O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2007-10-14, Bruksela (Belgia)


Pagórkowata trasa
Piwny maraton

Relacja Roberta z 30. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:52:41

44 /
1476

3


Maratony Roberta

O starcie w brukselskim maratonie myślałem już rok wcześniej (był wtedy organizowany pod koniec sierpnia). Niestety, napięty kalendarz startowy i niewielka ilość urlopu zmusiły mnie do rezygnacji z tego planu. Okazało, że decyzja się opłaciła. W 2007 roku maraton przeniesiono na połowę października - dokładnie w dniu maratonu w Poznaniu. W stolicy Wielkopolski biegliśmy z Alexem rok wcześniej, a Bruksela wydawała się idealną alternatywą. Udało mi się znaleźć super tanie bilety na promocji i namówiłem brata, żeby poleciał ze mną na weekend do Stolicy Europy, która byłaby jednocześnie moją trzynastą maratońską stolicą europejską.

Wypad do Brukseli miał być krótki, ale intensywny. Wylot wypadał w piątek po południu, a powrót późnym wieczorem w niedzielę. Poza maratonem mieliśmy sporo planów turystyczno - piwnych. Okazało się, że Brukseli od trzech tygodni przebywali Kasia i Kacper - znajomi Alexa z liceum. Mieliśmy towarzystwo i mogliśmy się więcej dowiedzieć o Belgii.

Plany sportowe również były ambitne. Alex trenował jak nigdy i celował w wynik poniżej 2:50. Moje plany również oscylowały w tych granicach, liczyłem nawet na poprawienie mojej życiówki. Niestety, osłabiłem się dietą białkową i w środę złapałem przeziębienie, które wydawało się mieć podobny przebieg, jak rok wcześniej w Poznaniu. Wtedy udało mi się pobiec znakomicie i liczyłem na podobny scenariusz.

W piątek spędziliśmy pół dnia w pracy i chwilę po południu pojechaliśmy na lotnisko. W samolocie naładowałem się węglowodanami, zjadając duże pudełko makaronu zalanego kisielem z płatkami (moja specjalność). W Charleroi wylądowaliśmy w piątek po południu i liczyliśmy na szybki transport do Brukseli. Niestety, z powodu złej organizacji nasz autokar wyjechał dość późno. Po drodze mieliśmy okazję oglądać z okien południowe dzielnice Brukseli, w których pełno było imigrantów z krajów arabskich. Okolica nie wyglądała przez to tak "europejsko", jak to sobie wyobrażałem.

Na Gare du Midi (Zuidstation) przesiedliśmy się w metro i bez trudu trafiliśmy do naszego hotelu w dzielnicy Ixelles. Od razu rzuciła nam się w oczy dwujęzyczność napisów informacyjnych. Walońskie (francuskie) były przeważnie wymienione na pierwszym miejscu, niderlandzkie (flamandzkie) na drugim. Belgia jest podzielona na dwie prawie równe części: północną Flamandię i południową Walonię. Jest również bardzo niewielka część na zachodzie, w której dominuje język niemiecki. Bruksela leży w części flamandzkiej, jednak wraz z okolicami stanowi rejon dwujęzyczny. Znajomi sporo nam opowiadali o różnicach między północą a południem Belgii. Kacper, jako student architektury, mógł sporo na ten temat powiedzieć. Bruksela była mieszaniną stylów (trochę Paryża, trochę Amsterdamu). Kasia opowiadała o walce uniwersytetów niderlandzkich i walońskich o studentów. Podział kraju był wyraźny, mieszkańcy byli raczej bliżej Francji lub Holandii niż Belgii, nie wspominając o imigrantach z tureckich dzielnic. Po wyborach parlamentarnych 2007 roku Belgia wpadła w poważny kryzys rządowy i nie mogła utworzyć jednego gabinetu. Krajowi groził rozłam na część flamandzką i walońską. Mimo wszystko, w czasie naszego pobytu w wielu oknach wywieszone były flagi belgijskie, które symbolizowały jedność kraju.

Mieszkaliśmy w Sun Hotel, ulokowanym w starej kamienicy, w bocznej rue du Berger. Pokój nie był zbyt duży, ale na dwie noce w zupełności nam wystarczył. Mieliśmy również telewizor, dzięki któremu zamierzałem śledzić mecze eliminacyjne do Mistrzostw Europy w piłce nożnej.

Alex przy ptasim gnieździe

Szybko ruszyliśmy w miasto, kierując się w stronę rynku. Po drodze minęliśmy ciekawą drewnianą konstrukcję, przypominającą ptasie gniazdo. Dotarliśmy do Pałacu Królewskiego (król mieszka jednak teraz gdzie indziej) i przeszliśmy się po pobliskim parku.

Pałac Królewski

Po spokojnym spacerze w ładnej okolicy dotarliśmy w okolice rynku. Byłem zaskoczony widokiem grupki pijaczków, konsumujących alkohol przy jednej z głównych turystycznych ulic. Co jakiś czas mijaliśmy gości ze skrętami w ustach - przypomniał mi się klimat Amsterdamu. Wcześniej wydawało mi się, że Bruksela jest bardziej konserwatywna.

Kiedy wchodziłem na rynek, mimowolnie westchnąłem z wrażenia. Faktycznie - był piękny. Przez dłuższą chwilę czytałem przewodnik, przybliżając sobie tajemnice otaczających mnie budynków.

Siedziałem pod arkadami Ratusza. Gotycki Stadhuis jest uważany za jeden z najpiękniejszych ratuszy w krajach niderlandzkich. Co ciekawe, budynek jest niesymetryczny - jego strzelista wieża nie stoi w samym jego środku. Naprzeciwko znajduje się jeszcze ładniejszy, mniejszy budynek Broodhuis. W jego wnętrzu znajduje się Miejskie Muzeum Historyczne.

Broodhuis przy Rynku Głównym

Na rynku było bardzo gwarno - krzyczała młodzież o arabskich rysach, a dookoła rynku chodził jakiś pijak i darł się wniebogłosy. Tutejsze służby porządkowe są bardzo tolerancyjne.

Po kwadransie odpoczynku mogliśmy się w końcu przywitać z Kasią i Kacprem. Oprowadzili nas trochę po okolicznych uliczkach. Przy okazji zobaczyliśmy jeden z symboli Brukseli - Manneken Pis. Brązowa figurka nagiego, siusiającego chłopca nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia - była zaskakująca mała. Z "sikającym" wiąże się kilka legend (jak z warszawską syrenką czy złotą kaczka), ale dziwi mnie aż taka jego popularność. Figurka jest co jakiś czas ubierana w różne zabawne stroje - teraz była goła.

Z Kasią przy Manneken Pis

Po krótkim spacerze dotarliśmy do wąskich uliczek pełnych kawiarnianego gwaru i tam znaleźliśmy Delirium Cafe - pub, w którym chciałem się zatrzymać. Menu obejmuje tu ponoć 1500 gatunków piwa z całego świata. Na dole ludzie siedzieli na drewnianych beczkach, w zadymionym pomieszczeniu, my wybraliśmy bardziej przewiewną górę. O zamówionym piwie mogłem niestety powiedzieć tylko tyle, że było zimne i miało fajną pianę. Z powodu choroby nie czułem w ogóle smaku. W pubie rozmawialiśmy dość długo i mimo ciekawej konwersacji, zrobiłem się bardzo zmęczony i śpiący. Wczesna pobudka i choroba zrobiły swoje. Przeszliśmy się w kierunku naszego hotelu i pożegnaliśmy znajomych. Zasnąłem bardzo szybko.

Następnego dnia udało mi się namówić Alexa na poranne bieganie do Dzielnicy Europejskiej i z powrotem. Odległość nie wydawała się zbyt duża, choć Alex narzekał, że nie planował tak długiego treningu w przeddzień maratonu. Dotarliśmy do parku Cinquantenaire, z którego następnego dnia miał startować maraton. Nazwa oznacza pięćdziesięciolecie, ponieważ park powstał z okazji wystawy światowej, którą Belgia organizowała w 1880 roku w 50-tą rocznicę niepodległości. W centralnym punkcie parku wzniesiono łuk triumfalny, ale jego budowę zakończono dopiero w 1905 roku, a w dniu wystawy gości przywitał widok kolumn, uzupełnionych drewnianymi panelami. W zachodniej części parku znajduje się pomnik Roberta Schumana - francuskiego polityka, który miał ogromny wpływ na zjednoczenie Europy.

Pomnik Schumana w parku Cinquantenaire

Chcieliśmy wrócić do hotelu najkrótszą drogą. Niestety, wziąłem ze sobą złą mapę bez dobrego oznaczenia sieci dróg. Znaleźliśmy główną ulicę, która prowadziła do naszego hotelu, ale dwie osoby z rzędu wprowadziły nas w błąd, kierując nas w przeciwnym kierunku. Skutek był taki, że wylądowaliśmy w dzielnicy Arsenal, kawał drogi od domu. Byłem wściekły i chciałem łapać taksówkę. Alex wykazał się większą przytomnością umysłu i w okolice hotelu dojechaliśmy autobusem. Przy okazji zwiedziliśmy ciekawą dzielnicę, poza ścisłym centrum miasta.

Zrobiliśmy szybkie zakupy, zjedliśmy śniadanie i bez zbędnego zwlekania wyszliśmy z hotelu. Najpierw pojechaliśmy do Haysel (Haizel) - dzielnicy w północnej części Brukseli. Wysiedliśmy z metra przy słynnym stadionie narodowym. Haysel kojarzy się wielu osobom z tragedią, która rozegrała się tutaj w 1985 roku. Przed finałowym meczem Pucharu Europy między Juventusem a Liverpoolem doszło do starć między kibicami obu drużyn. Angielscy fani przedostali się przez małe ogrodzenie i zaatakowali Włochów, którzy zaczęli uciekać tratując się nawzajem. Część osób została przygnieciona przez ścianę, która zawaliła się pod naporem tłumu. W wyniku tej tragedii śmierć poniosło 39 osób. Mimo wszystko, mecz został rozegrany, a Juventus z Platninim i Bońkiem wygrał 1:0. Nasz piłkarz wspomina, że bardzo ciężko grało mu się ten mecz ze świadomością wcześniejszej tragedii na trybunach.

Obeszliśmy teren stadionu dookoła. Przy głównym wejściu wisiała informacja o meczu eliminacji mistrzostw Europy 2008 Belgia - Finlandia, który miał się odbyć tego dnia. Wynik meczu był bardzo istotny dla reprezentacji Polski, bo te zespoły były grupowymi rywalami naszej drużyny. Polska zajmowała pierwsze miejsce w grupie, ale Finowie deptali nam po piętach. Zamierzałem obejrzeć ten mecz wieczorem, ale nie mogłem niestety liczyć na transmisję meczu Polska - Kazachstan.

Po krótkim spacerze przecięliśmy Avenue du Marathon, która przebiegała głównie przez zamknięty teren stadionu. Za skarpą usłyszeliśmy odgłosy meczu piłkarskiego, toczonego przez małych chłopców. W jaki sposób doszliśmy do takiego wniosku, kierując się wyłącznie słuchem? Przejęte głosy dzieci były zagłuszane przez jeszcze głośniejsze okrzyki ich ojców. Mieliśmy doświadczenie w tych klimatach, bo nasz brat przez 3 lata trenował piłkę nożną w Legii i Agrykoli. Kibicowaliśmy na wielu jego meczach i rozpoznawaliśmy charakterystyczne odgłosy takiej rywalizacji.

Po przejściu przez wzgórze ujrzeliśmy imponujące Atomium. Jest to ogromny (102 metry wysokości) model molekuły żelaza (powiększony 165 mld razy), składający się z dziewięciu atomów. Wykonany ze stali i aluminium pomnik został postawiony w 1958 roku z okazji Wystawy Światowej (podobna historia jak w przypadku wieży Eiffel'a). Wewnątrz dziewięciu sfer turyści mogą znaleźć wiele atrakcji, w górnej znajduje się luksusowa restauracja. Molekuły są połączone ze sobą schodami ruchomymi, a w środkowej części jeździ szybka winda.

Atomium

Nie mieliśmy z Alexem ochoty na wchodzenie do tej dziwacznej konstrukcji. Położyliśmy się pod nią, korzystając z pięknej pogody i świecącego słońca. Zrobiliśmy kilka zdjęć, przeszliśmy się na krótki spacer.

Potem dołączyli do nas Kasia i Kacper i przeszliśmy się spod Atomium przez park Laeken w stronę pałacu królewskiego. Chateau de Laeken został zbudowany w 1781 roku jako niewielki pałacyk, ale wiek później znacznie go rozbudowano. Obecnie pałac pełni funkcję prywatnej rezydencji królewskiej.

Kościół św. Katarzyny

Wyszliśmy z parku, przechodząc ulicą pełną urokliwych kamienic. Przejechaliśmy metrem do centrum, po drodze wychodząc jeszcze na chwilę na placu św. Katarzyny. To miejsce znane jest ze swoich sklepów z rybami. Przespacerowaliśmy się po długim placu i obeszliśmy dookoła kościół św. Katarzyny.

Plac św. Katarzyny

Potem pojechaliśmy do dzielnicy europejskiej, gdzie w budynku Akademii Wojskowej mieściło się biuro maratonu. Odebraliśmy pakiety startowe, zrobiliśmy zakupy i udaliśmy się do mieszkania Kasi i Kacpra, które było niedaleko. Tam urządziliśmy sobie pasta party.

Łuk triumfalny w parku Cinquantenaire - widok od strony wschodniej

Kiedy wracaliśmy do domu, robiło się już ciemno. Do metra wsiedliśmy przy parku Cinquantenaire. Wróciliśmy do hotelu, gdzie przed pójściem spać udało mi się obejrzeć mecze eliminacji EURO 2008. Polska pokonała Kazachstan 3:1 po trzech golach Euzebiusza Smolarka. W toczonym w Brukseli meczu Belgia - Finlandia padł remis 0:0, który był nam bardzo na rękę. Podobnie było w meczu Armenia - Serbia. Sytuacja w naszej grupie eliminacyjnej świetnie się ułożyła. Miałem nadzieję, że następnego dnia mnie i Alexowi pójdzie tak dobrze jak polskim piłkarzom.

Przygotowania do startu

Kiedy wstaliśmy rano, było jeszcze zupełnie ciemno. Zjedliśmy śniadanie i przeszliśmy się w kierunku linii startu w parku Cinquantenaire. Po drodze zatrzymaliśmy się pod budynkiem Parlamentu Europejskiego, gdzie zrobiliśmy krótką rozgrzewkę i rozciąganie. Na szczęście ochroniarze byli wyrozumiali. Potem przeszliśmy przez przylegający do budynku parlamentu Park Leopolda.

Rozgrzewka pod gmachem Parlamentu Europejskiego

Po krótkim spacerze dotarliśmy do parku, gdzie oddaliśmy rzeczy do ciężarówek i ustawiliśmy się na linii startu, tuż za Kenijczykami. Obserwująca nas Kasia mówiła potem, że byliśmy bardzo skoncentrowani.

Po strzale startera ruszyliśmy dziarsko do przodu, a że było z górki, to nieźle grzaliśmy. Po drodze minęliśmy budynki europejskich instytucji. Przebiegliśmy obok budynku belgijskiego parlamentu i skręciliśmy w lewo przy parku przed pałacem królewskim. Kierowaliśmy się prosto na olbrzymi budynek Pałacu Sprawiedliwości, przed którym ponownie skręciliśmy w lewo. Dalej zaczęły się tunele, do których trzeba było zbiegać. Spore przewyższenia weszły nam w nogi. Jeszcze gorzej było, gdy trasa skręciła z głównej drogi w prawo i poprowadziła nas do parku na skarpie. Tam zrobiliśmy duże kółko i kiedy znowu wybiegliśmy na główną drogę, zaczęliśmy wymieniać z Alexem opinie na temat trudnej trasy. "Ale sobie wybraliśmy maraton na bicie rekordu". Z powodu przewyższeń, nie byliśmy w stanie utrzymać zakładanego tempa 4:00/km.

Trasa skręciła łagodnym łukiem na północ. Dobiegliśmy do jezior, przy których biegnący półtorej godziny po nas półmaratończycy mieli skręcić w lewo i wracać do Dzielnicy Europejskiej. Posiadali też ten przywilej, że nie musieli wcześniej kręcić kółek w tym parku na skarpie, tylko biegli prosto główną drogą. Maratończycy to mają jednak przerąbane...

Przy jeziorkach skręciliśmy na wschód i niedługo potem wbiegliśmy do lasu, gdzie wkrótce zobaczyliśmy tablicę z półmetkiem. Alex powoli zaczął mi odjeżdżać, ale obaj czuliśmy, że 2:50 nie uda nam się dzisiaj złamać. Cały czas trzymaliśmy jednak mocne tempo.

Po wybiegnięciu z lasu trafiliśmy do uroczej miejscowości Tervuren i biegliśmy jej główną, malowniczą ulicą. Potem wbiegliśmy do parku i obiegliśmy tam bardzo długą sadzawkę. Na jej końcu była zawrotka i od tego miejsca zaczęła się nasza droga powrotna do centrum Brukseli. W parku Tervuren stoi duży budynek Muzeum Afrykańskiego, gdzie znajduje się bogata kolekcja przedmiotów, które zostały przywiezione z centralnej Afryki. Belgijską kolonię w dorzeczu rzeki Kongo zlikwidowano dopiero w 1960 roku (powstała wtedy Demokratyczna Republika Konga).

Potem było już z górki. Straciłem z oczu Alexa, który był już ponad minutę przede mną, ale dzielnie walczyłem i zacząłem przyspieszać. Na skrzyżowaniu przy jeziorkach nasza trasa złączyła się z trasą półmaratonu. Z mojej lewej strony zaczęli nadbiegać minimalnie szybsi ode mnie biegacze. Celowałem w czas 2:52, więc łatwo policzyć, że na metę wbiegałem z zawodnikami biegnącymi na 1:22 (półmaraton wystartował półtorej godziny po maratonie).

W końcu przebiegłem pod łukiem triumfalnym w parku Cinquanteinaire, a zbieg dodał mi animuszu. Odczuwałem wprawdzie lekki kryzys, ale do mety zostało już naprawdę niewiele. Przy parku przed Pałacem Królewskim nie skręcaliśmy tym razem w lewo, tylko pobiegliśmy prosto na brukselskie Stare Miasto.

Przypomniała mi się sytuacja z 2004 roku, kiedy to wyraźnie prowadzący Kenijczyk Kelai pomylił w tym miejscu trasę. Kamera zarejestrowała, jak wściekły pytał się amoku przechodniów o trasę. Na szczęście, jedna z osób z obsługi szybko mu pomogła, wskazując drogę od strony zaplecza mety. Kenijczyk wbiegł na nią od drugiej strony w chwili, gdy z przeciwnego (właściwego) kierunku nadbiegał już drugi zawodnik. Kelai uniósł jednak ręce w geście triumfu i to jemu zaliczono zwycięstwo w niezłym czasie 2:11. Gdyby nie pomyłka trasy, czas byłby jeszcze lepszy.

Edycję "mojego" maratonu wygrał również Kenijczyk Kiptoo Yego (2:12:15), ale rok później, ku uciesze gospodarzy, zwyciężył Rik Ceulemans. Charakterystycznie ostrzyżonego Belga spotkałem potem w czasie Malta Marathon i miałem przyjemność oglądać jego plecy na pierwszym kilometrze (wygrał tamten maraton z dużą przewagą).

Po krótkim biegu uliczkami brukselskiego Starego Miasta, zobaczyłem w końcu Rynek Główny i rozłożony na nim pomarańczowy dywan. To był ukłon w stronę biegaczy, żeby nie musieli finiszować na bruku. Na metę wbiegłem zmęczony, ale zadowolony.

Czekał tam na mnie Alex (przybiegł ponad minutę przede mną), a chwilę później dołączyli do nas Kasia i Kacper. Umówiliśmy się z nimi później i poszliśmy odebrać rzeczy i wykąpać się. Trochę czasu minęło, zanim dotarliśmy do hali sportowej, do której wolontariusze dopiero wnosili worki z rzeczami biegaczy. Na szczęście my nie musieliśmy długo czekać i po chwili mogliśmy pójść pod prysznic. Dobrze, że przybiegliśmy tak szybko, bo tłum maratończyków i półmaratończyków powoli gęstniał.

W drodze powrotnej do naszego hotelu trochę pobłądziliśmy na Starówce w okolicach Pałacu Sprawiedliwości, ale dotarliśmy na miejsce. Odebraliśmy nasze bagaże, zrobiliśmy zakupy i położyliśmy się pod drewnianym pomnikiem ptasiego gniazda. Tam ponownie dołączyli do nas Kasia i Kacper.

Postanowiliśmy przejść się w stronę Starego Miasta i znaleźć jakąś miłą knajpkę. Trochę czasu zajęło nam szukanie miejsca, gdzie byłoby przyjemnie usiąść. Przeważnie nie było wolnych stolików. Nie szło nam się zbyt wygodnie, bo mieliśmy ze sobą bagaże. W końcu znaleźliśmy knajpę w okolicach Place Rouppe.

Spędziliśmy tam sporo czasu. Zamówiłem sobie mule w smacznym sosie, a w czasie jedzenia degustowałem kolejne belgijskie piwa. Zacząłem od najcięższego piwa ciemnego Chimay Bleu (niebieskie - 9%). Potem zamówiłem Chimay Rouge (czerwone - 7%). Kolorowy zestaw Chimay skompletowałem 3 tygodnie później w Nowym Jorku, gdzie kupiłem sobie w sklepie Chimay Blanche (białe - 8%). Pamiętam, że dodanie białego koloru do tej francuskiej flagi kosztowało mnie kilkanaście dolarów.

Po dwóch Chimayach przyszedł czas na Duvel - orzeźwiające piwo o intensywnym zapachu chmielu. W kolejnym kuflu dostałem jasne Hoegaarden. Na deser postanowiłem spróbować piwa owocowego i zamówiłem Kriek, o wiśniowym smaku. Humor bardzo mi się poprawił, ale w końcu musieliśmy wstawać od stołu i iść do autobusu na lotnisko.

Pożegnaliśmy z Kasią i Kacprem, którzy poszli do kościoła na mszę. Wyciągnąłem mapę, ćwicząc moje umiejętności nawigacyjne pod wpływem alkoholu. Lekko chwiejnym krokiem zacząłem kierować się w stronę dworca. "E..., wiesz, gdzie mamy iść?" - spytał Alex, który wypił mniej piw i jakoś nie miał zaufania do mojej nawigacji. "No pewnie, idziemy Stalingradem". Alex wybałuszył oczy ze zdziwienia, ale poszedł za mną. Bez problemu dotarliśmy na dworzec po przejściu ulicą Avenue de Stalingrad.

W autobusie nie piłem już piwa, żeby nie wstawać w czasie podróży. Na lotnisku miałem świetny humor i przed odprawą porozmawiałem z ludźmi, którzy stali za nami w kolejce do odprawy. Było to polskie małżeństwo z córką. Tata biegł maraton, córka - połówkę, mama nie biegła, za to była najbardziej rozmowna. Okazało się, że państwo Osińscy mają jeszcze dwie córki i wszystkie biegły w półmaratonie w Brukseli.

W ten sposób poznałem Agatę - najmłodszą z grona trzech sióstr. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy potem okazało się, że Alex gościł kiedyś u państwa Osińskich w Duesseldorfie. Brał udział w obozie tanecznym ze swojej szkoły podstawowej, a występy odbywały się właśnie w tym niemieckim mieście. Instruktorka Alexa znała się z panią Osińską i cała grupa odwiedziła tę rodzinę w domu. Alex pamiętał Agatę jako małą dziewczynkę, a 10 lat później spotkali się na lotnisku w Brukseli. Świat jest mały ;-)

Poszliśmy z Alexem do baru, gdzie zamówiliśmy sobie Grissette Blanche. Przy stolikach spotkałem moich znajomych z pracy: Asię, Krzyśka, Pawła. Wracali z wakacji w Hiszpanii i o dziwo przesiadali się w Charleroi (to nie jest duże lotnisko). To był drugi zbieg okoliczności tego dnia.

W sklepie na lotnisku kupiliśmy sześciopak małych puszek piwa Regular Hoegaarden. Siedzenie w poczekalni trochę się dłużyło i znowu zachciało nam się pić. "Otworzyć Ci puszkę?". "Ja nie mam ciupuszki, jestem mężczyzną". "He, he!". No i cóż, z sześciopaka zostały 4 puszki. W samolocie nie dali nam nic do picia (tanie linie), więc wypiliśmy kolejne 2 puszki. Można powiedzieć, że tego dnia zrobiliśmy z Alexem dwa maratony - biegowy i piwny. Do Warszawy obaj wróciliśmy bardzo zadowoleni ;-)

Galeria zdjęć z Brukseli

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin