O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2008-01-26, Wilno (Litwa)


Kultura pięknego miasta
105,5 kółka w strugach deszczu

Relacja Roberta z 34. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:12:22

1 /
1

-


Maratony Roberta

Głównym kierunkiem moich wyjazdów na maratony w Europie był zachód. Jesienią 2007 roku znajomy opowiedział mi o imprezie w Wilnie, która odbyła się we wrześniu. Wstępnie rozważałem wtedy możliwość wzięcia udziału w maratonie w 2008 roku. Nie spodziewałem się, że nastąpi to znacznie szybciej niż przypuszczałem.

W połowie stycznia okazało się, że moja firma organizuje wyjazd integracyjny na Litwę. Plan przewidywał dwudniowe zwiedzanie Wilna, a także Trok. Nigdy nie byłem w tych okolicach i pomysł wyjazdu na Litwę bardzo mi odpowiadał. Niestety, tak się pechowo złożyło, że w Wilnie nie było w tym czasie maratonu (niesłychane). Musiałem więc zorganizować go sobie samemu, w czym miałem już pewną wprawę (miesiąc wcześniej biegłem w ten sposób w Bangkoku). Poszukałem trochę w Internecie i wysłałem maile do kilku osób z Wilna, które mogłyby mi wskazać najlepszą trasę do pokonania. Okazało się, że najlepszą opcją będzie przebiegnięcie 105,5 kółka na jakimś stadionie. Poszukiwania prowadziłem przez mapy Googla (szukałem obiektów z bieżnią), poza tym znalazłem jakieś forum, na którym opublikowane były zdjęcia stadionów w Wilnie. Po wstępnej selekcji pozostały mi 3 opcje, a decyzję miałem podjąć dopiero po przyjeździe na miejsce.

Na wycieczkę wyjechaliśmy w piątek, jeszcze przed świtem. Do Wilna dotarliśmy wczesnym wieczorem. Zalokowaliśmy się w położonym na szczycie skarpy hotelu Panorama, którego nazwa nie jest przypadkowa. Z okien rozciąga się doskonały widok na pobliskie stare miasto i znajdującą się za rzeką Wilia północną część stolicy Litwy. Szybko wyszedłem na miasto, żeby obejrzeć stadion, który znajdował się najbliżej mojego hotelu, w kierunku cmentarza na Rosie. Niestety, wybór okazał się totalnym niewypałem. Był to stadion typowo piłkarski. W miejscu gdzie być może kiedyś była bieżnia stały teraz trybuny. Zrobiłem kilka fotek i odwróciłem się na pięcie. Zostały mi dwie opcje, znacznie oddalone od hotelu. Wymieniłem walutę i poszedłem do supermarketu, żeby zrobić szybkie zakupy na maratońskie śniadanie. Byłem zaskoczony, że kupiłem tu polskie ciastka i wodę mineralną. Przed kolacją przeszliśmy się jeszcze na krótki spacer. Potem towarzystwo poszło się bawić, a ja udałem się na spoczynek.

Ostra brama w wieczornej scenerii

Obudziłem się o 2:30 i od razu zjadłem śniadanie w postaci banana i ciastek. Ubrałem się i poszedłem przekazać kartę do pokoju koledze. Towarzystwo było już mocno zmęczone. Kolega trzymał w obu rękach kieliszki z nalewką i widząc mnie, spytał: "Nie jest przypadkiem za wcześnie na bieganie?". Odpowiedziałem pytaniem: "A nie jest przypadkiem za późno na picie?". Zamówiłem w recepcji taksówkę, zbierając ostatnie wiadomości na temat dwóch stadionów, które miałem do wyboru. Chciałem pobiec na stadionie w Vingis Park - kusił mnie elegancką, tartanową bieżnią. Miałem wątpliwości, czy można na niego wejść w nocy. Uszczegóławiając - jak trudny do pokonania jest płot i czy na terenie nie ma przypadkiem psów. Dobrze mówiąca po polsku recepcjonistka stwierdziła, że w parku nie jest bezpiecznie. Była to odpowiedź na moje inne pytanie "czy jest bezpiecznie?" z filmu zatytułowanego (nomen omen) "Maratończyk". Kiedy wchodziłem do taksówki, jeszcze się wahałem, który stadion wybrać. Podjąłem spontaniczną decyzję, wskazując palcem na mapie drugi obiekt, znajdujący się w zakolu Wilii.

Taksówkarz był na mój widok równie zaskoczony jak recepcjonistka. Po polsku mówił słabo, ale dobrze się dogadywaliśmy. "Jedzie pan tam biegać w środku nocy? Pogoda nie jest dobra.". Faktycznie, byłem trochę podłamany warunkami atmosferycznymi. Cały czas padało, a wileńskie ulice dosłownie pływały. Przed wyjściem z taksówki wziąłem jeszcze numer telefonu, żeby załatwić później transport do hotelu.

Zostałem na deszczu przed wysokim na przeszło 3 metry płotem. Wskoczyłem z plecakiem na ogrodzenie, wszedłem po siatce, podciągnąłem się na szczycie i po chwili udało mi się bez szwanku przedostać na drugą stronę. Psów na szczęście nie było słychać, więc zszedłem po skarpie na płytę stadionu. Boisko było zamienione w wielkie bajoro. Bieżnia składała się z połączonych ze sobą kwadratowych płyt z jakiegoś tworzywa podobnego do tartanu. Niestety, między płytami często występowały nawet kilkucentymetrowe odstępy. W kolcach nie dałoby się tutaj biegać, w butach jakoś powinienem sobie poradzić. Największym problemem była pogoda - cały czas padało, bieżnia była mokra i pojawiły się na niej kałuże. W poprzek torów ustawiona była bramka, której nie mogłem przesunąć. Uznałem, że będzie to moja brama startowa. Akurat za bramką na pierwszym torze stało niezłe bajoro, które musiałem omijać na każdym z ponad 100 okrążeń. Postawiłem plecak pod prowizorycznym daszkiem, rozgrzałem się w ciągu kilku minut, a w tym czasie zdążyłem już zmoknąć. Nie było czasu, żeby się zastanawiać - stanąłem pod bramką i włączyłem stoper.

Widok stadionu przy dziennym świetle

Bieganie maratonu na stadionie jest dość monotonną czynnością. Już po kilku okrążeniach znałem wszystkie kałuże na trasie. Miałem też troje kibiców - kaczuszki, które brodziły obojętnie po zamienionej w bajoro płycie boiska, a potem przysnęły na godzinę w okolicach bieżni. Biegło mi się dość dobrze, mimo kiepskiej nawierzchni i ciężkich, przemoczonych butów. Łapałem międzyczasy po 5 kółkach (2 km), które starałem się pokonywać w około 9 minut, czyli docelowo powinno wyjść niewiele ponad 3:10. Cały czas padało i wiał silny wiatr. Po 14 km sięgnąłem po dużą butelkę wody, którą udało mi się później postawić na bieżni. Przewrócił ją silny powiew wiatru. Po 22 kilometrach stwierdziłem, że mam dość tej monotonii, zrobiłem w tył zwrot i biegłem zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Po 28. kilometrze sięgnąłem po Red Bulla, który ożywił moje ciało i umysł. Nie miałem żadnego kryzysu, nawet nie czułem się specjalnie osłabiony. Na koniec odliczałem już tylko kółka do mety, którą osiągnąłem w czasie 3:12:22.

Widać tylko zarys zadowolonej postaci

Byłem bardzo zadowolony z osiągnięcia celu, ale nie był to jeszcze koniec wyzwań. Zrobiłem kilka zdjęć, żeby upamiętnić ten maraton. Niestety, nie wyszły najlepiej, ale nie miałem już ochoty, żeby dalej fotografować, bo marzłem w deszczu. Największym wyzwaniem było przejście przez wysoki płot. Moje ciało i plecak były nieco lżejsze niż 4 godziny wcześniej, miałem zatem mniej do noszenia. Niestety, nie byłem już tak świeży jak przed biegiem. Ręce odmawiały posłuszeństwa przy wspinaczce, nie mówiąc o nogach (bałem się skurczów). Udało mi się szczęśliwie przedostać, a blisko 3-kilometrową drogę do hotelu pokonałem pieszo, przy ciągle padającym deszczu. Ciepły prysznic już dawno nie sprawił mi tak dużej radości. Na śniadanie zszedłem z podniesioną głową, informując z uśmiechem znajomych: "Zrobiłem to!".

Po śniadaniu większość grupy udała się na zwiedzanie Wilna. "Większość", bo niektórym osobom nie udało się wstać po całonocnej libacji. Ja byłem naładowany endorfinkami i z przyjemnością zasiadłem w autokarze. Najpierw nasz przewodnik zarządził mały objazd Wilna, wykładając nam przy okazji historię miasta i pokazując najważniejsze miejsca.

Tutaj wypada przytoczyć kilka faktów. Litwa nie jest dużym państwem - powierzchnia 65 tys. km kw., blisko 3,5 mln ludności (w tym aż 250 tysięcy Polaków). Duży udział tej grupy jest szczególnie zauważalny w Wilnie. Podobno Litwini mieli problem z organizacją wyborów, bo w okręgu wileńskim bardzo dobrze wypadała Akcja Wyborcza Polaków na Litwie. Z tego powodu zmieniono nieco organizację okręgów wyborczych, rozszerzając granice Wilna (w okolicach udział Litwinów jest większy) i ograniczając w ten sposób udział polskiej partii we władzy. Litwa miała poważny problem z odpływem ludności do krajów zachodnich (szczególnie Wielkiej Brytanii i Irlandii). Szacowano, że wyjechać mogło blisko pół miliona mieszkańców, co procentowo jest bardzo wysokim wskaźnikiem. Pod tym względem problem był jeszcze większy niż w Polsce.

Historia Litwy sięga 1235 roku, kiedy to tamtejsze plemiona zostały zjednoczone pod wodzą Mendoga, który później przyjął chrzest i został pierwszym litewskim królem. Później odrzucił chrześcijaństwo, został zamordowany, a królestwo się rozpadło. Jego spadkobiercą był Giedymin, założyciel Wilna. Wnukiem Giedymina był Władysław Jagiełło, który po poślubieniu Jadwigi został królem Polski, a unia w Krewie jeszcze bardziej umocniła więzy między naszymi krajami. W tym czasie rządy w Wielkim Księstwie Litewskim pełnił bardzo poważany po dziś dzień Witold - stryjeczny brat Władysława Jagiełły. Wtedy miało miejsce bardzo znaczące wydarzenie w historii obu narodów. W 1410 roku nasze zjednoczone siły pokonały pod Grunwaldem armię zakonu krzyżackiego, wspieraną przez znamienitych rycerzy z całej Europy. Niemiecka nazwa "Grunwald" jest tłumaczona na litewski "Żalgiris" (oba słowa znaczą po polsku "zielony las"). Nasi sąsiedzi są bardzo dumni z tego zwycięstwa i lubują się w nazwie "Żalgiris". Polacy i Litwini mieli w historii lepsze i gorsze chwile. Największe pretensje mają do nas o wydarzenia roku 1920. Generał Żeligowski upozorował wtedy bunt w Wilnie i zajął miasto, tworząc przy okazji tzw. Litwę Środkową. Litwini niedługo cieszyli się z niepodległości, uzyskanej w 1919 roku. Już w 1922 roku Litwa została włączona do Polski.

Wilno jest stolicą Litwy od 1323 roku, kiedy to Giedymin wzniósł drewniany zamek na Górze Zamkowej (za Witolda zastąpiono go murowaną konstrukcją). W XVIII wieku miasto zyskało miano "Jerozolimy Północy", ze względu na dużą liczbę zamieszkujących tu Żydów. Ta społeczność została przetrzebiona w czasie okupacji niemieckiej, gdy w obozie w Ponarach (obecnie dzielnica Wilna), zamordowano blisko 60 tys. Żydów (również 20 tys. Polaków). W XIX wieku w Wilnie kwitła polska kultura i rozwijał się ruch patriotyczny. Do dziś w półmilionowym mieście blisko 20% ludności stanowią Polacy. Wszystkie panie w recepcji mojego hotelu posługiwały się nienaganną polszczyzną, nie miałem też problemu z dogadaniem się w sklepie czy taksówce.

Kościół Św. Piotra i Pawła

Wycieczkę po Wilnie rozpoczęliśmy na tyle wcześnie, że mogliśmy przejechać odchodzącą od katedry ulicą Giedymina (dawniej Mickiewicza). W późniejszych godzinach była ona zamykana. Potem jechaliśmy wzdłuż rzeki Wilii ulicą Kościuszki (takich polskich akcentów jest tu bardzo dużo). Wcześniej minęliśmy Wilenkę, mniejszą wileńską rzekę. Pierwszą atrakcją turystyczną był barokowy kościół św. Piotra i Pawła, wybudowany na Antokolu w dawnym miejscu kultu pogańskiego. Fundatorem świątyni (budowę rozpoczęto w 1668 r.) był hetman wielki litewski Michał Kazimierz Pac, który postanowił w ten sposób podziękować bogu za uratowanie życia podczas wojny z Moskwą. Pac został pochowany pod schodami wejściowymi do kościoła, a na płycie nagrobnej wyryto na jego wcześniejszą prośbę napis: "Tu leży grzesznik". Tak się dziwnie złożyło, że sto lat później w płytę uderzył piorun, co uznano za cud i świadectwo odpuszczenia grzechów Pacowi. Tablica jest teraz wmurowana obok wejścia kościoła. We wnętrzu zwracały uwagę bogate zdobienia - na ścianach wyrzeźbiono przeszło 2 tysiące postaci.

Krzyże pod wieżą telewizyjną

Po krótkiej podróży dotarliśmy pod wieżę telewizyjną. Konstrukcja ma 326,5 metra, na wysokości 165 m umiejscowiono obrotową kawiarnię. Budowę ukończono w 1980 roku, za czasów dawnego Związku Radzieckiego. 13 stycznia 1991 roku pod wieżą rozegrały się dramatyczne wydarzenia. Zebrały się tam tysiące bezbronnych osób, starając się nie dopuścić do zajęcia przez sowieckie wojsko strategicznego obiektu w mieście (otoczono również budynki radia i sejmu). W tych wydarzeniach zginęło 14 osób, a kilkaset zostało rannych. Część ucierpiała od kul, niektórzy wpadli pod gąsienice sowieckich czołgów. Te wydarzenia upamiętniają stojące przed wieżą krzyże oraz niewielka wystawa na parterze, gdzie umieszczono między innymi szokujące zdjęcia przejechanych przez czołgi ludzi.

Panorama Wilna z wieży telewizyjnej - na pierwszym planie Vingis Park

Na szczyt wieży wjechaliśmy windą, choć koleżanka namawiała mnie na wejście po schodach (postukałem się tylko w głowę). Z góry mieliśmy ładny widok na Wilno. Pierścień z kawiarnianymi stolikami obraca się o 360 stopni w ciągu 50 minut i tyle czasu spędziliśmy na górze. Zrobiłem zdjęcie, na którym widać Vingis Park ze stadionem, na którym miałem biec, a w dalszej perspektywie "mój" stadion. Wypiłem kieliszek miodu Suktinis (50%), którego Polacy często nazywają "sukinsynem", bo mocno kopie. Na koniec kolega chciał się popisać umiejętnościami kelnerskimi, podszedł do naszego stolika z tacą pełną napojów i zrzucił na mnie jej zawartość. Po permanentnym prysznicu w czasie maratonu, zostałem jeszcze teraz oblany z zaskoczenia.

Katedra wileńska

Dalsze zwiedzanie odbyliśmy już na piechotę. Zaczęliśmy od Katedry Św. Stanisława, która powstała u podnóża Góry Zamkowej w miejscu dawnego kultu pogańskiego i była od tego czasu wielokrotnie przebudowywana. Ostateczny kształt uzyskała pod koniec XVIII wieku, nawiązując do architektury starożytnego Rzymu. Nad katedrą górują 3 postacie, stojąca w środku św. Helena trzyma krzyż. Oryginalne figury zostały zniszczone przez Rosjan po II wojnie światowej. Nie jest to jedyny fakt wandalizmu komunistów w Wilnie. Wiele kościołów było w tym okresie zamienianych na spichlerze czy składy broni. Wewnątrz katedry znajduje się piękna Kaplica Królewska z relikwiami św. Kazimierza. Na ołtarzu pod trumną znajduje się cudowny obrazek świętego o trzech dłoniach. W podziemiach katedry pochowano kilku polsko-litewskich władców. Obok katedry znajduje się duża dzwonnica i pomnik Giedymina, stojący u podnóża Góry Zamkowej.

Zakątek gotycki

Przeszliśmy do zakątka gotyckiego z pięknym kościołem św. Anny. Napoleon przejeżdżał przez Wino w 1812 roku i był zachwycony fasadą świątyni. Żartował, że najchętniej przeniósłby cały kościół do Paryża. Obok znajduje się kościół św. Franciszka i Bernarda oraz pomnik Mickiewicza, a w tle widać szczyt Góry Trzech Krzyży. Parę kroków dalej znajduje się muzeum Mickiewicza, które było kolejnym punktem naszego zwiedzania. W tym budynku nasz wieszcz pisał poemat "Grażyna", a w głównej sali w piwnicy spotykali się filareci i filomaci. Zostaliśmy tam przyjęci winem, a krótką mowę wygłosił dyrektor muzeum, również poeta.

Piwnica w której spotykaci się filomaci i filareci

Po opuszczeniu muzeum przeszliśmy się po starym mieście, oglądając pałac prezydencki, w którym powinien urzędować przeszło 80-letni Valdas Adamkus. Nie było go jednak w Wilnie, o czym świadczył brak flagi na szczycie budynku. Chwilę później zwiedzaliśmy uniwersytet wileński, na którym studiowali między innymi Mickiewicz, Słowacki i Miłosz. Na terenie uniwersyteckim znajduje się barokowy kościół św. Jana. Organistą w tej świątyni przez 18 lat był Stanisław Moniuszko. Upamiętnia to popiersie największego polskiego twórcy operowego, stojące przed organami na balkonie.

Minęliśmy ratusz, położony niedaleko kościół św. Kazimierza i zatrzymaliśmy się na chwilę przy Bramie Bazylianów. Dawniej mieścił się tutaj klasztor Bazylianów, potem Rosjanie zamienili to miejsce w więzienie. Ponad pół roku spędził tu Mickiewicz, gdzie zdobył inspirację do napisania III części "Dziadów". Właśnie w tym więzieniu znajdowała się opisywana w dziele cela Konrada. Obecnie za Bramą Bazylianów znajduje się kościół greckokatolicki. Weszliśmy na chwilę do barokowej cerkwi Świętego Ducha. Wnętrze jest nietypowe dla kościoła prawosławnego. Na jego środku spoczywają zmumifikowane ciała męczenników, umieszczone w przeszklonym sarkofagu.

Matka Boska Ostrobramska

Ostatnim punktem zwiedzania była Ostra Brama, chyba najważniejszy symbol miasta. Wilno miało pierwotnie pięć bram miejskich. Do naszych czasów przetrwała tylko jedna. Jej nazwa wzięła się od części południowego przedmieścia, zwanego Ostry Koniec (mury miejskie kończyły się tam pod kątem ostrym). Brama słynie przede wszystkim z umieszczonego na piętrze obrazu Matki Bożej Miłosiernej. Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" odwoływał się do obrazu słowami: "Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy i w Ostrej świecisz Bramie!". Do kaplicy doszliśmy przez galerię, odchodzącą od kościoła świętej Teresy. Dla wielu katolików i prawosławnych widok obrazu jest czymś niezwykłym. Duża część naszej grupy podeszła do niego po prostu, jak do kolejnego ciekawego miejsca w mieście. Byliśmy już chyba zmęczeni.

Po skończeniu zwiedzania wróciłem od razu do hotelu, żeby uciąć sobie drzemkę. Chwila odpoczynku była mi potrzebna, żeby choć trochę zregenerować się przed wieczornym wyjściem. Poprzedniego dnia nie miałem okazji korzystać z wieczornych uroków Wilna, teraz chciałem to nadrobić. Firma zorganizowała nam elegancką kolację w hotelu, po czym udaliśmy się do lokalu dyskotekowego na starym mieście. Dzięki uprzejmości kierownictwa można było zamawiać alkohole na koszt firmy, co w niektórych przypadkach skończyło się porządnym bólem głowy. Ja ograniczyłem się do degustacji trunków. Zacząłem od piwa pszenicznego, a potem wypiłem kieliszek Żalgirisa (75%), po którym kolejne trunki wydawały się lekką popitką. Spróbowałem znanych "trzech dziewiątek". Jak odwróci się butelkę "do góry nogami", to wychodzi "666" - szatańska liczba. Trunek ("tylko" 40%) nie kopie jednak tak diabelnie, jak Żalgiris. Próbowałem "dziewiątek" w wersji tradycyjnej i miętowej, bardziej pasowała mi ta druga. Po degustacji wiedziałem już, jakie prezenty alkoholowe kupić rodzinie. Wróciłem do hotelu stosunkowo wcześnie i zapadłem w słodki sen.

Poranna panorama Wilna

Rano obudziłem się na lekkie roztruchtanie. Postanowiłem pobiec na starówkę, choć bez ambicji ponownego zwiedzania. Wileńskie stare miasto ma powierzchnię około 300 ha, więc zobaczenie większej części i tak byłoby trudne. Moim celem było jedno miejsce - klapa od studzienki ściekowej. Kolega z pracy poinformował mnie, że są nie niej polskie napisy, jeszcze z czasów dwudziestolecia wojennego. Być może nie jest to nic szczególnego, ale postanowiłem się tam wybrać. Faktycznie, na wielkim metalowym kole widniał duży napis "Magistrat miasta Wilna". Studzienka znajduje się na wybrukowanym odcinku ulicy Boksto (trzeba skręcić w prawo z Saviciaus). Po odwiedzeniu tego miejsca uznałem, że mogę już zakończyć krótki trening i wróciłem do hotelu na śniadanie. Rano osoby z naszej grupy wyglądała na zmęczone, ale jakoś udało się wszystkim zebrać i pojechaliśmy obejrzeć polski cmentarz na Rosie. Zimowa aura nadała temu miejscu ciekawy klimat. Obejrzeliśmy grób matki Józefa Piłsudskiego, w którym jest również złożone serce marszałka. Na terenie cmentarza znajdują się również groby żołnierzy AK, poległych w akcji Ostra Brama. Patriotyczny zryw powstańców był podobny do tego, który rozpoczął się miesiąc później w Warszawie. Armia Krajowa liczyła na oswobodzenie Wilna z rąk okupanta niemieckiego, jeszcze przed wstąpieniem do miasta zbliżającej się Armii Czerwonej. W przeciwieństwie do sytuacji z Powstania Warszawskiego, Rosjanie przyłączyli się do walki, pomagając Akowcom. Potem jednak polscy oficerowie zostali aresztowani przez NKWD. Na cmentarzu obejrzeliśmy również piękny pomnik, przedstawiający Anioła Śmierci. Z tego położonego na skarpie miejsca jest bardzo ładny widok na panoramę cmentarza. Na koniec zatrzymaliśmy się na chwilę przed grobem Joachima Lelewela.

Cmentarz na Rosie

Cmentarz był ostatnim punktem zwiedzania. Ze stolicy Litwy wyjechałem z czterema rodzajami nalewek i bochenkiem pysznego chleba wileńskiego. Próbowałem całkiem udanych imitacji z piekarni warszawskich. Oryginalny wileński wypiek z kminkiem nie ma jednak sobie równych - super chlebas! Jeżeli chodzi o język litewski, często można dodawać do polskiego rzeczownika końcówkę typu "-as". To działa w przypadku "barasa", "restoranasa", "Robertasa Celinskisa". Indyk, to "kalakutas". Litewski należy do grupy języków bałtyckich, podobnie jak łotewski. Do Bałtów zaliczono również plemiona pruskie, ale ich język nie przetrwał jednak do naszych czasów - wymarł na początku XVIII wieku.

Ostatnią atrakcją wycieczki były Troki. Położone 28 km na zachód od Wilna miasto było w XIII i XIV wieku stolicą Litwy. Słynie przede wszystkim z położonego na wyspie zamku i kultury karaimskiej. Karaimowie są ludem pochodzącym z Krymu (pochodzenie turecko-semickie). Zostali sprowadzeni przez Witolda pod koniec XIV wieku (w sumie 383 liczne rodziny) i razem z Tatarami stanowili gwardię przyboczną księcia. Karaimowie wyznają wiarę, która wyłoniła się judaizmu pod koniec VIII wieku. Nie uznają Nowego Testamentu. Obecnie istnieją tylko 3 świątynie karaimskie (kienesy) - w Eupatorii (Krym), Wilnie i właśnie w Trokach. Tę ostatnią miałem okazję obejrzeć z zewnątrz. W Trokach żyje około 150 Karaimów i ta liczba maleje. Powodem jest specyfika religii, która nie dopuszcza przyjmowania neofitów (nowych członków). Obowiązuje zakaz zawierania ślubów z innowiercami. Karaimowie mieszkają w drewnianych domkach, posiadających 3 okna od strony ulicy. Pierwsze jest dla Boga, drugie dla Witolda, trzecie dla Karaimów. Podobno powód takiego rozwiązania architektonicznego był bardziej prozaiczny - podatek liczony od okna.

Mimo niezbyt ładnej pogody, byłem zauroczony Trokami. Ulica Karaimska wyglądała tak, jak obiecywał przewodnik - miała swój klimat. Troki leżą na półwyspie między kilkoma jeziorami. Największym z nich jest Galwe. Na jednej z 21 wysp jeziora wybudowano zamek, który był kiedyś doskonałą twierdzą obronną. Po bitwie pod Grunwaldem stał się rezydencją Witolda, który zmarł tutaj w 1430 roku. Na zamek wchodzi się dwoma długimi mostami, pierwszy prowadzi na pośrednią wyspę. Zamek jest bardzo ładny, choć znacznie mniejszy niż np. ten w Malborku. We wnętrzu urządzone jest muzeum, dzięki któremu można dowiedzieć się więcej o historii zamku, ale również o najnowszych dziejach Litwy. Przewodnik zwracał uwagę na artykuły, dotyczące sukcesów litewskiej reprezentacji koszykarskiej. Interesowałem się kiedyś tym sportem i faktycznie - dziwiłem się, jak ten niewielki naród dochował się tak znakomitych koszykarzy.

Zamek w Trokach

Po wizycie w zamku udaliśmy się do restauracji karaimskiej na tradycyjne kibiny. Są to pierogi w cieście z farszem mięsnym. Każdy dostał dwa duże pierogi, do tego ciepły rosół i 50% krupnik na popitkę. Nie spróbowałem niestety znanych ogórków karaimskich. Atrakcją był za to napój "Bajkał", zbliżony do Coca Coli, ale mniej słodki.

Do Warszawy wróciłem późnym wieczorem - zmęczony, ale zadowolony. Byłem zachwycony Wilnem. Wycieczka okazała się bardzo udana, dużo zobaczyłem, wiele się dowiedziałem. Udało mi się też przebiec maraton w kolejnej stolicy. Tym razem na kresach wschodnich, które okazały się samym środku Europy. Wcześniej za stolicę starego kontynentu uznawałem Brukselę czy Paryż. Tymczasem geograficzne centrum Europy znajduje się 26 kilometrów na północ od Wilna.

Galeria zdjęć z Wilna

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin