O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2007-12-02, Singapur (Singapur)


Morderczy klimat
idealnego miasta

Relacja Roberta z 32. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:15:31

123 /
9697

1.3


Maratony Roberta

W ramach mojego planu przebiegnięcia maratonów na siedmiu kontynentach przyszedł czas na Azję. Już dwa lata wcześniej myślałem o tym, żeby pobiec w Tajlandii. Moja rodzina kupiła tam dom letniskowy, dzięki czemu miałem dobrą bazę do podróżowania po kraju. Chciałem wybrać się tam przy okazji maratonu w Bangkoku. Mój pierwszy kontakt z kontynentem azjatyckim nastąpił jednak wcześniej, przy okazji przesiadki w czasie podróży do Australii. Spędziłem wtedy kilka godzin w Singapurze. Zdążyłem trochę pozwiedzać, poznać przebywających tu Polaków i zawrzeć znajomość w metrze z dwiema miejscowymi dziewczynami. Zapraszały mnie na maraton do Singapuru, ale taka perspektywa wydawała mi się wtedy mało realna. Później jednak zauważyłem, że w 2007 roku maraton w Singapurze wypadał dokładnie tydzień po imprezie w Bangkoku. Stwierdziłem, że tyle urlopu dałoby się wygospodarować, a finansowo i organizacyjnie powinienem sobie poradzić. Przebiegnięcie dwóch maratonów w ciągu tygodnia i to do tego w warunkach tropikalnych - to jest wyzwanie!

Pod Merlionem w Singapurze we wrześniu 2006 roku - wtedy jeszcze nie wiedziałem, że pobiegnę tu rok później

Niestety, los nie do końca mi sprzyjał. Zanim kupiłem bilety lotnicze (którymi ze względu na cenę warto zainteresować się dużo wcześniej) okazało się, że maraton w Bangkoku przeniesiono z 25 na 18 listopada. Moje urlopy biegowe były bardzo dokładnie zaplanowane (dodatkowy tydzień nie wchodził w grę) i z tego powodu nie mogłem wziąć udziału w obu imprezach. Rodzina stwierdziła, że to bardzo dobrze: "W całym Bangkoku tak śmierdzi spalinami, że musiałbyś biec w masce", ale ja się uparłem, że na oficjalną imprezę polecę do Singapuru, a maraton w Bangkoku zorganizuję sobie później sam.

Na wycieczkę do Azji wybrałem się razem z mamą. Plan naszego lotu zakładał ośmiogodzinną przesiadkę w Duesseldorfie i w tym czasie postanowiliśmy urządzić sobie zwiedzanie. Z lotniska przelecieliśmy futurystyczną podniebną kolejką na dworzec kolejowy, a stamtąd dojechaliśmy na Dworzec Główny w Duesseldorfie. Wycieczkę zaczęliśmy od Alei Królewskiej, która jest tu odpowiednikiem paryskich Pól Elizejskich. Mimo chłodu i kiepskiej pogody, spacer był bardzo przyjemny. Odwiedziliśmy park Hofgarten, po którym chodziły duże dzikie gęsi. Nad Renem ładnie wyglądała perspektywa dwóch podobnych mostów: Theodor-Heuss Bruecke i Rheinkniebruecke. W tle tego drugiego wyrastała wysoka na 240 metrów wieża Rheinturm. Interesujący był chodnik nadrzecznej promenady - ułożony ze specjalnych elementów sprawiał wrażenie falującego. Przeszliśmy się po Starym Mieście, odwiedzając Rynek Główny, na którym rozstawione były urocze stragany.

Gęsi w Hofgarten

W pobliskiej restauracji zatrzymaliśmy się na pasta party, które popiłem niemieckim piwem. Zabawne, że dokładnie po drugiej stronie ulicy mieściła się tajska restauracja. Pod koniec spaceru zrobiliśmy dobry uczynek - pomogliśmy studentowi zbierać jego prace rysunkowe, które silny wiatr wywiał z niedokładnie zamkniętej teczki. Po powrocie na dworzec z uśmiechem stwierdziliśmy, że niepotrzebnie zabrałem ze sobą torbę - lepiej było skorzystać ze skrytek bagażowych. Chodzenie z dodatkowym ciężarem w przeddzień maratonu nie zapowiadało dobrego wyniku, ale tym razem specjalnie się tym nie przejmowałem.

Rynek w Duesseldorfie

Po przylocie do Bangkoku rozpoczęła się moja przygoda, związana z załatwianiem wizy (piszę o tym w relacji w Tajlandii). Pożegnałem się z mamą, która pojechała do rodziny, a sam przesiadłem się do Singapuru. Znów mogłem skorzystać z dobrodziejstw linii Singapore Airlines (wcześniej leciałem nimi podczas podróży do Australii).

Nareszcie na miejscu

Na miejsce doleciałem w sobotę późnym popołudniem, a maraton miał się zacząć w niedzielę o 5:30 nad ranem. Czasu na aklimatyzację i odpoczynek po bardzo długiej podróży miałem zatem niewiele. Na szczęście w korespondencji mailowej organizatorzy zapewnili mnie, że w razie jakichś problemów zadbają o to, abym odebrał numer startowy. Nie miałem z tym jednak kłopotu, bo koło budynku Expo przechodziłem już rok wcześniej, znałem geografię miasta i plan linii metra. Singapur powitał mnie tym samym uderzeniem gorącego, wilgotnego powietrza, które pamiętałem z zeszłego roku. Po minucie spaceru na dworze zrobiłem się mokry od potu. Odebrałem pakiet startowy, zawierający między innymi poręczną torbę i biegową koszulkę na ramiączkach firmy Adidas. Potem okazało się, że sponsor bardzo się postarał i po zakończeniu maratonu zawodnicy otrzymywali jeszcze fajniejszy biegowy T-shirt. Uprzejmie wskazano mi drogę na pasta party, które lada moment miało się rozpocząć na Padang - wielkim trawniku w centrum miasta, odpowiedniku krakowskich Błoń.

Padang

Miałem za sobą 30 godzin podróży z bagażem podręcznym, do którego musiałem zmieścić cały maratoński dobytek (nadanie walizki nie było możliwe). Z ulgą usiadłem przy stoliku razem z innymi maratończykami. Udało się - byłem na miejscu. Pasta party zrobiło na mnie duże wrażenie. Jedzenie było pyszne. Spróbowałem kilku rodzajów makaronu, częstowałem się owocami i smacznymi ciastkami. Klimatu dodawała nastrojowa muzyka na żywo oraz to, że mimo nadchodzącego zmroku było bardzo ciepło. Nic dziwnego - w Singapurze panuje klimat równikowy, wybitnie wilgotny. Temperatura nawet w nocy nie spada poniżej 25 stopni.

Na pasta party nie było zupełnie tłoku - na imprezę zaproszono tylko biegaczy z zagranicy, w tym maratońską elitę. W grupce zawodowców rozpoznałem zwycięzcę dwóch poprzednich edycji - Amosa Matui. Ten czołowy biegacz kenijski poważnie myślał o kwalifikacji na igrzyska w Pekinie. W poprzednim roku ustanowił rekord singapurskiej trasy z pozornie czasem 2:14:59 (życiówka Matui 2:09:17). Jak w równikowych warunkach radzą sobie zatem amatorzy, przebywający na trasie znacznie dłużej po wschodzie słońca?

Elita na pasta party

W środku nocy zostałem zerwany przez budzik. W normalnych warunkach ledwie trzymałbym się na nogach, ale adrenalina zrobiła swoje. Był to mój dwunasty maraton w tym roku, ale znów ekscytowałem się jak przed debiutem. Po lekkim śniadaniu udałem się w kierunku startu maratonu, oddalonego o zaledwie kilometr od mojego hotelu. Rzadko można mieć okazję startu w zawodach w zupełnych ciemnościach, do tego jeszcze z tłumem przeszło 10 tysięcy maratończyków (w imprezach towarzyszących wzięło udział pozostałe 30 tysięcy biegaczy) i w takim upale. Przenośna toaleta mogłaby spokojnie zastąpić saunę.

Ruszyliśmy ulicami wśród drapaczy chmur. Charakterystyczna była otaczająca nas cisza śpiącego miasta, spowodowana brakiem kibiców, którzy zostali przy starcie. Słychać było tylko mocne oddechy i uderzenia butów o asfalt. Po dwóch kilometrach usłyszałem trochę inne dźwięki, wyprzedzając dwie zawodniczki, które biegły na bosaka.

Początek trasy maratonu prowadził po Dzielnicy Finansowej i pobliskim półwyspie. Po 12 kilometrach wróciliśmy do punktu startu i zaczęliśmy się kierować na wschód, wzdłuż południowego wybrzeża wyspy. Po godzinie od startu niebo zaczęło się robić szare, a ja widziałem w czarnych barwach ukończenie maratonu poniżej 3 godzin. Celowałem spokojnie w 3:10. Od 19. kilometra biegliśmy parkiem wzdłuż morza, przy okazji obserwując statki na horyzoncie. Na 26. kilometrze zawróciliśmy, kierując się do centrum Singapuru inną alejką parkową. Nawadniałem się na każdym punkcie, którym organizatorzy poświęcili szczególną uwagę. Woda i izotonik były dostępne co półtora kilometra. Mimo tego okazało się, że piłem jednak za mało. Po 36. kilometrze poczułem się strasznie odwodniony. Nie był to może kryzys z Biegu Rzeźnika, kiedy to chciałem się położyć w krzakach, ale ostatnie kilometry były bardzo męczące. W czasie spaceru wypiłem wszystko, co udało mi się zabrać z punktu i brnąłem dalej. Widok zbliżającej się Dzielnicy Finansowej dodał mi otuchy, a po przebiegnięciu rozłożonego na trawniku dywanu (ciekawy sposób poprowadzenia trasy) zacząłem się znowu uśmiechać. Na finiszu biegłem samotnie ze świadomością, że moja misja zaliczenia szóstego kontynentu zakończyła się powodzeniem. Uzyskałem wprawdzie najgorszy czas w maratonie od półtora roku (3:15:31), ale zająłem dobre, 123. miejsce. W opublikowanych wynikach polska flaga bardzo ładnie komponowała się z otaczającymi ją singapurskimi (była "do góry nogami").

Ostatnia prosta maratonu

Po odebraniu medalu i koszulki uzupełniłem płyny, pożywiłem się bananami, ciastkami i ruszyłem do hotelu po aparat fotograficzny. Pospacerowałem po mieście w koszulce biegowej. Obejrzałem budynki parlamentu i ładnej anglikańskiej Katedry Św. Andrzeja przy Padang. Potem udałem się w kierunku Marina Bay, przy okazji mijając Fulerton Building - były budynek poczty, obecnie ekskluzywny hotel. Przy Merlionie grupa dzieci poprosiła mnie o wspólne zdjęcie i wyszła z tego jedna z moich najfajniejszych fotografii z Singapuru. Wróciłem na metę, by znów pić, jeść i skorzystać z masażu. Udało mi się dostać do bardzo atrakcyjnej masażystki, dzięki czemu przeżyłem uroczy kwadrans.

Merlion

Popołudnie mogłem poświęcić na zwiedzanie miasta. W tym miejscu warto jest podać kilka faktów na temat Singapuru. Nazwa państwa-miasta, tłumaczona na "Miasto Lwa" pochodzi od dwóch sanskryckich słów singa (lew) i pura (miasto). Symbolem kraju jest Merlion - istota o głowie lwa i ciele ryby. Wyspa została kupiona w 1826 przez Brytyjczyków (służyła za bazę morską), założycielem Singapuru był sir Thomas Stamford Raffles. W czasie II wojny światowej znajdowała się pod okupacją japońską, przez 2 lata należała do Federacji Malezji, od 1965 roku jest niepodległą republiką. Singapur był w 2007 roku drugi w rankingu najbardziej zagęszczonych państw świata (6,5 tys. osób na kilometr kwadratory). Urzędowymi językami są angielski i chiński (mandaryński).

Singapur narzuca bardzo restrykcyjne ograniczenia, jeżeli chodzi o wwóz używek. Dozwolona jest tylko jedna paczka papierosów, nie można wwozić alkoholu (z kupieniem na miejscu nie ma problemu). Za przemyt i handel narkotykami grożą bardzo poważne konsekwencje, z karą śmierci włącznie.

Singapur jest chyba najczystszym miastem na świecie. Nie bez powodu - za wyrzucenie papierka czy niedopałka papierosa (których raczej się tu nie pali) grozi kara 500 dolarów singapurskich (blisko 1000 PLN). Identyczna stawka obowiązuje za jedzenie lub picie w metrze. W czasie mojej pierwszej wizyty nie wiedziałem o tym zakazie i jadąc metrem z lotniska jadłem batona. O zakazie dowiedziałem się dopiero w czasie przesiadki i to wyjaśniło, dlaczego ludzie się na mnie tak dziwnie patrzyli. Na szczęście mandatu nie dostałem.

Do Singapuru nie powinno się wwozić gumy do żucia. W latach 90-tych wprowadzono zakaz importu tej "używki", nie można jej w ogóle dostać w sklepach. Podobno powodem wprowadzenia zakazu były awarie w automatycznie działającym metrze, spowodowane zaklejaniem drzwi gumą. Takie ograniczenie dodatkowo pomaga zachować czystość w mieście. O zakazie poinformowały mnie koleżanki, kiedy częstowałem je przywiezioną gumą do żucia.

Panorama Dzielnicy Finansowej z perspektywy Marina Bay

Zwiedzanie zacząłem od rejsu łodzią po Singapore River. Pływaliśmy również chwilę po Marina Bay, skąd jest fantastyczny widok ma Merliona i Financial District. Później przeszedłem cały oznaczony w przewodniku szlak po najstarszej dzielnicy - Civic District. Spacer rozpocząłem przy Esplanade Bridge, gdzie rzeka Singapur wpływa do Marina Bay. Przeszedłem się parkiem wzdłuż Padang. Uwagę zwraca tam wiktoriańska fontanna Tam Kim Senga (singapurski handlowiec), wybudowana w 1882. W innych miastach nie byłoby w tym nic wyjątkowego, ale dla tutejszych mieszkańców jest to prawdziwy zabytek. W parku jest kilka miejsc upamiętniających okupację japońską w czasie II wojny światowej. Najważniejszy jest wysoki Civilian War Munument.

Dalszą drogę rozpocząłem od ekskluzywnego Raffles Hotel. Potem obejrzałem Katedrę Dobrego Pasterza - najstarszy katolicki kościół w Singapurze. Spodobał mi się budynek muzeum sztuki, ale byłem trochę zawiedziony MacDonald House. Budynek wyglądał jak każdy inny, do tego wcale nie było w nim restauracji McDonald's. Zamiast hamburgerem, posiliłem się w restauracji sushi, a następnie poszedłem do Fort Canning Park. Na wzgórzu stoi tam stara latarnia morska, która kiedyś wskazywała drogę statkom. Potem widok z morza został zasłonięty przez wieżowce Dzielnicy Finansowej.

Po wyjściu z parku dotarłem do Armenian Church. Pozwoliłem sobie spędzić chwilę na spokojnym przykościelnym ormiańskim cmentarzu. Uwielbiam takie miejsca - tworzą niesamowity kontrast w stosunku do otaczającego je głośnego miasta. Później spacerowałem już o zmroku, dzięki czemu mogłem zaobserwować ciekawą grę świateł w dużym budynku. Były to ruchome żyrandole zawieszone pod sufitem holu Muzeum Narodowego.

Wieczorem spotkałem się z poznanymi rok wcześniej koleżankami - Magdalene i Michelle. Zabrały mnie do kulinarnego raju w Singapurze - Newton Food Centre. Jest to duży plac otoczony knajpami z jedzeniem z różnych stron świata. Dziewczyny zamawiały kolejne dania i tłumaczyły mi, co jemy (najbardziej smakowała mi barakuda). Miałem duże szczęście, że trafiłem na takie fantastyczne przewodniczki. Podobno właściciele knajp często naciągają turystów na gigantyczne rachunki. Dziewczyny wykazały się singapurską gościnnością i nie pozwoliły mi zapłacić za obiad.

Ucztuję z moimi singapurskimi koleżankami

Później zwiedziliśmy jeszcze China Town. Magdalene pracowała w agencji nieruchomości i podczas zwiedzania podawała stawki czynszu, jaki płacą miesięcznie właściciele kramików w China Town. Koszty były szokujące, pewnie dlatego ceny w sklepikach nie zachęcały do zakupów. W Tajlandii podobne buble można było kupić znacznie taniej.

Dziwne, że późnym wieczorem byłem jeszcze na chodzie. Powinienem umierać ze zmęczenia, biorąc pod uwagę długą podróż, niewyspanie, zmianę klimatu, udział w bardzo ciężkim maratonie i całodzienne zwiedzanie. Trzymałem się naprawdę twardo. Dziewczyny nie pozwoliły się odprowadzić do domu lub choćby do metra, za to same przespacerowały się pod mój hotel. Tam podziękowałem im serdecznie za uroczy wieczór i udałem na wyjątkowo zasłużony tego dnia odpoczynek. Misja Singapur zakończyła się pełnym powodzeniem. Następnego dnia wróciłem do Bangkoku.

Galeria zdjęć z Singapuru

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin