O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2007-06-24, Rio de Janeiro (Brazylia)


Najpiękniejsza trasa na świecie
Wspaniałe Rio i Iguassu

Relacja Roberta z 26. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:54:52

59 /
1627

3.6


Maratony Roberta

W ramach mojego projektu "Maratony na siedmiu kontynentach", przyszedł czas na piąty - Amerykę Południową. Gdybyśmy mieli wskazać jedno miasto w Ameryce Południowej, w których chcielibyśmy spędzić urlop, prawdopodobnie większość wskazałaby Rio de Janeiro. Ja nie odbiegam pod tym względem od normy. Gdyby spytać, w jakim okresie - większość zadeklarowałaby luty, bo to czas karnawału. Ja bym wtedy spytał: "A kiedy tam mają maraton?". Okazało się, że pod koniec czerwca.

Wyjazd do Rio zaplanowałem dużo wcześniej. W lutym wpłaciłem wpisowe na maraton, a kolejnym etapem był zakup lotu. Kilka dni przed ostateczną decyzją i zapłatą za bilet robiłem swój tradycyjny trening z pracy do domu. Po drodze spotkałem koleżankę, która akurat wyprowadzała samochód ze swojej posesji w Wawrze. Nie rozmawialiśmy ze sobą już bardzo długo. Okazało się, że Ewa była w Brazylii i zaoferowała, że może mi trochę doradzić w sprawie organizacji. "Przede wszystkim, musisz zobaczyć wodospady Iguassu - są superanckie". Ta wskazówka znacznie zmieniła moje plany wyjazdowe. Niedługo później spotkaliśmy się, żeby dogadać szczegóły, po czym kupiłem bilety, uwzględniające podróż do Iguassu.

Do Brazylii wyleciałem w środę wieczorem. Zastosowałem sprawdzoną metodę, polegającą na zabraniu walizki do pracy i pojechaniu stamtąd bezpośrednio na lotnisko. Leciałem przez Paryż, gdzie przesiadka zajęła mi trochę czasu. Kiedy po długim spacerze i podróży autobusem dotarłem do mojej bramki, widniał na niej napis "Buenos Aires". "Ale ja tam lecę dopiero za pół roku". Na szczęście samolot do Rio odlatywał z tego samego terminalu. Byłem trochę zmęczony po ciężkim dniu i czekając w wolno poruszającej się kolejce, przysypiałem na ławkach lotniska. W Rio wylądowaliśmy wczesnym rankiem, godzinę później niż zakładano. Nie przejmowałem się tym specjalnie. Przeszedłem przez odprawę paszportową, wymieniłem pieniądze, pomęczyłem chwilę panią w informacji i pewnym krokiem ruszyłem w kierunku przystanku autobusowego, ignorując kilku nagabujących mnie taksówkarzy. Lotnisko międzynarodowe w Rio znajduje się na dużej wyspie leżącej w północno-zachodniej części zatoki Guanabara. Zastąpiło znacznie mniejszy port lotniczy Santos Dumont leżący bardzo blisko centrum miasta. Podróż z lotniska międzynarodowego trwała przeszło godzinę. W tym czasie rozłożyłem sobie mapę i próbowałem ustalić, jaką trasą jedziemy. Od razu uderzyło mnie podobieństwo położenia Rio do Lizbony. Zatoka Guanabara przypominała estuarium Tagu. Był nad nią przepuszczony 14-kilometrowy most (podobny, jak w stolicy Portugalii). Oba miasta mają swoją statuę Chrystusa (Brazylijczycy byli w tej kwestii pierwsi).

Autobus przejechał autostradą, przy której ciągnęły się domki dzielnic biedy (favelas). Wjechaliśmy do miasta, kierując się wzdłuż brzydkiego portowego wybrzeża. Okolica w pierwszej chwili zrobiła na mnie negatywne wrażenie. Było strasznie brudno, a w niektórych miejscach na ulicach spali ludzie. Wiedziałem jednak, że to dopiero przedmieścia. Później wjechaliśmy do centrum miasta i tu już wrażenie było znacznie lepsze. Minęliśmy kościół Candelaria i kilka innych ciekawych budynków. W centrum dominowały jednak ustawione blisko siebie wysokie biurowce. Następnie dotarliśmy do lotniska Calos Dumont i przejechaliśmy wzdłuż plaży Flamengo. Tutaj zaczynały się naprawdę ładne widoki. Kierowaliśmy się na południe, wzdłuż Botafogo, gdzie dobrze widoczna była Głowa Cukru - symbol Rio. Podobało mi się coraz bardziej. Za tunelem prowadzącym do Copacabana, droga okazała się zamknięta, skręciliśmy w prawo, a ja poprosiłem kierowcę, żeby mnie wysadził. Miałem przed sobą dość długi spacer, którego trochę się początkowo obawiałem. Kilka osób opowiadało mi historie na temat niebezpieczeństw czyhających w Rio na turystów. Przyjechałem tu sam, nie wiedząc do końca, jak jest naprawdę. Ruszyłem dziarskim krokiem, ciągnąc za sobą moją gigantyczną walizkę. Przeszedłem przez Av. L. Sodre Isabel, oddzielającą Copacabana od Leme i skręciłem w niedużą uliczkę prowadzącą do mojego hotelu.

Leme jest niewielką dzielnicą. Schodzi ze wzgórz ku plaży Copacabana. Na zboczach pagórków dominują budynki dzielnicy biedy. Bliżej plaży sytuacja wygląda nieco lepiej, ale podobno wieczorem trzeba było się tu pilnować. Mój wysoki hotel mocno kontrastował z otoczeniem. Po załatwieniu wszystkich formalności pojechałem na dach, gdzie można było wypić powitalnego drinka przy basenie. Widok stamtąd był fantastyczny. Szczególnie ładnie wyglądała panorama Copacabana. Skierowałem wzrok lekko w prawo i ujrzałem pagórkowate wzgórza, a w dalszej perspektywie górę Corcovado ze znaną figurą Chrystusa na szczycie. Piętro niżej była siłownia wyposażona w bieżnie elektryczne. Widok stamtąd był bardzo ładny, wolałem jednak trenować na dworze. Często korzystałem za to z sauny - szczególnie chętnie po maratonie.

Po ujrzeniu widoków z dachu hotelu zapomniałem o zmęczeniu i postanowiłem pobiegać po mieście. Zamierzałem zrealizować opracowany wcześniej plan zwiedzania. Zacząłem od północnej części Copacabana, zakończonej dużym skalisty kopcem z brazylijską flagą na szczycie. Pobiegłem wąską alejką, na której szczęścia szukało sporo wędkarzy. Potem przebiegłem charakterystyczną promenadą Copacabana, wyłożoną białą i czarną kostką, skomponowaną w falujące kształty. Organizacja terenów przy szerokich plażach Rio jest bardzo dobra. Najpierw jest miejsce na prowizoryczne kramiki, przy których można kupić głównie napoje i posilić się wodą z kokosa. Dalej jest miejsce na szeroką promenadę dla pieszych, a potem wygodną, dwukierunkową ścieżkę rowerową. Główna ulica przy plaży, Avenida Atlantica, jest również szeroka i oddzielona pasem zieleni. Dalej jest szeroki chodnik i dopiero wtedy zaczynają się wysokie budynki. Miejsca jest zatem sporo.

Copacabana od strony Leme, w tle Corcovado (góra z figurą Chrystusa)

Przebiegłem całą Copacabanę i zatrzymałem się na plaży, żeby podziwiać widoki. Potem obiegłem cypel i trafiłem do parku na skałach, z którego miałem widok na inną ze znanych plaż Rio - Ipanemę. Promenada w tej okolicy jest nieco węższa. Przebiegłem cały odcinek Ipanemy i wspiąłem się na górkę. Stamtąd miałem ładny widok - z jednej strony Ipanema, z drugiej Hotel Sheraton i kontrastujące z nim, schodzące w stronę morza domki największej faveli w Ameryce Południowej - Rocinha. Patrząc w górę można było zobaczyc charakterystyczny szczyt Góry Dwóch Braci.

W barze skusiłem się na wodę z kokosa. Pierwszy raz próbowałem czegoś takiego i bardzo mi smakowało. Kokosy ścina się, gdy są jeszcze młode. Zawierają wtedy lekko słodkawą wodę, skórka jest zielona i twarda. Kiedy dojrzeją, skórka brązowieje, a woda zamienia się w mleko. W barach dostępne są ścięte młode kokosy, które przeważnie leżą w lodówkach. Sprzedawca przygotowuje owoc, ścinając jego dolną część, aby można go było postawić na stole. Następnie wykonuje 3 precyzyjne uderzenia tasakiem w górną część kokosa, otwierając w nim niewielką dziurkę. Na koniec w środku ląduje słomka i napój jest gotowy. Pół roku później byłem w Tajlandii, gdzie przygotowanie kokosa wygląda trochę inaczej. Zielona skóra jest często odcinana, a górną część przecina się nożem, aby zrobić wieczko, przez które wkłada się słomkę.

Bieg po promenadzie Ipanema

Kolejnym celem mojej wycieczki było obiegnięcie jeziora w Rio, zwanego tutaj po prostu Lagoa. Wróciłem kawałek wzdłuż plaży Ipanemy, skręciłem w dzielnicę Lapa i po chwili byłem na brzegu jeziora. Zorientowałem się, że trasa dookoła akwenu jest oznakowana w obie strony co 100 metrów. Po krótkim spacerze dotarłem do startu pętli, która liczy 7500 metrów. Obiegłem jezioro z kilkoma przystankami na robienie zdjęć. Miałem również przymusową przerwę. Trasa została zamknięta na kilka minut z powodu lądującego nad jeziorem helikoptera.

Lagoa stanowi zaplecze Ipanemy. Po jednej stronie widać Górę Dwóch Braci, po drugiej Corcovado z figurą Chrystusa na szczycie. Z góry schodzi Tijuca - największy park miejski na świecie. Przestrzegano mnie, że nie jest tutaj bezpiecznie. Jakiś czas temu para Polaków błądziła po parku i dotarła w okolice faveli, gdzie została zastrzelona. Na szczęście poruszałem się po bardziej cywilizowanych terenach i wiedziałem, gdzie nie należy wchodzić.

W stronę Copacabany wróciłem skrótem między dwoma wzgórzami. W drodze do hotelu zatrzymałem się jeszcze w kafejce internetowej, żeby sprawdzić pocztę. Miałem o czym pisać i co czytać. 7 lipca (07.07.07) organizowaliśmy z Alexem Anińską Siódemkę - sztafetę 7 x 7 km i bieg towarzyszący, również na 7 km. Wyszło na to, że częścią spraw organizacyjnych musiałem zajmować się 10 tysięcy km od domu. W czasie mojego pobytu w Brazylii wpłynęło sporo zgłoszeń na tę imprezę. Nie była to jedyna radosna wiadomość tego dnia. Dostałem maila organizatorów maratonu na Antarktydzie, że zostałem przyjęty z listy rezerwowej i mogę się szykować na oglądanie pingwinów. Z radości aż podskoczyłem na krześle. Czekała mnie wyprawa na Antarktydę!

Po wizycie w kafejce przetruchtałem jeszcze spory kawałek wzdłuż plaży, zahaczając między innymi o słynny hotel Copacabana Palace. Popołudnie spędziłem na planowaniu kolejnego dnia. Doskonałym pomysłem wydało mi się uczestnictwo w zorganizowanej całodziennej wycieczce po Rio. Chciałem zobaczyć wszystkie najbajdziej znane miejsca w mieście, które są od siebie mocno oddalone. Udało mi się dodzwonić do wybranego biura podróży i omówiłem wszystkie szczegóły. Wieczór spędziłem na oglądaniu drugiego meczu finału południowoamerykańskiej ligi mistrzów - Copa Libertadores. W pierwszym meczu w Buenos Aires Boca Juniors pewnie wygrali 3:0 z Gremio Porto Alegre. Niestety dla Brazylijczyków, Gremio znów przegrało, tym razem 0:2 po dwóch golach Juana Romana Riquelme. Kładłem się spać, oglądając triumfujących Argentyńczyków.

Następnego dnia rano wyszedłem z hotelu jeszcze przed świtem i zrobiłem sobie rozbieganie przy Copacabana. Pobiegałem trochę na bosaka po plaży, przy której powoli wstawało słońce między dwiema pobliskimi górami. Widok był niesamowity. Z racji wczesnej pory, na plaży było tylko kilka osób. Poprosiłem jakąś kobietę, żeby zrobiła mi zdjęcie, ale zupełnie jej to nie wychodziło. W końcu postanowiłem użyć samowyzwalacza i to był strzał w dziesiątkę. Powstało w ten sposób jedno z moich najfajniejszych zdjęć.

Jedno z moich najfajniejszych zdjęć z podróży, zrobione samowyzwalaczem

Po powrocie do hotelu zjadłem luksusowe śniadanie. Najbardziej posmakowałem w owocach gujawy (por. guava). Potem poczekałem chwilę w hotelowym lobby, skąd odebrała mnie przewodniczka. Podekscytowany wsiadłem do busa, gdzie była już zebrana cała grupa. Okazało się, że olbrzymia większość była hiszpańskojęzyczna. Przewodniczka mówiła najpierw po hiszpańsku, potem tłumaczyła po angielsku.

Na początku pojechaliśmy na północ Rio pod słynny stadion Maracana. Niestety, arena była zamknięta, bo trwały na niej przygotowania do zbliżających się igrzysk panamerykańskich. Pozostało mi oglądanie stadionu od zewnątrz. Potem pojechaliśmy do Sambodromu - głównego miejsca karnawału w Rio. Słynna ulica jest dość długa - liczy 700 metrów. Po jednej jej stronie znajdują się dość wysokie trybuny, skąd widzowie mogą obserwować tłum tańczący Sambę. W czasie mojej wizyty Sambodrom był pusty - po ulicy przechadzali się nieliczni turyści. Nie można było poruszać się po całej długości, ponieważ otwarta była droga przecinająca Sambodrom (w czasie karnawału jest ona zamykana). Zaliczyłem jeszcze krótką wizytę w sklepie-muzeum, w którym można obejrzeć, przymierzyć i kupić kolorowe stroje karnawałowe.

Samba na Sambodromie

Następnym punktem zwiedzania była katedra o bardzo oryginalnym kształcie ściętego stożka. Budynek został zaprojektowany przez Oscara Niemeyera, którego dziełem jest wiele konstrukcji o ciekawych kształtach. Architekt urodził się w Rio de Janeiro, z jego pracowni jest widok na plażę Copacabana. W roku mojej wizyty w Brazylii Niemeyer obchodził 100. urodziny. Zmarł w 2012 roku.

Budowa katedry została ukończona w 1979 roku. Kościół nie wygląda z zewnątrz zbyt ładnie. Wnętrze jest ogromne - ma 100 metrów średnicy i może pomieścić nawet 20 tysięcy wiernych. Ciekawe wrażenie robią cztery szerokie pasy kolorowych wirtaży, zakończone krzyżem na okrągłym suficie.

Po wizycie w katedrze przejechaliśmy po centrum, a przewodniczka wskazywała nam najciekawsze miejsca. Centrum Rio nie zachwyciło mnie. Dominują tu głównie wysokie, nieciekawe budynki. Minęliśmy dawne główne lotnisko Rio (obecnie krajowy port lotniczy) oraz plażę miejską Flamengo (to tutaj zaplanowana była meta maratonu). Przejechaliśmy obok położonej przy pięknej zatoce plaży Botafogo. Stąd jest ładny widok na Głowę Cukru - jeden z symboli Rio. Góra stoi u wyjścia zatoki Guanabara na ocean i stanowi piękną wodną bramę wjazdową dla statków.

Przejechaliśmy przez dzielnicę Urca, przy której kiedyś mieszkał słynny brazylijski piłkarz - Roberto Carlos i zatrzymaliśmy się na parkingu pod Głową Cukru. Na górę można dostać się kolejką linową. Na pobliskim wzgórzu jest stacja przesiadkowa. Widziałem również ambitnych alpinistów, którzy wspinali po stoku słynnego kopca. Ja wolałem razem z grupą wjechać na górę bardzo przestronnym wagonikiem.

Widok na Copacabana z Głowy Cukru

Wizyta na szczycie sprawiła mi bardzo dużo radości. Prawie pionowy widok w dół był niesamowity. Ze szczytu zrobiłem parę ładnych zdjęć i mogłem jeszcze lepiej zorientować się w geografii Rio. Obejrzałem znane mi już plaże - Flamengo, Botafogo, a po drugiej stronie - Copacabanę. Dobrze było również widać górującą nad miastem figurę Chrystusa.

Zatoka Botafogo, w tle Corcovado

Po drugiej stronie zatoki Guanabara leży już inne miasto - Niteroi. W prawie pustym parku na zboczach góry spotkałem parę młodych ludzi, którzy dyskutowali ...po polsku. Raczej trudno spotkać rodaków w takim miejscu, był to spory zbieg okoliczności. Wymieniliśmy trochę opinii co do zwiedzania i dalszych planów turystycznych.

Po powrocie z Głowy Cukru trzeba było się posilić. Biuro zorganizowało nam obiad w restauracji przy Copacabana, w czasie którego mieliśmy godzinę na najedzenie się brazylijskimi smakołykami. Spróbowałem kilku z kilkunastu oferowanych rodzajów mięs. Kelnerzy szybko chodzili po restauracji ze szpadami, z których nakładali klientom kawałki mięsa. Każdy dostał odpowiedni przewodnik kulinarny, dzięki czemu wiedziałem którą część jakiego zwierzęcia przychodzi mi konsumować (nie dla wegetarian). Bardzo smakowały mi kompozycje sushi, mniej brazylijskiego dania, oferowanego chyba ze względu na spory udział turystów z Azji. Kiedy posilałem się sushi, nieudolnie maczając kawałki w sosie sojowym i wasabi, dostałem krótką lekcję obsługi tego dania. Naprzeciwko mnie siedziała kobieta z Indonezji, która wraz z mężem Filipińczykiem udzielała mi wskazówek. Towarzystwo było międzynarodowe, bo po mojej lewej stronie siedziała pani z Gwatemali, a po prawej pan z Peru. Pani była zadowolona, że wiem, gdzie znajduje się jej kraj, a pan zapraszał mnie na maraton do Limy.

Po bardzo obfitym posiłku, ponownie zasiadłem w autokarze. Okazało się, że część grupy nie uczestniczyła już w dalszym zwiedzaniu, pojawili się za to nowi ludzie. Wśród nich był wielki Murzyn postury Shaquille'a O'Neal'a, który zajmował dwa siedzenia. Była również polska rodzina, mieszkająca w Denver. Udało mi się nawiązać z nimi kontakt i przez całe popołudnie przeprowadziliśmy wiele ciekawych rozmów.

Kolejnymi punktami zwiedzania był objazd przy plażach Rio, który miał się zakończyć wizytą na górze Corcovado. Objazd plaż zaczęliśmy od Copacabany, potem zobaczyliśmy Ipanemę i utknęliśmy w korku przy Sheratonie, na dojeździe do Sao Conrado. Objechaliśmy tę ekskluzywną dzielnicę, po czym udaliśmy się z powrotem do Rio przez tunel. Nad sobą mieliśmy wzgórza, na których rozwinęła się największa brazylijska favela (dzielnica biedy) - Ricinha. Jest to prawdziwe miasto, zamieszkane przez 300 tysięcy mieszkańców. To tutaj kręcony był znany film "Miasto Boga", obrazujący życie w brazylijskich slumsach.

Autokar podjechał pod Corcovado. Na szczycie góry (710 m n.p.m.) stoi słynna figura Chrystusa Odnowiciela (por. Cristo Redentor). Pomnik ma 30 metrów wysokości, waży 1000 ton. Zaprojektował go Paul Landowski - Francuz polskiego pochodzenia. Budowę, na którą fundusze zbierano w kościołach całej Brazylii, ukończono w 1931 roku. Tydzień po mojej podróży, 7 lipca 2007 (dzień Anińskiej Siódemki), obiekt został ogłoszony jednym z siedmiu cudów świata.

Cristo Redentor

Miałem koleżankę Oliwię - tancerkę, która pracowała również jako modelka. Miała bardzo ciekawą sesję zdjęciową w scenerii siedmiu kontytynentów. Zdjęcia robił znany fotograf - Tomasz Gudzowaty (wiele nagród w konkursie World Press Photo). Wybór tła w Ameryce Południowej padł właśnie na figurę Chrystusa. Fotograf zdobył pozwolenie na wjazd na górę wczesnym rankiem. Zadaniem Oliwii było wybicie się małej trampoliny i zrobienie w powietrzu szpagatu, aby nogi były równoległe do ramion Chrysusa. W ten sposób powstało bardzo ciekawe zdjęcie. Za plan zdjęciowy tej interesującej serii fotograficznej robiły inne znane miejsca, które miałem przyjemność odwiedzić, między innymi opera w Sydney. Antarktyda została zastąpiona widokami z Alaski. Oliwia trochę zmarzła w czasie tamtej sesji.

Przy okazji oczekiwania na wjazd na górę, zrobiłem małe zakupy. Obiecałem koledze koszulkę Hard Rock Cafe Rio de Janeiro. Fabian kolekcjonuje T-shirty z tej serii, był w Rio, ale nie zdążył kupić. Hard Rock Cafe jest w bardzo oddalonej od Centrum ekskluzywnej dzielnicy Barra, ale na szczęście nie musiałem tam specjalnie jechać. Oficjalny sklep Hard Rock Cafe był również umiejscowiony o podnóża Corcovado.

Lagoa - jezioro widziane z Corcovado

Na górę wjechaliśmy kolejką zbudowaną w parku Tijuca. W tym czasie miałem okazję podziwiać tutejszą roślinność. Widoki z góry były wspaniałe. Z lotu ptaka zobaczyłem Maracanę, lotnisko na wyspie i cały kształt zatoki Guanabara. Bardziej na południe był widok na centrum Rio, Flamengo, Botafogo i Głowę Cukru. Na prawo miałem Copacabanę, Ipanemę, położone przed nią jezioro oraz górę Dwóch Braci. Poza tym, mogłem w końcu obejrzeć z bliska słynną figurę Chrystusa. Wiele osób pozowało do zdjęć z posągiem w tle, rozkładając ramiona.

Zdjęcie o zachodzie słońca na tle zatoki Guanabara, Głowa Cukru obok mojego lewego ramienia

Ostatnie zdjęcia robiłem o zachodzie słońca, a kolejką wracaliśmy już o zmroku. Autokar rozwoził uczestników wycieczki po hotelach. Pożeganałem się z polską rodziną, która obiecała, że wyjdzie na Copacabana pikibicować mi w czasie maratonu (dotrzymali słowa i nawet zrobili mi zdjęcia). Na koniec zostałem w busie z dwiema dziewczynami z Kolumbii, nazywanymi przeze mnie Szakirami. Chciałem przejść się do hotelu na piechotę, ale przewodniczka ostrzegała mnie, żebym na wszelki wypadek lepiej zadbał o bezpieczeństwo. Przesiedliśmy się do zamówionej przez biuro taksówki, która odwiozła mnie pod sam hotel.

Następnego dnia przy śniadaniu miałem okazję poznać ludzi, którzy bardzo ubarwili mi pobyt w Rio. W siedzących nieopodal przy stole ludziach od razu rozpoznałem maratończyków. Wystarczyło spojrzeć na buty i zegarki, a obrazu dopełniała koszulka z półmaratonu. Poznani biegacze byli Paragwajczykami. Stwierdziliśmy, że razem wybierzemy się do biura zawodów, żeby odebrać numery startowe. W czasie spaceru i podróży metrem miałem okazję poznać czwórkę Paragwajczyków. Dowiedziałem się, że Horst jest pastorem i ma wielodzietną rodzinę, Roberto działa w fundacji, a Wesley wyemigrował ze Stanów do Paragwaju i tam poznał swoją żonę. Owocem ich związku jest Jonathan, który debiut maratoński miał właśnie przed sobą.

Do biura zawodów jechaliśmy metrem. Moją uwagę zwróciły niezwykle szerokie wagoniki podziemnej kolejki. Nigdy wcześniej takich nie widziałem. W biurze zawodów zostałem przyjęty po królewsku. Kiedy wolontariusze dowiedzieli się, skąd przyjechałem, od razu zaczęli dokładnie tłumaczyć mi wszystkie detale związane z biegiem. Przez grzeczność wysłuchałem ich z zaciekawieniem, choć żadna z informacji nie była zaskakująca, a i tak wszystko miałem w ulotce. Problem był tylko z rozmiarami koszulek, które dostaliśmy w pakietach. Wesley zaproponował mi tradycyjną wymianę koszulek przed maratonem i przehandlowałem L za M. Potem wyszliśmy na powierzchnię, gdzie na ulicy można było kupić żele energetyczne (sprzedawczyni chyba nie mogła handlować w biurze zawodów). Zaryzykowałem i nabyłem produkowane w Brazylii tubki z żelem, bardzo reklamowane przez Paragwajczyków.

Ze znajomymi Paragwajczykami w biurze maratonu

Po południu zorganizowaliśmy sobie pasta party w jednej z restauracji w Leme. Przed spożyciem posiłku Horst zarządził modlitwę, w której między innymi dziękował bogu, za to, że się spotkaliśmy. Paragwajczycy okazali się niezwykle sympatycznymi ludźmi. Rozmawiali przy mnie wyłącznie po angielsku, nie używali niezrozumiałego dla mnie hiszpańskiego. Utrzymywali taki układ przez kilka ładnych godzin w ciągu dnia, co (wiem z doświadczenia) jest bardzo trudne. Do holelu wróciliśmy o zmroku i postanowiłem szybko położyć się spać.

Następnego dnia wstałem nieludzko wcześnie. Wymagała tego nie tyle godzina startu, ale fakt, że trzeba się było tam dostać zorganizowanym transportem autokarowym. Maraton startował spory kawał drogi na zachód od Rio, praktycznie jest to prawie 40 km w linii prostej od plaży Flamengo, przy której była meta. Jest to podobna sytuacja, jak w przypadku maratonu w Atenach, gdzie musieliśmy się zebrać pod stadionem olimpijskim, skąd autokary zabrały nas na start do Maratonu.

Zamówiliśmy taksówkę, która zabrała całą naszą piątkę do Flamengo. Siedzieliśmy na tylnym siedzeniu we czwórkę, co już stanowiło element rozgrzewki przed biegiem. Na miejscu w ciemnościach kłębił się tłum biegaczy. Nie tylko maratończyków, bo tego dnia odbywał się również półmaraton (zawodników wysadzano w potem połowie drogi). Po kwadransie udało mi się sprytnie wbić do jednego z pierwszych odjeżdżających autokarów. W czasie podróży miałem okazję oglądać budzące się do życia Rio. Jechaliśmy główną drogą, z której momentami był dobry widok na ocean. Przejechaliśmy przez oglądane przeze mnie dwa dni wcześniej okolice i miałem okazję obejrzeć położoną dalej Barra. W końcu zatrzymaliśmy sie w okolicach startu. Tam szybko odebrałem kopertę z chipem i miałem godzinę na rozgrzewkę. Wykorzystałem ten czas na truchtanie po promenadzie długiej plaży Recreio.

Maraton startował w bardzo ładnym miejscu - przy charakterystycznym skalistym półwyspie. Udało mi się ustawić z przodu stawki, w której podziwiałem niespotykany wcześniej koloryt tutejszych zawodników. Szczególną uwagę zwracali siwi, wychudzeni Murzyni (ok. 50 lat), którzy okazali się bardzo dobrymi zawodnikami. Byli też uderzający w bębenki weseli młodzieńcy. W takiej atmosferze rozpocząłem kolejny maraton. Najpierw ruszyliśmy na zachód, a po szybkiej zawrotce przy plaży znów przebiegliśmy przez linię startu. Stamtąd prowadziła już prosta droga do Rio. Na pierwszych kilometrach porozmawiałem chwilę z Finem, który biegł w koszulce autralijskiej. Celował w czas 2:50 - taki jaki uzyskał w poprzednim roku w maratonie nowojorskim. Stwierdziłem, że warunki atmosferyczne mogą na to nie pozwolić. Miałem rację, kolega został potem za moimi plecami. Przebiegłem Recreio w dobrej formie, ale po 13 kilometrze stwierdziłem, że nie dam rady do końca biec tempem 4:00/km. Świadomie zredukowałem prędkość i ta decyzja okazała się później słuszna.

Czas w biegu mijał mi bardzo szybko. Na półmetku pod koniec Barra podbiegłem pod wiadukt i następne kilometry pokonywałem w tunelach i po platformach zawieszonych na skałach. Daleko pod moimi stopami ocean rozbijał się o postrzępiony brzeg. Stanowiło to kontrast dla płaskiej trasy, prowadzącej poprzednio wzdłuż plaż. Przy wbiegu do Sao Conrado czekała mnie miła niespodzianka. Wolontariusze rozdawali napój z guarany, który smakował podobnie jak Red Bull. Picie dodało mi energii, a była mi ona potrzebna w perspektywie tego, co wyrosło przed moimi oczami. Góra, którą musiałem pokonać, była bardzo duża. Pożegnałem Sao Conrado i zacząłem się wspinać. Był to odcinek przed 30 km i niektórzy zawodnicy przede mną zaczynali już wymiękać, ale ja podbiegałem twardo. Dalej czekał mnie kolejny charakterystyczny punkt na trasie. Na drogę spływała ze wzgórza dzielnica biedy. To tutaj było jej centrum. Poniżej szosy widać już było tylko skalne urwisko. Na trasie czekały na biegaczy dopingujące dzieci, z którymi ochoczo przybiłem piątki. Miałem okazję pierwszy raz zobaczyć "na żywo" dzielnicę biedy (wcześniej jedynie z okien autokaru). Widok robił smutne wrażenie, szczególnie gdy spojrzało się głębiej w wąskie uliczki. Chatki były budowane z czego się dało. Często by zaoszczędzić miejsce, wznoszono doklejane "domki na domkach".

Dalszą część trasy znałem już bardzo dobrze. Minąłem Sheraton, a potem zbiegłem ze wzgórza, na którym 3 dni wcześniej raczyłem się kokosem. Przy Leblon i Ipanemie zaczynała się impreza. Pojawiło się więcej kibiców, którzy krzyczeli i grali na bębenkach. Ipanemę wspominam bardzo dobrze, a jeszcze lepiej Copacabanę. Biegłem niesiony pozytywną energią, ładowaną przez moje oczy i uszy. To był najpiękniejszy maraton, w jakim do tej pory uczestniczyłem!

Końcowe kilometry maratonu przy Copacabana

W połowie Copacabana usłyszałem Polskie głosy: "Dawaj, Robert!". Moi kibice spisali się na medal. Znajomy przebiegł ze mną kilkadziesiąt metrów, zrobili mi też zdjęcia. Było super! W końcu musiałem opuścić Copacabanę i pobiegłem w stronę tunelu do Botafogo. Tam biegłem łukiem wzdłuż plaży, patrząc na Głowę Cukru. Maratończycy zaczęli mi się mieszać z najwolniejszymi półmaratończykami. Wbiegłem na Flamengo i spokojnie kierowałem się do mety. Jakiś gość przede mną dobiegał na bosaka, z butami w ręku. Będąc kilkanaście metrów przed metą, cisnął je przed siebie. Ciekawe, czy miał do nich przymocowanego chipa - mógłby zyskać dzięki temu kilka sekund. Mnie udało się połamać 2:55, o co walczyłem na ostatnim odcinku. Jak się potem okazało, wygrałem klasyfikację turystów, czyli osób spoza Brazylii, którzy nie zostali zaproszeni na bieg przez organizatora. Nawet nie wiem, czy za tę kategorię była jakaś nagroda.

Na mecie podszedł do mnie wolontariusz, żeby zapytać, czy wszystko gra. Musiałem wyglądać na zmęczonego, ale umysł miałem swieży. Wziąłem odpowiedni zapas wody, przespacerowałem się po promenadzie Flamengo, zdjąłem buty i w końcu położyłem się na piasku. Z tej perspektywy obserwowałem niedzielne życie cariocas, mieszkańców Rio. Sporo osób grało na plaży w siatkówkę i siatkonogę. Panował tłok, bo Flamengo jest położona najbliżej gęsto zaludnionego centrum, stąd wielu mieszkańców spędza tu czas w niedzielę. Podszedł do mnie jakiś plażowicz, żeby zapytać o maraton. Uciąłem sobie z nim krótką pogawędkę. Cały czas leżałem, byłem nieźle zmęczony. Po godzinie odpoczynku wróciłem na metę, po drodze kupując kokosa. Spotkałem Horsta, który okazał się najlepszy z grupy Paragwajczyków - 4:18. Niedługo po nim przybiegł Jonathan, zaliczając swój maratoński debiut. Na Wesleya i Roberto musieliśmy czekać dłużej. Obaj mieli jakieś problemy na trasie i wbiegli na metę w czasie 5:30. Byli pełni podziwu, że pojawiłem się tu przeszło dwie i pół godziny wcześniej. Do hotelu wróciliśmy taksówką. Postanowiłem się zregenerować - poszedłem na basen i do sauny. Dzień był bardzo intensywny, dlatego wcześniej położyłem się spać.

Następnego dnia pożegnałem się ze znajomymi, którzy tego dnia wracali do Asuncion. Było to kolejne bardzo miłe spotkanie. Poczęstowali mnie tradycyjną paragwajską herbatą - yerba mate, pitą przy pomocy specjalnej fajki. Roberto ofiarował mi swoją koszulkę z półmaratonu w Asuncion. Z tyłu miała napis "Paraguay Marathon Club". Była to moja pierwsza koszulka z biegu, w którym nie brałem udziału. Jednocześnie stanowiła piękną pamiątkę ze spotkania z tak uroczymi ludźmi.

Dzień upłynął mi na leniuchowaniu. Potruchałem trochę po piasku Copacabana i popływałem w oceanie, walcząc z silnymi falami. Spędziłem trochę czasu na basenie i w saunie. Przez Internet załatwiałem też szczegóły wycieczki, na którą wybierałem się następnego dnia do Iguassu. Musiałem nieco zmienić plany i uwzględnić zwiedzanie Itaipu - olbrzymiej elektrowni wodnej na Paranie, leżącej na granicy Brazylii i Paragwaju. Tę atrakcję polecał mi Wesley. Niestety, na wycieczkę do Iguassu zaplanowałem jedynie dobę, stąd musiała być ona dla mnie bardzo intensywna. Popołudnie spędziłem na chodzeniu po wielkim centrum handlowym Rio (Rio Sul), umiejscowionym naprzeciwko klubu sportowego Botafogo. Szukałem jakichś koszulek lekkoatletycznych reprezentacji narodowej, których nie można było niestety dostać. Miałem za to olbrzymi wybór koszulek i innych gadżetów miejscowych klubów piłkarskich. Widać, który sport Brazylijczycy kochają najbardziej. W sklepach było też trochę koszulek reprezentacji siatkarskiej, również najlepszej na świecie. Na własnej skórze odczuła to reprezentacja Polski, gdy została pokonana w finale mistrzostw świata (mecz odbywał się w dniu mojego maratonu w Lizbonie).

Następnego dnia zjadłem wczesne śniadanie i pojechałem na lotnisko. Z pozoru zwykła podróż samolotem, okazała się wyjątkowa. Wystartowaliśmy z wyspy na wschód, by oblecieć dookoła zatokę Guanabara i zawrócić u jej wyjścia na ocean. Widoczność była doskonała i miałem okazję zobaczyć wszystkie odwiedzone wcześniej miejsca z lotu ptaka. Wybrałem sobie idealne miejsce - po prawej stronie, przy oknie. Pod sobą miałem Głowę Cukru i Corcovado. Dalej samolot leciał, jakby na moje życzenie - Copacabana, Ipanema, Sao Conrado, Barra i Recreio. Przy tej ostatniej rozpoznałem charakterystyczny półwysep, obok którego startował maraton. Widoki były niesamowite. Dalej przelecielismy nad Sao Paulo i skierowaliśmy się w głąb lądu.

Na lotnisku w Iguassu wylądowałem po 1 po południu. Ma to znaczenie, bo harmonogram był niezwykle napięty. W bardzo krótkim czasie chciałem zobaczyć dużo atrakcji. Od razu poszedłem do biura turystycznego i zarządziłem: "Mam 24 godziny w Iguassu i chciałbym zobaczyć wszystko". Agent zaczął planowanie wycieczki - pierwszego dnia Itaipu i wodospady po stronie brazylijskiej, a następnego dnia strona argentyńska, podróż łodzią pod ścianę wodospadu, wycieczka po dżungli i ewentualnie inne atrakcje. Żeby zrealizować ten plan, musiałem mieć prywatnego kierowcę. Wycieczka nie była tania, ale stwierdziłem, że skoro tu przyleciałem, to trzeba zaszaleć.

Moim kierowcą okazała się kobieta, która nie mówiła specjalnie dobrze po angielsku, ale dało się z nią dogadać. Przewiozła mnie po mieście, powiedziała parę słów o jego historii, pokazała nawet w którym miejscu mieszka. Na początku pojechaliśmy na północ, w kierunku tamy Itaipu na rzece Parana.

Przewodniczka zostawiła mnie na parkingu, przekazała wszystkie instrukcje i wyliczyła, o której godzinie powinna na mnie czekać. Wszystko poszło zgodnie z planem. Autokar odwiózł nas do punktu widokowego po stronie brazylijkiej. W punkcie informacyjnym mogłem zapoznać się ze szczegółami technicznymi tamy i (co jeszcze ciekawsze) sposobem jej budowy.

Elektrownia Itaipu

Itaipu jest największą na świecie elektrownią wodną. W ciągu godziny przepuszcza 60 tysięcy metrów sześciennych wody. Moc elektrowni to 14000 MW, co zapewnia zapotrzebowanie na prąd całego Paragwaju i ok. 30% zapotrzebowania całej Brazylii. Betonowa zapora ma 225 metrów wysokości. Budowę rozpoczęto w 1979, zakończono 3 lata później. W małym muzeum na tarasie widokowym miałem okazję zobaczyć, jak skomplikowane było to przedsięwzięcie. Przecież nie można tak po prosto stawiać zapory na środku rzeki. Trzeba było przygotować dla niej rezerwowe koryto, a po przygotowaniu konstrukcji na sucho, należało wysadzić skały i zmienić bieg rzeki. Po 14 dniach poziom rzeki podniósł się o 100 metrów, a w górnym biegu utworzyło się ogromne jezioro. Tama ma też specjalny nurt bezpieczeństwa, przez który przepływają masy rzeczne, które nie mogą zostać obsłużone przez elektrownię. W czasie mojej wizyty poziom rzeki był niski i rezerwowy nurt nie był praktycznie wykorzystywany. Itaipu została uznana za jeden z "Siedmiu Cudów Współczesnego Świata".

Z parkingu przy punkcie widokowym autokar pojechał drogą w połowie wysokości tamy, dzięki czemu mogliśmy z bliska przyjrzeć się infrastrukturze i turbinom napędzanym przez wodę. W ten sposób przekroczyliśmy granicę Paragwaju, gdzie wjechaliśmy pod górę, a z powrotem na stronę brazylijską kierowalismy się szczytem tamy. Po jednej stronie mieliśmy wielką przepaść i stosunkowo wąską rzekę, po drugiej - wielkie jezioro na Paranie, powstałe na skutek wybudowania tamy. Widoki były ciekawe. Wpawdzie sama konstrukcja nie jest zbyt piękna (wielki kawał betonu), ale dzięki wizycie w Itapu dowiedziałem się kilku ciekawych rzeczy.

Kiedy autokar wrócił na główny parking, przewodniczka już na mnie czekała. Radziła mi, żebym wziął z walizki wodoodporne rzeczy. "A co, będę mokry?" - spytałem. "Yhy!" - odpowiedziała z uśmiechem. Ten uśmiech towarzyszył jej jeszcze kilka razy, kiedy zadawałem banalne na pozór pytania. Zabrała mnie do parku, gdzie rozpoczyna się zwiedzanie brazylijskiej strony wodospadów. Stamtąd pojechałem otwartym dwupoziomowym autokarem. Dotarliśmy do głównego punktu, skąd rozpocząłem zwiedzanie. W oddali usłyszałem ciągły huk, a chwilę później pierwszy raz zobaczyłem wodospady. Co za widok! Zacząłem robić zdjęcia z punktu widokowego, mimo że miałem potem ku temu wiele lepszych okazji w innych miejscach. Szlak wyprowadził mnie na chwilę z powrotem do szosy, gdzie umiejscowiony był ekskluzywny hotel - jedyny w parku narodowym. Z jego okien widać wodospady. Podobno hotel jest tak popularny, że miejsca w nim trzeba rezerwować z rocznym wyprzedzeniem.

Powoli zbliżałem się do wodospadów, idąc dróżką w ładnym lasku. W dole skarpy płynęła coraz bardziej wartka rzeka Iguassu. W końcu zszedłem na dół do lustra wodospadu, przy którym stał długi, stalowy pomost, ustawiony równolegle do głównej ściany wodospadu. Moja przewodniczka miała rację - mocno mnie zmoczyło. Co chwilę przychodziła mokra chmura małych kropelek, powstałych na skutek spadku wody z dużej wysokości. Kilka takich powiewów spowodowało, że szybko zmokłem. Udało mi się zrobić kilka zdjęć i poprosić innego turystę o cyknięcie mi fotki. Widac na nich, jak gęsta była chmura. Potem szybko uciekłem, bo za parę minut byłbym przemoczony do suchej nitki. Warto było tam wejść!

Wodospady Iguassu po stronie brazylijskiej - nad tarasem widokowy unosi się chmura

Wjechałem poziom wyżej do punktu z pamiątkami. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, były tam pamiątki oznaczone logo "Meia Maratona das Cataratas do Iguassu, Brazil - 08/07/2007". Niesamowite - za półtora tygodnia miał się tutaj odbyć półmaraton! Akurat dzień wcześniej mieliśmy organizować Anińską Siódemkę. Nie zdecydowałem się na zakup koszulki, ale poprosiłem sympatyczną panią w sklepie, by pokazała mi ją do zdjęcia.

Wszedłem z powrotem na szczyt, skąd mogłem obejrzeć górną część wodospadu. Rzeka jest tu bardzo szeroka, płynie wolno, by za chwilę spaść z ogromną siłą w dół. Przy parkingu kręciło się masę fajnych zwierzątek o nazwie Quati. Mają bardzo długie ogony, które noszą uniesione dumnie do góry. Wydają bardzo charakterystyczne, wyskokie dźwięki. Kradną turystom jedzenie i różne przedmioty. Na początku stałem przy drzewie pomarańczowym, z którego zrzucały owoce, a następnie wyjadały zawartość. Potem miałem okazję poznać je jeszcze bliżej.

Quati - zdjęcie zdominował wielki ogon tego sympatycznego zwierzaka

Przewodniczka odwiozła mnie do hotelu. Byłem trochę zmęczony intensywnym dniem, ale postanowiłem trochę się poruszać i poszedłem na siłownię. Niestety, była kiepsko wyposażona. Po kolacji szybko poszedłem spać.

Następnego dnia wszystko poszło zgodnie z planem. Przewodniczka przyjechała po mnie wczesnym rankiem. Wkrótce znaleźliśmy na moście w dole rzeki Iguassu, stanowiącym granicę między Brazylią a Argentyną. Dostęp do wodospadów po stronie argentyńskiej jest lepszy niż po brazylijskiej, dlatego warto przekroczyć granicę i obejrzeć park narodowy po drugiej stronie rzeki.

W parku bardzo ucieszył mnie widok kilku tukanów, siedzących na drzewie przy parkingu. Udałem się na stację turystycznej kolejki i po kwadransie rozpocząłem wycieczkę malutkim wagonikiem. Dojechaliśmy do ostatniej stacji, skąd można było przespacerować się do miejsca zwanego Diabla Gardziel. Szedłem długim chodnikiem zbudowanym nad rozlewiskiem Iguassu, spory kawałek od ściany wodospadu. Rzeka jest w tym miejscu bardzo szeroka, płynie wolno, pełno na niej małych wysepek, którymi poprowadzony był chodnik. W oddali słychać było szum wodospadu. Po dość długim spacerze, moim oczom ukazał się koniec chodnika, a za nim uskok. O zbliżającym się szczycie wodospadu informował również narastający z każdym krokiem huk. Dotarłem do końca chodnika i podziwiałem widoki. Patrzyłem w dół na spadającą wodę, starając się skupic uwagę na pojedynczych punktach i obserwować ich przyspieszenie. Chmura wody powstająca na dole nie była w stanie dotrzeć z powrotem w moim kierunku, dlatego miałem dobrą widoczność i pozostałem suchy. Efekty wizualne i dźwiękowe były niesamowite.

Wodospady po stronie argentyńskiej

Wróciłem chodnikiem i załapałem się na pociąg wracający do poprzedniej stacji, z której prowadziły szlaki w stronę dolnej części wodospadu. W argentyńskiej części parku jest wiele ścieżek, którymi warto się przejść. Przewodniczka poleciła mi jedną z tras, ale ja byłem w stanie pokonać znacznie dłuższy dystans. Liczba mniejszych wodospadów w tym rejonie jest niesamowita. Na szczęście przez cały czas miałem ze sobą mapkę parku i nie ominąłem żadnego miejsca. Czasem można było przejść tuż nad ścianą wodospadu, albo paść ofiarą mokrej chmury w dolnych częściach. Z niektórych miejsc mogłem zobaczyć zabudowania po stronie brazylijskiej, które odwiedziłem poprzedniego dnia.

Kolejną atrakcją była podróż łodzią, która zabrała nas prawie pod sam wodospad. Kiedyś takie wycieczki były możliwe również ponad wodospadem, do czasu gdy grupa Niemców straciła w ten sposób życie. Na dole jest gorzej pod względem wilgotności - czekał mnie kolejny prysznic. Miałem nadzieję, że kurtka przeciwdeszczowa i szerokie plecy siedzącego przede mną faceta będą wystarczającą ochroną przed wilgocią. Pomyliłem się. Łódź dwukrotnie podpływała blisko wodospadu i byłem jeszcze w miarę suchy, ale za trzecim razem pan kapitan urządził nam atrakcję i wpłynął w wielką chmurę wody tuż koło miejsca, w którym opadała ściana wodospadu. Przemoczone ciuchy trochę mi przeszkadzały, ale była to cena zabawy, w której miałem okazję wziąć udział. Łódka popłynęła potem z prądem w dół rzeki Iguassu, co w niektórych miejscach miało znamiona raftingu. Zacumowaliśmy spory kawał od wodospadów, w przyjemnej zatoczce. Stamtąd trzeba było się wdrapać na górę stromego zbocza, gdzie można była chwilę odsapnąć i zmienić przemoczone ciuchy.

W czasie wycieczki łodzią pod wodospady

Miałem chwilę na odpoczynek, a potem znad rzeki zabrała nas ciężarówka z otwartym dachem. Jechaliśmy niezbyt szeroką, ubitą trasą. Miałem okazję poparzeć na bujną roślinność, posłuchać dźwięków dżungli i dowiedzieć się od przewodniczki o żyjących tu zwierzętach. Niestety, występujące tu jaguary pochowały się w głębi lasu.

Moja kilkugodzinna wycieczka po parku zakończyła się, kiedy wysiadłem na parkingu z turystycznej ciężarówki. Wrażeń jak na jeden dzień miałem aż nadto, ale perfekcyjna realizacja planu pozwoliła mi zaoszczędzić trochę czasu i odwiedzić jeszcze kilka ciekawych miejsc w okolicach Iguassu. Zmieniłem przemoczone rzeczy na ostatnie suche dresy i byłem gotowy kontynuować wycieczkę.

Najpierw pojechaliśmy do miejsca, w którym Iguassu wpada do Parany, nazywanego punktem trzech granic. To tutaj zbiegają się terytoria Argentyny (południowy brzeg Iguassu, na którym stałem), Brazylii (północny brzeg Iguassu) i Paragwaju (zachodni brzeg Parany). Ze wzgórza był świetny widok na północną część Parany. Gdzieś na horyzoncie szukałem tamy Itaipu, którą odwiedziłem poprzedniego dnia. Chwilę po wizycie w punkcie trzech granic przejechaliśmy jeszcze obok domu, który podobno należał do Evity Peron.

Punkt trzech granic

Wróciliśmy na stronę brazylijską, gdzie zatrzymaliśmy się na chwilę przy dużym sklepie z pamiątkami. Nie jestem zwolennikiem kupowania bubli z różnych stron świata, ale lubię je sobie pooglądać. Największą atrakcją w sklepie były duże głazy ametystu - fioletowej, przezroczystej odmiany krystalicznej kwarcowej krzemionki. Ametyst występuje głównie w próżniach pogazowych skał bazaltowych (geody lub migdały). Geody brazylijskie są najpiękniejsze na świecie i osiągają wielkość ponad jednego metra sześciennego. Cena największych okazów w sklepie przekraczała 30 tysięcy reali - odpowiednik kosztu niezłego nowego samochodu w Polsce.

Ostatnią atrakcją w Iguassu była wizyta w parku ptaków, największym w Ameryce Południowej. Przy pierwszych klatkach z papugami spotkałem polską rodzinę, którą poznałam kilka dni wcześniej w Rio. Mówili mi wcześniej, że wybierają się do Iguassu, ale nie przypuszczałem, że się tu spotkamy - świat jest mały. Z parku zapamiętałem bliskie spotkania z tukanami. Te sympatyczne ptaszki były na wyciągnięcie ręki i w ogóle się mnie nie bały. Spędziłem również chwilę w klatce z szalonymi papugami. Przed wejściem wisiała informacja "Turysto, wchodzisz na własną odpowiedzialność". Faktycznie, całe stado latało po klatce jak oszalałe i bałem się, że któraś z papug może mi coś zrobić. Wytrzymałem w klatce pół minuty i stwierdziłem, że czas już się zwijać.

Bliskie spotkanie z tukanem...

Bardzo ciekawym przeżyciem było spotkanie z kolibrami - najmniejszymi ptakami świata (długość 6-22 cm, masa 2-20 g). Wystrój klatki był bardzo ładny - dominowały piekne kwiaty. Kolibry wydają swoimi skrzydłami niesamowity dźwięk. Zawisają w powietrzu, utrzymują się długo w jednym miejscu, a po chwili w mgnieniu oka znikają. Serce kolibrów bije z częstotliwością 600 uderzeń na minutę, a puls potrafi przekroczyć nawet 1200 uderzeń. Gdybym miał takie HRmax, to może biegałbym 6 razy szybciej. Z trudem wyciągam na krótkim odcinku 20 km/h, a kolibry latają z prędkością 120 km/h. Może byłoby łatwiej, gdybym machał nogami z prędkością 80 ruchów na sekundę (tak szybko poruszają skrzydłami te malutkie ptaki). Na koniec wizyty w parku miałem okazję wziąć na rękę oswojoną papugę i owinąć sobie szyję niewielkim wężem. Pierwszy raz w życiu doświadczyłem takich atrakcji.

...i jeszcze bliższe z papugą

Bez problemu zdążyłem na lotnisku, gdzie zjadłem w końcu porządny obiad. Pozytywnie zaskoczyły mnie tutejsze ceny - na brazylijskiej prowincji jest znacznie taniej niż w dużych miastach. W Iguassu spędziłem ledwie dobę, ale był to czas pełen przygód.

Do Rio doleciałem wieczorem. Lot powrotny do domu miałem zaplanowany dopiero na następny dzień, a nie chciałem już kombinować z powrotem do centrum Rio na noc. Zarezerwowałem sobie wcześniej hotel na lotnisku. Bardzo chciałem się poruszać, ale (jak żartowali znajomi) obsługa nie chciała mnie wypuścić na pas startowy. Jedynym ratunkiem był wyjazd z lotniska lub mała hotelowa siłownia, wyposażona w bieżnię elektryczną. Wpadłem wtedy na szalony pomysł, że przebiegnę sobie półmaraton. "Imprezę" nazwałem Luxor Aeroporto Meia Maratona do Rio de Janeiro. Postawiłem na panelu butelkę wody, uruchomiłem klimatyzację, by czuć lekki podmuch na twarzy (symulacja biegowego "wiatru we włosach"), włączyłem telewizor (akurat rozpoczynał się mecz Copa America - 90 minut, jak znalazł na czas półmaratonu) i poleciałem. Trzymałem równe tempo na 1:30, a skończyłem jeszcze szybciej, choć ograniczona prędkość bieżni (do 16 km/h) nie pozwoliła mi na śrubowanie rezultatu na ostatnim kilometrze. Po biegu roztruchtałem się trochę oglądając końcówkę meczu, po czym pogratulowałem sobie zwycięstwa w pierwszej edycji półmaratonu lotniskowego. Odebrałem nagrodę w postaci zimnego piwa o nazwie Antarctica. Na puszce były nadrukowane dwa pingwiny. Leżałem na łóżku z piwem oglądając mecz Brazylia - Meksyk (canarinhos przegrali 0:2, ale i tak później wygrali cały turniej). Podsumowywałem wspaniały wyjazd do Brazylii, a spoglądając na puszkę, w myślach byłem już na Antarktydzie, gdzie za 9 miesięcy miał się urodzić mój wspaniały sukces biegowy.

Luxor Aeroporto Meia Maratona do Rio de Janeiro

W drodze powrotnej miałem trochę przygód. Na lotnisku w Rio były jakieś problemy z elektrycznością, potem 2 godziny spędziliśmy zamknięci w samolocie na pasie startowym, co w rezultacie zaskutkowało opóźnionym przylotem do Paryża. Tam spóźniłem się na przesiadkę, ale mimo bałaganu na francuskim lotnisku, udało mi się załatwić kartę na kolejny lot i nawet mój bagaż poleciał razem ze mną. Wszystko przyjąłem ze spokojem - nic nie było w stanie zepsuć mojego wrażenia po fantastycznej brazylijskiej podróży.

Galeria zdjęć z Brazylii

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin