O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2008-05-03, Luksemburg (Luksemburg)


Kryzys po 12 km...
Piękna nocna końcówka

Relacja Roberta z 36. maratonu

Czas

Miejsce

%

4:08:32

755 /
1338

56.4


Maratony Roberta

Po maratonie na Antarktydzie chciałem trochę odpocząć i nacieszyć się moim sukcesem. Potem znów ogarnął mnie biegowo-turystyczny głód. Nie wypalił pomysł wyjazdu do Hiszpanii, więc postanowiłem wybrać się na maraton do Luksemburga, który odbywał się w długi weekend majowy. Interesująca wydała mi się perspektywa wieczornego startu. Do tej pory tylko raz biegłem maraton po południu - 3 lata wcześniej w Sztokholmie. Poza tym, wyjazd wydał mi się ciekawy turystycznie. Poza Luksemburgiem, zaplanowałem jeszcze wizytę w Kolonii, gdzie koniecznie chciałem zobaczyć tamtejszą katedrę. Kupiłem bilet lotniczy właśnie do Kolonii, gdzie zamierzałem wynająć samochód i udać się do Luksemburga (ok. 200 km).

Do Kolonii wyleciałem w piątek po południu. Przed wylądowaniem miałem jeszcze okazję zobaczyć panoramę miasta - Ren i dobrze widoczną katedrę. Na miejscu szybko załatwiłem sprawę samochodu, który zarezerwowałem już wcześniej przez Internet. Trafił mi się Opel Agila. Minusem samotnego prowadzenia auta w nieznanym miejscu jest konieczność pełnienia funkcji kierowcy i pilota jednocześnie. Jakoś udawało mi się łączyć te dwie role.

Kolonia z lotu ptaka - na przedłużeniu drugiego od dołu mostu rysują się dwie wieże katedry

Jechałem trudną, ale malowniczą trasą w górach. Na takich wycieczkach przeważnie wybieram widoki, zamiast oszczędności czasu na prostych, ale nudnych autostradach. Pod koniec trochę się zgubiłem, a ponieważ zaczynało się ściemniać, zatrzymałem się na nocleg w zachęcająco wyglądającym pensjonacie. Miejsce było super - chyba specjalnie się zgubiłem, żeby tu trafić.

Rano zjadłem pyszne śniadanie i ruszyłem dalej. Przebiłem się do autostrady, wjechałem do Luksemburga i wkrótce zaparkowałem na parkingu przy budynku, gdzie lada moment miało rozpocząć się maratońskie expo. Centrum sportowe o nazwie Coque zrobiło na mnie duże wrażenie. Wewnątrz zmieszczono kilka aren sportowych: dwie hale i olbrzymią pływalnię. Przygotowania miejsca startu maratonu (przed budynkiem) i mety (wewnątrz hali) zapowiadały, że może być naprawdę fajnie.

Po odebraniu pakietu startowego pojechałem do zarezerwowanego wcześniej hotelu, który znajdował się całkiem niedaleko miejsca startu. Odległość wydawała się niewielka tylko na mapie. Trzeba pamiętać o tym, że Luksemburg leży na gęsto ułożonych pagórkach. Żeby dotrzeć na miejsce, musiałem pokonać wcześniej trzy pokaźne wzniesienia, a trasa wiła się przez to sinusoidą. W hotelu szybko załatwiłem formalności, a w pokoju zjadłem bardzo dużą ilość ugotowanego dzień wcześniej makaronu (co okazało się później gwoździem do mojej maratońskiej trumny).

Meta maratonu w hali - bardzo fajny pomysł

Około południa pojawił się dylemat, znany mi z kilku poprzednich wypraw maratońskich. Zwiedzać czy szybko biegać? Rok wcześniej biegłem w Rzymie i w przeddzień maratonu urządziłem sobie 12-godzinne zwiedzanie miasta. Skończyło się na obolałych nogach i kiepskim wyniku następnego dnia. Teraz dylemat pojawił na 6 godzin przed startem. Nie byłbym sobą, gdybym odmówił sobie zwiedzania Luksemburga. Następnego dnia zamierzałem jechać do Kolonii i to była ostatnia okazja, żeby pochodzić po starówce. Pojechałem do supermarketu w okolicach startu maratonu (w miarę tani parking), wsiadłem w autobus i szybko dotarłem do centrum miasta.

Place d'Armes

Zwiedzanie rozpocząłem od parku miejskiego na zachód od centrum, gdzie znajdował się bardzo fajny plac zabaw dla dzieci, którego główną atrakcją był duży, drewniany statek. Posiedziałem chwilę na ławce, opracowując dalszy plan zwiedzania. Przeszedłem urokliwymi uliczkami do Place d'Armes - jednego z dwóch głównych zabytkowych placów Luksemburga. Potem udałem w kierunku Placu Konstytucji z dużym obeliskiem na środku, spod którego jest doskonały widok na dolinę i mosty. Chwilę później byłem przy katedrze Notre-Dame, nie tak imponującej, jak ta w Paryżu. Jeżeli chodzi o świątynie gotyckie, to oczy miałem cieszyć dopiero następnego dnia widokiem katedry w Kolonii (z zewnątrz bardziej imponującej od Notre-Dame).

Starówka w Luksemburgu jest położona nad stromym urwiskiem

Potem udałem się do ruin zamku Bock. Tam miałem znakomity widok na miasto. W dole płynęła kręta rzeczka, tworząc niewielką kaskadę pod starym, wysokim wiaduktem kolejowym. Po drugiej stronie rzeki widać było zabytkowe kamienice, nad którymi górowały zabytkowe wieże.

Widok na rzekę z ruin zamku Bock

Przeszedłem się kawałek na północ krętymi ulicami starówki. Dotarłem do ciekawej kamienicy, zwieńczonej trzema wieżami i zawróciłem w kierunku centralnych placów. Doszedłem do pałacu księcia, skąd jest już bardzo blisko do Place Guillame II - największego w Luksemburgu. Była tam już rozstawiona dmuchana brama na maraton. Zatrzymałem się chwilę na placu, po czym przeszedłem wąska bramą w kierunku następnego placu. Nie przypuszczałem wtedy, że trasa maratonu prowadzi właśnie w tym miejscu. Skierowałem się na Place d'Armes i z powrotem na przystanek. Po drodze posiliłem się jeszcze bajglem.

Krótkie zwiedzanie Luksemburga miałem za sobą. Teraz był czas, żeby tu pobiec. Wróciłem autobusem w kierunku miejsca startu przy Coque. Przejechałem przez luksemburską dzielnicę europejską. Co ciekawe, jest ona w bardzo podobny sposób położona jak brukselska - dość daleko na wschód od starówki. Główną ulicą dzielnicy jest szeroka jak na Luksemburg aleja Kennedy'ego.

Miałem jeszcze sporo czasu do startu i postanowiłem zjeść jeszcze czekoladowego muffina, co również mogło mieć wpływ na moje późniejsze problemy z żołądkiem. Porozciągałem w Coque nad imponującym basenem olimpijskim i spokojnie udałem się na start.

Przed startem nad basenem olimpijskim w centrum sportowym Coque

Moje przygotowanie do biegu wskazywało na wynik 2:5x, a biorąc pod uwagę sporo górek na trasie, było to duże "X". Na początku zawinęliśmy sporą pętlę dookoła Coque, zaliczając przy okazji pierwsze przewyższenia. Mimo wszytko, biegłem dość szybko, tempem niewiele ponad 4:00/km. Potem ruszyliśmy w kierunku centrum, mijając 10. km w dzielnicy europejskiej. Przebiegając przez wiadukt na 11. km czułem, że coś jest nie tak z moim organizmem. Po paru minutach wiedziałem już o co chodzi - zaczął mnie boleć brzuch. Czyżby miały się powtórzyć moje nieciekawe przeżycia z Berlina i Nowego Jorku? Tym razem nie były to tylko nieciekawe przeżycia, tylko prawdziwy koszmar. Mój bieg skończył się na 13. km. Potem był już marszobieg i spacerek, przerywany biegiem... do toalety. Nie pamiętam, ile było takich wizyt (chyba pięć), ale na kolejnych punktach odżywiania tęsknym wzrokiem wypatrywałem widoku Toi-toiki. Choroba totalnie mnie odwodniła - zaczęły się lekkie zawroty głowy. Przerażał mnie przede wszystkim dystans, który musiałem przebiec w wolnym tempie.

Mimo wszystko, brnąłem jakoś do przodu. W dzielnicy Belair zadziwiło mnie, ilu maratończyków ścinało zakręty i skracało sobie trasę, biegnąć po trawnikach. Ja prawdę mówiąc też nie zawsze spacerowałem drogą, tylko czasem przechodziłem na skróty chodnikiem. Miałem momenty, gdy ten bieg nawet mi się podobał, ale czasem przychodziło mi na myśl, żeby ten koszmar już się skończył. Najgorszy był 35. kilometr. Zatrzymałem się przy kawiarni, której klienci mocno mi kibicowali. Zobaczyłem wolny stolik i usiadłem. Jakiś sympatyczny chłopak kupił mi wodę i przyniósł butelkę do stolika. Inna pani częstowała czekoladką, ale nie skorzystałem. Po paru minutach byłem gotowy, żeby kontynuować chód. Postanowiłem naśladować Roberta Korzeniowskiego i poruszałem się jak najszybciej, wymachując mocno biodrami. Szło mi całkiem nieźle, ale biegacze cały czas mnie wyprzedzali. Zrobiłem kółeczko wokół Placu Konstytucji i zacząłem znowu biec. Na starówce była masa imprezujących ludzi. Wychodzili z pubów z piwami i dopingowali. Uśmiechałem się i odmachiwałem. W sumie cieszyłem się, że udało mi się załapać na nocną scenerię tego biegu. Godzinę wcześniej na pewno nie było tu tak wesoło. Zatrzymałem się znowu na początku wiaduktu, usiadłem na murku i obserwowałem maratończyków. Przez chwilę czułem się jak kibic. Kilka minut później zrobiłem to samo. Z letargu wyrwał mnie dopiero Leszek Stachowiak, biegacz z Janowca Wielkopolskiego, z którym miałem okazję wcześniej korespondować. Dopiero teraz poznaliśmy się face-to-face, a ja miałem zachętę do kontynuowania biegu w towarzystwie. Rozmawialiśmy z Leszkiem o naszych osiągnięciach maratońsko-turystycznych. Leszek miał już na koncie 22 kraje europejskie, a ja powoli goniłem go w tej statystyce. Co ciekawe, jego najdalszą podróżą był maraton w Sydney, który zaliczył w 2006 roku, czyli wtedy co ja.

Ostatni kilometr maratonu - tuż przed zakrętem do hali

Bieg kończyłem w fantastycznej, nocnej scenerii. Przez ostatnie pół kilometra trasa była oznaczona z obu stron liniami regularnie rozmieszczonych świeczek, co sprawiało wrażenie pasa startowego. Mój samolot lądował po 4 godzinach i 10 minutach. Tylko raz w życiu miałem gorszy czas - w warszawskim debiucie w 2003 roku. Nie przejmowałem się jednak tym faktem, ciesząc się szczęśliwym zakończeniem. Oprawa ostatnich metrów maratonu była bardzo spektakularna. Z pasa startowego wbiegliśmy do głównej hali Coque, gdzie było ciemno, a kolorowe światła i dym przypominały klimat dużej dyskoteki. Ten efekt był wzmacniany głośną, dynamiczną muzyką, płynącą z głośników. Przed metą z daleka można było zobaczyć swój czas, a duże telebimy informowało o tym, kto finiszuje i które zajmuje miejsce. Oprawa była niezwykle spektakularna.

Dyskoteka na mecie

Na mecie podziękowałem Leszkowi za ostatnie kilometry i każdy udał się w swoją stronę. Ja odebrałem swoje rzeczy i przeszedłem się do oddalonego o przeszło kilometr centrum handlowego, gdzie zostawiłem zaparkowany samochód. Przy okazji mogłem przejść się jeszcze raz wzdłuż trasy i obserwować maratończyków na ostatnich kilometrach.

Następnego dnia nie spieszyłem się specjalnie na śniadanie. Posiliłem się w hotelowej stołówce, opanowanej przez grupę emerytów z Niemiec. Potem postanowiłem się zrelaksować - spędziłem godzinę na basenie (który szczęśliwie miałem na wyłączność) i posiedziałem trochę w saunie. Nie czułem zmęczenia fizycznego po maratonie, a mój żołądek też dochodził do równowagi.

Wyjechałem z Luksemburga, kierując się na północ. Wybrałem drogę przez góry - pewnie wolniejszą niż autostrada, ale znacznie ciekawszą widokowo. Nie zawiodłem się - był piękny dzień i świetnie prowadziło mi się samochód na tak widokowej trasie. Po drodze zatrzymałem się na górskim parkingu, żeby się zrelaksować. Najfajniej trasa przebiegała na granicy luksembursko-niemieckiej - najpierw stromo w dół, potem ostro w górę Po drodze mijałem wielu motocyklistów, bez przesady powiem, że były ich setki. Chyba mieli jakiś zlot. Nie wszystkim udało się na niego dotrzeć, bo po drodze widziałem skutki fatalnego wypadku dwóch motocykli.

Podróż autostradą umilały mi sonaty Beethovena. Płytę z tą muzyką dostałem w prezencie od Bartosza Bednarczyka (fortepian) i Kuby Jakowicza (skrzypce). Obaj są biegaczami, a do tego fantastycznymi muzykami. Miesiąc wcześniej byłem na ich koncercie w studiu Polskiego Radia, gdzie promowali swoje nagrania. W czasie podróży po Luksemburgu przesłuchałem tę płytę tyle razy, że sonatę kreutzerowską i wiosenną znałem już na pamięć.

Przed wjazdem na autostradę posiliłem się w zajeździe, obserwując w telewizji półfinałową rywalizację mistrzostw świata w snookerze. Dalej czekał mnie najbardziej monotonny, ale za to szybki odcinek autostrady. Kiedy wjeżdżałem do Kolonii, idealnie na wprost zobaczyłem wieże katedry. Od razu przyszła mi na myśl analogia do Pałacu Kultury, który kierowcy mają przed maską, jadąc w kierunku centrum ze Starej Miłosnej.

Bez problemów dotarłem do centrum i zostawiłem samochód na parkingu przy dworcu głównym. Chwilę później na SMS-a od mamy "gdzie jesteś?", odpowiedziałem "pod katedrą". Zabytek zrobił na mnie imponujące wrażenie - jeszcze większe niż Notre-Dame w Paryżu. Obszedłem katedrę dookoła, zadzierając głowę do góry. Przed kontynuowaniem zwiedzania postanowiłem wcześniej odwiedzić pobliskie miejskie biuro turystyczne. Była to dobra decyzja, bo załatwiłem sobie nocleg w pobliżu oddalonego spory kawałek od Kolonii lotniska. Zapytałem też o atrakcje turystyczne, które mógłbym zobaczyć w ciągu dwóch godzin. Jako główny cel postawiłem sobie wspięcie się na wieże katedry.

Budowę katedry rozpoczęto w 1248 i był to wtedy największy kościół na świecie. Ukończono dopiero w XIX. Wnętrze kościoła jest dość surowe, co należy do charakterystycznych cech gotyku. Przeszedłem się po katedrze i znalazłem wejście na wieże. Po chwili bez problemu wyprzedzałem kolejnych dyszących turystów. Po drodze na górę odwiedziłem jeszcze dzwonnicę. Miałem szczęście (moje błony bębenkowe - pecha), bo wszedłem tam akurat o pełnej godzinie, kiedy główny dzwon zaczynał bić. Dzwonnik siedział sobie spokojnie ze słuchawkami tłumiącymi, a turyści zasłaniali uszy. Ja poczułem się trochę zmęczony po krótkim, ale bardzo hałaśliwym koncercie.

Widok z wieży katedry na Ren

Kolejny etap spaceru doprowadził mnie na południową wieżę katedry. Stamtąd miałem piękny widok na Ren. Mogłem też opracować plan dalszej wycieczki, wypatrując z góry atrakcji turystycznych, zaznaczonych na mapie. Po wizycie na wieży katedry przeszedłem urokliwymi uliczkami starówki na Deutzer Brueke. Przeszedłem na drugą stronę Renu, skąd miałem widok na zachodnią część rzeki. Na starówce wyróżniały się trzy charakterystyczne budynki - ratusz (początek XV wieku), kościół św. Marcina (X wiek, ukończono w XII) i katedrę. Przy moście kolejowym miałem okazję podziwiać śliczną alpinistkę, która niczym pająk wspinała się po pionowej ścianie. Wróciłem mostem na zachodnią stronę Renu, gdzie spędziłem chwilę podziwiając gościa, który wykonywał cyrkowe sztuczki na jednokołowym rowerze. Pokluczyłem jeszcze po ulicach starówki i wróciłem do samochodu.

Most kolejowy prowadzący prosto na katedrę

Noc spędziłem w hotelu koło lotniska, gdzie zrobiłem sobie rano lekkie roztruchtanie. Do Warszawy wróciłem po południu. Mimo słabej dyspozycji na maratonie, wyjazd uznaję za bardzo udany turystycznie.

Galeria zdjęć z Luksemburga

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin