O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2008-06-15, Berno (Szwajcaria)


Trening motywacji na stadionie
Berno w czasie EURO

Relacja Roberta z 38. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:55:13

1 /
1

-


Maratony Roberta

Relacja z Berna jest kontynuacją mojego opisu maratonu w Liechtensteinie. Największy szwajcarski maraton odbywał się w Zurychu. Berno jest natomiast jedną z niewielu stolic europejskich, w której nie był wtedy organizowany bieg na dystansie 42195 m. Ponieważ śrubowałem moją statystykę przebiegniętych stolic europejskich, maraton w Bernie musiałem zorganizować sobie sam. Stwierdziłem, że fajnie będzie załatwić hurtem dwie stolice - najpierw wziąć udział w oficjalnym maratonie górskim w Liechtensteinie, a potem przejechać do stolicy Szwajcarii i pobiec tam na stadionie.

Była ku temu świetna okazja, bo akurat załapałem się na rozgrywane w Austrii i Szwajcarii mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Berno było jednym z miast, goszczących drużyny EURO 2008. Swoje mecze rozgrywała tu grupa C, nazywana "grupą śmierci", złożoną z reprezentacji Holandii, Włoch, Rumunii i Francji (ostatecznie z grupy awansowały te dwa pierwsze zespoły).

Terminarz był tak ustawiony, że wszystkie trzy mecze grupowe Holandii (drużyny rozstawionej w grupie) odbywały się właśnie w Bernie. Stolica stała się pomarańczowym miastem. Słyszałem o 200 tysiącach holenderskich kibiców, którzy zjechali w okolice Berna, by kibicować swoim zawodnikom.

Pomarańczowa limuzyna - takie widoki czekały na mnie w Bernie

Po wyjeździe z Liechtensteinu przekroczyłem Ren i od razu wjechałem na szwajcarską autostradę. Chciałem pojechać do Lucerny, ale w końcu wyszło na to, że skierowałem się do Zurychu i planowałem zwiedzić to miasto. Kolejne plany rodziły się w czasie jazdy samochodem. W radio usłyszałem o rozpoczynających się wkrótce meczach EURO i postanowiłem obejrzeć je w miasteczku kibica w Zurychu. Dojechałem do miasta, zaparkowałem samochód w centrum i zaczepiałem przechodniów, żeby wskazali mi największą tzw. strefę kibica (w mieście było ich kilka). Poradzili mi udać się w miejsce położone nad jeziorem. Poszedłem w tym kierunku i bardzo się ucieszyłem, że tu trafiłem. Pogoda była piękna, jezioro prezentowało się bardzo ładnie, a już w okolicach strefy kręciło się wielu kibiców z kubkami piwa w dłoniach. To był klimat, o jaki mi chodziło.

Rzeka Limmat - stoję na moście nad jej ujściem do Jeziora Zuryskiego

Przed wejściem do strefy wszyscy musieli przejść kontrolę na bramkach, stąd kolejka posuwała się dość wolno. Akurat rozpoczynał się mecz Hiszpania - Szwecja. Hymnów musiałem wysłuchać jeszcze stojąc poza strefą. Straciłem też kilka pierwszych minut meczu. Telebimy były wielkie, ale z daleka nie można było dużo na nich zobaczyć. W końcu zostałem obmacany przez ochroniarzy i mogłem wejść do strefy. Stały w niej trzy ogromne ekrany, jeden z nich przed prawdziwymi trybunami teatru. Kibice, którzy tam się dostali, mogli się poczuć prawie jak na stadionie. Dla innych pozostały dwa telebimy, przed którymi trzeba było stać.

Klimat w miasteczku kibica bardzo mi się podobał. Niesamowite, że jeszcze parę godzin temu biegłem maraton w górach, a teraz stoję sobie w Zurychu w miasteczku kibica i oglądam mecz. Szkoda, że nie mogłem napić się piwa, jak robiła to większość kibiców. W przerwie zjadłem za to obiad. Oczywiście, było to pasta party - w końcu następnego dnia miałem maraton.

Miasteczko kibica w Zurichu

Mecz wygrali Hiszpanie 2:1 dzięki strzelonej w ostatniej minucie bramce, której autorem był David Villa. Nie przypuszczałem wtedy, że oglądam przyszłych mistrzów Europy. Kolejny mecz był rozgrywany między Grecją a Rosją. Wydawał mi się mniej ciekawy i kiedy greccy i rosyjscy kibice wchodzili do strefy, ja ją opuściłem. Przeszedłem się chwilę wzdłuż rzeki w Zurychu i pochodziłem po tamtejszych uliczkach. Nie miałem czasu na konkretniejsze zwiedzanie. Poza tym, poranny maraton zrobił swoje, a ja musiałem już myśleć o następnym. Moje nogi potrzebowały odpoczynku. Wolnym krokiem dotarłem z powrotem do samochodu.

Zurych mi się podobał. To było eleganckie, dobrze utrzymane miasto. Na koniec, rozbawił mnie napis na jednym z billboardów - "Co będzie jeśłi Polska zostanie mistrzem Europy" (z błędnym "ł"). Była to reklama jednego z tutejszych dzienników.

...byłoby pięknie - w trzech meczach strzeliliśmy tylko jedną bramkę i odpadliśmy z grupy

Wyjechałem z miasta w kierunku Berna. Powoli zapadał zmrok, a zmęczenie dawało znać o sobie. Nie miałem zaplanowanego żadnego noclegu. Stwierdziłem, że może spróbuję przenocować w miasteczku kibica, które mieściło się niedaleko Berna, w kierunku Biel (w tym mieście rozgrywany jest znany bieg na 100 km). Miasteczko było wielkim kempingiem. Próbowałem wjechać tam samochodem, ale jakoś mi nie szło. W okolicy utworzył się korek. Zacząłem coś kombinować, ktoś na mnie zatrąbił i stwierdziłem, że chyba odpuszczę sobie nocleg w miasteczku. Zaparkowałem przy drodze i przygotowałem się do snu. Kolejna noc, którą miałem spędzić w samochodzie. Zawsze twierdziłem, że przed maratonem trzeba się dobrze, wygodnie wyspać. W Szwajcarii łamałem wszelkie tego typu zasady.

Obudziłem się rano i nie byłem najlepiej wyspany. Zebrałem się i pojechałem do Berna. Wiedziałem, na który stadion chcę dotrzeć, ale nie było to niestety łatwe, bo wydrukowana mapka była bardzo niedokładna. Nie wiedziałem nawet, gdzie jestem. Żeby wyjść jakoś z tej sytuacji, postanowiłem wejść do napotkanego po drodze hotelu - w takich miejscach zawsze można znaleźć potrzebne informacje. Hotel był niestety bardzo drogi - noc kosztowała prawie tyle, ile bilet lotniczy do Szwajcarii. Państwo w recepcji byli na szczęście bardzo pomocni - dali mi mapkę i wskazali miejsce, gdzie się znajdowałem. Potem udało mi się już bez problemu trafić na stadion. Zmartwiły mnie trochę godziny jego otwarcia. Bałem się, że będę robił 35. kilometr maratonu, a obiekt zostanie wtedy zajęty przez jakąś grupę, która nie pozwoli mi tam biegać. Taką sytuację miałem już wcześniej na stadionie w Buenos Aires, kiedy na bieżni ledwie dało się biegać, gdy na stadion wkroczyła biegnąca ławą grupa dwudziestu truchtaczy.

Pomyślałem, że może warto coś zjeść i spróbować szczęścia na drugim stadionie. Możliwe miejsca znajdowałem wcześniej z pomocą map satelitarnych. Widziałem, że stadion klubu FC Bern jest wyposażony w bieżnię lekkoatletyczną. Po drodze zaparkowałem w okolicach dworca kolejowego, gdzie mieściło się biuro informacji turystycznej. Udało mi się tam zarezerwować nocleg w hostelu w pokoju jednoosobowym, po bardzo przyzwoitej cenie. Ucieszyło mnie to, bo wcześniej bałem się, że z miejscami będzie krucho i raczej pozostanie mi nocleg na kempingu, gdzie przynajmniej mógłbym się wykąpać.

Stadion był niestety zamknięty. Działał przylegający do niego klub tenisowy, gdzie zapewniano mnie, że za pół godziny bramy powinny zostać otwarte. Niestety, tak się nie stało. Razem ze mną przed stadionem zebrała się większa grupka, która chciała pograć na boisku. W końcu straciłem cierpliwość i powtórzyłem akcję z Wilna - przeskoczyłem przez płot. Udało mi się znaleźć jedno miejsce, gdzie drut kolczasty był opuszczony i przeskoczyłem na drugą stronę. Jak na złość, parę minut później ktoś otworzył furtkę i na teren wkroczyła grupa, która czekała razem ze mną. Nie wchodzili na główną płytę boiska, ale grali na bocznym. Okazało się, że nie byli futbolistami, ale piłkarzami ręcznymi. Grali na trawie i rzucali piłką na duże bramki ligowe (dziwna zabawa).

Rozpocząłem moje kolejne zmagania maratońskie. Szło mi bardzo słabo. Przede wszystkim, czułem w nogach górski maraton z poprzedniego dnia. Niebagatelne znaczenie miał też mało komfortowy sen, wychłodzenie organizmu i nienajlepsza dieta. Tempo nie było oszałamiające. Dodatkowo, musiałem się zatrzymywać na siusiu. Szybko zrobiłem się głodny - jadłem banany i batony.

Wcześniej raz przebiegłem maraton na stadionie - było to w Wilnie. Wtedy toczyłem nocną walkę w deszczu, a żeby się dostać na stadion, musiałem przejść przez wysoki płot. Wtedy czułem, że był to taki heroiczny wyczyn. W Bernie to uczucie już mi nie towarzyszyło, a jeszcze przed połową dystansu chciałem jakoś byledobiec i odbębnić ten maraton. W moim otoczeniu zmieniało się niewiele. Na trawie ćwiczyło trochę dwóch nastoletnich oszczepników, na bieżnię wyszła na trochę młoda dziewczynka (jakieś 14 lat) i pod dyktando swojego taty zrobiła trening 8 x 200 m. Piłkarze ręczni skończyli mecz na bocznym boisku i poszli do domu. A ja walczyłem... Kolejne kółka mijały bardzo powoli, ale w miarę zbliżania się do upragnionego celu biegło mi się coraz lepiej. Ostatnie kółka były już naprawdę fajnie. Nieważne, że po raz setny w ciągu 4 godzin stawiałem stopę w tym samym miejscu - kończyłem kolejny maraton. Po przebiegnięciu 105 kółek dałem trochę mocniej do pieca i ostatnie 200 metrów pokonałem z uśmiechem na ustach. Udało się!

Koszulka z maratonu w Amsterdamie świetnie pasowała do pomarańczowego miasta

Zrobiłem sobie jeszcze pamiątkową fotkę i zebrałem się do samochodu. Było chłodno, wiał wiatr i trochę kropiło. Nie mogłem się doczekać, kiedy wezmę ciepły prysznic. Hostel nad rzeką znalazłem bez większych problemów. Formalności poszły sprawnie i po wrzuceniu bagażu do pokoju udałem się pod upragniony prysznic. Udało mi się chwilę przespać, ale później bardzo zgłodniałem i zszedłem do miejscowej stołówki. Sala była praktycznie pusta, ja specjalnie nie szukałem towarzystwa, ale ono znalazło mnie. Przysiadło się do mnie dwóch Holendrów i jeden Australijczyk. Ci pierwsi z oczywistego powodu, o którym wcześniej wspominałem - Berno w czasie EURO 2008 było holenderskim miastem. Australijczyk na co dzień pracował w Kopenhadze, a wtedy akurat jeździł sobie po Europie czysto turystycznie. Dużo mówił, ale nie interesował się piłką nożną. Mogłem na ten temat przeprowadzić dłuższą konwersację z Holendrami. W nocowaniu w hostelach podoba mi się to, że błyskawicznie można nawiązać płytką znajomość i porozmawiać z kimś zupełnie obcym przez dłuższą chwilę.

Po obiedzie czasu nie miałem zbyt wiele - wkrótce rozpoczynały się mecze w grupie A. Miałem do wyboru mecz o nic między Szwajcarią i Portugalią (Szwajcarzy nie mieli szans na wyście z grupy, a Portugalczycy zapewnili sobie pierwsze miejsce) lub pojedynek Czechów i Turków, którzy mieli na swoim koncie po 3 punkty i toczyli bezpośredni pojedynek o awans. Mimo sympatii do gospodarzy turnieju, zdecydowanie wolałem pójść na ten drugi pojedynek i kibicować Czechom. Niestety, okazało się, że należałem do zdecydowanej mniejszości. Plac objęty strefą kibica był pełen Turków. Część przyjechała tu pewnie kibicować ze swojego kraju, ale trzeba pamiętać, że w tych okolicach mieszka masa imigrantów tureckich.

Hymny przed meczem Czechy - Turcja. Na telebimie antybohater tego spotkania - bramkarz Petr Cech

Twardo stałem przez cały mecz, popijając piwo (skończyło się na trzech). W przerwie wyskoczyłem na chwilę do McDonalda, żeby zjeść jakieś szybkie kurczaki. Trudno się dziwić, że po tych dwóch maratonach byłem taki głodny. Doceniałem za to swój organizm, że mimo takich obciążeń, potrafię go zmusić do spędzenia jeszcze dodatkowych dwóch godzin na nogach.

Warto było doczekać do końca meczu. Jeszcze do 75. minuty Czesi prowadzili 2:0, ale wtedy padła kontaktowa bramka dla Turków. Emocje rosły aż do 87. minuty, kiedy to Turcy wyrównali po fatalnym błędzie Petra Cecha. Wszyscy szykowali się do dogrywki. Byłoby to niespotykane w takim turnieju, żeby miała ona miejsce już w fazie grupowej. Jeszcze do ostatniej minuty obie drużyny miały tyle samo punktów i identyczny bilans bramkowy. Podłamanych ostatnimi golami Czechów dobił jednak Nihat, strzelając kolejną bramkę i prowadząc Turków do zwycięstwa 3:2, zapewniającego awans z grupy. Był to najbardziej dramatyczny mecz tego turnieju. Tureccy kibice szaleli z radości.

Wolnym krokiem kierowałem się w stronę hotelu, ale drogę zagrodziła mi inna strefa kibica, z której wybiegali szczęśliwi kibice szwajcarscy. Pokonali Portugalię 2:0 i mimo braku awansu do dalszej fazy, ich radość była bardzo duża. Co ciekawe, obie bramki strzelił reprezentujący Szwajcarię Turek Hakan Yakin. W poprzednim meczu strzelił gola Turkom i zupełnie nie okazywał radości. Takie dylematy mają czasami sportowcy. Turcy pokonali wtedy Szwajcarów równie szczęśliwie - gola na 2:1 strzelili w ostatniej minucie. Tureccy i szwajcarscy kibice się bawili, a mnie udało się dotrzeć do hostelu. Spało mi się znakomicie.

Centrum Berna z drugiego brzegu rzeki Aare

Rano miałem jeszcze trochę czasu na zwiedzanie miasta i postanowiłem to wykorzystać. Przeszedłem się wzdłuż rzeki, a potem na drugi jej brzeg. Ze wzgórza mogłem podziwiać panoramę starego miasta. Potem wróciłem do serca Berna i przeszedłem się jego główną, zabytkową ulicą. Po drodze zatrzymywałem się w sklepach z pamiątkami. W jednym z nich kupiłem dla brata scyzoryk - jeden z charakterystycznych szwajcarskich prezentów. Przespacerowałem się jeszcze trochę uliczkami i wróciłem do samochodu.

Kaskady na rzece pod katedrą św. Wncentego
Widok z wysokości szczytu zakola rzeki - na linii w stronę katedry widać pomarańczową limuzynę z pierwszego zdjęcia
Kramgasse - zabytkowa ulica Berna

Podróż na lotnisko w Zurychu minęła bardzo spokojnie. Kiedy oddawałem samochód, na jego liczniku widziałem dokładnie 555 km przejechanych w czasie mojego pobytu. Był to na pewno jeden z moich najbardziej intensywnych wyjazdów maratońskich. Organizacyjnie wszystko udało się znakomicie. Niestety, zaciągnąłem dług u mojego organizmu, który musiał się potem jeszcze długo regenerować.

Galeria zdjęć z Liechtensteinu i Szwajcarii

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin