O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2008-08-23, Rejkiawik (Islandia)


Trzech Celińskich na Islandii
Tygodniowy objazd wyspy

Relacja Roberta z 40. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:05:16

20 /
547

3.7


Maratony Roberta

Wizja przebiegnięcia maratonu na Islandii kusiła mnie przez długi czas. Na przeszło rok przed imprezą umówiliśmy się z Aleksem, że wystartujemy tam w 2008 roku. Uznaliśmy, że może do nas dołączyć nasz najmłodszy brat - Marek. W roku maratonu skończył 14 lat, stał się doroślejszy i... zaczął biegać. Okazało się, że obok maratonu, w Rejkiawiku organizowane są w tym samym dniu imprezy na innych dystansach. Alex podchodził profesjonalnie do swoich startów, postanowił oszczędzać siły na Maraton Warszawski i w Rejkiawiku zdecydował się na krótszy dystans - półmaraton. Marek miał biec na 3 km, ale ze względu na niekorzystną godzinę startu tego biegu, podjął się wyzwania przebiegnięcia 10 kilometrów. Ja oczywiście nie mogłem odmówić sobie przyjemności przebiegnięcia pełnego maratonu po najbardziej na północ wysuniętej stolicy europejskiej, mojej 19. w tej statystyce.

Biegowe święto w Rejkiawiku odbywa się tu co roku w trzecią sobotę sierpnia, co zbiega się ze świętem Nocy Kultury. Okres pobytu został podyktowany terminami lotów, oferowanymi przez taniego przewoźnika, bezpośrednio z Warszawy. Mieliśmy dokładnie tydzień na zobaczenie najciekawszych atrakcji na wyspie. Pilnie studiowałem przewodnik, żeby nie ominąć żadnego interesującego punktu. Policzyłem, że w tydzień da się objechać całą wyspę dookoła, odwiedzając najciekawsze miejsca. Jest to możliwe przy odpowiedniej dyscyplinie czasowej, bo islandzka trasa nr 1 (w większości asfaltowa, czasem gruntowa) liczy przeszło 1300 km, a do części atrakcji turystycznych trzeba dojeżdżać innymi drogami. My ostatecznie przejechaliśmy 2000 km.

Trzeba wiedzieć, że część dróg na Islandii można pokonywać wyłącznie samochodem terenowym. Dotyczy to szczególnie tras w interiorze (środek wyspy), gdzie kamieniste drogi są przecinane głębokimi strumieniami. My dysponowaliśmy zwykłym samochodem osobowym i musieliśmy się ograniczyć do dróg dookoła wyspy.

Ze względu na koszty, a także łatwość organizacji noclegów, zdecydowaliśmy się spać przez cały wyjazd pod namiotem. Zaopatrzyliśmy się w zapasy żywności, która na Islandii była bardzo droga (kraj był uznawany za najdroższy w Europie). Szykował się harcerski wyjazd. Wiedzieliśmy, że sprawy nie ułatwia kapryśna islandzka pogoda - chłód, wiatr i częste opady. Mimo tych przeciwności, na wyspę wybiera się wielu rowerzystów, którzy w takich warunkach pokonują setki kilometrów, zabierając ze sobą cały biwakowy ekwipunek. My mieliśmy tę przewagę, że zawsze mogliśmy się schować w samochodzie.

Przygoda rozpoczęła się na terminalu Etiuda, na który podwieźli nas rodzice. Potrzebne były 2 samochody, bo inaczej nie dało rady zabrać wszystkich naszych bagaży. Na lotnisko przyjechaliśmy na 2 godziny przed odlotem, a przez półtorej musieliśmy stać z tym całym sprzętem w kolejkach. Czasem otwierano jakieś wejście na terminal, a inne zamykano. Potem proszono priorytetowo grupę do innego samolotu, który odlatywał po naszym. Sporo ludzi się stresowało. W końcu udało nam się przepchnąć do właściwego punktu odpraw i szczęśliwie dotarliśmy do samolotu.

W czasie lotu Marek był bardzo podekscytowany, bo była to jego pierwsza podróż samolotem. Robił zdjęcia chmurom i przeżywał każdy manewr maszyny. Nie dziwiłem się temu specjalnie, bo 4 lata wcześniej sam namiętnie filmowałem chmury w czasie mojej pierwszej podróży na maraton zagraniczny - do Monako.

Szczęśliwie dolecieliśmy na międzynarodowe lotnisko Keflavik. Jest ono położone na półwyspie Reykjanes, 60 km na wschód od Rejkiawiku. Tam wynajęliśmy samochód - trafiła nam się czarna Toyota Corolla. Z lotniska pojechaliśmy na południe, gdzie uderzył nas księżycowy krajobraz wyspy. Pierwsze wrażenie nie było zachęcające. Wyszliśmy na chwilę z auta na parkingu - było zimno, wiało i padało. Po chwili spędzonej na powietrzu wsiadaliśmy do auta i ustawialiśmy mocne ogrzewanie.

Po krótkiej podróży dotarliśmy do mostu między dwoma kontynentami. Łączy on brzegi wąskiego kanionu, którego jeden należy do europejskiej, a drugi do amerykańskiej płyty kontynentalnej. Taka granica przebiega przez środek wyspy, stąd bardzo duża aktywność sejsmiczna tego obszaru. Spędziliśmy trochę czasu przy lawowych skałach, ale wkrótce znów się rozpadało i musieliśmy sprintować do samochodu.

Dojechaliśmy do miejscowości Grindavik, która liczy niecałe 3 tysiące mieszkańców. Co ciekawe, ta mała osada została napadnięta w 1627 przez tureckich piratów. Nie wiem, jakie zdobyli tu łupy, ale w obecnym stanie miasto nie przedstawia wielkiej wartości dla złodziei. Dojechaliśmy do kempingu, który okazał się potem najgorszym polem namiotowym, na którym spaliśmy w czasie wycieczki. Nie przejmowaliśmy się jednak tym, bo w perspektywie mieliśmy gorącą kąpiel w otwartym basenie Błękitna Laguna - jednej z głównych atrakcji turystycznych Islandii.

Jedną z naczelnych byledobiecowych zasad jest, że jeżeli masz zamiar się kąpiel, to wcześniej musisz się porządnie spocić (bo po co niby myć i tak czyste ciało?). Dlatego po dojechaniu do parkingu koło kąpieliska, postanowiliśmy zrobić trening. Przebiegliśmy trochę ścieżką na lawowej pustyni. Kruche głazy porastał bardzo przyjemny mech i biegło się trochę jak po dywanie. Trzeba było jednak uważać na zdradziecką nawierzchnię, żeby nie wpaść gdzieś nogą. Marek zszedł na chwilę w rozpadlinę do małej jaskini, których było w tym miejscu sporo. Trening kontynuowaliśmy drogą. Zrobiliśmy kilka zdjęć i postanowiliśmy wracać. Kończyliśmy interwałami, biegając w tę i z powrotem dookoła Marka. Skoro już byliśmy porządnie spoceni, mogliśmy z czystym sumieniem się wykąpać.

Trening na lawowej pustyni

Woda w otwartym kąpielisku Błękitna Laguna ma blisko 40 stopni i bardzo miło jest w niej pływać, jeżeli temperatura powietrza wynosi 12 stopni i kropi deszcz. Intensywny kolor wody bardzo ładnie kontrastuje z szarym otoczeniem pól lawy, a krajobraz uzupełnia unosząca się para. Kąpielisko jest wypełnione wodą morską, która pochodzi z głębokości 2000 metrów. Woda przechodzi najpierw przez elektrownię, gdzie oddawane jest ciepło, a potem trafia do kąpieliska. Jest bardzo bogata w minerały i świetnie wpływa na wszystko. Jak ktoś lubi, może się dodatkowo wysmarować gorącym błotem, co jest znakomite dla cery. Ja jakoś nie wypiękniałem, Markowi tylko na chwilę przykryło młodzieńczy trądzik, a Alex nałożył na twarz błoto i robił minę Martina Hoelwartha - też nie wyglądał zbyt ładnie.

Trzech Celińskich na Islandii - relaks po długim locie

Poza relaksem w basenie, skorzystaliśmy również ze sztucznego wodospadu, łaźni suchej i parowej. W tej drugiej bardzo przydała się wodoodporność mojego aparatu fotograficznego i zrobiłem braciom super zdjęcie. Spacery między basenem a sauną powodowały lekki szok termiczny. Alex był tak wstrząśnięty, że na pożegnanie przy wyjściu uderzył się porządnie w nogę.

Błękitna Laguna

Niestety, nie mogliśmy wylegiwać się w basenie przez cały wyjazd. Trzeba było znowu stawić czoło kapryśnej islandzkiej pogodzie. Rozstawianie namiotu na kempingu w Grindaviku było nie lada wyzwaniem. Robiliśmy to tuż przy samochodzie, który miał nas osłaniać od wiatru. Po długiej walce udało nam się ustawić konstrukcję, wbić śledzie w twardy grunt i obłożyć kamieniami. Noc nie należała do najprzyjemniejszych, szczególnie dla Aleksa, który musiał znosić uderzenia pompowanej wiatrem ściany źle naciągniętego namiotu.

Następnego dnia zjedliśmy piknikowe śniadanie i byliśmy gotowi na masę czekających nas wrażeń, związanych ze zwiedzaniem Złotego Kręgu. Najpierw przejechaliśmy na północ, w kierunku lotniska, a potem trasą w kierunku Rejkiawiku. Stolicę ominęliśmy jadąc obwodnicą. Niestety, już wtedy z daleka zauważyłem, że najbardziej charakterystyczny budynek Islandii, kościół Hallgrimskirkja jest przykryty czapką rusztowań. Po minięciu Rejkiawiku kierowaliśmy się na północ, by skręcić w drogę 36, prowadzącą do Thingvellir. Krajobraz bardzo się zmienił i zamiast lawowej pustyni na półwyspie Reykjanes, moim oczom ukazały się zielone wzgórza, krajobraz porównywalny z irlandzkim. Zatrzymaliśmy się w punkcie widokowym niedaleko jeziora Thingvallavatn, obok którego rozciągało się pole złożone z setek kopczyków. Tradycja nakazuje dodanie kamienia do kopczyka, żeby zapewnić sobie szczęśliwą podróż.

Chwilę później byliśmy w Thingvellir (po islandzku "równina zgromadzeń"). Od 930 roku zbierał się tutaj Althing - średniowieczny parlament, najstarszy w Europie (polski sejm skończył niedawno zaledwie 500 lat). W Thingvellir przez przeszło 3 stulecia zapadały najważniejsze decyzje - stanowiono prawo, dokonywano egzekucji. W 1000 roku zdecydowano o przyjęciu chrześcijaństwa. Rola Althingu malała wraz z kolejnymi wiekami, aż do ostatecznego przeniesienia siedziby do Rejkiawiku w 1798 roku.

Na początku przeszliśmy się długim wąwozem, którego wschodnia ściana należy do europejskiej, a zachodnia do amerykańskiej płyty kontynentalnej. Na końcu wąwozu wyrastało niewielkie wzgórze, nad którym powiewała flaga islandzka. To tutaj stał niegdyś przewodniczący Atlhingu. Jego zadaniem było recytowanie aktualnie obowiązujących praw. Jeżeli zdarzyło się, że o jakimś przepisie zapomniał, przestawał on obowiązywać w danym roku (wyobraźmy sobie taką sytuację dzisiaj na Wiejskiej). Islandia była w średniowieczu podzielona na 48 okręgów, z każdego do rady delegowano przewodniczącego i dwóch jego doradców. Na wzgórzu mógł jednak przemówić każdy wolny mieszkaniec.

Wąwóz Thingvellir

Przeszliśmy na drugi brzeg szeroko rozlewającej się, płytkiej rzeki. Stoi tam kilka domków wybudowanych z okazji 1000-lecia Althingu oraz kościółek Thingvallakirkja. W jego wnętrzu trzeba uważać na głowę, żeby nie uderzyć w nisko zawieszoną belkę w niewielkim wnętrzu. Alex przekonał się o tym na własnej skórze i skomentował ten wypadek słowami, których w kościele wymawiać się nie powinno.

Przeszliśmy się jeszcze chwilę nad rzeką, potem mostem blisko jeziora i wspięliśmy się z powrotem na skały, w stronę parkingu. Thingvellir jest ładnym miejscem, ale sławę zawdzięcza głównie historii nakreślonej ręką człowieka. Czekały nas kolejne atrakcje Złotego Kręgu, stworzone już wyłącznie przez naturę.

Pożegnaliśmy okolice jeziora, skręcając w dość dziką drogę 365. Marek próbował tam zrobić zdjęcia owcom, a potem gonił je z aparatem. Później wróciliśmy na bardziej cywilizowane drogi, by dotrzeć w końcu do Geysir. Jest to obszar, na którym znajduje się kilka aktywnych źródeł. To tutaj do lat 60-tych wybuchał wielki gejzer, wyrzucający słup wody na 60 metrów. Obecnie uaktywnia się jedynie podczas trzęsień ziemi. Atrakcją pozostaje Strokkur (maselnica - od kształtu naczynia do ubijania śmietany na masło). Wyrzuca on słup wody na około 30 metrów i robi to bardzo regularnie, w krótkich odstępach czasu.

Zaparkowaliśmy auto i przeszliśmy się ścieżką obok dymiących źródełek. W Małym Gejzerze gotowała się woda i widać było intensywne bulgotanie. Dalej w górę jest kilka innych ładnych oczek wodnych, między innymi Blesi o intensywnie błękitnym kolorze. Na końcu ścieżki jest Geysir. Widać, że jego krater jest potężny i faktycznie, mógł z niego wylatywać ogromny słup wody.

Erupcja w krainie gejzerów

Największą atrakcją jest oczywiście Strokkur. Wokół niego zbierają się turyści, czekając na kolejną erupcję. Następowała ona co 5-10 minut. Im dłużej gejzer kazał nam czekać, tym potężniejszy był słup wody. W czasie naszego pobytu w tych okolicach widzieliśmy chyba 8 erupcji. Robiliśmy zdjęcia i filmy - z bliska, a także ze wzgórza nad tym cudownym obszarem. Bardzo ekscytujący jest moment, kiedy na wodzie zaczyna się robić bąbel - turyści zaczynają krzyczeć z przejęcia, a ułamki sekund później z ziemi wytryskuje wielka, naturalna fontanna. Trzeba uważać, w którym miejscu się stoi, bo wiatr zwiewa wodę w określonym kierunku i nieostrożni obserwatorzy mogą zaliczyć nieplanowany prysznic.

Po wizycie w parku gejzerów udaliśmy się do miejscowego punktu gastronomicznego, gdzie trochę się posililiśmy i obejrzeliśmy kobiecy finał olimpijski na 3000 m z przeszkodami. Ta konkurencja była rozgrywana pierwszy raz na igrzyskach w wydaniu kobiecym. Trochę żałowałem, że nie możemy sobie zaplanować oglądania najważniejszych wydarzeń z Pekinu, ale sama wycieczka była na pewno ciekawsza.

Od gejzerów do wodospadu Gullfoss dzieliło nas zaledwie 6 kilometrów. Dalej kończyła się normalna droga, a zaczynał prawdziwy interior. Bliskość wodospadu zdradził nam rozciągający się po naszej prawej stronie, długi na ponad 2 km wąwóz, którego dołem płynęła rzeka Hvita. Unoszącą się nad Gullfoss parę wodną było widać już przy parkingu. Wodospad nie jest potężny, ale za to bardzo ładny. Woda spada z niego po dwóch progach, wysokich na 11 i 21 metrów. Podeszliśmy bardzo blisko górnego progu wodospadu na płaskie, mokre skały. Zrobiliśmy trochę zdjęć, powygłupialiśmy się i postanowiliśmy wejść wyżej, na krawędź wąwozu. Po drodze minęliśmy rzeźbę Sigridur Tomasdottir - córki przemysłowca, który planował zbudować zaporę i elektrownię w miejscu Gullfoss. Dziewczyna sprzeciwiła się zamiarom ojca, grożąc mu, że skoczy w dół z progu wodospadu. Tomas Tomasson uległ, dzięki czemu dzisiaj możemy podziwiać Gullfoss w pełnej okazałości.

Gullfoss

Przy okazji wzmianki o tych dwóch postaciach, warto pochylić się nad kwestią nazwisk islandzkich. Tomas Tomasson to "Tomasz, syn Tomasza", a jego córka Sigridur Tomasdottir to "Sigridur, córka Tomasza". Nazwiska islandzkie są patronomiczne - do imienia ojca dodaje się końcówkę "-son" lub "-dottir". Nie praktykuje się tytułowania po nazwisku, bo samo "syn Tomasza" niewiele mówi.

Na szczycie wąwozu nad Gullfoss potwornie wiało. Kręciłem film chłopakom, jak walczą z wiatrem i akurat udało mi złapać moment, jak Aleksowi odleciała z głowy czapka z daszkiem. Wiatr był bardzo mocny, ale warto było chwilę tam postać, bo nad Gullfoss pojawiła się piękna tęcza. Był to krótki moment tego dnia, kiedy zaświeciło słońce - akurat w dobrym momencie.

Po wizycie w sklepie z pamiątkami, czas było zawracać i kierować się na południe. Po drodze przejechaliśmy jeszcze przy Geysir. Z okien samochodu widzieliśmy ludzi, czekających na wystrzał wody, ale nie było nam dane zobaczyć jeszcze raz tego fantastycznego momentu.

Po drodze zboczyliśmy do Skalholt. W 1056 roku założono tam pierwsze biskupstwo. Była tam wtedy największa osada na wyspie. Pozostały po niej tylko ruiny, obok których wybudowano nowy kościół. W jego wnętrzu eksponowany jest egzemplarz biblii, pierwszej książki wydrukowanej do islandzku. W Skalholt został ścięty ostatni katolicki biskup. W 1550 roku (reformacja) ta straszna śmierć spotkała Jona Arasona i jego dwóch synów.

Kolejną atrakcją był liczący 3 tysiące lat, głęboki na 55 metrów krater Kerid, którego wnętrze wypełnia jezioro. Obeszliśmy krater dookoła i zeszliśmy na dół. Ciekawostką jest to, że kiedyś zorganizowano tu koncert - muzycy grali na pływającej po wodzie tratwie, a publiczność stała na brzegach dookoła. Akustyka była na pewno niesamowita.

Większość turystów zakończyłaby wycieczkę po Złotym Kręgu w Sellfoss, ale ja dowiedziałem się o jeszcze jednym ciekawym miejscu - przy kościółku Laugardelir przy Sellfoss pochowany jest Bobby Fischer - słynny amerykański szachista. Tak się składa, że zmarł pół roku przed naszą wizytą na Islandii. Dlaczego zakończył życie właśnie tam? Wynikało to z jego skomplikowanej historii. W 1972 roku Fischer rozegrał w Rejkiawiku pasjonujący mecz o mistrzostwo świata z Rosjaninem Borysem Spasskim. Fischer wygrał wyraźnie, a Spasski w ogóle nie podszedł do ostatniej partii. Była to porażka propagandy radzieckiej - krnąbrny i chciwy Amerykanin odebrał Rosjanom tytuł mistrza świata. 20 lat później doszło do rewanżu obu panów w Czarnogórze i Belgradzie. Do meczu zachęcił szachistów jugosłowiański biznesmen, fundując 5 mln dolarów. Biorąc udział w rozgrywce, Fischer złamał sankcje międzynarodowe, nałożone na Jugosławię. Został aresztowany w Japonii i groziła mu deportacja. Udało mu się jednak zbiec do Islandii, a ten kraj przyznał mu obywatelstwo, pamiętając słynny mecz ze Spasskim.

Przez całą szkołę podstawową intensywnie trenowałem szachy, więc przy okazji wizyty na Islandii, chciałem oddać hołd arcymistrzowi. Pojechaliśmy do Laugardelir, gdzie bez trudu znalazłem grób przy kościele. Tuż obok stała duża stadnina, przy której pasły się kuce islandzkie. Koniki mają krępą budowę, dużą głowę i krótkie, mocne kończyny. Charakterystyczna jest ich ładna, długa sierść. Dwie blondynki z tego stada wyglądały ślicznie.

Po tych wszystkich wrażeniach trzeba było dojechać na kemping w Sellfoss, rozbić namiot i zrobić trening przed zmrokiem. Alex znalazł stadion UMF Sellfoss 1936, tuż przy naszym kempingu. Na żużlowej bieżni zrobiliśmy ostatni mocniejszy trening przed zawodami.

Warunki na kempingu mieliśmy bardzo dobre, a pogoda w tych okolicach była znacznie przyjemniejsza niż na półwyspie Reykjanes. Noc minęła spokojnie i rano byliśmy gotowi na kolejny intensywny dzień. Przed nami była podróż wzdłuż południowych brzegów wyspy. Po wyjeździe z Selfoss kierowaliśmy się główną drogą na wschód, mijając po drodze kilka mniejszych miejscowości. Po lewej stronie mogliśmy zobaczyć masyw wulkanu Hekla (1491 m n.p.m.) - najaktywniejszego na wyspie, zwanego kiedyś "bramą do piekieł". Hekla wybucha co kilka - kilkadziesiąt lat, a im dłużej milczy, tym bardziej potężna jest erupcja.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy wodospadzie Seljalandfoss. Ciekawe jest to, że można go obejść dookoła - przejść skalną ścieżką za ścianę wody. Nie chcieliśmy się pomoczyć i nie zdecydowaliśmy się na taki spacer. Wdrapaliśmy się na skały i podziwialiśmy wodospad. Nieco dalej na północ widać było dwa kolejne. Jadąc dalej drogą F249 dotarlibyśmy do Thorsmork - jednego z najpiękniejszych zakątków na wyspie. Niestety, nasz samochód nie był przystosowany do podróży po takiej trasie - potrzebne jest auto z napędem na 4 koła z dużym prześwitem. Najsłynniejszy islandzki szlak pieszy - Laugavegur, wiedzie właśnie z Thorsmork do Landmannalaugar. Na tej trasie rozgrywany jest ultramaraton - 55 km przez góry, rzeki i śnieg. Może kiedyś tutaj wystartuję.

Kolejnym punktem naszego planu był Skogafoss. W czasie jazdy zauważyliśmy wielki wodospad po lewej stronie. "Ten jest niezły, ale do Skogafoss mamy jeszcze kawałek" - stwierdziłem, a kilka sekund później oprzytomniałem - "Nie, przecież to tu!". Przejechaliśmy drogą przy zabudowaniach miejscowości Skogar i zaparkowaliśmy na sporym parkingu. Wodospad robi wrażenie - rzeka Skoga spada tu z wysokiej na około 60 metrów skarpy. Huk jest potężny. Próba podejścia bliżej skończyła się pomoczeniem ubrania w mokrej chmurze. Przy Skogafoss mieliśmy też okazję zobaczyć tęczę, która utrzymywała się przez cały czas. Poprzedniego dnia przy Gulfoss pojawiła się tylko na chwilę, a tutaj lepiej trafiliśmy z pogodą. Wdrapaliśmy się na wysokie skały, żeby obejrzeć wodospad z zupełnie innej perspektywy. Rozciąga się stamtąd ładny widok na miasteczko, a daleko widać też ocean.

Alex pod Skogafoss

Spod Skogafoss mieliśmy już niedaleko do kolejnych atrakcji w okolicach Vik. Po drodze mogliśmy obejrzeć duży lodowiec Myrdalsjokull, przykrywający wulkan Ketla. Po krótkiej podróży skręciliśmy z głównej trasy w prawo, w kierunku morza. Naszym celem był klif Dyrholaey, do którego prowadziła wyboista droga. Warto było tam pojechać - widoki z klifu były wspaniałe: na południe - bezkres Oceanu Atlantyckiego, na północ - najpierw urocza zatoczka, potem zielone wzgórza, zakończone czapą lodowca, na wschód - wyrastające z oceanu skały, w tym skalny łuk, pod którym można podobno przepłynąć łodzią, na zachód - skalne słupy Reynisdrangar (legenda mówi, że są to skamieniałe trole). Klimatu dodawał huk fal, rozbijających się o urwisko. Zeszliśmy również na skalistą plażę zamkniętą ścianą, w której wypłukane były jaskinie.

Południowe wybrzeże Islandii

Wróciliśmy do głównej drogi, która poprowadziła nas pod górę, a potem zeszła w dół przez Vik. Zaparkowaliśmy przy miejscowej gospodzie i przeszliśmy się po czarnej plaży, która została uznana za jedną z 10 najpiękniejszych na świecie. Widzieliśmy z niej wspomniane wcześniej skamieniałe trole - tym razem po stronie zachodniej. Wychodząca na południe plaża byłaby idealna do opalania się. Niestety, temperatura i pogoda zdecydowanie na to nie pozwalały.

Poszliśmy do knajpy, żeby posilić się przed dalszą podróżą. Udało nam się usiąść przy południowym oknie, skąd mieliśmy fantastyczny widok i dla odmiany było ciepło. Wyjechaliśmy z Vik, pouczeni ostrzeżeniami o ewentualnym zagrożeniu burzami piaskowymi i możliwą erupcją Ketli. W takich przypadkach zaczynają działać światła alarmowe. Na szczęście poprzednia erupcja Ketli miała miejsce 90 lat wcześniej i nie wstrzeliliśmy się czasowo na kolejną tego typu atrakcję.

Dalsza droga prowadziła przez wielkie lawowe pustkowia. Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby przyjrzeć się im z bliska. Kolejną atrakcją była Kirkjugolf - kościelna podłoga. Wygląda ona jak ułożone w plaster miodu płyty chodnikowe. Tak naprawdę są to szczyty płyt bazaltowych sięgających głęboko pod ziemię. Przeszliśmy się również do położonego na zalesionym zboczu Wodospadu Sióstr.

Na północ od głównej drogi mogliśmy zobaczyć zbocza niezbyt wysokiego (812 m n.p.m.), ale za to bardzo groźnego wulkanu Laki. Jego najsłynniejsza erupcja nastąpiła w 1783 roku i trwała kilka miesięcy. Spod ziemi wydostało się 15 km sześciennych lawy, która zalała powierzchnię ponad 500 km kwadratowych (właśnie te lawowe pola mieliśmy okazję wcześniej oglądać). W powietrze wyszedł pył i trujące gazy, co było powodem wymarcia na Islandii aż 80% owiec. Konsekwencją był głód na wyspie i śmierć 20% mieszkańców. Straty nie ograniczyły się do samej Islandii. Chmura pyłu opadała na Wielką Brytanię, a dotarła aż do Berlina i Pragi. Spowodowało to kryzys w europejskim rolnictwie, a historycy upatrują w tym jedną z przyczyn wybuchu rewolucji francuskiej w 1789 roku. To niesamowite, że wybuch wulkanu na Atlantyku miał wpływ na bieg europejskiej historii.

Dalsza droga w kierunku Parku Narodowego Skaftafell prowadziła przez sandur - pola piachu, żwiru i mułu. Ostatni most w tej okolicy powstał w 1974 roku, domykając drogę z Rejkiawiku do Hofn (wcześniej trzeba jeździć naokoło - przez Akureyri). Inwestycję uznawano chyba wcześniej za zbyt drogą i narażoną na permanentne zniszczenia przez powodzie lodowcowe - jokulhlaup. Ostatni tego typu kataklizm miał miejsce w 1996 roku, kiedy po wybuchu wulkanu pod czapą Vatnajokull tutejszą rzeką spływały bryły lodu wielkości domów. Widziałem nagrania z tego okresu. Droga i mosty uległy zniszczeniu i wszystko trzeba było odbudować. Pewnie dlatego mosty są takie skromne i wąskie. Po co inwestować w coś, co i tak prędzej czy później pochłoną siły natury. Na przeprawach mieści się tylko jeden samochód i trzeba uważać, czy można wjeżdżać, czy należy puścić kogoś jadącego z przeciwka. Na szczęście na najdłuższym moście na rzece Skeidara są mijanki.

Dojechaliśmy do Skaftafell, gdzie zatrzymaliśmy przy dużym polu namiotowym. Poszliśmy do centrum turystycznego, sprawdziliśmy mapy i zaplanowaliśmy wycieczkę po parku narodowym. Droga wspinała się w górę i z każdą minutą mieliśmy coraz lepszy widok na rozciągające się na południe pola polodowcowe. Na wschód było dobrze widać jęzor lodowca Vatnajokull - największego w Europie. Ścieżka doprowadziła nas do strumienia, na którym było kilka mniejszych wodospadów, aż w końcu dotarliśmy do najładniejszego - Svartifoss. Jego ściana jest zbudowana z długich, prostopadłościennych słupów bazaltowych. Takie ścięte słupy oglądaliśmy wcześniej na "kościelnej podłodze". Wodospad przypomina wielkie organy kościelne.

Svartifoss

Pospacerowaliśmy chwilę po kamieniach pod wodospadem. Zabawne, że znowu widzieliśmy dwóch Polaków, z którymi lecieliśmy samolotem, a potem kilkakrotnie wpadaliśmy na siebie w czasie naszej podróży. Jechali w tym samym kierunku co my.

Wróciliśmy inną drogą, będąc jeszcze bliżej lodowca. Spacer po parku był bardzo przyjemny. Nie mieliśmy jednak czasu na dłuższe zwiedzanie okolicy. Wyjechaliśmy ze Skaftafell, zatrzymując się jeszcze na stacji benzynowej. Niestety, miałem problem z płatnością kartą w samoobsługowym dystrybutorze. Jechaliśmy już na rezerwie, a było mało czasu na jakieś kombinacje awaryjne. Na szczęście, po chwili stresu udało nam się wziąć benzynę i mogliśmy ruszać dalej.

Ominęliśmy najwyższy szczyt Islandii - Hvannadalshnukur (2119 m n.p.m.) i z niecierpliwością czekaliśmy na widok reklamowanych w przewodniku lodowych lagun. Pierwsza z nich nie zrobiła na nas wrażenia, ale chwilę potem dojechaliśmy do Jokulsarlon. Wdrapałem się na wzgórze przy trasie i zaparło mi dech w piersiach - przede mną rozciągał się widok z Antarktydy, którą odwiedziłem niecałe pół roku wcześniej. W spokojnym akwenie pływały setki gór lodowych. Islandię od Antarktydy odróżniał jeden detal - niektóre bryły lodu były ubrudzone czarnym pyłem wulkanicznym. Trudno się dziwić występowaniem tu takich atrakcji. W końcu Islandia leży na podobnej szerokości geograficznej jak Półwysep Antarktyczny.

Jokulsarlon jest uznawana za jedną z największych atrakcji na wyspie. Tutaj kręcono sceny do filmu "Śmierć nadejdzie jutro" o przygodach Jamesa Bonda. Charakterystyczne dla zatoki jest to, że na skutek topnienia lodowców zwiększa ona swoją powierzchnię. W ostatnich 30 latach nawet ją podwoiła do 18 km kwadratowych, przy głębokości sięgającej nawet 200 metrów.

Pierwszy kontakt z Jokulsarlon - zimno, ale pięknie
Jokulsarlon - krajobraz antarktyczny

Jeżeli ja byłem zauroczony widokiem, który wskrzesił niedawne wspomnienia, to moi bracia byli zachwyceni. Po krótkim spacerze i zrobieniu kilku zdjęć, postanowiliśmy wrócić do samochodu i przejechać kilometr do głównego miejsca turystycznego przy lagunie. Jest ono umiejscowione przy moście, gdzie laguna znajduje ujście w stronę oceanu. Kolejny widok przywołał moje wspomnienia z Antarktydy - pływające w lagunie foki i ptactwo wodne. Zastanawialiśmy się nad przejażdżką łodzią między górami lodowymi, ale ostatecznie zrezygnowaliśmy i postanowiliśmy eksplorować zatokę z brzegu. Widok ze wzgórza był wspaniały, brakowało mi tylko pingwinów, których próżno szukać na półkuli północnej. Usłyszałem za sobą polskie głosy - to znowu byli podążający naszymi śladami znajomi z samolotu.

Dzień powoli zbliżał się do końca, z zatoki wracały ostatnie łodzie. Plan udało nam się zrealizować w stu procentach i byłem z tego bardzo zadowolony. Na nocleg dojechaliśmy do miasteczka Hofn, gdzie zatrzymaliśmy na polu namiotowym. Byliśmy zmęczeni po intensywnym dniu i szybko zorganizowaliśmy sobie spanie.

Rano udało mi się zwlec chłopaków z namiotu i po szybkim śniadaniu byliśmy gotowi do dalszej podróży. W Hofn (2 tysiące mieszkańców) nie było specjalnie wiele do zwiedzania. Zrobiliśmy rundkę po mieście i wróciliśmy do islandzkiej "jedynki". Atrakcją była trasa szutrowa, prowadząca nad wysokim klifem oraz duże jezioro pełne łabędzi. Pożegnaliśmy południowe wybrzeże Islandii i na końcu fiordu zdecydowaliśmy się obrać krótszą, choć znacznie trudniejszą trasę na północ przez przełęcz Oxi. Gruntowa droga pod górę była nie lada wyzwaniem dla naszego samochodu. Ja poćwiczyłem sobie technikę prowadzenia auta po górkach. Za nami rozciągały się piękne widoki na fiord, które ostatecznie skończyły się po przekroczeniu linii chmur. Cieszyłem się, że wybraliśmy tę drogę, bo była to ciekawa atrakcja turystyczna. Zjechaliśmy z przełęczy z złączyliśmy się z "jedynką", zarabiając na tym skrócie około 100 km drogi.

Dalej droga doprowadziła nas do miasta Egilsstadir, skąd skręciliśmy na wzgórze, by dojechać na wschód Islandii, do miejscowości Seydisfjordur. Po krótkiej podróży drogą na sporej wysokości, zobaczyliśmy położone nad fiordem miasteczko i zjechaliśmy w jego stronę. Droga wiła się serpentynami, a niedaleko towarzyszyła nam niewielka rzeka, tworząca po drodze kilka wodospadów.

Seydisfjordur liczyło zaledwie 730 mieszkańców, głównie nastawionych na turystykę. Większe ożywienie panuje tu tylko w czwartki, kiedy do portu przypływa i odpływa prom. Poza tym, miasto jest bardzo spokojne, co mogliśmy zaobserwować na jego ulicach. Przespacerowaliśmy się chwilę po miasteczku. Podobał mi się błękitny kościółek i jeziorko o idealnie płaskiej tafli wody. Trudno o jakąś rozbudowę tego miasteczka - otaczają je bardzo strome zbocza.

Zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Wszystko przebiegało sprawnie i przed dojazdem w okolice jeziora Myvatn, planowałem jeszcze zboczyć na trasę w kierunku Dettifoss. Niestety, ominęliśmy stację benzynową i dość późno zorientowałem się, że dodatkowa droga w stronę wodospadu może nas kosztować utknięcie na pustym bakiem. Szybko zmieniliśmy plany i podjąłem decyzję, że Dettifoss obejrzymy następnego dnia. Trochę zestresowałem Aleksa tą zmianą decyzji i przy zawracaniu na drodze napędził nam niezłego stracha. Niewiele brakowało, a mogliśmy się zsunąć z nasypu drogi.

Dojechaliśmy parę kilometrów na wschód od Myvatn, gdzie znajduje się kilka ciekawych atrakcji turystycznych. Skręciliśmy w prawo z głównej drogi, by dojechać do rejonu Krafla - wulkanu, który jest obecnie uznany za wygasły. W latach 70-tych wybudowano tu elektrownię geotermalną. W skałach są wywiercone głębokie kanały, przez które wychodzi para z podziemnych komór magmowych, co napędza turbiny elektrowni. W czasie jednego z wierceń dokonano błędów w pomiarach, co spowodowało potężny wybuch. Sprzęt wiertniczy został podobno wtedy rozrzucony w promieniu kilku kilometrów, a w miejscu wybuchu powstał krater.

Urządziliśmy sobie spacer po okolicy. Od razu uderzył nas zapach siarki, którą można było obserwować w wielu miejscach. Ciekawa była też wycieczka po lawowych polach wśród dymiących skał. Trzeba było uważać, żeby nie zboczyć ze szlaku i się nie poparzyć. Wystarczyło przyłożyć dłoń do niektórych otworów, by przekonać się, jak jest tam gorąco. Chodząc po czymś takim, można było roztopić sobie bieżniki w butach.

Na koniec obejrzeliśmy jeszcze wypełniony wodą krater Viti ("piekło"), który powstał w czasie ostatnich bardzo silnych wybuchów wulkanu (blisko 300 lat temu). Zatrzymaliśmy się też przy strumieniu, płynącym z elektrowni. Był biało-zielony i brzydko pachniał.

Błotniste oczka wodne i dymiące kopczyki

Zapach siarki był jeszcze bardziej intensywny, kiedy przejechaliśmy na drugą stronę głównej drogi do pola Hverarond, pełnego dymiących kamiennych kopczyków i bulgocących, błotnistych wodnych oczek. Jak to się mówi "jechało zgniłymi jajami", ale wrażenia były bardzo ciekawe.

Wjechaliśmy na przełęcz Namaskard i pierwszy raz zobaczyliśmy jezioro Myvatn. Pogoda nie sprzyjała, ale wrażenie było fantastyczne. Mogłem porównać roztaczającą się przede mną panoramę z mapą w przewodniku. Zajechaliśmy jeszcze na chwilę, żeby obejrzeć basen termalny. Nie był tak ładny jak błękitna laguna. Poza tym, nad basenem unosił się nieprzyjemny zapach siarki.

Dojechaliśmy na kemping w Reykjalid - największej miejscowości w okolicach jeziora. Postanowiliśmy od razu iść na trening połączony ze zwiedzaniem. Opisana w przewodniku ciekawa trasa prowadziła z punktu A do B. Zastanawiałem się, że zorganizować sprawę transportu z powrotem. Szybko wpadłem na rozwiązanie - Alex będzie biegł z Reykjalid do Dimmuborgir, my z Markiem dojedziemy na metę samochodem i będziemy szli w przeciwnym kierunku, a po drodze przekażemy Aleksowi kluczyki do auta.

Od pomysłu do jego realizacji nie minęło dużo czasu. Przejechaliśmy z Markiem wzdłuż wschodniego brzegu Myvatn, zostawiliśmy auto na parkingu i ruszyliśmy w drogę. Wycieczkę zaczęliśmy od Dimmuborgir - pozostałości po lawowym jeziorze. Nazwa oznacza czarną twierdzę. Zastygła około 2 tysiące lat temu lawa tworzy ciekawe kształty w tej okolicy.

Po slalomie między skałami Dimmuborgir przeszliśmy się po płaskim obszarze, nad którym góruje wygasły wulkan Hvjerfall. Kiedy podeszliśmy do jego zbocza, zobaczyliśmy zbiegającą w dół postać, za którą unosiły się tumany lawowego pyłu. To był Alex - nieźle dawał czadu. Wymieniliśmy opinie na temat dotychczas pokonanej trasy. Alex miał za sobą znacznie większy dystans od nas - w końcu poruszał się dwa razy szybciej. Na pożegnanie przekazałem mu kluczyki i wraz z Markiem rozpocząłem wspinaczkę na krater. Nie było to łatwe wyzwanie - podejście od strony południowej jest bardzo strome. Radziłem sobie lepiej od Marka, który przyspieszył dopiero przed szczytem krateru i radośnie wbiegł na górę. Szkoda, że pogoda nie dopisywała. Przy ładnym słońcu widok ze szczytu musi być wspaniały. Krater ma przeszło kilometr średnicy i 140 metrów głębokości. Powstał 2,5 tysiąca lat temu, w czasie wybuchu pobliskiego wulkanu Ludent. Udało nam się przejść prawie całym pierścieniem dookoła Hvjerfall, a zeszliśmy po stronie północnej, gdzie nie jest już tak stromo.

Kolejną atrakcją była wypełniona wodą jaskinia w szczelinie Grjotagja. Miałem duże szczęście, że nie zaliczyłem tam kąpieli. W ostatniej chwili zauważyłem zwisającą na wysokości mojej głowy skałę. Markowi udało się znaleźć alternatywne wyjście z jaskini - prześlizgnął się przez wąską szczelinę i wdrapał po skałach na jej szczyt.

Kiedy kończyliśmy nasz spacer, powoli zaczynało padać. To był dopiero początek ulewy. Po kwadransie spędzonym w zatłoczonej kempingowej stołówce, postanowiliśmy przebiec się do samochodu i tam zjeść kolację. Niestety, deszcz nie odpuszczał. Rozkładanie namiotu w takich warunkach byłoby koszmarem, więc czekaliśmy. W końcu podjęliśmy desperacką decyzję, że przenocujemy w samochodzie. Była to nasza najgorsza noc spędzona na Islandii.

Rano nie byliśmy do końca wypoczęci, ale po wczesnym śniadaniu wróciły nam chęci do dalszej podróży. Pojechaliśmy na północ do miejscowości Husavik - najlepszego miejsca na wyspie do oglądania wielorybów. Miasteczko liczy niewiele ponad 2 tysiące mieszkańców, ale co roku przyjeżdża tu aż 100 tysięcy turystów. Pierwsze zabudowania powstały tu w IX wieku, a nazwa miasteczka oznacza "zatokę domów" (nie mylić z "zatoką dymów", którą jest Reykjavik). Mieszkańcy Husaviku utrzymują się głównie z rybołówstwa, ale spore przychody osiągają też dzięki turystyce nastawionej na oglądanie wielorybów.

Zgodnie z planem udało się nam dojechać do portu jeszcze przed odpłynięciem pierwszego statku. Bardzo chciałem, żeby Alex i Marek zobaczyli wieloryba. Ja już wcześniej doświadczyłem tej przyjemności w Australii i na Antarktydzie (w tym drugim przypadku prawie otarłem się o ogromne zwierzę). Niestety, już na wstępie przewodniczka poinformowała nas, że ciężko będzie tego dnia zobaczyć wieloryba. Przez kilka ostatnich tygodni były w tym rejonie widywane bardzo rzadko. Pozostawało nam liczyć na szczęście. Obejrzeliśmy dokładnie folder, w występującymi tu wielkimi ssakami. Ja miałem wcześniej do czynienia z humbackiem i płetwalem karłowatym. Nigdy nie widziałem płetwala błękitnego, ale spotkanie go w tym regionie jest bardzo mało prawdopodobne.

Wypływamy na wieloryby...

Kiedy dopłynęliśmy do połowy fiordu, coś rzuciło się na morzu spory kawałek od statku. Popłynęliśmy w to miejsce. Okazało się, że na oceanie szaleją delfiny białoczube. Dały nam pokaz szybkiego pływania koło statku. Zabawa była przednia. Niestety, nie udało się nam zobaczyć żadnego wieloryba.

...ale musimy się zadowolić widokiem delfinów

Na koniec wycieczki czekała na nas atrakcja w postaci gorącej czekolady. Ciekawy był widok, jak 30 zziębniętych osób w pomarańczowych kombinezonach ogrzewa się na pokładzie przy gorącym kubku czekolady. My nie odstawaliśmy od normy - po dwóch godzinach rejsu byliśmy wychłodzeni i marzyliśmy o gorącym napoju.

Po powrocie do portu zrobiliśmy szybkie zakupy. Wyjechaliśmy z miasta na północ i niedługo potem mieliśmy jeszcze chwilę nadziei na zobaczenie wieloryba. Niestety, wynurzający się z fal ciemny kształt okazał się samotną skałą, która ledwie wychodziła ponad powierzchnię wody. Droga z Husavik zaprowadziła nas do najbardziej na północ położonego punktu, w jakim wcześniej byliśmy.

Niedługo potem dotarliśmy do wąwozu Asbyrgi, który kształtem przypomina wielką podkowę o długości 3,5 km i szerokości ponad kilometr. Skały otaczające wąwóz mają nawet 100 metrów wysokości, a kształtująca "podkowę" wyspa skalna o nazwie Eyan ma 25 metrów wysokości. Asbyrgi nie jest odcinkiem podkowy wielkiego konia (tak mówi islandzka legenda). Teren został ukształtowany przez dwie potężne powodzie lodowcowe.

Przejechaliśmy wąską drogą zalesionego wąwozu i dotarliśmy do parkingu na czubku podkowy. Trochę pochodziliśmy po wyznaczonych szlakach. W Asbyrgi znajduje się ładne jeziorko, w którym pływały kaczki. Wdrapaliśmy się na skały, skąd jest ładny widok na wąwóz.

Wyjechaliśmy z Asbyrgi i skierowaliśmy się na południe do parku Jokulsargljufur, w kierunku słynnych wodospadów. Najpierw dotarliśmy do Hafragilfoss. Wodospad wyglądał bardzo przyjemnie, ale jeszcze lepsze wrażenie zrobił na mnie głęboki wąwóz, którym płynęła rzeka. To miejsce jest nazywane miniaturą amerykańskiego Wielkiego Kanionu i muszę przyznać, że jest w tym trochę prawdy.

Islandzki mały Wielki Kanion

Kolejny przystanek mieliśmy kilkaset metrów dalej przy Dettifoss - najpotężniejszym wodospadzie w Europie. Rzeka ma w tym miejscu 100 metrów szerokości, a woda spada z wysokości 45 metrów. Wodospad jest najpotężniejszy, bo przetacza największą ilość wody w jednostce czasu.

Dettifoss - najpotężniejszy wodospad w Europie

Mogliśmy podejść do samej krawędzi wodospadu i podziwiać spadającą z impetem wodę. Huk był potężny. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i spędziliśmy chwilę w tym niezwykłym miejscu.

Droga spod wodospadów na południe była trudna, szczególnie dla naszego samochodu. Nie było jednak innej trasy. Jazda po islandzkich pustkowiach miała niepowtarzalny klimat. W końcu zjechaliśmy z zakurzonej drogi i wjechaliśmy na "jedynkę". Pokonaliśmy krótki (niecałe 50 km) odcinek drogi w stronę Myvatn, którym jechaliśmy poprzedniego dnia.

Tym razem pogoda nad Myvatn była bardzo dobra i jezioro prezentowało się wspaniale. Zatrzymaliśmy się na chwilę w Reykjalid i poszliśmy z Markiem obejrzeć szczelinę Storagja, którą ominęliśmy poprzedniego dnia. Szczelina tworzy ciekawy wąski kanion.

Potem kontynuowaliśmy podróż samochodem i zatrzymaliśmy przy zalesionym półwyspie Hofdi. Jest stamtąd piękny widok na jezioro i region Dimmuborgir, który odwiedziliśmy poprzedniego dnia.

Jezioro Myvatn w pełnej okazałości - tym razem pogoda dopisała

Przejechaliśmy wzdłuż południowego brzegu jeziora i zatrzymaliśmy się przy pseudokraterach Skutustadagigar. Po wyjściu z samochodu stało się dla mnie jasne dlaczego Myvatn oznacza "jezioro muszek". Zostaliśmy natychmiast otoczeni przez stada tych owadów. Niektórzy turyści chodzili w specjalnych maskach, które chroniły ich przed uciążliwym towarzystwem. My mieliśmy tu spędzić na tyle mało czasu, że mogliśmy sobie dać radę bez masek.

Pseudokratery przypominają kratery wulkaniczne, jednak nie posiadają żadnych kanałów lawowych. Powstawały w inny sposób. W czasie wybuchów innych wulkanów jezioro zostało zalane przez lawę. Przebiła się przez nią wrząca woda, tworząc takie ciekawe formy terenu. Przeszliśmy się obok kilku pseudokraterów, popatrzyliśmy ostatni raz na piękne jezioro i postanowiliśmy wracać. Samochód był spokojnym azylem, gdzie uwolniliśmy się od muszek. Szkoda było opuszczać tę ciekawą okolicę. W czerwcu jest rozgrywany maraton dookoła Myvatn - może jeszcze kiedyś tu wrócę.

Dalsza droga na zachód doprowadziła nas do Godafoss. Jest to bardzo ładny wodospad, przedzielony na środku skałą. Podobno pewien śmiałek spłynął kiedyś kajakiem odnogą tego wodospadu (wysokość 12 metrów). Wodospad ma również ważne znaczenie historyczne. Po przyjęciu przez Islandię chrześcijaństwa przewodniczący Althingu wrzucił tu do wody posągi pogańskich bóstw.

Godafoss

Po obejrzeniu Godafoss dojechaliśmy nad najdłuższy fiord na wyspie - Eyjafjordur, na którego krańcu widać było Akureyri - stolicę północnej Islandii. Przejechaliśmy drogą na wąskiej mierzei i dojechaliśmy do dolnej, najstarszej części miasta. W drodze na kemping nieco pobłądziliśmy, dzięki czemu mogliśmy zwiedzić sporą część miasta z okien samochodu. Po dotarciu do pola namiotowego postanowiliśmy od razu zrobić trening. Przetruchtaliśmy we trzech na północ, w stronę stadionu miejskiego. Udało nam się przecisnąć przez zamkniętą bramę obiektu i mogliśmy zrobić trening na żużlowej bieżni. Stadion był zaniedbany, ale jego położenie wydawało mi się dość ciekawe. Tuż nad nim było strome zbocze góry, a po drugiej stronie - główna ulica miasta. Po treningu wróciliśmy wzdłuż fiordu, przebiegając przez centrum. Namiot na polu rozstawialiśmy tuż przez godziną 11, kiedy dopiero zaczynało się robić ciemno.

Następnego dnia rano mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie Akureyri. Miasto liczy 17 tysięcy mieszkańców i jest największym ośrodkiem na wyspie poza okręgiem stołecznym. Jeszcze w połowie XIX wieku osada liczyła zaledwie 20 domostw, ale później rozwinęła dzięki handlowi i rybołówstwie, a potem - turystyce.

Przespacerowaśmy się do centrum miasta, gdzie chodziliśmy po urokliwych uliczkach i zatrzymaliśmy się na chwilę w kawiarni. Potem poszliśmy zwiedzić bardzo ładnie położony kościół Akureyrarkirkja. Nie przez przypadek jest on podobny do słynnego Hallgrimskirkja w Rejkiawiku - obie świątynie zostały zaprojektowane przez tego samego architekta - Gudjona Samuelssona. Wrażenie robią duże schody spod kościelnego wzgórza, a także widok sprzed wrót świątyni. Weszliśmy do środka, żeby zobaczyć bardzo ładne i skromne wnętrze. Interesujące są tu nieproporcjonalnie duże w stosunku do powierzchni kościoła organy (przeszło 3 tysiące piszczałek) oraz witraże, których część przedstawia sceny z życia Islandii. Ciekawostką jest to, że centralne okno z witrażami jest darem otrzymanym od katedry w Coventry. Na Islandię przywieziono je w 1940 roku, a parę miesięcy później angielska katedra została zbombardowana przez samoloty Luftwaffe.

Po wyjściu z kościoła przeszliśmy się jeszcze chwilę do domu Matthiasa Jochumssona. Ten najbardziej znany islandzki pisarz tłumaczył na ojczysty język dzieła Byrona i Szekspira. Jest również autorem słów hymnu Islandii (powstały w 1874 roku na tysiąclecie kraju).

Wyjechaliśmy z Akureyri mijając po drodze sztuczny wodospad pod kościelnym wzgórzem oraz przejechaliśmy najstarszą w mieście ulicą Adalstreti. Mieliśmy do pokonania blisko 400 kilometrów do Rejkiawiku. Cały ten dystans wziął na siebie Alex, dzielnie prowadząc przez całą drogę. Mogliśmy spokojnie podziwiać z okien samochodu zmieniające się islandzkie krajobrazy. Sporą atrakcją przed dojazdem do Rejkiawiku był przejazd przez tunel pod fiordem Hvalfjordur. Został on otwarty ledwie 10 lat wcześniej. Schodzi bardzo głęboko pod fiord i skraca trasę przejazdu o blisko 60 km.

Na islandzkim pustkowiu znaleźliśmy słup o niezwykłych właściwościach - informuje, co robi stojący pod nim człowiek

Dojechaliśmy do Rejkiawiku, który niestety przywitał nas bardzo nieciekawą pogodą - przez cały czas padało. Dotarliśmy na kemping, ale nie było na razie mowy o rozkładaniu namiotu. Postanowiliśmy zaczekać z tym, aż przestanie padać. W takich warunkach nie mieliśmy również ochoty na zwiedzanie miasta na piechotę. Posiedzieliśmy trochę w hotelowej świetlicy oglądając finał biegu na 5000 metrów kobiet. Potem transmisje z Pekinu się skończyły, więc zaproponowałem chłopakom, że zwiedzimy Rejkiawik z okien samochodu. Pomysł był bardzo dobry, bo w ten sposób mogliśmy suchą nogą zorientować się w geografii miasta i obejrzeć z zewnątrz najważniejsze budynki.

Po tygodniu jeżdżenia po pustkowiach 130-tysięczny Rejkiawik wydał nam się prawdziwą metropolią (cała Islandia liczy niewiele ponad 300 tysięcy mieszkańców). Pokrążyliśmy chwilę po centrum i objechaliśmy Rejkiawik. Trasa zaprowadziła nas na sztuczną plażę przy zatoce na południu. Wyszliśmy na chwilę na zewnątrz, ale deszcz był potężny i musieliśmy szybko wracać do samochodu. Lotniska nie udało nam się objechać dookoła. Nad brzegiem zatoki prowadziła tylko piesza ścieżka, którą miałem biec 2 dni później w czasie maratonu. Podjechaliśmy również pod Hallgrimskirkja. Piękna wieża kościoła było obstawiona rusztowaniami.

Wieczorem poszliśmy na basen Laugardalslaug, który był położony tuż obok naszego pola namiotowego. Miejscowe baseny wykorzystują źródła termalne i można w nich spokojnie siedzieć, nawet gdy na zewnątrz jest zimno i pada. Na tym basenie byliśmy aż trzy razy w czasie naszego pobytu. Nie był zbyt dobrze utrzymany, ale można tam było przyjemnie spędzić czas, grzejąc się w ciepłej wodzie. Ja sobie trochę popływałem, a sporo graliśmy w wodną koszykówkę (kosz był zawieszony na mostku nad basenem).

Wieczorem przez chwilę nie padało i postanowiliśmy szybko rozłożyć namiot. Zrobiliśmy to pod drzewem na kempingu, licząc na to, że będzie tam bardziej sucho. Kiedy położyliśmy się spać, znowu zaczęło padać, ale na szczęście udało nam się przyzwoicie wyspać.

Następnego dnia wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Najpierw podjechaliśmy na brzeg zatoki pod nowoczesny pomnik w kształcie łodzi wikingów. Potem przejechaliśmy przez port i zostawiliśmy samochód pod katedrą katolicką o surowej elewacji i strzelistych oknach. Zeszliśmy w kierunku jeziora Tjornin, spod którego miały następnego dnia startować nasze biegi. Sadzawka ma połączenie z morzem dzięki strumykowi, który obecnie płynie pod ziemią.

Dość kontrowersyjną budowlą nad Tjornin jest ratusz, który został ukończony w 1992 roku. Niektórzy twierdzą, że jego nowoczesny budynek tylko szpeci miasto. Moim zdaniem, nie jest aż tak źle. Obeszliśmy Tjornin dookoła. Po jego zachodniej stronie znajdują się: cmentarz, uniwersytet, Muzeum Narodowe, a trochę dalej na południe jest Dom Nordycki. My mieliśmy startować przy wschodniej części jeziora. Znajduje się tam Galeria Narodowa i ładny biały kościół Frikirkjan.

Doszliśmy do miejsca startu maratonu i skręciliśmy w lewo do administracyjnego centrum miasta - placu Austurvollur. Tutaj znajduje się wybudowany w 1881 budynek parlamentu, w którym zapadały najważniejsze dla Islandii decyzje - zawiązanie unii personalnej z Danią w 1918 roku i ogłoszenie niepodległości w czasie II wojny światowej. Budynek nie jest duży i nie musi taki być - w jednoizbowym Althingu zasiada 63 posłów. Obok parlamentu stoi luterańska katedra - Domkirkja. Kościół wygląda bardzo niepozornie. Co roku otwarciu sesji parlamentu towarzyszy przemarsz posłów z katedry do Althingu. Daleko się nie nachodzą - budynki dzieli jakieś 30 metrów. Na placu stoi również pomnik przywódcy ruchu niepodległościowego Jona Sigurdssona.

Islandzki parlament

Przeszliśmy się chwilę po centrum i dotarliśmy do siedziby kancelarii premiera. Przed budynkiem stoją dwa posągi. Pamiętam, że bohater filmu "101 Rejkiawik" złapał je w dziwnej konfiguracji, patrząc na nie pod odpowiednim kątem. Udało mi się zrobić podobne zdjęcie. Na placu ze wzgórzem stoi pomnik Ingolfura Arnarsona - założyciela Rejkiawiku. Przeszliśmy się też trochę do położonego niedaleko ładnego budynku Domu Kultury.

Dalszy spacer doprowadził nas do Adalstreti, gdzie znajduje się Reykiawik 871 +/- 2. Jest to miejsce, w którym znaleziono pozostałości starej farmy, a jej wiek ustalono na rok 871 z dokładnością do dwóch lat (stąd nazwa). Przy Adalstreti sfotografowałem najstarszy dom w mieście, który został zbudowany w 1752 roku.

Przeszliśmy się ulicą koło cmentrza i wróciliśmy do samochodu. Przejechaliśmy pod Hallgrimskirkja. Świątynię zaprojektował Samuelsson, a jej budowa trwała bardzo długo (od końca II wojny światowej do 1986 roku). Wnętrze kościoła wydaje się bardzo puste, a jego główną atrakcją są ogromne organy.

Przed Hallgrimskirkja stoi pomnik Leifura Eirikssona, który w 1000 roku dotarł do wybrzeży Ameryki Północnej, właśnie z Islandii. To nie Kolumb był zatem pierwszym Europejczykiem, który dotarł do brzegów Ameryki, ale właśnie Eiriksson - blisko 500 lat wcześniej. Historia wydarzyła się dość przypadkowo. Islandczyk płynął na Grenlandię, żeby odwiedzić swoich rodziców, ale jego stateczek został zniesiony na południe i dobił do brzegu w okolicach Nowej Funlandii. Pomnik Eirikssona został wniesiony w 1930 roku (1000-lecie Althingu) i jest prezentem od Stanów Zjednoczonych.

Spod kościoła zeszliśmy w stronę pasażu handlowego Laugavegur. Zatrzymaliśmy się na herbatę w klimatycznej knajpce przy tej ulicy. Okolica znana jest ze swoich klubów, barów i dyskotek, a jej nazwa "101 Reykjavik" (taki sam tytuł nosi znana książka i film) jest po prostu kodem pocztowym.

Ostatnim punktem naszego zwiedzania była drewniana rezydencja Hofdi, wybudowana nad zatoką przez Francuzów w 1909 roku dla swojego konsula. Podobno w domu straszyły duchy i kolejni właściciele wyprowadzali się z rezydencji, aż przeszła w ręce lokalnych władz. W październiku 1986 roku spotkali się tu Reagan i Gorbaczow w sprawie ograniczenia wyścigu zbrojeń nuklearnych między USA a ZSRR. Przed budynkiem jest tablica upamiętniające te wydarzenie. Podobało mi się, że budynek jest odizolowany od otoczenia. Cóż, w Rejkiawiku mają trochę więcej miejsca do zagospodarowania, niż np. na Manhattanie.

Biuro maratonu znajdowało się na terenie Laugardalur - położonego we wschodniej części Rejkiawiku dużego kompleksu sportowo-wypoczynkowego. Tam był nasz kemping, schronisko młodzieżowe, basen, a także islandzki stadion narodowy i hale sportowe. Właśnie w tych halach umiejscowiono biuro maratonu. Wszystko było dobrze zorganizowane. Bez trudu odebraliśmy z Aleksem numery startowe i zapisaliśmy Marka na bieg na 10 km. W holu wystawiono kilka małych stoisk. Nie kupowaliśmy niczego, ale skorzystaliśmy z darmowych gadżetów.

Postanowiliśmy się wykąpać, ale jakoś nie mieliśmy ochoty robić tego na kempingu. Idealną alternatywą był basen - znowu spędziliśmy czas w Laugardalslaug. Czekaliśmy w ten sposób na wieczorne pasta party, na które wróciliśmy do hali. Można było się porządnie najeść smacznym jedzeniem.

Następnego dnia wstaliśmy wcześnie, zwinęliśmy namiot i spakowaliśmy się. Musieliśmy mieć wszystko świetnie wyliczone, bo zaraz po biegu trzeba było jechać na lotnisko.

Zaparkowaliśmy pod Hallgrimskirkja i poszliśmy w stronę jeziora Thornin, gdzie startowały nasze biegi. Zostawiliśmy nasze rzeczy w zabytkowym budynku bardzo blisko linii startu i poszliśmy się rozgrzać. Marek miał startować godzinę po nas i przez ten czas musieliśmy go zostawić samego. Na szczęście wyglądał pewnie i nie robił z tego powodu żadnego problemu.

Na starcie spotkaliśmy Krzysztofa Bartkiewicza z Torunia - bardzo dobrego biegacza, który przyjechał się tu ścigać i wygrać jakąś nagrodę. Po strzale startera od razu było widać, kto jest faworytem w półmaratonie - ostro wyrwał Kenijczyk, który daleko za sobą zostawił innych zawodników stawki. Przede mną uciekali Alex i Krzysiek Bartkiewicz.

Najpierw pobiegliśmy na południe od jeziorka, a przed zatoką skręciliśmy na zachód, w stronę czubka półwyspu. Trzymałem dość mocne tempo - chciałem połamać 3 godziny. Zawróciliśmy przed końcem półwyspu i wracaliśmy nad zatoką w kierunku centrum. Trasa prowadziła dalej na wschód, obok łodzi wikingów. Na końcu promenady odbiliśmy jeszcze w prawo w rejon portu. Był to najmniej przyjemny fragment trasy, która prowadziła między kontenerami w porcie. Nigdy wcześniej nie biegłem zawodów w takich okolicznościach. Momentami przeszkadzał mi zapach ryb, a jeszcze bardziej podbieg przy wyjściu z portu. Czułem, że nie będę w stanie utrzymać tempa 4:15/km i nie połamię 3 godzin. Musiałem trochę odpuścić.

Po zrobieniu kółka w porcie wracaliśmy tą samą drogą w stronę centrum. Tutaj rozdzieliły się trasy dwóch biegów - półmaratończycy biegli najkrótszą drogą na metę, maratończycy mieli do obiegnięcia cały Rejkiawik. Muszę powiedzieć, że warto było wybrać maraton, ze względu na znacznie ciekawszą trasę niż ta, którą biegł Alex. Przebiegłem koło stadionu narodowego, a potem przez ogród botaniczny, koło zoo, a dalej na obrzeża miasta, gdzie na wyciągnięcie ręki przy trasie miałem prawdziwy wodospad. Dalej biegliśmy przyjemnymi parkami, a potem przy zatoce na południu. Udało mi się obiec lotnisko tą trasą, którą wcześniej nie mogliśmy przejechać samochodem. Gorący doping był przy plaży, którą odwiedziliśmy 2 dni wcześniej. Potem złączyliśmy się z trasą pierwszych kilometrów biegu i poruszaliśmy się w kierunku czubka półwyspu. Tym razem dotarliśmy dalej niż poprzednio - na sam jego koniec. Trochę tam wiało, ale dzięki otwartej przestrzeni na tym obszarze mogłem ocenić, kogo będę w stanie wyprzedzić na ostatnich kilometrach. Mocno się do tego zabrałem i znacznie przyspieszyłem. Moją ofiarą padło kolejnych kilku zawodników, którym szybko pokazywałem plecy. W końcu przed centrum nie widziałem już przed sobą nikogo i przestałem tak mocno napierać. W końcu skręciłem w prawo i pokonałem ostatni podbieg do mety, na którą wbiegłem w czasie 3:05.

Niedługo potem spotkałem Aleksa i Marka. Obaj byli bardzo zadowoleni. Alex zajął 4. miejsce w półmaratonie (na przeszło 1200 zawodników) i wygrał za to 200 dolarów. Marek ukończył bieg na 10 km poniżej 47 minut, a ostatni kilometr przebiegł w 4 minuty. Byłem z niego bardzo dumny, bo to był jego debiut na zawodach. Bardzo się cieszyłem, że pojechał z nami na Islandię, bardzo dużo zobaczył, a jeszcze do tego na koniec odniósł sukces sportowy.

Dopiero co ukończyłem maraton, a już trzeba było się znowu spieszyć. Alex wziął już wcześniej moją torbę, a ja po prostu owinąłem się w folię i od razu poszliśmy do samochodu. Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie przy Hallgrimskirkja. Na placu przed kościołem były ustawione pralki, z których wypływała woda. Nie znaleźliśmy wyjaśnienia, co robiła w tym miejscu ta oryginalna rzeźba.

Trzech Celińskich kończy swoją misję na Islandii z medalami na szyjach

Kiedy wsiadaliśmy do samochodu, usłyszeliśmy głośny krzyk, dobiegający z rusztowań Hallgrimskirkja: "Kur..., to nie moja wina". Śmiać się nam zachciało. Nie wiem, czyja była to wina, ale mówił to jeden z wielu polskich pracowników fizycznych. Wtedy jeszcze praca na Islandii była bardzo opłacalna, co drastycznie zmieniło się parę miesięcy później w czasie kryzysu. Zbankrutowały wtedy trzy największe islandzkie banki (w tym sponsorujący nasz maraton Glitnir Bank), a kraj stał się niewypłacalny. Opisywano straszne afery, że klienci zagraniczni (głównie z Wielkiej Brytanii) nie mogli odzyskać pieniędzy, które ulokowali w islandzkich bankach. Nawet Polska udzieliła wtedy pożyczki pogrążonej w kryzysie Islandii.

Pojechaliśmy się wykąpać (wiadomo gdzie - do Laugardalslaug). Biegacze mieli tego dnia darmowy wstęp na basen. Niestety, parking był bardzo zatłoczony, bo w sobotę z kąpieli korzystało wielu mieszkańców miasta. Na szczęście udało nam się znaleźć miejsce i szybko poszliśmy pod prysznic. Na wejście do basenu nie było już czasu. W szatni była waga, na której codziennie stawaliśmy z Aleksem. Znowu ważył tyle samo co ja.

Udało nam się wyjechać z basenowego parkingu, przejechaliśmy parę zatłoczonych przecznic i wyjechaliśmy na szeroką drogę w kierunku lotniska Keflavik. Zatankowaliśmy samochód do pełna i szczęśliwie dojechaliśmy na lotnisko. Procedura oddawania samochodu trochę trwała. W międzyczasie trochę go sprzątnęliśmy i musieliśmy się przepakować. Na szczęście wszystko mieliśmy dobrze wyliczone i zdążyliśmy na samolot.

Wyjazd na Islandię wspominam jako jeden z moich najwspanialszych. Trzech braci objechało w tydzień całą wielką wyspę, oglądając jej najciekawsze miejsca. Na koniec wszyscy z powodzeniem wzięli udział w zawodach biegowych, każdy na innym dystansie. Piękna historia ;-)

Galeria zdjęć z Islandii

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin