O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2007-11-04, Nowy Jork (Stany Zjednoczone)


Spełnione biegowe marzenie
Długie spacery po Manhattanie

Relacja Roberta z 31. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:09:33

1410 /
38440

3.7


Maratony Roberta

Maraton w Nowy Jorku był moim marzeniem, odkąd zacząłem regularnie biegać. Kiedy opowiadałem, że biorę udział w wielu zagranicznych maratonach, wiele osób pytało mnie, czy biegałem już w nowojorskim. Nic dziwnego, to chyba najbardziej znana taka impreza na świecie. Nie było łatwo się na nią dostać. W mojej kategorii wiekowej wstęp gwarantowały wyniki 2:55 w maratonie i 1:23 w połówce. Pozostali chętni brali udział w losowaniu, w którym zagraniczni biegacze mieli jedynie 25% szansy na kwalifikację. Byłem losowany w 2005 i 2006 roku. W obu przypadkach się nie udało. Wiedziałem, że i tak kiedyś pobiegnę, bo po 3 nieudanych losowaniach wstęp był gwarantowany, a i tak zbliżałem się do minimum na imprezę (w drugim losowaniu zabrakło mi do niego 3 minut). W terminie maratonu nowojorskiego (przełom października i listopada) organizowałem sobie inne fajne wyjazdy (2004 - Monako, 2005 - Dublin, 2006 - Ateny).

Kwalifikację do Nowego Jorku zrobiłem na połówce w Radzyminie w sierpniu 2006 (1:21), choć bałem się, że może ona nie być uznana z powodu braku odpowiedniego atestu. Pewność miałem już miesiąc później po maratonie w Sydney. Moim celem był wtedy wynik 2:54:59. Pierwszą połowę dystansu zrobiłem z założonym zapasem, a później jeszcze się poprawiłem, ostatecznie kończąc 2:53:59. Siedząc przy miecie na schodach opery w Sydney myślałem już o Nowym Jorku. Potem kilkakrotnie poprawiłem mój australijski wynik, potwierdzając minimum. Wiedziałem, że do Stanów polecę razem z Aleksem. Minimum z Radzymina (poniżej 1:23) potwierdził pół roku później w Półmaratonie Warszawskim (poniżej 1:18!). Po wiosennym losowaniu okazało się, że do Nowego Jorku polecimy razem ze znajomymi - Renatą i Darkiem. Zapowiadał się super wyjazd.

Moje przygotowania do maratonu nastawione były na wynik poniżej 2:50. Takiego czasu nie udało mi się uzyskać w Brukseli (2:52), ale tłumaczyłem to infekcją. Alex chciał potraktować Nowy Jork treningowo. Przede wszystkim, nastawialiśmy na uczestnictwo w tej kultowej imprezie, zwiedzanie Nowego Jorku i korzystanie z atrakcji oferowanych przez to miasto.

Do Stanów wylecieliśmy 31.10 (Halloween). Zaliczyliśmy krótką przesiadkę w Helsinkach, dzięki czemu mieliśmy możliwość podziwiania skandynawskiego krajobrazu z okien samolotu. Kolejną atrakcją był widok Grenlandii, nad którą przelatywaliśmy.

"Ta historia zaczyna się na JFK. Zanim mnie posłuchasz, na razie się nie śmiej". Wylądowaliśmy na lotnisku Kennedy'ego na Long Island (na południowy wschód od Nowego Jorku). Procedura lotniskowa przeszła sprawnie, a Darek był dobrze przygotowany i mieliśmy opracowany transport komunikacją do naszego hostelu. Kiedy przejeżdżaliśmy przez Brooklyn, wagoniki metra pełne były przebierańców wybierających się na Haloween. Przed nami siedziały trzy dziewczyny, przebrane w identyczne, błyszczące sukienki. Przesiedliśmy się przy Times Square, gdzie w długim tunelu mijaliśmy dziesiątki osób w różnych kostiumach. Szkoda, że w Polsce nie ma tradycji Halloween, a na tego typu atrakcje można liczyć jedynie na zamkniętych balach przebierańców.

Bez przeszkód znaleźliśmy nasz hostel, który znajdował się w dzielnicy Upper West Side na Manhattanie przy 95. ulicy, kilka przecznic na zachód od Central Parku. Warto w tym miejscu opisać sposób nazywania ulic na nowojorskiej wyspie. Z wyjątkiem dzielnic na Dolnym Manhattanie, ulice przebiegające w kierunku wschód-zachód opisuje się jako "Street" i numeruje po kolei narastająco, od południa. Niedaleko Houston Street (tam zaczyna się taki sposób numeracji) ulice posiadają kolejne nazwy 1st, 2nd, 3rd, itd. i nieco mieszają się z ulicami o "normalnych" nazwach. W północnej części nazewnictwo jest już uporządkowane, jak w naszym Aninie (od pierwszej do dwunastej Poprzecznej). Ulice biegnące w kierunku północ-południe, traktuje się jako aleje "Avenue". Ich kolejną numerację zaczyna się od strony wschodniej (1st Avenue, itd.), choć często posiadają one nazwy alternatywne (np. 6th Avenue, to Avenue of the Americas). Wyjątkiem od zasady prostopadłych do siebie ulic i regularnych bloków jest Broadway, która biegnie na skos, z południowego wschodu na północny zachód Manhattanu (taka nowojorska ulica Ukośna). Broadway nadaje dodatkowego kolorytu miastu, tworząc charakterystyczne, "ostre rogi" na placach, przy których umieszczane są interesujące budynki (np. znany Flatiron Building).

Hostel mieliśmy przy 95th Street, na zachód od West End Avenue (11th Avenue), blisko Riverside Park. Żeby dojść stamtąd do Central Parku, musieliśmy przeciąć Broadway. Mieszkaliśmy w pokoju 4-osobowym z dwoma łóżkami piętrowymi, a łazienki były na korytarzu. Naszymi sąsiadami była latynoska rodzina i starsza kobieta, poruszająca się o lasce. Wszyscy mieszkali w kamienicy na stałe. Cóż, warunki nie były luksusowe, ale za to cena za nocleg, jak na nowojorskie warunki - bardzo rozsądna.

Następnego dnia rano wstaliśmy na poranne wybieganie po Central Parku. Na dworze było jeszcze kompletnie ciemno. W Stanach nie zmieniono jeszcze czasu (w Polsce nastąpiło to w poprzednią niedzielę). Przesunięcie miało nastąpić w nocy przed maratonem. Nasze organizmy były rozregulowane po podróży i zmianie strefy czasowej, ale rozruch dobrze mi zrobił. Po dobiegnięciu do parku rozciągaliśmy się chwilę we czwórkę, a potem pożegnaliśmy się z Renatą i Darkiem, żeby zrealizować nasz plan - obiec dookoła najbardziej znany park miejski na świecie.

Central Park powstał w drugiej połowie XIX wieku. Decyzja o budowie zapadła prawdopodobnie w ostatniej chwili, bo w przeciwnym razie obszar zostałby zabudowany, z powodu lawinowo rosnącej liczby mieszkańców Manhattanu. Tymczasem, stworzono dla nich wspaniałe miejsce do wypoczynku i rekreacji. Budowa Central Parku trwała 20 lat, a prace zakończono w 1878 roku. Zielona oaza Manhattanu rozciąga się między 59., a 109. ulicą (ponad 4 km) oraz między 5. i 8. aleją (800 metrów). Jak wynika ze wzoru na obwód prostokąta, trasa chodnikami dookoła Central Parku, to biegowa dyszka. Mieliśmy zatem przed sobą długą trasę, przerywaną wymuszonymi postojami na niewielu przecznicach przecinających park, a także zatrzymywaniem się na robienie zdjęć.

Nasz bieg zaczęliśmy od zachodniego boku, przy 96th Street, kierując się na południe. Minęliśmy Muzeum Historii Naturalnej, a następnie apartamenty San Remo, z dwiema charakterystycznymi wieżami. Dobiegliśmy do Columbus Circle - południowo-zachodniego rogu parku, gdzie minęliśmy jedną z głównych bram parku. To tutaj zaczyna się ostatnia prosta maratonu. Biegnąc wzdłuż Central Park South (59th Street), zauważyłem kilku bezdomnych śpiących na parkowych ławkach. Okazało się, że jest to raczej rzadki widok.

Central Park był ponoć kiedyś najbardziej niebezpiecznym miejscem w Nowym Jorku. Było tak pod koniec XIX wieku (niedługo po wybudowaniu), kiedy to park zaczął zarastać chwastami i stał się kryjówką dla gangsterów. Właściwą rolę parku przywrócił burmistrz LaGuardia, którego imieniem nazwano później jedno z trzech lotnisk międzynarodowych w okolicach NY (pozostałe to JFK oraz Newark w New Jersey). W połowie XX wieku w parku znowu zrobiło się bardzo niebezpiecznie, nad czym ostatecznie zapanował Rudy Giulliani. Ja jakoś niczego się nie bałem w czasie naszej wycieczki.

Przed biegiem przygotowałem sobie karteczkę, na której wypisałem najważniejsze punkty, na które powinniśmy zwrócić uwagę. Minęliśmy staw i Wollman Ring - lodowisko odnowione przez potentata finansowego, a od 2017 roku prezydenta USA - Donalda Trumpa (następnego dnia odwiedziliśmy z Aleksem Trump Tower). Niedaleko znajduje się również niewielkie ZOO. Do większego ogrodu zoologicznego należy wybrać się do Bronksu. Minęliśmy Frick Collection - elegancki budynek z bezcenną kolekcją dzieł sztuki, które bogaty przemysłowiec przekazał narodowi. Dalej przebiegliśmy obok Metropolitan Museum of Art - największego budynku na terenie Central Parku. Muzeum jest dla Nowego Jorku tym, czym Luwr dla Paryża. Dlatego zaplanowałem je odwiedzić pod koniec wyjazdu. Niedługo potem minęliśmy muzeum Guggenheima, zawierające kolekcje sztuki nowoczesnej i współczesnej. Mnie najbardziej intrygował kształt budynku, przypominający muszlę skonstruowaną z ułożonych na sobie pierścieni. Niestety, elewacja była zasłonięta rusztowaniami. W trakcie wyjazdu nie mieliśmy szczęścia do remontów - nie był to jedyny ciekawy budynek, który przechodził renowację w okresie maratonu. Alex postanowił skończyć trening nieco szybszym tempem, ja trzymałem się niewiele za nim, meldując się przy 96th po 44 minutach biegu (odliczyłem wszystkie postoje). W ten sposób wypełniliśmy misję okrążenia Central Parku.

Po prysznicu i obfitym śniadaniu, czas było wyruszyć na zwiedzanie. Wsiedliśmy we czwórkę w metro i pojechaliśmy na dolny Manhattan. Wysiedliśmy na przedostatniej stacji, a po wyjściu z metra trafiliśmy na Edgar Street. Nazwa bardzo nas rozbawiła, bo w Polsce mieliśmy już Edgar Station we Włoszczowie, nazwaną tak na cześć działacza PiS Przemysława Edgara Gosiewskiego, który postanowił zrobić ją jedynym przystankiem na trasie kolejowej Warszawa - Kraków. Tak dziwny pomysł nie był przypadkowy - Edgar urodził się we Włoszczowie. Mieszkańcy tego małego miasteczka byli mu bardzo wdzięczni za udostępnienie ekspresowego połączenia, w przeciwieństwie do podróżujących tą trasą i większości opinii publicznej. Śmialiśmy się, że wpływy Gosiewskiego dotarły aż do Nowego Jorku. Polityk zginął 2,5 roku później w katastrofie smoleńskiej.

Spędziliśmy chwilę w kawiarni, po czym ruszyliśmy na zwiedzanie dolnego Manhattanu. Zaczęliśmy od Battery Park, skąd roztaczał się piękny widok na dwie znane nowojorskie wyspy: Liberty Island i Ellis Island. Pierwsza znana jest ze zbudowanej na niej Statuy Wolności. Odsłonięty w 1886 roku pomnik jest darem narodu francuskiego dla Amerykanów. Ten znany na całym świecie symbol wolności ma wysokość 93 metrów. Ellis Island była w latach 1892 - 1954 głównym centrum przyjmowania imigrantów. Przez budynek przeszło w tych latach 17 milionów osób, dla wielu z nich były to wrota do lepszego życia. Imigranci czekali na odprawę w hali głównej, przechodzili badania lekarskie (niektórych odsyłano nawet do domu z powodu chorób zakaźnych), a ich bagaże podlegały często inspekcji. Na obie wyspy kursują promy. Stwierdziliśmy jednak, że wystarczy nam widok z daleka, a przeprawę wodną i tak mieliśmy zaplanowaną na dzień maratonu (prom z Manhattanu na Staten Island).

Alex na czubku Manhattanu - jego głowa jest między Statuą Wolności, a Ellis Island

Obie wyspy zwiedziłem w 2011 roku, kiedy po maratonie w Bostonie wybrałem się żoną na wycieczkę do Nowego Jorku.

Relacja z wycieczki do Nowego Jorku w 2011 roku

Przeszliśmy się promenadą Battery Park, mijając Castle Clinton National Monument - dawny punkt obrony artyleryjskiej. Na szczęście Amerykanów, żadne działo w fortecy nie musiało zostać użyte. Przeszliśmy obok East Coast War Memorial, w którego centrum stał duży orzeł. Pomnik został wniesiony ku pamięci 4600 osób, które zginęły w czasie II wojny światowej na wodach Oceanu Atlantyckiego. Doszliśmy do South Ferry, skąd mieliśmy później odpływać na Staten Island na start maratonu. Promy kursują tu od 1810 roku. Minęliśmy lądowisko helikopterów i przeszliśmy na północ, w kierunku Brooklyn Bridge, po czym zagłębiliśmy się w ulice dolnego Manhattanu. Po krótkim spacerze wśród ogromnych drapaczy chmur dotarliśmy do Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku - największej oraz najważniejszej z 12 takich instytucji w USA. Bank jest uprawniony do emisji pieniądza. W przypadku banknotów nowojorskich na pieczęci Rezerwy Federalnej widnieje litera B. W podziemnym skarbcu banku znajdowało się 5 tysięcy ton czystego złota o wartości rynkowej blisko 100 miliardów dolarów. Skarbiec jest podzielony na pomieszczenia, w których znajdują się sztabki należące do wielu państw. Jest to największe repozytorium złota na świecie. Ja pamiętałem to miejsce z filmu Szklana Pułapka 3 (Die Hard: With a Vengeance). Bank stał się obiektem największego rabunku w dziejach - terroryści dostali się do skarbca, wysadzając stację metra. Na szczęście Bruce Willis ich dopadł i odzyskał złoto, ocalając świat ;-)

Nasza grupa przy South Ferry - przymierzamy się do zwiedzania Wall Street

Centrum dolnego Manhattanu to Wall Street - dzielnica finansowa. Istnieje również ulica o tej nazwie. Pochodzi ona od przebiegającej kiedyś w tym miejscu palisady, która chroniła pierwszych białych mieszkańców przed Indianami. Przy Wall Street obejrzeliśmy Federal Hall. To tutaj w 1789 roku miało miejsce zaprzysiężenie Jerzego Waszyngtona na prezydenta Stanów Zjednoczonych. Nowy Jork był wtedy stolicą USA (1785-1790). Później przeniesiono ją do Filadelfii. Przed eleganckim, klasycystycznym budynkiem stoi rzeźba Waszyngtona. Tuż za rogiem jest słynny budynek giełdy nowojorskiej. Funkcjonowała ona w tym miejscu długo. Kiedyś handlowano akcjami bez żadnych ograniczeń, później stopniowo zaczęto wprowadzać pewne zasady. Obecny budynek giełdy powstał w 1903 roku. Mocno kojarzą się z nim legendy o wielkim krachu 29 października 1929. Gmach jest bardzo ładny, ale niestety zasłonięto go olbrzymi reklamami.

Na końcu Wall Street nasz wzrok przyciągnął Trinity Chuch - zbudowany w 1846 roku kościół w stylu neogotyckim. Obok kościoła spory obszar jest zajęty przez cmentarz, na którym pochowano wielu słynnych nowojorczyków. Kościół pięknie wkomponowuje się w las otaczających go wieżowców. W mieście jest sporo obiektów sakralnych, schowanych wśród drapaczy chmur. Zatrzymaliśmy się chwilę na skwerku, z którego widzieliśmy duży, pusty plac. Nawet nie patrząc na mapę można było się domyślić, że to Ground Zero - pozostałości po World Trade Center.

Koniec moich studenckich wakacji 2001 spędzałem w Chorwacji na wyspie Krk. Mój codzienny rytuał zaczynał się od przetruchtania 15 minut krętą drogą pod górkę i powrocie do hotelu w dół. Już wtedy lubiłem biegać w czasie wyjazdów, choć nie przypuszczałem, że kiedyś narodzi się z tego pasja. Rankiem 12 września wróciłem z rozruchu. W apartamencie czekała na mnie sensacyjna wiadomość: "Arabi zaatakowali Amerykę!" - poinformowała mnie przejęta koleżanka. "Chyba Arabowie..." - odpowiedziałem zamurowany. Chwilę później dowiedziałem się więcej o wydarzeniach z poprzedniego dnia. Miały miejsce 16 godzin wcześniej - na wakacjach informacje nie rozchodzą się tak szybko. W wiadomościach oglądałem szokujące zdjęcia płonących wież World Trade Center.

6 lat później Ground Zero było cały czas wielkim placem budowy i tak naprawdę nie zanosiło się, żeby coś powstało w tym miejscu w krótkim czasie. W ogromnej dziurze w ziemi widać było tory metra. Składy nie zatrzymywały się w tym miejscu - była stacja Cortlandt Street pozostawała nieczynna. Obejrzeliśmy pomnik ku czci strażaków uczestniczących w akcji 11 września i udaliśmy się na wschód, w kierunku Brooklyn Bridge. Na pomysł wybudowania mostu nad East River wpadł inżynier Roebing, kiedy utknął zimą na promie między Manhattanem a Brooklynem (wtedy były to jeszcze osobne miasta). Budowa mostu trwała 16 lat i została okupiona dwudziestoma ofiarami, w tym samego pomysłodawcy. Prace ukończono w 1883, a przeprawa stała się największym na świecie mostem wiszącym oraz pierwszą tego typu konstrukcją ze stali. Pierwotnie most obsługiwał ruch konny (zewnętrzne pasy po obu stronach mostu), tramwajowy (wewnętrzne). Teraz po obu stronach jeździły już tylko samochody. Niezmienna pozostała funkcja podwyższonego pasa środkowego dla pieszych. Most ma 1091 metrów długości, licząc od zaczepów lin. My doszliśmy dokładnie do jego połowy, mając w równej odległości dwie neogotyckie wieże, które kiedyś stanowiły bramy miast. Największe wrażenie zrobiły na mnie widoki Manhattanu. W końcu mogliśmy zobaczyć wyspę z nieco dalszej perspektywy.

Brooklyn Bridge - widok na Dolny Manhattan, po lewej stronie widoczna Statua Wolności

Wróciliśmy z mostu na Manhattan do City Hall Park. Dzielnica Seaport obfituje w warte zobaczenia budynki. Poza ratuszem, można obejrzeć dwie siedziby sądów przy Foley Square: New York County Courthouse i United States Courthouse. Zastanawialiśmy się chwilę, czy nie zatrzymać się w pizzerii przy placu, ale postanowiliśmy to odłożyć na później, przy okazji zwiedzania dzielnicy włoskiej.

Przeszliśmy do Lower East Side, w której największymi atrakcjami są Little Italy i Chinatown. Chińska dzielnica w Nowym Jorku jest najbardziej charakterystyczna i ekspansywna. Wchłonęła część terenów Little Italy i dzielnicy żydowskiej. Zwiedzanie zaczęliśmy od Columbus Park. W XIX wieku znajdowała się tutaj dzielnica slumsów, teraz krajobraz jest zdominowany przez Azjatów, skupionych wokół stolików, na których rozłożone są gry planszowe. Po chwili spędzonej w parku zauważyłem, że nasza czwórka była jedynymi białymi ludźmi na horyzoncie. Mieszkańcy nie sprawiali jednak wrażenia, że jesteśmy dla nich intruzami. Wręcz przeciwnie, niektórzy uśmiechali się na nasz widok. Przeszliśmy na Canal Street, przy której kwitł handel. Moją uwagę najbardziej przykuł sklep z owocami morza, których duża część jeszcze się ruszała. Na straganach sprzedawano również owoce, których nigdy wcześniej nie widziałem. Przechodząc kolejnymi ulicami mieliśmy wrażenie, jakbyśmy trafili na Stadion Dziesięciolecia - ówczesną kopalnię chińskiej tandety w Warszawie. Nasze Chinashopy miały jednak wkrótce zniknąć. W tym miejscu planowano budowę stadionu narodowego przed EURO 2012. Dotarliśmy do Bloody Angle - zakręcającej ulicy, przy której w latach dwudziestych odbywały się porachunki gangsterskie. Teraz w uliczce Doyers Street dominują chińskie afisze. Za zakrętem okazało się, że trochę jeszcze zostało w tym miejscu z najlepszych, gangsterskich lat. W zaparkowanym pięknym samochodzie siedział obwieszony łańcuchami włoski mafioso w ciemnych okularach. Niedługo później Alex znalazł McDonalda z chińskimi napisami.

Poproszę dwa funty tego, co się tak szybko rusza

Należy tutaj wspomnieć, że Alex miał w czasie wyjazdu do Nowego Jorku manię jedzenia w McDonald's. Potrafił zjeść 3 cheeseburgery w ciągu kilku minut. Przy metrze niedaleko naszego hotelu była mała restauracja McDonald's, w której często się zatrzymywał. Jadł też w bardziej eleganckiej, przy Times Square, gdzie ceny były wyższe. Darek potem śmiał się z Aleksa, że chyba trzeba jeść dużo cheeseburgerów, żeby osiągać takie dobre wyniki w maratonie.

Alex pod swoim ukochanym McDonaldem - tym razem w China Town

Po dalszym spacerze dotarliśmy do Little Italy, pełnej włoskich restauracji i kawiarni. Tutaj zatrzymaliśmy się na makaronowy obiad. Po obfitym posiłku konsekwentnie realizowaliśmy plan naszej wycieczki. Wyszliśmy z Little Italy, wstępując po drodze do sklepu policyjnego, w budynku którego kiedyś mieściła się główna siedziba nowojorskiej policji. Do kompletu dzielnic w południowej części Manhattanu brakowało nam SoHo i TriBeCa. Dziwna nazwa tego rejonu wzięła się od South of Houston (na południe od ulicy Houston) i triangle below Canal (trójkąt poniżej ulicy Canal). My skoncentrowaliśmy się na atrakcjach architektonicznych SoHo (między Houston a Canal), gdzie znajduje się największe na świecie skupisko budynków z żeliwa. Z zainteresowaniem oglądaliśmy charakterystyczne dla tych dzielnic zewnętrzne schody przeciwpożarowe. Na szczytach zabudowań często można zobaczyć zbiorniki na wodę. Niektóre z nich zostały ozdobnie obudowane kopułami i wieżyczkami.

Po krótkim spacerze po SoHo wyruszyliśmy na targi maratońskie, które odbywały się w Javits Convention Center. Podjechaliśmy metrem, a potem przeszliśmy kawałek, mijając Madison Square Garden, Penn Stadion i główny budynek poczty. Expo było dość duże, choć miesiąc wcześniej w Berlinie widziałem znacznie większą powierzchnię dla wystawców. Organizacja przeszła bardzo sprawnie. Na dzień dobry otrzymaliśmy koszulki i numery startowe na International Friendship Run - rozgrzewkę w przeddzień maratonu, na którą zapraszano gości z zagranicy. Niestety, nie mogliśmy uczestniczyć w tej imprezie, bo w sobotę planowaliśmy wyjazd do cioci do w New Jersey. Połowę czasu spędziliśmy z Aleksem przymierzając akcesoria i odzież z logo maratonu. Nie pamiętam, kiedy wcześniej zrobiłem tak ogromne zakupy: kurtka, bluza do biegania, czapka, rękawiczki z nadrukami nazw pięciu dzielnic NY na palcach i torba maratońska. Dodatkowo dostałem jeszcze dwie koszulki (maratońską i biegu IFR). Kupiłem sobie również buty krosowe i specjalistyczne rękawiczki zimowe. Te produkty osłaniały moje stopy i dłonie w czasie maratonu na Antarktydzie, w którym wziąłem udział 4 miesiące później. Alex wyszedł z targów niewiele mniej obładowany ode mnie. Darek z Renatą tez sporo kupili i zaplanowali powrót na targi następnego dnia, kiedy mieli dowieźć poszukiwane numery butów. Dolar kosztował wtedy niewiele ponad 2 PLN - nic dziwnego, że wszystko wydawało się nam tanie.

Tę trasę mieliśmy pokonać 3 dni później

Z targów wyszliśmy, kiedy większość stoisk była już zamknięta. Mimo problemów z transportem bagaży, zaproponowałem wieczorną wycieczkę po Theater District. Tę dzielnicę najlepiej zwiedzać właśnie po ciemku i podziwiać niesamowitą iluminację Times Square i Centrum Rockefellera. Nazwa Theater District nie jest przypadkowa. W niedużej odległości od Times Square jest ponad trzydzieści teatrów. Występy przy Broadwayu są marzeniem wielu artystów. Nazwa Times Square pochodzi od otwartego w 1906 roku wieżowca "New York Times". Plac pełen jest neonów i telebimów, a niektóre budynki można wręcz nazwać jednym wielkim telebimem. Przykładem jest napis NASDAQ (giełda elektroniczna) o wysokości blisko 40 metrów. Nocą robi to niesamowite wrażenie. Z budynków w otoczeniu Times Square najpopularniejsza jest chyba siedziba MTV, wokół której często gromadzą się tłumy gapiów. Podczas spaceru po tej okolicy prawie się pogubiliśmy. Na szczęście udało nam się uciec od tłumu i gwaru w boczną uliczkę. Czułem się, jak po wyjściu z zatłoczonego autobusu.

Times Square nocą

Po krótkim spacerze dotarliśmy do Rockefeller Center. Kompleks budynków (obecnie jest ich 19) powstał w miejscu dawnego ogrodu botanicznego Columbia University, wydzierżawionego przez Rockefellera w 1928 roku. Bogacz planował wybudować w tym miejscu operę, ale po kryzysie 1929 roku zmienił zdanie. W tych ciężkich czasach przy budowie znalazło pracę prawie ćwierć miliona osób. Efektem było powstanie największego i najdroższego prywatnego kompleksu na świecie. Duże wrażenie zrobiło na mnie lodowisko, z którego korzystały wtedy dziesiątki osób. Górowała nad nim otoczona fontanną złota rzeźba Prometeusza, dodatkowo odbijająca światło. Główny budynek wygląda bardzo ładnie z perspektywy alei, która do niego prowadzi. W okresie świątecznym przed wieżowcem stoi wysoka choinka. Pamiętałem jej zdjęcia z filmu "Kevin sam w Nowym Jorku". To był ostatni punkt naszego zwiedzania. Trzeba było wracać do domu i zbierać siły na kolejny, równie intensywny dzień.

Ślizgawka pod Rockefeller Center
Alex z gadżetami maratońskimi

Poranek zaczęliśmy od przejazdu metrem i spaceru do Empire State Building. Ładna pogoda zachęcała do wjazdu na szczyt tego słynnego budynku. Zgodnie z radami moich znajomych, w kolejce do wejścia ustawiliśmy się wcześnie rano, dzięki czemu uniknęliśmy tłoku. Atrakcja jest oblegana przez turystów, a dodatkowy natłok mógł być spowodowany zbliżającym się maratonem, na który przyjechało wielu turystów.

Budowa Empire State Building rozpoczęła się kilka tygodni przed krachem na giełdzie w 1929 roku. Budynek został ukończony w 1931 roku, mimo kłopotów ze znalezieniem chętnych na wynajęcie lokali (nazywano go nawet "Empty State Building"). Firmy nie miały w tych ciężkich czasach pieniędzy na czynsze, za to dużą popularnością cieszył się taras widokowy. Budynek początkowo miał liczyć 86 pięter, ale dobudowano do niego jeszcze maszt, z którego transmitowane są programy telewizyjne na obszar 4 stanów. Budynek z iglicą mierzy 443 metry i do lat 70-tych był najwyższy na świecie (stracił to miano na rzecz World Trade Center). Co roku odbywa się bieg na szczytowy taras ESB. Najlepsi biegacze pokonują takie przewyższenie poniżej 10 minut. Budynek stanowi naturalny piorunochron, w który pioruny uderzają nawet 100 razy w ciągu roku. W 1945 roku budynek został zawadzony przez przelatujący we mgle bombowiec. Kolizja spowodowało urwanie się liny w windzie, a to tragiczne wydarzenie przeżył windziarz, który spadł z 79 piętra aż do podziemi. Uratował się dzięki hamulcom bezpieczeństwa w windzie. Budynek zagrał w wielu filmach, między innymi w "King Kongu" z 1933 roku. Makieta budynku robi wprawdzie obecnie żenujące wrażenie, ale scena z wielką małpą łapiącą samoloty na szczycie ESB przeszła do historii kinowych efektów specjalnych.

Naszą wizytę w budynku rozpoczęliśmy od marmurowego hallu, wychodzącego na Piątą Aleję. Wjechaliśmy windą na 86 piętro, zaliczając po drodze jedną przesiadkę. Na zewnątrz było chłodno i mocno wiało, ale wspaniałe widoki wynagrodziły nam te niedogodności. Sfotografowałem Nowy Jork ze wszystkich stron. Świetnie było widać południową część Manhattanu - najpierw skrzyżowanie 5th Avenue i Broadway z charakterystycznym Flatironem, a dalej biurowce na Dolnym Manhattanie, Liberty Island i Ellis Island. Widok na wschód - od południa: Brooklyn Brigde, Manhhattan Bridge i Williamsburg Bridge, a po drugiej stronie East River widać rozciągający się Brooklyn. Dokładnie na wschód było widać Most Pułaskiego, przez który mieliśmy przebiegać następnego dnia. Ta przeprawa jest granicą między Brooklynem a Queens. Bardziej na północ widać Roosvelt Island i położony na niej Queensboro Bridge, a spośród stojących przed nimi wieżowców najbardziej wyróżnia się budynek Chryslera z pięknym dachem, przypominającym okratowanie chłodnicy samochodu. Co ciekawe ten budynek też był przez chwilę najwyższy na świecie (ukończony w 1930 roku), ale parę miesięcy później stracił ten tutuł na rzecz ESB. Wieżowce przesłaniają nieco widok na północ, ale w tym kierunku wyraźnie widać charakterystyczny zielony prostokąt Central Parku. Dalej, za Harlem River, jest Bronx. Po lewej stronie widać most Waszyngtona (przeszło kilometr długości). Na zachód roztacza się widok na znacznie niższą zabudowę stanu New Jersey, gdzie zamierzaliśmy jechać z Alexem następnego dnia, żeby odwiedzić naszą ciocię.

Widok z Empire State Building na Dolny Manhattan

Wizyta na Empire State Building pozwoliła nam obejrzeć Nowy Jork z lotu ptaka. Nadal jednak przed nami było sporo zwiedzania, bo ja planowałem odwiedzić wszystkie rejony Manhattanu. Renata i Darek udali się ponownie na Expo, żeby kupić upatrzone poprzedniego dnia buty, a ja z Aleksem szykowaliśmy się do zwiedzania kolejnych dzielnic: Upper Midtown, Lower Midtown oraz Gramercy i Flatiron District.

Najpierw przeszliśmy się północ 5th Avenue, żeby zobaczyć katolicką Katedrę Świętego Patryka - wspaniałą neogotycką świątynię, która może pomieścić 2500 wiernych. Strzeliste wieże nie ustępują urodą swoim europejskim odpowiednikom. Mimo sporych rozmiarów, katedra wydaje się być schowana pośród otaczających ją wieżowców, ale taki jest urok Nowego Jorku.

Przeszliśmy się w kierunku bizantyjskiego St. Bartholomew's Church i przylegającego do niego budynku General Electric. Potem spacerowaliśmy zygzakiem po Upper Midtown, mijając Muzeum Radia i Telewizji, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, kościół św. Tomasza, a następnie Sony Building i IBM Building. Dotarliśmy do budynku Trump Tower. Donald Trump, potentat na rynku nieruchomości, stał się w latach 80-tych symbolem młodych, bogatych "yuppie". W 2016 roku został wybrany na prezydenta USA. Weszliśmy na chwilę do galerii w budynku, a ja dosłownie wbiegłem do poszukiwanej od dłuższego czasu toalety.

Ostatnim ciekawym punktem zwiedzania Upper Midtown był Fuller Building, a za nim skręciliśmy w Park Avenue, która prowadziła prosto na wysoki MetLife Building (ma olbrzymią powierzchnię użytkową - znacznie większą od ESB) i leżącą pod nim słynną stację kolejową Grand Central Terminal. Budynek stacji jest bardzo ładny na zewnątrz (zdobiona fasada) oraz wewnątrz (piękna hala dworcowa). Weszliśmy do środka i podziwialiśmy wielkie, marmurowe schody, znany zegar i trzy ogromne okna we wnętrzu terminala. Na przejeżdżających tędy codziennie nowojorczykach ten widok nie robi pewnie specjalnego wrażenia, ale ja westchnąłem z zachwytu, kiedy stanąłem na środku hali. Wnętrze Grand Central Terminal zasłużenie zagrało już w wielu amerykańskich filmach.

Wnętrze Grand Central Terminal

Poszliśmy na wschód, minęliśmy wieżowiec Chryslera i dotarliśmy do siedziby Organizacji Narodów Zjednoczonych. Od strony First Avenue przed budynkiem stoją maszty z flagami członków organizacji, która została założona po II wojnie światowej przez 51 krajów, a obecnie zrzesza blisko 200 państw. Sesja Zgromadzenia Ogólnego odbywa się co roku i trwa 3 miesiące. Przed budynkiem stoi rzeźba pistoletu z zawiązaną na supeł lufą. Nie udało nam się wejść do środka, żeby zobaczyć przylegający do siedziby ONZ park od strony East River. Wstęp był płatny, a my nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzanie.

Siedziba Organizacji Narodów Zjednoczonych

Umówiliśmy się z Renatą i Darkiem w Madison Square Park, przed Flatironem. Spod siedziby ONZ postanowiliśmy tam dotrzeć na piechotę. Po drodze zatrzymaliśmy się w pubie irlandzkim, bo znowu bardzo spieszyło mi się do toalety. Przy okazji posiedzieliśmy chwilę w pubie, żeby wypić Guinnessa.

Spotkaliśmy Renatę i Darka, którzy byli zadowoleni, że udało im się kupić buty. Podobno na Expo było bardziej tłoczno niż poprzedniego dnia. Ciekawe, jak było w przeddzień maratonu - woleliśmy omijać Expo szerokim łukiem. Na popołudnie mieliśmy zaplanowane dzielnice Flatiron, East Village i Greenwich Village. Miało to dopełnić realizację planu zaliczenia południowych dzielnic Manhattanu.

Rozejrzeliśmy się dookoła. Po wschodniej stronie Madison Square stoją potężne budynki: New York Life Insurance Company, Matropolitan Life Insurance Company, a między nimi - budynek sądu apelacyjnego, podobno najbardziej obleganego na świecie.

Flatiron

Najdłużej podziwialiśmy Flatirona, czyli "Żelazko". Budynek wzniesiono na początku wieku i był on wtedy najwyższy na świecie. To już czwarty rekordowy budynek, o którym wspomniałem w relacji - w kolejności chronologicznej: Flatiron, budynek Chryslera, Empire State Building, World Trade Center. To od Flatirona rozpoczęła się era drapaczy chmur. Przy swojej wysokości budynek jest tak wąski, że na początku obawiano się, że konstrukcja może zostać obalona przez wiatr. Na szczęście obawy okazały się bezzasadne.

Spod Flatirona przeszliśmy na południe Broadwayem i skręciliśmy w lewo w znacznie spokojniejszą 20th Street. Minęliśmy rodzinny dom Theodora Roosvelta (prezydent USA 1901-1909) i dotarliśmy do uroczego, małego parku Gramercy. Mogą z niego korzystać jedynie właściciele okolicznych eleganckich kamienic. Przy placyku znajduje się budynek synagogi. Ten rejon Nowego Jorku wydał mi się bardzo elegancki i spokojny. Potem doszliśmy do Union Square, gdzie zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę w dużym sklepie muzycznym, a po zakupach posiedzieliśmy w chwilę w kawiarni.

Kolejną dzielnicą była East Village. Dominują tu klimaty indyjskie (Little India) oraz ukraińskie Little Ukraine, zamieszkana przez 30 tysięcy Ukraińców. Mnie najbardziej podobał się należący do tej społeczności katolicki kościół św. Jerzego.

Przeszliśmy na zachodnią część Manhattanu. Przecięliśmy Broadway i za chwilę przemierzaliśmy uniwersyteckie uliczki New York University. Uczelnia została założona jako przeciwwaga dla Columbia University. Obecnie NYU jest największym prywatnym uniwersytetem w USA.

Tuż obok jest Washington Square, przy którym stoi olbrzymi marmurowy łuk, wzniesiony dla upamiętnienia setnej rocznicy objęcia prezydentury przez Waszyngtona. Na zakończenie budowy łuku koncert dał tutaj Ignacy Jan Paderewski.

Dotarliśmy do serca Greenwich Village. Jest to ulubiona dzielnica gejów. Oglądając witryny tutejszych sklepów, byłem zaskoczony, że nowojorczycy mogą być tak bezpruderyjni. Greenwich Village przypominała mi trochę Amsterdam. Na końcu głównej Christopher Street zakręciliśmy w Gay Street - ulicę o pasującej do tej okolicy nazwie. Spacer w Greenwich Village skończyliśmy przy Jefferson Market Courthouse. Zbudowany w 1877 roku gmach został uznany za jeden z pięciu najpiękniejszych budynków Ameryki. Rzeczywiście, posiadające zamkowe elementy budynek jest bardzo ładny. Obecnie mieści się w nim biblioteka publiczna.

Przeszliśmy w bardziej cywilizowane okolice dzielnicy Chelsea. Musieliśmy pokonać spory kawałek, by dotrzeć do Herald Square. W tej okolicy najbardziej podobał mi się schowany w bocznej uliczce kościół Świętego Jana Chrzciciela. Tutaj swoje uliczki mają Koreańczycy (Little Korea). W Chelsea mieści się również Macy's - największy dom towarowy świata, a także słynna hala sportowa Madison Square Garden. W te okolice mieliśmy wrócić w kolejnych dniach.

Na tym skończył się nasz kolejny, bardzo intensywny dzień zwiedzania. Mieliśmy już zaliczone wszystkie dzielnice na południe od Central Parku, więc wszystko szło zgodnie z planem.

Następnego dnia musieliśmy wstać bardzo wcześnie, żeby zdążyć do Central Parku na maratońskie eliminacje ekipy USA na Igrzyska w Pekinie. Trzech pierwszych biegaczy uzyskiwało kwalifikację. Maraton startował o 7:30 spod budynku Rockefellera, a potem zawodnicy wbiegali do Central Parku, gdzie czekało na nich 5 okrążeń. Meta znajdowała się przy Tavern on the Green - podobnie jak w maratonie nowojorskim.

Udało nam się wyjść z hotelu odpowiednio wcześnie, żeby zobaczyć zawodników już na pierwszym okrążeniu (po 3 milach). Udało się - po kilku minutach oczekiwania zobaczyliśmy motocykl, a za nim biegł samotnie Micheal Wardian, który potem nie odegrał znaczącej roli w biegu. W grupie pościgowej znaleźli się przyszły zwycięzca biegu - Ryan Hall (2:09:02 - rekord eliminacji), oraz Ryan Shay. Dopiero następnego dnia na starcie maratonu nowojorskiego dowiedziałem się, że w eliminacjach stała się tragedia. Shay upadł po przebiegnięciu 5,5 mili i zmarł. Powodem śmierci była wada serca. Wiele osób zadawało sobie pytanie, w jaki sposób doszło do takiej tragedii, skoro maratończyk był na pewno wielokrotnie badany. Byłem w szoku, że widzieliśmy mocno biegnącego Shaya zaledwie 15 minut przed jego śmiercią. Straszna historia...

Po obejrzeniu maratończyków na pierwszym okrążeniu, pojechaliśmy z Aleksem na dworzec kolejowy Pennsylvania (Penn) Station, położony pod Madison Square Garden. Kaśka przekazała nam dokładne informacje, jak mamy do niej dojechać, więc z orientacją nie było większego problemu. Otaczający nas krajobraz bardzo się zmienił, kiedy nasz pociąg wyjechał z tunelu pod Hudson River i zobaczyliśmy New Jersey. Mimo krótkiego pobytu na Manhattanie, zdążyliśmy się przyzwyczaić do otaczających nas wieżowców. Po pokonaniu blisko 50 km dotarliśmy do Matuchen. Na stacji odebrał nas mąż Kaśki - Paul. Przewiózł nas chwilę po niewielkim centrum Matuchen, a chwilę później dojechaliśmy do ich domu na końcu Main Street. Na miejscu zostaliśmy serdecznie powitani przez Kaśkę. Nie widzieliśmy się już bardzo długo, więc czekało nas morze podstawowych tematów do omówienia. Nacieszyliśmy się rozmową po polsku, a potem pojechaliśmy z Paulem do restauracji, gdzie zjedliśmy pierwsze tego dnia pasta party. Po południu pojechaliśmy odebrać Julkę z polskiej szkoły w Clark (niedaleko na północ od Matuchen). Moja chrześnica uczęszczała tam w każdą sobotę, żeby utrzymywać kontakt z polskimi klimatami. Po drodze spędziliśmy trochę czasu w kawiarni i wróciliśmy do Matuchen. Dzień minął nam rodzinnie, nie spacerowaliśmy za dużo i ładowaliśmy akumulatory przed maratonem.

Z rodziną w Metuchen

Do Nowego Jorku wróciliśmy wieczorem i od razu pojechaliśmy na pasta party przy słynnej Tavern on the Green (południowo-zachodnia część Central Parku). Kolejka przed namiotem była długa, ale szła sprawnie. Nowojorczycy mają doświadczenie w organizacji maratonu i nie mogą sobie pozwolić na wąskie gardła, szczególnie w przypadku jedzenia. Szybko dotarliśmy do sali, przed którą udzieliłem jednozdaniowego wywiadu dla amerykańskiej telewizji. Potem mogliśmy ucztować do woli. Organizatorzy oferowali kilka rodzajów makaronu, owoce i ciastka. Przy dużych stolikach siadali kolejni maratończycy, z którymi wymienialiśmy grzecznościowe zwroty - głównie na temat tego, skąd kto przyjechał. Po skończonej uczcie wyszliśmy z namiotu, dostając jeszcze paczkę z artykułami spożywczymi od sponsorów (między innymi makaron). Wróciliśmy do hotelu, bo nie chciało nam się już czekać na pokaz sztucznych ogni - woleliśmy uciec od tego tłumu.

Następnego dnia miało się spełnić moje marzenie o maratonie nowojorskim. Spaliśmy o godzinę dłużej, bo akurat z soboty na niedzielę była zmiana czasu. Żeby było ciekawie, tydzień wcześniej ten moment nastąpił w Polsce. Przylatując w tym tygodniu do Nowego Jorku niejako straciliśmy tę zdobytą godzinę, by nadrobić tę noc przed maratonem. Trochę dużo tych zmian czasu jak na jeden tydzień.

Ranek zacząłem od śniadania, które niestety potem pogrzebało moje szanse na dobry wynik w maratonie. Zjadłem głównie płatki z otrębami i od tego czasu mam nauczkę na całe życie, że jest to bardzo zły pomysł na przedmaratońskie śniadanie. Otręby wspomagają procesy trawienne i perystaltykę jelit. Jest to naukowe uzasadnienie tego, co przeżywałem potem w czasie maratonu...

Wsiedliśmy we czwórkę do metra - czerwonej linii o numerze 1, która miała nas dowieźć na czubek Manhattanu - do South Ferry. Byłem mocno zaskoczony, kiedy okazało się, że nasz pociąg nie pojedzie dalej. Musieliśmy się przesiąść do innego składu, który przyjechał po kilku minutach. Ten pociąg nie dowiózł nas jednak do celu, bo dalsza część trasy była zamknięta z powodu remontu. Trochę zdenerwowało mnie, że takie kombinacje muszą robić akurat w dniu maratonu, kiedy tysiące biegaczy przemieszczają się tą trasą. Na szczęście zorganizowano bardzo dobrą komunikację zastępczą. Muszę przyznać, że wszystko było przeprowadzone profesjonalnie - obsługa wyprowadziła nas ze stacji i chwilę potem pasażerowie zostali rozparcelowani po podstawionych autobusach.

Niedługo potem byliśmy przy stacji South Ferry. Nie czekaliśmy długo i wsiedliśmy na prom, który dowoził biegaczy na Staten Island, gdzie miał startować maraton. Podróż promem była bardzo przyjemna. Przepłynęliśmy niedaleko Statuy Wolności i mogliśmy oglądać Manhattan z perspektywy oddalającego się od niego statku.

Płyniemy na start maratonu na Staten Island, głowa Aleksa zasłania Statuę Wolności

Dopłynęliśmy do Saint George na Staten Island i tutaj zrobił się drobny zator w czasie przesiadki do autobusów. Na szczęście mieliśmy spory zapas czasu, wszystko poszło w miarę sprawnie i niedługo potem autobus dowiózł nas w okolice Verrazzano-Narrows Bridge, skąd mieliśmy startować.

W tym miejscu warto opisać w paru zdaniach niesamowitą trasę maratonu. Przebiega on przez wszystkie pięć dzielnic (5 Boroughs) Nowego Jorku: Staten Island, Brooklyn, Queens, The Bronx oraz Manhattan. W czasie naszego zwiedzania ograniczaliśmy się wyłącznie do tej ostatniej dzielnicy, ale teraz mieliśmy przebiec przez wszystkie.

Poniżej znajduje się link do trasy maratonu, zmierzonej przy pomocy aplikacji RunCalc. Można zobaczyć mapę i profil trasy, a także skorzystać z Odtwarzacza Tras RunCalc i obejrzeć zdjęcia z kolejnych odcinków.

Trasa maratonu w Nowym Jorku zmierzona przy pomocy aplikacji RunCalc

Start jest umiejscowiony w zachodniej części Verazzano-Narrows Bridge, który łączy Staten Island z Brooklynem. Most wziął swoją nazwę od Giovanniego da Verrazzano - pierwszego Europejczyka, który wpłynął do ujścia rzeki Hudson. Narrows to cieśnina pomiędzy wyspą a Brooklynem. Most jest dwupoziomowy. Ja miałem to szczęście, że mogłem biec w niebieskiej strefie, na jego górnym poziomie. Verrazzano-Narrows ma długość 1300 metrów i był kiedyś najdłuższym mostem wiszącym na świecie. Mimo dwóch poziomów, na co dzień obsługuje jedynie ruch kołowy, więc bieganie po nim stanowi dla nowojorczyków dodatkową frajdę.

Z mostu startowały 3 grupy: pomarańczowa (dolny poziom mostu), zielona i niebieska. Ja byłem w tej ostatniej, podobnie jak elita. Trasy trzech grup były poprowadzone na początku nieco inaczej, po 5 milach szły równolegle, by ostatecznie połączyć się po 8 milach. Maratończycy biegną na północ, przez kolejne dzielnice Brooklynu, by osiągnąć półmetek w zamieszkiwanym przez tysiące Polaków Greenpoint. Dalej jest Most Pułaskiego, za którym zaczyna się kolejna dzielnica - Queens. Tutaj maratończycy nie bawią zbyt długo i po 25 kilometrach przebiegają przez Queensboro Brigde na Manhattan. Trasa prowadzi dalej na północ 1st Avenue, a potem wbiega się mostem Willis Avenue Brigde nad Harlem River do Bronksu. Organizatorzy tak poprowadzili trasę, żeby biegacze tylko zaliczyli The Bronx, bo niedługo potem wracają z niego innym mostem Madison Avenue Bridge na Manhattan i kontynuują bieg 5th Avenue, na południe. Po 37 kilometrach docierają w okolice Central Parku, muszą dobiec do jego południowej części i kończą bieg przy Tavern on the Green.

Perspektywa dobiegnięcia do mety była bardzo kusząca, trzeba było jednak najpierw ustawić się na starcie. Po wejściu do miasteczka maratońskiego pożegnałem się z resztą grupy i poszedłem do mojej strefy. Ja byłem w niebieskiej, Alex w zielonej. Obaj startowaliśmy z górnej części mostu i do tego z początkowych stref. Upoważniały nad do tego niskie numery - 906 i 1271. Mój numer był bardzo fajny, bo do góry nogami czytało się go idealnie tak samo. Przed biegiem przypiąłem go odwrotnie - taki żarcik ;-)

Mieliśmy mały problem z oddaniem toreb, bo nie można było się dopchać do ciężarówek. W końcu skorzystaliśmy z utworzonej na dziko góry toreb, licząc na to, że wolontariusze jakoś je wszystkie posegregują i nic w międzyczasie nie zginie.

Na start musiałem jeszcze dotruchać z tłumem kawał drogi, krążąc między ciężarówkami. W końcu ustawiłem się niedaleko linii startu - uff...

Start biegu miał ładną oprawę. Minutą ciszy uczczono zmarłego poprzedniego dnia Ryana Shaya, odśpiewano hymn Stanów Zjednoczonych i zaprezentowano faworytów biegu.

Start na Verrazzano-Narows był wspaniałym przeżyciem. Nad nami wisiał helikopter, pod mostem statek rozrzucał fontannę wody. Widoki były bardzo ładne. Rozglądałem się na pierwszym kilometrze, żeby niczego nie stracić z tej pięknej chwili. Ledwie spostrzegłem, że tuż obok mnie śmignął biegacz w żółtej koszulce. Był to Lance Armstrong - słynny amerykański kolarz, siedmiokrotny zwycięzca Tour de France. Po zakończeniu kariery kolarskiej przerzucił się na maratony i to z niezłym skutkiem. W tym maratonie nowojorskim nabiegał 2:46. Potem wrócił do ścigania na jeden sezon w 2009. Od 2010 roku trwało dochodzenie amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości w sprawie stosowania dopingu przez Armstronga. Przyznał się do tego w styczniu 2013 roku w programie u Oprah Winfrey. W 2015 roku ukazał się na ten temat film "Strategia mistrza", który obejrzałem z dużym zaciekawieniem. Kolarz koksował się na potęgę. W czasie maratonu tylko przez chwilę miałem przyjemność oglądania pleców Armstronga, potem mi odjechał.

Na początku biegło mi się nieźle, ale po paru kilometrach zacząłem czuć się gorzej. Po 10 km postanowiłem nieco zwolnić, a moje samopoczucie nie poprawiało się. Niedługo potem wyprzedził mnie Alex, wesoło poklepując moje plecy. Wtedy akurat przeżywałem kryzys i nie wyglądałem zbyt dobrze. Alex pobiegł dalej, życzyłem mu powodzenia. Wiedziałem, że mam kłopoty żołądkowe i nie mam szans na zrobienie dobrego wyniku w tym biegu.

Mimo wszystko, nie traciłem dobrego humoru i spokojnie biegłem przez Brooklyn. Doping był wspaniały. Masa ludzi stała przy trasie, krzyczała, grzechotała, próbowała przybijać piątki z biegaczami. Niektórzy wystawili na chodnik krzesełka i siedząc na nich oklaskiwali maratończyków. Obok mnie biegło wielu zawodników, którzy nadrukami na koszulkach podkreślali swoją narodowość. Najlepszy doping mieli Włosi. Wielu Amerykanów biegło w koszulkach organizacji charytatywnych. Taka postawa jest bardzo popularna na maratonach w USA.

Ból brzucha tak mi przeszkadzał, że w końcu zdecydowałem się zatrzymać w toalecie. Liczyłem na to, że po takiej wizycie problem żołądkowy zniknie. Przebiegłem przez Greenpoint, gdzie minąłem kilka sklepów z polskimi napisami. Niestety, ból nadal mi dokuczał. Przed mostem Pułaskiego zrobiłem sobie kolejny postój. Po wyjściu z toalety miałem już tylko teoretyczne szanse na złamanie 3 godzin. Zwolniłem i starałem się kontrolować sytuację. Na szczęście, problem przestał narastać.

Przebiegliśmy dolnym poziomem Queensboro Bridge, za którym czekali na nas wspaniali kibice na Manhattanie. Kiedy zbiegałem po estakadzie mostu, wrzawa była niesamowita. Kibice ustawiali się na chodnikach w kilku rzędach i dopingowali maratończyków. Chwilę później wbiegliśmy na bardzo szeroką 1st Avenue, która stanowiła bardzo długą prostą (6 km). Tutaj wspaniale odczuwało się klimat maratonu nowojorskiego. Przy barierkach tłoczyły się tysiące kibiców. Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim. Podobno w Nowym Jorku maratończycy są co roku oklaskiwani przez przeszło milion kibiców.

Na 1st Avenue zjadłem żel energetyczny z tubki, których wolontariusze rozdawali tysiące. Zatrzymałem się jeszcze do toalety i była to na szczęście moja ostatnia taka wizyta. Mimo odwodnienia biegłem dzielnie i nawet udało mi się nieco przyspieszyć. Przebiegłem przez most Willis Avenue Bridge, który dla komfortu biegaczy wyłożony był żółtym dywanem.

W Bronksie przywiał nas mocny doping. Atmosfera była bardzo miła, choć jak przyjrzałem się bliżej wąskim uliczkom, to widok nie był zbyt zachęcający. Sporo osób ostrzegało mnie przed wizytami w niektórych rejonach Bronksu. Z większych atrakcji jest tutaj duże ZOO i kultowy stadion drużyny baseballowej NY Yankees.

W Bronksie nie zabawiłem zbyt długo. Przebiegłem przez Madison Avenue Bridge i wróciłem na Manhattan, by biec Piątą Aleją. Czekała nas długa prosta do Central Parku, przerwana jedynie koniecznością obiegnięcia niewielkiego Marcus Garvey Park. Od tego momentu biegłem z dwiema dziewczynami - blondynką i latynoską. Obie miały na koszulkach napisane swoje imiona i były bardzo mocno dopingowane przez kibiców. Miło biegło się w takim towarzystwie. Cały czas trzymałem się z nimi i czasem nawet torowałem drogę z przodu, gdy wyprzedzaliśmy innych biegaczy.

Skręciliśmy z 5th Avenue w lewo w okolicach parkowego jeziora Reservoir i biegliśmy alejami Central Parku. Teren jest tutaj dość pagórkowaty, co nawet mi odpowiadało. Nadal trzymałem się z dziewczynami, a kiedy nadbiegaliśmy, wrzawa kibiców narastała. Na 41. kilometrze wybiegliśmy z parku na 59th Street i tutaj zderzyłem się z lekką ścianą. Jednak odwodnienie i zmęczenie zrobiły swoje - musiałem lekko zwolnić. Niedługo potem skręciłem w prawo, na ostatnią prostą do mety. To tutaj zebrało się najwięcej kibiców. Biegłem środkiem szerokiej alei, ale w tym całym hałasie udało mi się usłyszeć okrzyk "Robert!". To była Kaśka - przyjechali z Paulem i Julką, żeby zobaczyć nas na ostatnim kilometrze maratonu. Odwróciłem się i pomachałem w ich kierunku. Potem zobaczyłem pomarańczowo-granatową bramę mety, którą do tej pory widziałem tylko na filmach. Sen się spełnił...

Za metą pogratulowałem dziewczynom, które wyprzedziły mnie o kilka sekund - "Gratulacje, byłyście niesamowite". "To ty byłeś niesamowity" - odpowiedziały kurtuazyjnie. Z powodów oczywistych mnie ten maraton nie wyszedł, ale i tak byłem szczęśliwy.

Przy ciężarówkach od 20 minut czekał na mnie Alex. Zrobił czas 2:49:11, czyli o 2 minuty poprawił swój rekord w Brukseli. Opowiadał, że na początku nie biegł szybko, dopiero później poczuł szansę na rekord i przyspieszył. Musiał być zachwycony, że zrobił rekord w takim maratonie.

Poszedłem odebrać moją torbę z rzeczami. Wolontariuszka zauważyła, że mój numer 906 jest przypięty do góry nogami. Przekrzywiła głowę, żeby sprawdzić, jak to wygląda z drugiej strony i triumfalnie oświadczyła "Oh, it's the same!". Dostałem od niej torbę z właściwym numerem.

Nie czekaliśmy na Darka i Renatę, którzy traktowali bieg turystycznie i ostatecznie ukończyli maraton w czasie brutto poniżej 5 godzin. Wróciliśmy do hotelu, żeby się wykąpać i chwilę odpocząć. Renata i Darek dotarli znacznie później. Na szczęście byli zadowoleni i w dobrej formie. Mogliśmy zatem wybrać się na kolejną atrakcję tego dnia - mecz NBA w słynnej Madison Square Garden.

Historię mojego zainteresowania koszykówką opisywałem już przy okazji relacji z maratonu w Los Angeles, gdzie wybrałem się na mecz Lakers. Alex również interesował się ligą NBA i dobrze znał zespół New York Knicks. Wybranie się na mecz było dla nas dużą atrakcją. Renata i Darek nie byli takimi fanami koszykówki, ale chcieli również wybrać się z nami na mecz, żeby przeżyć atmosferę meczu i zobaczyć Madison Square Garden. Z dużym wyprzedzeniem kupiłem 4 bilety na mecz, oczywiście w sektorach na najwyższym poziomie. Lepsze miejsca w okolicach parkietu kosztują setki dolarów (przy samym parkiecie blisko $2000). Najlepsze krzesła w Nowym Jorku są zarezerwowane dla gwiazd, na przykład reżysera Spike'a Lee - wiernego kibica Knicks.

Podjechaliśmy metrem pod Madison Square Garden, przed którą panował wieczorny gwar. Po wejściu dostaliśmy pomarańczowe czapeczki Knicks. Obaj założyliśmy je na głowę i wyglądaliśmy super, bo dodatkowo mieliśmy na sobie specjalnie włożone na tę okazję pomarańczowe koszulki. To był pierwszy mecz, który grali w tym roku u siebie (wcześniej przegrali w Cleveland) i kibice mieli nadzieje na obejrzenie dobrego meczu.

Hala robiła wewnątrz duże wrażenie, przede wszystkim swoją wielkością. Ja już widziałem podobne obiekty w Salt Lake City i Los Angeles, ale dla moich towarzyszy była to pierwsza wizyta w "czymś takim". Historia Madison Square Garden jest bardzo długa. Arena pierwotnie (1876 rok!) znajdowała się na roku Madison Avenue i 26th Street, ale potem trzykrotnie zmieniano miejsce, budując większe obiekty. Na obecnej działce stoi od 1968 roku. Odbywa się tu wiele koncertów, a w 1979 roku MSG odwiedził Jan Paweł II (dokładnie 3 dni przed moim urodzeniem). Hala gości wiele wydarzeń sportowych - odbywają się tu walki bokserskie, mecze hokejowej NHL (NY Rangers), WNBA - kobiecej NBA (NY Liberty), niszowego sportu lacrosse (NY Titans), no i oczywiście Knicks.

Mecz nie stał na najwyższym poziomie, ale i tak bawiliśmy się przednio, wczuwając się w nastrój imprezy. Kupiliśmy sobie hot-dogi i wielki kubek picia. Nic dziwnego, że Amerykanie tyją w czasie oglądania sportu. Zamiast tego, mogliby się trochę sami poruszać.

Dużą atrakcją imprezy było dla nas wyjście na parkiet... Pauli Radcliffe i Martina Lela - zwycięzców NYC Marathon 2007. Bohaterowie wyszli na środek hali i pomachali wszystkim. Mogliśmy ich dokładnie zobaczyć na wielkim telebimie zawieszonym pod sufitem hali. Nie było nam dane obejrzeć ich w czasie maratonu - musieliśmy w tym celu przyjść na mecz koszykówki.

Paula Radcliffe i Martin Lel na parkiecie Madison Square Garden w dniu maratonu

Ostatecznie Knicks wygrali 97:93. Tradycji stało się zatem zadość - znów byłem na meczu gospodarzy, którzy minimalnie wygrali z Minnesota Timberwolves. Jak pojadę na maratony do Bostonu i Chicago, to przejdę się na mecze Celtics i Bulls, które wygrają akurat z Minnesotą ;-)

Knicks radzili sobie potem bardzo słabo w sezonie 2007/2008 - wygrali tylko 23 mecze z 82. Po tak słabym sezonie zwolniony został znany nam jeszcze z czasów zawodniczych trener Knicks - Isiah Thomas.

Wyszliśmy z hali i przez chwilę chodziliśmy po zatłoczonych uliczkach centrum Nowego Jorku. Niesamowite, jak Nowy Jork intensywnie żyje nocą.

W poniedziałek rano zrobiłem lekki rozruch. Renata z Darkiem pojechali zwiedzać środkowy Manhattan, a mnie i Aleksowi do zwiedzenia pozostała jego północna część. Zaczęliśmy od Upper West Side. Wysiedliśmy z metra w okolicach mety maratonu i przeszliśmy się w to miejsce. Brama jeszcze stała, ale teren był powoli sprzątany. Przeszliśmy się do Columbus Circle - okrągłego placu na południowo-zachodnim rogu Central Parku. Stamtąd przeszliśmy do centrum widowiskowego Lincoln Center. W kompleksie budynków coś dla siebie znajdą miłośnicy teatru, opery, baletu i muzyki. Tutaj nagrywali swoją płytę Bartosz Bednarczyk (fortepian) i Kuba Jakowicz (skrzypce) - moi biegowi koledzy, znakomici kameraliści. W okolicach Lincoln Center znajduje się kilka ciekawych budynków, między innymi siedziba The American Broadcasting Company (elewacja przypomina zamek), dwie wieże Century Apartments, Hotel des Artistes, a także kamienica, w której mieszkał kiedyś James Dean.

Finiszowa brama maratonu przy Tavern on the Green

Po zwiedzeniu najciekawszych punktów Upper West Side, przemieściliśmy się na północ, w stronę Columbia University. Zanim jednak doszliśmy do uniwersytetu, obejrzeliśmy gotycką katedrę św. Jana. Jej budowę rozpoczęto w 1892 roku i do tej pory jej nie dokończono. Brakuje jeszcze wykończenia dwóch mniejszych wież, wieży głównej i południowego ramienia. Projektanci planowali, że budowa powinna zakończyć się w połowie XXI wieku i pochłonie w tym czasie 400 milionów dolarów. Wtedy nowojorska katedra stanie się największa na świecie. Ciekawe, czy dożyję tych czasów...

Niedługo potem spacerowaliśmy po kampusie Columbia University. Na dziedzińcu czuje się akademicką atmosferę, a monumentalna fasada Low Library robi duże wrażenie. Po drugiej stronie znajduje się Butler Library - główna biblioteka uniwersytetu. Weszliśmy jeszcze na chwilę do katedry świętego Pawła i pożegnaliśmy kampus uniwersytecki. Przeszliśmy przez przylegający do niego długi park, leżący na zboczu. Ten obszar nazywa się Morningside Heights.

Na dziedzińcu Columbia University

Niedługo za parkiem zaczyna się Harlem - słynna dzielnica murzyńska. Jest to jedyna mniej bezpieczna część Manhattanu. My trzymaliśmy się głównych ulic i nie zaobserwowaliśmy niczego, co mogłoby nam zagrażać. W czasie naszego spaceru przeszliśmy obok szkoły. Na podwórku dzieciaki grały w piłkę - około 30 Murzynów i jeden Latynos. Poczuliśmy z Alexem, że trochę nie pasujemy do tej dzielnicy.

Wróciliśmy na północny brzeg Central Parku. Spędziliśmy chwilę wśród zieleni i poszliśmy na krótki spacer po ostatniej dzielnicy, która została nam do zwiedzenia - Upper East Side. Tutaj najbardziej podobał mi się budynek zbrojowni, w którym obecnie mieściło się gimnazjum. Nie mieliśmy czasu na długie zwiedzanie tej dzielnicy, bo czas nieubłaganie leciał, a my byliśmy umówieni w centrum Manhattanu.

Przed wyjazdem do Nowego Jorku dostaliśmy maile z informację, że jesteśmy zaproszeni na spotkanie w polskim konsulacie w poniedziałek, dzień po maratonie. Wiadomość przesyłał jeden z członków Polish Runners Club - klubu zrzeszającego polskich biegaczy w USA (głównie w Nowym Jorku). Nie można było zrezygnować z takiej atrakcji, dlatego zarezerwowaliśmy sobie na nią czas.

Wsiedliśmy z Alexem do metra w okolicach Central Parku i pojechaliśmy do centrum Manhattanu. Tam spotkaliśmy się z Renatą i Darkiem i we czwórkę poszliśmy pod wskazany adres.

Konsulat Generalny RP mieści się przy 233 Madison Avenue (przy 37th Street). Budynek jest bardzo ładny, zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Polscy biegacze zostali przyjęci w stylowym saloniku, a konsul przywitał nas lampką szampana. Spotkanie było dość oficjalne, ale miłe. Wymienieni byli najlepsi polscy biegacze w nowojorskim maratonie, w tym Alex. Okazało się, że drużynowo dobrze wypadł nasz Polish Runners Club. Jest to prężna organizacja, zrzeszająca sporo dobrych zawodników. Porozmawialiśmy chwilę z jedną z działaczek PRC. Na koniec wszyscy zrobili sobie wspólne zdjęcie na schodach w holu konsulatu.

Alex i Darek na przyjęciu w konsulacie

Nasze dalsze zwiedzanie było tego dnia związane z zakupami. Poszliśmy do Macy's - największego domu towarowego świata. Czerwona gwiazda przy logo sklepu pochodzi od tatuażu założyciela sklepu - Rolanda Husseya Macy'ego. Sklep został założony w 1857 roku, a w obecnym miejscu (przy Herald Square) znajduje się od początku XX wieku. Dom został przejęty po właścicielu przez dwóch braci Strausów. Jeden z nich zginął w katastrofie Titanica w 1912 roku.

Dzięki historii, która wiąże się z tymi murami, zakupom w Macy's towarzyszy wyjątkowa atmosfera. Dom nie jest jednak zarezerwowany wyłącznie dla ekskluzywnych marek - każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Razem z Aleksem korzystaliśmy z niskiego kursu dolara. Kupiłem coś dla siebie, a także prezenty dla rodziny.

Po wizycie w Macy's przeszliśmy się jeszcze po okolicy. Darek znalazł duży sklep z elektroniką, prowadzony przez ortodoksyjnych Żydów. Spędziliśmy tam trochę czasu, przeliczając ceny na polskie złote. Elektronika w Stanach zawsze była tańsza niż w Polsce, ale przy kursie dolara 2,1 PLN ceny były naprawdę śmiesznie niskie. Zastanawialiśmy się nawet nad zakupem aparatu fotograficznego dla Marka. Sam sklep był prowadzony w bardzo ciekawy sposób. Obsługujący mieli przeważnie pejsy, a zakupione towary wędrowały do kasy automatycznie, przy pomocy specjalnego systemu transportowego zintegrowanego z windą.

Wieczorem zatrzymaliśmy się jeszcze w naszej okolicy w sklepie spożywczym, w którym zawsze robiliśmy zakupy. Często kupowaliśmy sobie piwo na wieczór. Tym razem zaszalałem i kupiłem belgijskie Chimay Blanche (białe, 8%). Tego gatunku Chimaya nie zdążyłem wypić 3 tygodnie wcześniej w czasie maratonu piwnego w Brukseli. Teraz była do tego dobra okazja i wziąłem to piwo, nie patrząc na jego cenę. Kiedy obejrzałem później paragon, zorientowałem się, że za chwilę będę pił najdroższe piwo w moim życiu i do tego kupione w sklepie, a nie w eleganckim pubie. Ale co tam, wypiłem je w hostelu na piętrowym łóżku - taki pożegnalny drink w Nowym Jorku.

Następnego dnia rano zaplanowałem sobie rozruch. Nawet fatalna pogoda nie mogła mi w tym przeszkodzić. Ponieważ nie chciałem pakować mokrych butów do walizki, postanowiłem pobiec do Central Parku na bosaka. Miałem już doświadczenie w takim bieganiu - trzeba tylko uważać, czy na chodnikach nie ma szkieł. To było fajne uczucie, przemierzać na bosaka zalane deszczem ulice Nowego Jorku. Po krótkim truchcie byłem w Central Parku, gdzie znalazłem sobie kawałek trawy, na której fajnie mi się biegało. W drodze powrotnej minąłem dwóch bezdomnych, którzy patrzyli na mnie ze zdziwieniem: "Barefoot runner..." ;-)

Po powrocie do hostelu wykąpałem się w nieco cieplejszej wodzie niż na zewnątrz. Spakowaliśmy się i zostawiliśmy bagaże w recepcji. Razem z Aleksem postanowiliśmy się przejść do Metropolitan Museum of Art. Brzydka pogoda zachęcała nas do tego, żeby spędzić przedpołudnie w muzealnych salach. Dotarliśmy do gmachu muzeum - największego budynku na terenie słynnego parku. Postanowiłem przejść wszystkie sale. Nie jest to łatwe, bo budynek jest ogromy. Wyszedłem jednak z założenia, że jeżeli dałem radę w Luwrze, to i tutaj się uda.

Największą atrakcją w muzeum jest przeszklona sala, do której w całości przeniesiono z Egiptu świątynię Dendor, wzniesioną w 15 roku p.n.e. przez cesarza rzymskiego Augusta. Symbolem muzeum jest niebieski fajansowy hipopotam, również przywieziony z Egiptu (blisko 2 tysiące lat p.n.e.). Najbardziej znanym obrazem jest wiszący w skrzydle sztuki amerykańskiej "Jerzy Waszyngton przekraczający Delaware" Leutze'a z 1851. Obraz przedstawia scenę z grudnia 1776 roku, kiedy to Waszyngton przepłynął przez rzekę, po czym zwyciężył Anglików pod Trenton (New Jersey). Było to niecałe pół roku po deklaracji niepodległości 4 lipca.

Jeżeli chodzi o malarstwo, to uwagę zwracały obrazy "Śmierć Sokratesa" i "Autoportret" Rembrandta. Mnie podobała się sala ze zbrojami i bronią. Zaskoczyła nas natomiast duża część ekspozycji poświęcona Starożytnemu Cyprowi. Niestety, zamknięte było wyjście na zewnątrz do ogrodu rzeźb na szczycie budynku. Szkoda, bo powoli zaczynało się rozpogadzać.

Wyszliśmy z muzeum i przespacerowaliśmy się nad największy akwen w Central Parku - Reservoir. Poprosiliśmy jakąś dziewczynę, żeby zrobiła nam zdjęcie. Wyszło super - Alex ma na nim rogi ustworzone z wież Eldorado Apartments. Na początku nie wiedziałem, z czego śmiała się ta dziewczyna, oddając mi aparat. Zorientowałem się, kiedy zobaczyłem zrobione przez nią zdjęcie. Potem przypomniałem sobie, że długo celowała, żeby zrobić dobre ujęcie. Fajnie, że to Alex padł jej ofiarą, a nie ja ;-) Po wyjściu z parku przeszliśmy obok szkoły podstawowej o ciekawej nazwie Alexander Robertson School.

Rogaty Alex przy Reservoir w Central Parku

Na lotnisko dotarliśmy zgodnie z planem. Niestety, nasz wylot trochę się opóźnił i mieliśmy mało czasu na przesiadce w Helsinkach. Pośpiech wywołał drobne zamieszanie. Ja chciałem szybko pójść do toalety i pokazałem Alexowi bramkę, przez którą mieliśmy przejść na lot transferowy do Warszawy. Niestety, Alex źle odczytał moje wskazówki i wyszedł za bramki prowadzące do Helsinek. Na szczęście pozwolili mu się później wrócić, ale najadł się przez to strachu. Ja też byłem zaniepokojony, kiedy wyszedłem z toalety i nie mogłem znaleźć Aleksa. Przy bramce skonfiskowali mi pastę do zębów, która była w wyciśniętej do połowy tubce o pojemności 125 ml. Prowadziłem dyskusję z celniczką, która twierdziła, że przekraczam o 25 ml dozwoloną objętość przewożonego płynu, a ja uparcie twierdziłem, że w wyciśniętej tubce jest około 60 ml, więc niczego nie przekraczam. Niestety, moja pasta do zębów wylądowała w koszu na śmieci. Nie tylko my mieliśmy pecha. Walizka Renaty zapodziała się po drodze i nie doleciała z nami do Warszawy. Na szczęście potem ją odzyskali.

Nasz wyjazd do Nowego Jorku należy podsumować bardzo pozytywnie. Sympatycznie spędziliśmy czas ze znajomymi, zwiedziliśmy cały Manhattan, zaliczając jego fajniejsze atrakcje, jak Empire State Building, Metropolitan Museum of Art, oraz mecz Knicks w Madison Square Garden. Przede wszystkim jednak, przebiegliśmy przez wszystkie dzielnice Nowego Jorku, biorąc udział w najbardziej znanym maratonie na świecie.

Galeria zdjęć z Nowego Jorku

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin