O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2007-05-19, Sielpia (Polska)


Bardzo udany trening
przed Rzeźnikiem

Relacja Roberta z 25. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:54:54

5 /
123

4.1


Maratony Roberta

Układając mój kalendarz startowy na maj nie mogłem oczywiście zapomnieć o maratonie. W 2007 roku miałem ochotę biegać na tym dystansie co miesiąc. Poza tym, przygotowywaliśmy się z Alexem do Biegu Rzeźnika (8 czerwca), a maraton miał być generalnym sprawdzianem naszej formy i silnym bodźcem treningowym na długim dystansie.

Do startu udało nam się również namówić Marcina, który po świetnym występie w Luksorze i szybkim bieganiu na wiosnę trochę odpuścił treningi. Wpływ na to miały sprawy zdrowotne (problemy z kolanami) oraz uczuciowe. Razem z nami do Sielpi pojechała nowa dziewczyna Marcina - Ania.

A propos dopełniacza słowa "Sielpia" - wydawało mi się, że na końcu powinno się dublować "i" ("Sielpii"), podobnie, jak w nazwach krajów ("Australia" - "Australii"). Pisownia ze zdublowanym "i" zależy jednak od tego, jak czytamy wyraz w mianowniku. Jeżeli z "j" ("Australja") to dublujemy "i" w dopełniaczu. Dobrym przykładem z obszaru kulinarnego są pestki dyni ("dynia") i orzeszki pinii ze zdublowanym "i" (w mianowniku czyta się "pinja"). Kończąć ten wątek językowy - w dopełniaczu piszemy "Sielpi".

W sobotę bardzo wczesnym rankiem Marcin podjechał po nas do Anina, a potem odebraliśmy Anię, która mieszkała niedaleko od nas - na Gocławku. Razem wyjechaliśmy z Warszawy na południe szosą krakowską. Niestety, mieliśmy pecha - po drodze natknęliśmy się na policjantów, którzy łapali kierowców ze zbytnimi zapędami szybkościowymi. Marcin dostał mandat, ale nie zgodził się na to, żebyśmy podzielili się z nim zwiększonymi kosztami podróży.

Zjechaliśmy z trasy krakowskiej w okolicach Skarżyska-Kamiennej, przejechaliśmy przez Końskie i dojechaliśmy do Sielpi. Na miejscu nie mieliśmy dużych problemów ze znalezieniem biura zawodów. Na ulicy spotkaliśmy Bogdana i Bożenę, którzy również przymierzali się do maratonu. Bogdan biegał w naszym tempie i cieszyłem się, że będziemy mieli kompana na trasie. Marcin odpuścił ostatnio treningi i planował pobiec w okolicach 3:15.

Umawiamy się przed startem

Przeszliśmy wszystkie procedury przedstartowe i poszliśmy na start honorowy, skąd przetruchtaliśmy kawałek na linię startu ostrego. Trasa składała się z trzech pętli po 14 km, a na początku robiliśmy jeszcze 195 metrów dobiegu. Najpierw wybiegaliśmy się na północ, pokonywaliśmy Piekło (nazwa miejscowości), a potem trzeba było dobiec do Nieba, na końcu którego umiejscowiona była zawrotka. Tam można było dobrze ocenić swoje miejsce w stawce. Po powrocie z Nieba skręcaliśmy w prawo w las i tą trasą wracaliśmy do Sielpi. Nazwa maratonu "Przez Piekło do Nieba" bierze się z miejscowości, przez które się przebiega. Można ją interpretować jako prawdziwe przejście z piekła po kryzysie na trzydziestym którymś kilometrze do nieba na mecie maratonu, kiedy nie trzeba już dalej biec.

Ruszyliśmy ostro i na pierwszej prostej wysunąłem się na prowadzenie. "Ej, spokojnie!" - usłyszałem reprymendę od Bogdana, bo widać 3:30 / km na początku to nie był najlepszy pomysł. Wyprzedziło nas kilku zawodników, a my ustabilizowaliśmy się na poziomie 4:00-4:05 i tego tempa zamierzaliśmy się trzymać.

Dostaję reprymendę od Bogdana za mocny start

Wybiegliśmy z Sielpi i poruszaliśmy się szutrową drogą na północ. Założyłem lekkie startówki i czasem odczuwałem kamienie na nierównej trasie. We trzech trzymaliśmy dobre tempo, uciekliśmy z piekła, zawróciliśmy w niebie i pobiegliśmy lasem, gdzie biegło się nieco trudniej z powodu gorszej nawierzchni. Na trochę przyłączył się do nas Robert Kwapisz i pierwsze kółko kończyliśmy we czterech.

Na początku drugiej pętli z opresji wyciągnął nas Bogdan, który pokazał nam właściwy skręt z głównej drogi. Tego szczęścia nie miało dwóch prowadzących zawodników - biegający ksiądz Rafał Gniła, oraz Paweł Zima. Trochę się pogubili, ale szybko odnaleźli trasę i wyprzedzili nas przed 20 km. Nie zamierzaliśmy biec ich tempem i spokojnie kontrolowaliśmy sytuację. Zaczynało się robić gorąco i bałem się, że zbytnia fantazja będzie miała negatywny wpływ na formę w końcówce. W Niebie zaczęliśmy dublować grupki, które brały udział w marszobiegu na 14 km. Były to głównie dzieciaki.

Drugą pętlę ukończyliśmy zgodnie z planem i razem z Bogdanem i Alexem wbiegliśmy na ostatnią czternastkę. Wyprzedziliśmy dwóch zawodników, między innymi ultramaratończyka Jurka Wykę, który zaczął za szybko i płacił za swoją beztroskę. Nasza trójka była już zatem w pierwszej szóstce.

Zaczynamy trzecie kółko - Bogdan prowadzi, ja mam przerażoną minę, Alex się czai; na metę wbiegliśmy w odwrotnej kolejności

Po wybiegnięciu z Piekła czułem się świetnie i nawet lekko przyspieszyłem. Bogdan nie był w stanie utrzymać tego tempa i dalej biegliśmy razem z Alexem. W Niebie mieliśmy elegancki asfalt, na którym leciałem już 4:00/km, a Alex twardo biegł za mną, choć potem przyznał, że miał wątpliwości, czy wytrzyma to tempo. Zawróciłem w Niebie, pozdrowiłem Bogdana i leciałem dalej. Przed zakrętem w las poczułem jednak lekki kryzys. Muszę przyznać, że dałem się wcześniej zwieść dobremu samopoczuciu i musiałem za to zapłacić. W lesie zwolniłem do 4:20 i powiedziałem tylko: "Alex, leć!". Bardzo powoli zaczął się ode mnie oddalać i ja spokojnie dobiegałem do mety. Nie widziałem za sobą Bogdana i nie miałem motywacji, żeby przyspieszyć. Na ostatnich metrach zdublowałem Bożenę i wpadłem na metę na 5. miejscu z czasem poniżej 2:55.

Dubluję Bożenę na finiszu

Maraton wygrał Paweł Zima (2:46), a okazało, że Alexowi zabrakło bardzo niewiele do drugiego miejsca. Tuż przed nim byli Rafał Gniła i Piotr Kuryło, których na ostatnich kilometrach zmógł upał. Bogdan (szósty), był ostatnią osobą, która złamała w tym maratonie 3 godziny. Przy panujących warunkach atmosferycznych i trudnej trasie nie było to łatwe zadanie.

Na mecie poczułem dużą ulgę. Położyłem się na trawie z medalem na piersi i dyplomem w ręku. Byłem zaskoczony, kiedy zobaczyłem Marcina. Na drugiej pętli trzymał jeszcze dobre tempo. Okazało się, że po 28 km miał dość i zszedł z trasy. Wydaje mi się, że jego głowa była bardziej zajęta Anią niż bieganiem.

Zmęczony, ale szczęśliwy

Udaliśmy się na plażę nad Jezioro Sielpeckie. Marcin kupił piwa dla ekipy Byledobiec i poszliśmy z Alexem trochę pobrodzić po jeziorze, popijając ten cudowny napój izotoniczny. To była duża ulga po maratonie. Niestety, z moim żołądkiem nie było dobrze. Żel energetyczny na trasie i upalna pogoda pogorszyły sprawę. Strasznie zaczął boleć mnie brzuch i po przebiegnięciu 42 km musiałem jeszcze potem dodatkowo biegać w krzaki. 3 godziny spędzone na trasie były przyjemniejsze niż godzina za metą. Na szczęście, wszystko doszło potem do normy i mogliśmy planować dalszą część dnia.

Dyskusje przy piwie - brodzimy w Jeziorze Sielpeckim chwilę po maratonie

Dekoracja odbyła się z lekkim opóźnieniem. W tym czasie zdążyliśmy zjeść zapewniony przez organizatorów posiłek. Zwycięzcy kolejno wybierali sobie nagrody z puli. Alex wziął odtwarzacz DVD, a ja wybrałem namiot. Moja nagroda się potem przydała, bo namiot służył nam w czasie wyjazdów do Szczytna, a przede wszystkim, rok później w czasie wakacji na Islandii. Fajnie było ustawić się przy podium w generalce (nagradzano pierwszą szóstkę) oraz stanąć na słupku z numerem 3 w kategorii do 30 lat. Gratulacje odebraliśmy z rąk starosty koneckiego i dwóch innych działaczy w garniturach.

Podium - Paweł Zima, Rafał Kniła, Piotr Kuryło, Alex, ja i Bogdan

Po dekoracji postanowiliśmy wynająć kajak, a Marcin z Anią wybrali rower wodny. Pomysł był bardzo fajny, bo pogoda dopisywała, a my mogliśmy eksplorować zakamarki Jeziora Sielpeckiego. Po stronie szosy było ono płytsze i zamieniało się w rozlewisko. Nad tą częścią jeziora położona jest Sielpia Wielka, a my mieszkaliśmy i startowaliśmy z Małej. Te okolice stanowią popularną bazę turystyczną. Mam znajomych, którzy często spędzali tu wakacje. Poza bliskością jeziora, turyści mogą zobaczyć starą walcownię z pierwszej połowy XIX wieku oraz zwiedzić Muzeum Zagłębia Staropolskiego.

Relaks na Jeziorze Sielpeckim

Wieczorem zdążyliśmy pójść na porządny obiad w jednej z miejscowych knajp. Przed wyjazdem zarezerwowałem nocleg w pensjonacie, który gościł biuro zawodów. Standard nie był najwyższy, ale nie kombinowaliśmy już ze zmianą miejsca. Głównymi gośćmi pensjonatu byli emeryci i renciści, którzy przyjechali tu do sanatorium. Wieczorem pod naszymi oknami słychać było hałas dyskoteki (przeważały stare przeboje i disco polo) oraz śmiechy pań w wieku emerytalnym. Atmosfera była niesamowita. Na szczęście udało nam się zasnąć.

Rano zjedliśmy śniadanie w barze nad jeziorem i wyjechaliśmy na południe w stronę Chęcin. Kiedy jeździłem trasą na Kraków, wielokrotnie widziałem tutejszy zamek z okien samochodu. Zawsze miałem ochotę przyjrzeć mu się z bliska. Historia zamku w Chęcinach sięga XIII wieku. Za czasów Władysława Łokietka w tych okolicach zbierano wojska przed wojnami z Krzyżakami. W 1331 roku stąd wyruszono na biwę pod Płowcami. Potem zamek przejął Kazimierz Wielki, który zamienił mury w niezdobytą przez 250 lat twierdzę. W Chęcinach mieszkała między innymi żona króla, a potem królowa Bona - żona Zygmunta Starego. W XVI wieku zamek zaczął podupadać. Atrakcje we wnętrzach zostały rozkradzione, mury zniszczały. Nie zmienia to jednak faktu, że trzy wieże na wzgórzu cały czas robią duże wrażenie. Zwiedziliśmy zamek i podziwialiśmy widoki. Powygłupialiśmy się trochę, bawiąc się średniowiecznym uzbrojeniem. Wycieczka była bardzo przyjemna.

Zabawy z bronią na zamku w Chęcinach

Potem pojechaliśmy kilka kilometrów dalej, żeby zobaczyć jaskinię Raj. Niestety, spotkał nas zawód. Okazało się, że bilety trzeba rezerwować z dużym wyprzedzeniem, bo jaskinia ma określoną przepustowość i trzeba ją zwiedzać grupami z przewodnikiem. Trudno, może innym razem uda się tam pojechać.

Do Warszawy wróciliśmy bardzo zadowoleni, po zaliczeniu kolejnego udanego weekendu biegowego. Było wszystko, co sobie zaplanowałem: bardzo fajny maraton, relaks w turystycznej miejscowości i zwiedzanie zamku. Jeżeli chodzi o kwestie sportowe, to trening przed Rzeźnikiem bardzo się nam udał. Trzy tygodnie później wygraliśmy ten morderczy ultramaraton w czasie 9:02, ustanawiając rekord trasy.

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin