O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2008-06-14, Liechtenstein (Liechtenstein)


Taką górską trasą trzeba
było się delektować

Relacja Roberta z 37. maratonu

Czas

Miejsce

%

4:16:59

116 /
639

18.2


Maratony Roberta

Śrubowanie mojej statystyki "przebiegniętych" stolic europejskich jest świetną okazją do odwiedzania miejsc, w których prawdopodobnie nigdy nie postawiłbym stopy. Przykładem może być malutkie księstwo Liechtenstein i Berno - stolica Szwajcarii. O Liechtensteinie pomyślałem, patrząc na listę krajów europejskich, w których już biegałem. Na "L" miałem w tym roku Litwę, Luksemburg - zostało jeszcze tylko to małe księstwo. Wyszukiwanie w Internecie pod hasłem "Liechtenstein Marathon" zwróciło mi maraton alpejski, który miał się odbyć w Liechtensteinie w połowie czerwca. Od razu pomyślałem też o tym, żeby przy okazji zaliczyć Szwajcarię i pobiec w Bernie. Nie znalazłem tam oficjalnego maratonu, więc i tak musiałbym kiedyś zorganizować sobie taką imprezę samemu. Smaku wszystkiemu dodawał fakt, że akurat w tym czasie w Austrii i Szwajcarii odbywały się mistrzostwa Europy w piłce nożnej - EURO 2008.

W moim grafiku urlopowym nie mogłem przeznaczyć zbyt długiego czasu na wyjazd. Udało mi się obkleić weekend piątkiem i poniedziałkiem. Pierwszy raz stanąłem przed wyzwaniem, by przebiec dwa maratony dzień po dniu. Dodatkową trudność stanowiło ogromne przewyższenie maratonu w Liechtensteinie. Trudno było mi się dobrze przygotować do tego wyzwania. Jeden wyczerpujący trening zrobiłem sobie na dwa tygodnie przed wyjazdem. Przebiegłem wtedy 46 kilometrów z Zabieżek do Anina. Wiedziałem jednak, że oba starty muszę potraktować ulgowo.

Moja podróż rozpoczęła się w piątek po południu. Doleciałem do Zurichu, gdzie wynająłem samochód. Miałem przed sobą perspektywę przejechania 150 kilometrów do Liechtensteinu. Podróż autostradą przeszła bardzo sprawnie. Z drogi na wzgórzu widziałem olbrzymie jezioro Bodeńskie, przez które przebiegają granice Szwajcarii, Niemiec i Austrii. Miałem włączone radio, w którym nasłuchiwałem informacji o meczu Włochy - Rumunia (skończyło się 1:1). Do Liechtensteinu dojechałem jak po sznurku. W miasteczku Bendern przez chwilę szukałem biura zawodów, do którego dotarłem pół godziny przed zamknięciem. Poza odbiorem numeru startowego nie miałem tam zbyt wiele do roboty i postanowiłem poszukać miejsca, w którym mógłbym obejrzeć szlagier Holandia - Francja. Zasięgnąłem języka u miejscowych, pojechałem do pobliskiej miejscowości Schaan i znalazłem polecony duży pub. Przy okazji przeszedłem się chwilę po uroczym miasteczku. Bardzo podobał mi się stojący na tle górskich szczytów kościół św. Wawrzyńca (Laurentius), górujący nad głównym skrzyżowaniem miasta.

Liechtenstein - dolina nad Renem u podnóża Alp

Oglądanie meczu w pubie było fajnie zorganizowane. Niestety, nie mogłem się napić piwa, ale i bez niego humor mi dopisywał. Mecz był znakomity, szczególnie w wykonaniu Holendrów. "Pomarańczowi" pokonali "Niebieskich" 4:1. Bardzo podobało mi się zakończenie meczu, kiedy holenderscy piłkarze podeszli w stronę trybun i odebrali od swoich żon małe dzieci, z którymi paradowali po murawie. W Polsce nie pokazywano w telewizji takich sympatycznych obrazków - w tym czasie leciało 10 minut reklam. Od razu po meczu pojechałem na parking, umiejscowiony tuż przy starcie maratonu. Noc spędziłem na niezbyt wygodnym łóżku w hotelu o nazwie Opel Corsa.

Kościół św. Wawrzyńca w urokliwym miasteczku Schaan

Obudziłem się przeszło 3 godziny przed startem biegu i od razu zjadłem zakupione poprzedniego dnia śniadanie. Miałem trochę wolnego czasu, więc postukałem w klawiaturę komputera, pisząc zaległą relację z Luksemburga. Start maratonu był umiejscowiony pod fabryką Malbuner (przetwory mięsne), która dysponowała dużym parkingiem. Mimo wielu miejsc, zapełnił się on całkowicie na 45 minut przed biegiem. Zaplanowałem wszystko logistycznie i wrzuciłem do torby rzeczy do kąpieli i świeże ciuchy, żeby przebrać się na mecie. Na starcie rozpoznałem ubiegłorocznego zwycięzcę - Timothy'ego Shorta, ale pojawił się także Nowozelandczyk Jonathan Wyatt - jeden z najlepszych biegaczy górskich na świecie. Zawodnik z Antypodów przebiegł tę trasę w 2:56:27, co jest dla mnie kosmicznym osiągnięciem. Dodam jeszcze, że następnego dnia (!) wygrał zawody górskie IAAG w Meran (Włochy). Ciekawe, w ile czasu dałby radę polecieć Rzeźnika.

Na starcie w Bendern

Wystartowałem dość mocno. Postanowiłem się wyszaleć na płaskim, a potem wyluzować na górkach. Najpierw biegliśmy znaną mi już drogą w kierunku Schaan, a niedługo przed miasteczkiem skręciliśmy w prawo, w pole zboża. Niedaleko pobliskich wiejskich zabudowań mogłem uświadczyć zapachu krowich placków. Przebiegliśmy mostkiem nad wąską rzeczką, a chwilę później skręciliśmy na wał wschodniego brzegu Renu. Po drugiej stronie rzeki była Szwajcaria. Zmierzałem w kierunku mety w Malbun, miejscowości położonej wysoko, tuż przy austriackiej granicy, którą stanowiły wysokie szczyty Alp. Był to drugi maraton w czasie którego widziałem aż trzy kraje. Wcześniej było to w czasie biegu w Monako, w czasie którego odwiedziłem jeszcze Francję i Włochy. Teraz moje stopy przez cały czas dotykały terytorium księstwa Liechtenstein.

W końcu mogłem pobiegać nad Renem. Wcześniej tylko spacerowałem brzegiem tej rzeki - najpierw w czasie przesiadki w Duesseldorfie, kiedy lecieliśmy z mamą do Tajlandii, a potem w Kolonii, przy okazji wyjazdu na maraton w Luksemburgu. Na chwilę straciłem Ren z oczu, by na szóstym kilometrze powrócić na wał. Widoki były super, a ja już zaczynałem myśleć o tym, co mnie czeka w czasie wspinaczki. Biegnąc wałem, minąłem miejscowy stadion narodowy, by za chwilę skręcić w lewo do Vaduz, mijając oznaczenie 10 km. W Vaduz zrobiliśmy małą pętlę. Po raz pierwszy w czasie maratonu biegłem po schodach. Pokonaliśmy główną promenadę miasteczka, pełną drogich sklepów. Na jej końcu była mata do pomiaru czasu, skręciliśmy w prawo i zaczęło się. Przeszedłem do marszu, bo podbieg był wymagający. Po krótkiej wspinaczce przebiegłem obok umiejscowionego na zboczu góry ładnego zamku Vaduz (576 m n.p.m.). Dalsza trasa w górę miała kształt "jodełki" o stałym nachyleniu. Można było łatwo kontrolować zbliżających się niżej zawodników. Ja szedłem, inni podbiegali i byłem wyprzedzany przez kolejnych zawodników. Ale jak na chwilę zaczynałem bieg, to byłem znacznie szybszy od rywali (robiłem to, gdy przebiegaliśmy koło kibiców).

Kolejne partie górskie dostarczały innych wrażeń. Niżej były krowy, wyżej owce. Nauczyłem się rozpoznawać zapach ich odchodów. Krowy miały przeczepione olbrzymie dzwony i muczały. W okolicach półmaratonu zakończyła się wspinaczka i zaczął się zbieg do położonego w pięknej dolinie miasteczka Steg (1300 m). Na początku zbiegu trochę ryzykowałem, zbiegając po błotnistym szlaku, czasem ślizgając się po kostki w błocie. Na szczęście nie skończyło się to kontuzją. Od tego momentu przestałem dbać o swój wygląd, bo byłem porządnie ubłocony. W czasie szaleńczego zbiegu wyprzedziłem bardzo ładną i zgrabną dziewczynę, a nad pięknym, zielonym jeziorkiem w Steg dogoniłem kolejną. Pytała mnie, czy daleko jest do mety 25 km (tam można było skończyć krótszy dystans). Dziewczyna była już mocno zmęczona i przez ostatnie 500 metrów ciągnąłem ją do mety. Trasa w miasteczku była przyjemna. Przez chwilę biegliśmy po idealnie zielonej trawie, na której nie wydeptano jeszcze ścieżki.

Dalej czekał mnie podbieg i wróciłem w wyższe partie górskie. Dolina w dole była coraz dalej i las zaczął powoli się zmieniać. Po dłuższej wspinaczce wybiegliśmy na otwarty teren, po czym zaczęliśmy wspinać się wąską ścieżką wśród skał. Wyprzedziła mnie wtedy dziewczyna, którą wyprzedziłem na zbiegu do Steg. Skakała po tych skałach jak kozica i potem mogłem ją zobaczyć dopiero na mecie (ukończyła bieg parę minut przede mną). Ja biegłem na końcu zwartej grupy. Na ścieżce było miejsce tylko dla jednej osoby, ale czasem wolniejsi zawodnicy ustępowali szybszym.

Pod koniec wspinaczki czekała na mnie kolejna atrakcja na trasie - góralka przebrana w tradycyjny strój grała na olbrzymim rogu. Instrument wydawał dźwięk muczącej krowy, tylko trochę bardziej głuchy. Mimo lekkiego bólu głowy (zmiana wysokości zrobiła swoje), bardzo rozweselił mnie ten koncert.

Niedługo później byłem na przełęczy, w najwyższym punkcie trasy (1771 m). Tam wypiłem kubek coli, po czym postanowiłem rzucić wyzwanie moim mięśniom czworogłowym i rozpocząłem szaleńczy zbieg, wyprzedzając wszystkich. Trochę ryzykowałem, bo kamieni na trasie było sporo. W końcu usłyszałem głos spikera i zobaczyłem Malbun - małe miasteczko, w którym usytuowana była meta. Jest tu kilka wyciągów i zimą można poszaleć na nartach czy snowboardzie. Meta była dosłownie 100 metrów ode mnie, wystarczyło zbiec na dół. Niestety, czekało mnie jeszcze 5 kilometrów pierścienia wokół Malbun. Trasa była pełna krótkich zbiegów i podbiegów. Zdecydowanie lepiej radziłem sobie biegnąc w dół. Raz tak zaszalałem, że nie mogłem wyhamować przed mostkiem i prawie wleciałem do strumienia. Potem były jeszcze krótkie fragmenty, gdzie biegliśmy po śniegu. Na szczęście końcówka trasy szła w dół i tam naprawdę dałem czadu, wyprzedzając kolejne osoby.

Meta jest na wyciągnięcie ręki, ale trzeba jeszcze zrobić ten pierścień dookoła Malbun, przebiegając czasem po śniegu

Do mety w Malbun (1600 m) dotarłem w czasie 4:17 - najgorszym od mojego maratońskiego debiutu. Trzeba wziąć oczywiście poprawkę na górski profil trasy, a także fakt, że starałem się oszczędzać siły na kolejny maraton. Ta sztuka nie do końca mi się udała, bo zbiegi miałem mocne, co odbiło się potem na kondycji mięśni czworogłowych. Zajęte miejsce w generalce nie było najlepsze, za to mogłem się cieszyć z bardzo dobrego piątego miejsca w kategorii 18-30 lat.

Na mecie w Malbun

Od razu po finiszu złapałem za piwo bezalkoholowe, które rozdawali za linią mety. Było pyszne. Odebrałem swoją torbę i udałem się pod prysznic w żołnierskim namiocie. Panował tam spory tłok, ale udało mi się szybko załapać na jedno z około 20 stanowisk. Przyjemnie było postać sobie pod prysznicem po takim biegu. Potem ponownie udałem się po piwo. Podziwiałem sprawność, z jaką obsługa otwiera każdą butelkę ze skrzynki, a potem wlewa zawartość do plastikowych kufli. Na mecie wypiłem w sumie półtora litra tego smacznego napoju, co pozwoliło mi się odpowiednio nawodnić. Udałem się do dużego namiotu z jedzeniem, gdzie kupiłem sobie porządny obiad. Było bardzo przyjemnie.

Na koniec postanowiłem przejść się chwilę po Malbun. Jest to bardzo przyjemna miejscowość, która zimą przyciąga turystów na swoje trasy narciarskie (są tu 3 wyciągi). Przystanąłem na chwilę przy ślicznym, górskim kościółku i oglądałem uczestników marszu nordic walking (trasa dookoła Malbun).

Kościółek w Malbun

Moja przygoda w Liechtensteinie powoli się kończyła. Wsiadłem w autobus, który zwoził maratończyków w kierunku linii mety. Przejechaliśmy przez Steg, gdzie wcześniej kończył się bieg na 25 km, a potem tunelem do Triesenberg. Dalej droga bardzo kręciła do Triesen, skąd udaliśmy się na północ przez Vaduz, Schaan, do Bendern. Na parkingu wymieniłem kilka uwag z sąsiadem (nocował w samochodzie obok), który pogratulował mi wyniku. Podziękowałem, choć w głębi duszy wiedziałem, że mógłbym pobiec lepiej, gdybym się nie oszczędzał.

Większe doświadczenie w górach zacząłem zdobywać półtora roku później, kiedy przeprowadziłem się do Bielska-Białej. W 2012 roku przebiegłem dwa inne kultowe maratony górskie: Zermatt i Jungfrau.

Przejechałem się jeszcze chwilę trasą w księstwie, a w Vaduz skręciłem na most nad Renem, żegnając Liechtenstein. Jedna przygoda się skończyła, kolejna dopiero się zaczynała (o tym w relacji z maratonu w Bernie).

Galeria zdjęć z Liechtensteinu i Szwajcarii

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin