O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2008-07-19, Szczytno (Polska)


Urodzinowy maraton Alexa
Strasznie męcząca końcówka

Relacja Roberta z 39. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:18:56

14 /
55

25.5


Maratony Roberta

Ta relacja z maratonu w Szczytnie jest dość nietypowa. Po powrocie z Mazur pierwszy do komputera zasiadł Alex i to on napisał sprawozdanie z wyjazdu, po czym opublikował je na naszej stronie. Maraton poszedł mu dobrze, a przebiegł go dokładnie w dniu swoich 24. urodzin. Była więc okazja, żeby się pochwalić. Tekst bardzo mi się spodobał i postanowiłem wykorzystać w mojej relacji jego dużą część.

Już po raz czwarty pojawiliśmy się w Szczytnie, aby wziąć udział w Maratonie Juranda. W 2005 roku startowałem tylko ja, ale w kolejnych dołączył do mnie Alex.

Tym razem do Szczytna pojechaliśmy w wyjątkowo mocnym składzie - w Maratonie Juranda wystartowali także Kasia i Wojtek, Weronika i Marek pobiegli w Małym Biegu Juranda na dystansie ok. 3 km. Podobnie jak przed rokiem, zawody odbyły się w sobotę, zatem wstaliśmy o 5 rano i wybraliśmy się do Szczytna w dniu biegu. Podróż minęła szybko (o tej porze nie ma jeszcze korków), na miejscu byliśmy ok. 40 minut przed startem. Przebieranie, rejestracja, rozgrzewka - wszystko trochę w biegu, ale na szczęście udało się ze wszystkim zdążyć. Frekwencja, podobnie jak przed rokiem, niezbyt wysoka - ok. 60-70 osób. Na starcie zjawiła się praktycznie cała czołówka z zeszłego roku - m. in. Jarosław Janicki, Jacek Ciełuszecki oraz bracia Kuryło. Maraton wystartował parę minut po 10, a zaraz potem pozostali zawodnicy ruszyli na trasę Małego Biegu Juranda. W biegu na 3 km Weronika zajęła 3. miejsce wśród kobiet (2. w kategorii), a Marek 3. w kategorii gimnazjów. Oboje wrócili ze Szczytna z pięknymi pucharami.

Marek z pucharem na podium
Weronika z Wisią

Tymczasem my walczyliśmy na morderczej 42-kilometrowej trasie przez pobliskie miejscowości. Na samym początku jeden z zawodników wyraźnie wszystkich odstawił, Alex wolał zacząć spokojnie i biegł w dużej, ok. 8-osobowej grupie. Tempo było bardzo spokojne, pierwsze 5 km pobiegli w ok. 21 minut (czyli na 3h). Później mocniejsi zawodnicy zaczęli nieco przyspieszać, na 10. kilometrze międzyczas mieli już dużo lepszy. Ja już wtedy dawno straciłem z oczu prowadzącą grupę. Przez kolejne kilometry prowadzący biegli coraz szybciej - na 15. km mieli już międzyczas poniżej godziny, na połówce - 1:22:35. Mniej więcej w połowie dystansu Alex wyprzedził zawodnika, który odstawił wszystkich na pierwszych kilometrach. Biegli w 4-osobowej grupie, prowadzonej przez ubiegłorocznego zwycięzcę, rekordzistę Polski w biegu na 100 km, Jarosława Janickiego. Na agrafce w Lipowcu (26. kilometr) prowadząca grupa się rozpadła, od tej pory Alex biegł na trzeciej pozycji. Niestety, nie mogłem tego zobaczyć nawet na zawrotce, ponieważ biegłem znacznie wolniej i kiedy wbiegłem do Lipowca, Alex już zasuwał w stronę Szczytna. Na półmetku przestałem już liczyć, że uda mi się połamać 3 godziny - szykowała się ciężka walka o dobiegnięcie do mety w przyzwoitym czasie.

Alex trzymał mocne tempo przez około 5 km, jednak czuł, że może nie wytrzymać do końca. W Wałach stracił trzecią pozycję - wyprzedził go najlepszy zawodnik ze Szczytna, Jacek Ciełuszecki (przed rokiem 2. miejsce). Przez jakiś czas Alex próbował utrzymać jego tempo, ale z jego mięśniami dwugłowymi było coraz gorzej. Przez ostatnie 5 km musiał zatrzymywać się przy każdym punkcie i polewać nogi zimną wodą. W końcu dobiegłem do 40. kilometra - próbował trochę przyspieszyć, ale zaczęły go łapać kurcze, więc wolał nie ryzykować. Na szczęście nikt go już nie gonił i wbiegł na Stadion Leśny na niezagrożonej czwartej pozycji. Na stadionie trochę przyspieszył, widząc, że na zegarku zbliża się granica 2:50 - na metę wpadł z czasem 2:49:38 - to był jego 3. wynik w maratonie, 10 minut gorszy od rekordu z Krakowa. Biorąc pod uwagę warunki - czas był super. Alex czuł się dosyć dobrze, po raz kolejny organizm wytrzymał, nieco gorzej było jednak z nogami. Na mecie Alexa przywitali Weronika i Marek z Wisią. Na kolejnych zawodników przyszło im czekać jeszcze prawie pół godziny.

Wyczyn Aleksa zasługuje na duży szacunek. Ja niestety byłem cieniem maratończyka z zeszłego roku, który zdołał wtedy przyspieszyć w drugiej fazie biegu i z dobrym wynikiem zajął 4. miejsce. Scenariusz był zupełnie inny. Za Lipowcem czułem się bardzo osłabiony i musiałem się trochę przejść. Wyprzedziło mnie wtedy kilku zawodników. W końcu dogonił mnie Wojtek i przez jakiś czas udało mi się utrzymać jego tempo. Poczęstował mnie kawą, posłodzoną glukozą. Trochę pomogło i nawet przez jakiś czas biegłem przed nim. Potem jednak stwierdziłem, że nie ma już o co walczyć. Wojtek mnie odstawił, a ja utrzymywałem z nim kontakt wzrokowy i w ten sposób dobiegłem na Stadion Leśny.

Niedługo po nas przybiegła Kasia. Jak przypuszczaliśmy, zdecydowanie wygrała wśród kobiet i mimo problemów żołądkowych ukończyła maraton z czasem 3:31.

Byledobiec na mecie Maratonu Juranda - najpierw Alex...
...Wojtek, dopingowany przez Wisię...
...chwilę potem ja...
...i Kasia

Poczekaliśmy jeszcze na zakończenie imprezy, na koniec odebraliśmy nasze nagrody (Kasia za zwycięstwo w klasyfikacji kobiet, Alex i ja za 1. i 3. miejsce w kategorii M20. A po maratonie jak zwykle zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy na działkę do Fabiana nad jezioro. Wykąpaliśmy się, rozbiliśmy namiot i wieczór spędziliśmy przy ognisku, popijając piwo. To był udany dzień. Alex był zadowolony ze swojego wyniku. Bardzo fajnie wyszło, że Weronika i Marek zdobyli puchary (zwłaszcza, że Weronika po kilkudniowej przerwie w treningach nie była zupełnie przekonana do tego startu).

Byledobiec po godzinach :-)

Rano obudziła nas ulewa. Większość rzeczy niestety nam przemokła i wydawało się już, że szybko będziemy się zbierać z powrotem do Warszawy. Na szczęście powoli zaczęło się rozpogadzać, przed południem wyszło słońce i większość dnia spędziliśmy opalając się na pomoście i kąpiąc się w jeziorze. Po południu rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy kiełbaski i przed 16 wyjechaliśmy z powrotem do Warszawy. Podróż minęła dosyć szybko, wyruszyliśmy wystarczająco wcześnie, żeby ominąć największe korki.

Przyszłość Byledobiec w powietrzu

Wyjazd jak zwykle bardzo się udał - od 4 lat maraton w Szczytnie połączony z relaksem nad jeziorem był naszą obowiązkową pozycją wakacyjno-biegową. Alex zakończył swoją relację optymistycznie. Niestety, rok później władze Szczytna zrezygnowały z organizacji Maratonu Juranda :-(

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin