygrałem wszystkie jego edycje i było naturalne, że musiałem wystartować również w 2008 roku. Impreza została rozpropagowana i straciła miano kameralnej. Do startu zgłosiło się około 50 osób - tyle, ile we wszystkich poprzednich edycjach razem wziętych.

Po udanym maratonie w Budapeszcie miałem niewiele czasu na przygotowanie się do trudnego startu w SM. Napięta sytuacja w pracy utrudniała planowanie treningów, ale robiłem co było w mojej mocy. Wiedziałem, że zwycięską passę będzie bardzo trudno przedłużyć, bo zgłosiło się kilku mocniejszych amatorów.

Trasa została w ostatniej chwili zmieniona, w stosunku do tej z poprzednich lat. Podobno władze dzielnicy przestraszyły się tak dużej frekwencji i nie chciały wpuścić biegaczy na ulice Starej Miłosnej. Biuro zawodów i start pętli znajdowały się na polance koło rancza przy ulicy Fabrycznej. Najpierw biegło się prosto po górkach, potem w lewo czerwonym szlakiem (spora piaszczysta góra), dalej w lewo żółtym, aż do asfaltu od pętli przy Zagórzu. Na tamtym odcinku można było biec nieco szybciej. Po zbiegnięciu z asfaltu wracało się do żółtego szlaka, a ten doprowadzał biegaczy w okolice starej trasy maratonu, którą należało kontynuować bieg. Na koniec przewidziano jeszcze przeszło kilometrową dodatkową pętelkę. Trasa miała kształt cyfry 8.

Równolegle z maratonem rozgrywany był bieg na 7,195 km. W obu imprezach wzięło udział aż 8 osób z naszego rozwijającego się klubu Byledobiec Anin. Maratończycy i minimaratończycy wystartowali wspólnie. Puściłem przodem kilku szybszych zawodników, a sam biegłem na początku razem ze Zbyszkiem Koperem - bardzo doświadczonym maratończykiem. Po krótkiej rozmowie dowiedziałem się, w jakiej jest i formie i już wiedziałem, że obrona tytułu jest praktycznie nierealna. Na pierwszym kółku starałem się kontrolować sytuację i utrzymywać z nim kontakt wzrokowy. Niestety, wymusiło to znacznie szybsze tempo niż zakładałem przed biegiem. Po pierwszej pętli (7,195 km) dowiedziałem się, że Alex wygrał minimaraton. Przede mną była jeszcze bardzo długa droga do mety.

Końcówka pierwszego kółka - moja twarz mówi, że zacząłem za szybko
Rodzina klaszcze, to trzeba się pokazać ;-)

Nasze panie (Kasia, Iwona, Ania) obstawiły całe podium minimaratonu (udział wzięło 10 kobiet). Dobry przykład dał im wcześniej Alex, który wygrał całe zawody. Stawkę zamknęła Weronika, która krążyła po lesie i postawiła sobie za cel, że muszę ją zdublować. Udało mi się na to ostatnich metrach mojego drugiego kółka. Trzecią pętlę przebiegłem w podobnym, szalonym tempie. Po przebiegnięciu 21,195 km, na zegarku zobaczyłem wynik 1:26:37. Wiedziałem, że przyjdzie mi za to zapłacić.

Czwarte kółko pokonałem znowu poniżej 30 minut. Chwilę potem zobaczyłem Wojtka, którego nie było na starcie. Spieszył się na ślub i zaczął bieg półtorej godziny przed nami. On mógł już odpocząć, moje męki dopiero się zaczynały.

Na przedostatnim kółku powoli zaczynałem odczuwać trudy tego maratonu. Pokonałem asfaltowy odcinek koło Zagórza i chwilę potem zobaczyłem Jarka Widomskiego. Miał brać udział w maratonie, ale kontuzja pokrzyżowała jego plany. Szedł po lesie z kijkami i na chwilę przyłączył się do mnie w biegu. "Połamiesz 3 godziny?" - spytał. "Na razie na tyle idę, ale czuję, że będzie kilka ładnych minut więcej" - odpowiedziałem zmęczonym głosem. Chwilę później dołączyłem do biegacza, którego zdublowałem i jak się potem okazało, do końca biegu miałem utrzymywać jego tempo.

Alex wspierał mnie w końcówce - jeszcze niecałe półtora kilometra...

Kółko ukończyłem powyżej 32 minut. Napiłem się na punkcie i potruchtałem dalej. Pod piaszczystą górkę musiałem trochę podchodzić. Co jakiś czas kontrolowałem sytuację z tyłu, żeby nie stracić drugiej pozycji. Zastanawiałem się też, jaki czas uzyskał Wojtek i czy przypadkiem nie przegram naszego korespondencyjnego pojedynku. Na małej pętelce na końcu kółka dołączył do mnie Alex. Miałem podobną sytuację, jak w czasie mojego pierwszego maratonu - wtedy też w końcówce towarzyszył mi brat, a ja coś marudziłem, podchodziłem, truchtałem. Oczywiście, na ostatniej prostej musiałem się jakoś pokazać i wesoło wpadłem na metę.

Uff, udało się

Zająłem drugie miejsce. Wynik nie był zły, jak na tak trudną trasę, ale przy lepszym rozłożeniu sił mogłem spokojnie urwać kilka minut, a po biegu czułbym się znacznie lepiej. Napiłem się i posiliłem pysznym bigosem. Po kilkunastu minutach zaczęli się pojawiać kolejni zawodnicy. Okazało się, że wyprzedził ich Wojtek i to on zajął trzecie miejsce. Poczekaliśmy jeszcze na Jacka, który nabiegał 3:43 i na tej trudnej trasie pobił aż o 20 minut swój rekord z Maratonu Warszawskiego.

Wróciłem do domu, żeby się wykąpać, a potem pojechaliśmy z powrotem na dekorację. Poza statuetką, dostałem fajny zestaw kosmetyków. Potem odebrałem również kupon na zakupy w sklepie sportowym. Takie nagrody pojawiły się w Starej Miłosnej pierwszy raz. Od razu po dekoracji pojechaliśmy do Ani na pomaratońską bibkę. Nie pamiętam, ile butelek wina wtedy wypiliśmy - było bardzo wesoło. Do domu wróciłem autobusem z Aleksem, Weroniką i Dominiką.

Następnego dnia rano przybiegłem po samochód do Starej Miłosnej i pojechałem z Anią i Markiem na basen. Woda była znacznie zimniejsza niż ta na Islandii czy w Budapeszcie. Szybko przeskoczyłem do cieplejszego basenu. Trzeba było się zrelaksować po ciężkim biegu, a właściwie po całym sezonie. Cieszyłem się, że był to mój ostatni maraton w tym roku.

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin