O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2007-04-15, Paryż (Francja)


Cudowny klimat Paryża
Potworny upał na trasie

Relacja Roberta z 23. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:50:59

317 /
26879

1.2


Maratony Roberta

Od dzieciństwa marzyłem o tym, żeby pojechać do Paryża. Moja mama była tam w młodości i pokazywała mi swoje zdjęcia na tle Wieży Eiffela. Na początku lat 90-tych można już było swobodnie wyjeżdżać za granicę, z czego skorzystało parę osób z mojej klasy w podstawówce. Pojechali wtedy do Paryża, żeby zobaczyć Euro Disneyland. Niestety, taka wycieczka była bardzo droga. Zostałem wtedy w Polsce, a potem mogłem jedynie słuchać opowieści. Na przełomie szkoły średniej i studiów moi koledzy objeżdżali Europę samochodem i zatrzymali się w Paryżu. Zdjęcia, film, opowieści - ten temat przerabiałem już wielokrotnie. Odkąd pojawiły się tanie linie lotnicze, urlop w stolicy Francji nie był już niczym wyjątkowym. Dodatkowym magnesem stał się maraton paryski, w którym uczestniczy przeszło 30 tysięcy osób. Bieg jest zaliczany do największych na świecie, choć nie należy do grupy Marathon Majors (Londyn, Berlin, Nowy Jork, Boston, Chicago), ponieważ Francuzom podobno z jakichś powodów się to nie kalkulowało.

Impulsem do pobiegnięcia w Paryżu było zaproszenie od mojej byłej dziewczyny, która wyjechała tam na stypendium i zaofiarowała się, że pokaże mi miasto. Wpisowe za maraton zapłaciłem pół roku wcześniej, ponieważ wiedziałem, że może być problem z miejscami. Podobnie postąpiłem z biletami lotniczymi. Przed maratonem nie dogadałem się jakoś z moją koleżanką i wyszło na to, że w Paryżu będę musiał radzić sobie sam. Niedługo potem sprawy obrały inny bieg. Na treningu na Agrykoli spotkałem Danilo Ferrarisa, który poinformował mnie, że również wybiera się na maraton w Paryżu, bo niedawno przeprowadziła się tam jego córka - Chiara. Była to doskonała wiadomość, bo z Chiarą znaliśmy się już ładnych parę lat i mieliśmy świetną okazję, żeby się spotkać.

W Paryżu liczyłem po cichu na pobicie mojego rekordu życiowego. W tym przekonaniu utwierdził mnie doskonały trening, który wykonałem na dwa tygodnie przed maratonem. Tydzień później było już trochę gorzej, ale i tak perspektywy były zachęcające.

Do Paryża wyleciałem w czwartek wieczorem. Po intensywnym dniu pracy przejechałem taksówką bezpośrednio na lotnisko, by spędzić 2 godziny w zatłoczonym terminalu "Etiuda". Czekałem długo w kolejce, a potem siedziałem na podłodze, a i tak dobrze, że udało mi się znaleźć takie wygodne miejsce - inni stali w tłoku. Doleciałem na lotnisko Beauvais (na północ od Paryża), skąd czekała mnie blisko półtoragodzinna podróż autobusem. Potem musiałem się przetransportować metrem z jedną przesiadką i w końcu dotarłem do Place de Clichy (w północnej dzielnicy Paryża, niedaleko Montmartre). Bez trudu znalazłem swój hotel, o którym czytałem wcześniej różne opinie turystów. Ktoś napisał, że standardem jest usłyszenie pierwszego dnia tekstu o problemach hydraulicznych i konieczności przeniesienia się na pierwszą noc do innego hotelu. Podszedłem do recepcjonisty, wymęczony po całym dniu pracy i transporcie taxi - samolot - autobus - metro i usłyszałem: "Bardzo nam miło pana gościć, ale niestety wystąpiła poważna awaria wody w pana pokoju", itd. Mogłem się tylko uśmiechnąć. Na szczęście hotel, który mi zaproponowano na pierwszą noc, był jakieś 100 metrów dalej, do tego miał lepszy standard, a cena była ta sama. Prawdopodobnie z powodu wysokiej ceny mieli tutaj duże rezerwy miejsc noclegowych i chętnie zgadzali się na przyjmowanie gości z mojego docelowego hotelu, w którym permanentnie panował "nadkomplet". Położyłem się spać dopiero po północy.

Następnego dnia obudziłem się wcześnie rano i jako pierwszy pojawiłem się na śniadaniu. Zestaw składników był identyczny, jaki dostawałem kiedyś w Monako - bagietka, rogalik, masełko, dżem/miód, herbata/kawa, sok. Najeść się tym nie da, ale było smaczne. Odpocząłem chwilę, przebrałem się w ciuchy do biegania, założyłem mały plecak i przetruchtałem do najbliższej stacji metra. Wysiadłem na placu Charles'a de Gaulle'a, przy Łuku Triumfalnym, od którego zamierzałem zacząć krótkie zwiedzanie. Łuk ma blisko 50 metrów, jego budowę rozpoczęto za czasów Napoleona w 1806 roku, ukończono 30 lat później. Wewnątrz znajduje się grób nieznanego żołnierza, przy którym rozpalony jest wieczny płomień. Stojąc w tym miejscu podziwiałem najbardziej znaną arterię Paryża - Pola Elizejskie. Chciałem, żeby ktoś mi zrobił ładne zdjęcie, ale wszyscy koniecznie musieli obciąć mi nogi, nie objąć całego łuku, lub zmieścić mnie w kadrze idealnie, ale tuż obok Japończyka z kamerą :-/

Kolejny celem wyprawy była Wieża Eiffela. Przetruchtałem chodnikiem ruchliwej Avenue Cleber, by dotrzeć do Palais de Chaillot, sprzed którego miałem piękny widok na wieżę. Zbiegłem na dół i przekraczając Plac Warszawski (Place de Varsovie), stanąłem pod Wieżą Eiffela. Aby wjechać windą na górę, trzeba było czekać w bardzo długiej kolejce. Do wejścia schodami nie było takiego tłoku - ludzie są leniwi. Minąłem obojętnie kolejki i wszedłem na Pole Marsowe. Tam odbywała się wystawa samochodów marki Ferrari. Nie interesuję się specjalnie motoryzacją, ale przeszedłem się między pięknymi autami. Najbardziej podobał mi się model z rejestracją Księstwa Monako.

Tego symbolu Paryża nie trzeba nikomu przedstawiać; na dole widać wystawę Ferrari

Przebiegłem przez południową część Pola Marsowego, po czym dotarłem do Pałacu Inwalidów. Chciałem sobie pobiegać po ogrodach, ale miejscowa strażniczka stanowczo zareagowała, że nie można mi tego robić. Obejrzałem pałac z zewnątrz. Został on wybudowany w drugiej połowie XVII wieku dla kilku tysięcy inwalidów wojennych. W centrum kompleksu znajduje się wybudowany niedługo później kościół Inwalidów (Dome des Invalides), którego kopuła (105 m) jest dobrze widoczna z wielu miejsc w Paryżu. Tutaj znajduje się sarkofag z ciałem Napoleona. Jego zwłoki doczekały się oprawy, której mogliby mu pozazdrościć faraonowie spoczywający w piramidach czy wielkich grobowcach. Sarkofag wykonany jest z czerwonego porfiru (odmiana granitu), a ciału spoczywa w 6 włożonych w siebie trumnach, z których każda wykonana jest z innego materiału: metal (zewnętrzna), mahoń, ołów, inny ołów, heban i drzewo dębowe. Ja na swoje prochy poproszę jakąś tanią urnę...

Widok na Most Aleksandra i Pałac Inwalidów

Obszedłem Pałac Inwalidów i skierowałem się na północ. Na drugą stronę Sekwany przeszedłem pięknym mostem Aleksandra III z czterema charakterystycznymi złotymi figurami. Most prowadzi prosto na Pałac Inwalidów i można z niego podziwiać budynek w pełnej okazałości.

Most doprowadził mnie do Grand Palais - dużej szklanej hali wystawowej. Po drugiej stronie ulicy znajduje się jeszcze ładniejszy Petit Palais. Oba budynki, podobnie jak Most Aleksandra III, zostały wybudowane przed wystawą Expo, która odbywała się w Paryżu w 1900 roku.

Palais Royal

Przeszedłem się kawałek wzdłuż pól Elizejskich i zatrzymałem się na chwilę w parku niedaleko Pałacu Elizejskiego - siedziby prezydenta Francji. Dotarłem na Plac Concorde, z którego jest znakomity widok na Pola Elizejskie. Potem wróciłem do hotelu, wziąłem prysznic i przeniosłem rzeczy w nowe miejsce, gdzie miałem nocować przez resztę wyjazdu. Byłem zadowolony z nowego hotelu.

Pola Elizejskie z Placu Concorde

Moim planem na popołudnie było zwiedzanie Wersalu. Przejechałem metrem do stacji przy Placu Inwalidów, gdzie przesiadłem się w pociąg podmiejski. Jego trasa prowadziła na początku wzdłuż Sekwany. Kiedy wyjechał z tunelu, zobaczyłem statuę wolności, do złudzenia przypominającą tę nowojorską. Potem doczytałem, o co chodzi w tej całej historii. Nowojorska statua została podarowana przez Francję Stanom Zjednoczonym w 100-lecie niepodległości tego kraju (1886 rok), Na wyspie przy moście Grenelle znajduje się dziesięciokrotnie pomniejszona kopia.

Pociąg dowiózł mnie to Wersalu, gdzie wysiadłem z dużą sporą grupą turystów. Główną ulicą doszedłem do pałacu. Jego budowę rozpoczęto w drugiej połowie XVII wieku, a najbardziej rozbudowany został w czasach Ludwika XIV - Króla Słońce (zmarł w 1715 roku). Pałac razem z otaczającymi go parkami i ogrodami jest najwspanialszym dziełem francuskiego baroku klasycznego.

W XVIII wieku Pałac Wersalski był symbolem niesamowitego przepychu i sztucznej dworskiej etykiety. Dysproporcje między olbrzymim bogactwem dworu królewskiego, a zwykłym ludem były tak ogromne, że musiało się to skończyć rewolucją w 1789 roku. Ludwik XVI i jego żona Maria Antonina zostali wywiezieni z Wersalu. Oboje zostali później ścięci.

Historia Wersalu wiąże się nierozerwalnie z Marią Antoniną, która prowadziła tu swoje rozpustne życie. Za jej czasów w ogrodach powstał między innymi pałacyk Petit Trianon. Życiorys królowej jest bardzo smutny. W wieku zaledwie 14 lat została żoną Ludwika XVI, a ich małżeństwo stanowiło połączenie dwóch największych dynastii królewskich - Habsburgów (Maria Antonina urodziła się w wiedeńskim Hofburgu) i Burbonów. Mimo luksusów życia, królowa nie była szczęśliwa. Lud jej nienawidził, snuto przeciwko niej spiski i obwiniano za rzeczy, których nie zrobiła. Jej pierwszy poród miał miejsce w obecności 150 osób, bo takie panowały zwyczaje na dworze. Jej dzieci umierały bardzo młodo. Rewolucja francuska spowodowała, że wielka niegdyś królowa stała się zwykłą więźniarką i jako schorowana kobieta została ścięta w 1793 roku. Do końca zachowała jednak wersalską etykietę. Kiedy stała przed gilotyną, niechcący nadepnęła katowi na nogę i zwróciła się do niego: "Przepraszam, monsieur, zrobiłam to niechcący". Były to jej ostatnie słowa.

Wersal był potem miejscem wielu międzynarodowych konferencji. To tutaj podpisano Traktat Wersalski po I wojnie światowej. Dla mnie Wersal jest symbolem elegancji, dworskiej etykiety i nadmuchanego przepychu, który kiedyś musiał pęknąć. Mimo wszystko, miło było się przejść po wnętrzach, w których odczuwało się klimat tamtych czasów. Najbardziej imponującą komnatą jest Galeria Zwierciadlana o długości 74 metrów. Największe wrażenie zrobiła na mnie opera, znajdująca się w skrzydle pałacu. Nie jest duża, ale wykończone drewnem, pozłacane wnętrze jest piękne. Trudno się dziwić, że francuski lud się buntował, kiedy król wydawał pieniądze na prywatną operę w pałacu. Podobno wydatki na dwór stanowiły wtedy aż 10% całkowitego budżetu państwa. Dla porównania - udział kancelarii prezydenta RP w polskim budżecie, to obecnie około 0,05% - 200 razy mniej.

Wersalski przepych jest widoczny zarówno w pięknie odrestaurowanych murach pałacu, jak i jego ogrodach o powierzchni 100 hektarów. Ciężko jest obejść tak olbrzymi obszar. Wybrałem się w tym celu na długi, szybki spacer. Na środku ogrodów znajduje się ogromny basen w kształcie wielkiego krzyża. Można na nim popływać łodzią. Przeszedłem się też w okolicach Petit Trianon, po ładnie utrzymanych parkach. Zwiedziłem też piękne oranżerie i ogrody przy pałacu. Można tu spokojnie spędzić cały dzień.

Ogrody w Wersalu

Po wyjściu z Wersalu wróciłem do codziennych realiów. Na ławeczce przy głównej alei miasta siedziało trzech popijających piwo meneli. Nie wyglądali na takich, co chcieli się buntować i ścinać na gilotynie turystów odwiedzających pałac.

Most Aleksandra III

Wróciłem pociągiem do Paryża i wyszedłem na stacji Invalides. Obejrzałem jeszcze raz odwiedzoną rano okolicę - Pałac Inwalidów, Most Alexandra III i dwa pałace. Potem przeszedłem się na zachód do Avenue Montaigne. Tutaj znajdują się najbardziej eleganckie paryskie sklepy z ubraniami. Ceny na wystawach powodowały u mnie bardziej uśmiech politowania, niż zawrót głowy. Ile można dać za torebkę, zwykłe buty, czy prosto skrojoną sukienkę? Co jakiś czas na ulicy można było zobaczyć kobiety, które robiły tu zakupy. To chyba nie była dzielnica dla mnie. Nawet kiedy próbowałem obejrzeć wewnątrz sklep Chanel, ochroniarze/ekspedienci zasugerowali mi, że to raczej nie jest najlepszy pomysł. Cóż, gdyby te sklep istniał w czasach świetności Wersalu, Maria Antonina pewnie robiłaby tu zakupy i nie życzyłaby sobie plebsu, kręcącego się we wnętrzach. Wróciłem do mojego małego hotelowego pokoju w północnych dzielnicach - trzeba znać swoje miejsce.

Następny dzień poświęciłem na zwiedzanie Luwru. Żeby uniknąć kolejek, zjawiłem się tam wcześnie rano. Zaskakujący był dla mnie muzealny wystrój stacji metra. Na początku przeszedłem się po okolicznych ulicach i obejrzałem między innymi Palais Royal. W tym miejscu miałem następnego dnia biec pierwsze kilometry maratonu. Potem ustawiłem się w kolejce, jeszcze przed otwarcie muzeum. Dzięki temu, byłem jednym z pierwszych. Szybko kupiłem bilet i mogłem ruszać na spacerowy maraton po Luwrze.

Luwr o poranku

Historia budynku Luwru sięga końca XII wieku, kiedy w tym miejscu znajdował się zamek warowny. Jego fundamenty można oglądać w podziemiach muzeum. W XIV wieku zamek przekształcono w rezydencję, a w XVI wieku Franciszek I zmienił ją w renesansowy pałac. W 1791 roku Zgromadzenie Narodowe rewolucji francuskiej podjęło decyzję o przekształceniu Luwru w muzeum. Od tego czasu gromadzono tu zbiory z różnych stron świata, których tylko najlepsza część jest eksponowana. Pod konie XX wieku zakończono renowację budynku - stworzono podziemny kompleks pod głównym dziedzińcem i przykryto go piramidą. Luwr jest miejscem wielu wątków w książce "Kod Leonarda da Vinci" Dana Browna, którą czytałem przed przyjazdem do Paryża. Teraz miałem okazję lepiej wyobrazić sobie niektóre sceny opisywane w tym kryminale.

Muzeum jest tak duże, że ciężko jest je całe obejść w ciągu jednego dnia. Mnie się to udało - byłem w każdej sali. Kluczem do sukcesu jest narzucenie stałego tempa i dobra kondycja. Co to dla maratończyka ;-) Musiałem jednak uważać, żeby zbytnio nie zmęczyć nóg w przeddzień maratonu. Ten błąd popełniłem miesiąc wcześniej w Rzymie. Tutaj odległości nie były tak duże, ale wolne poruszanie się po salach też jest niestety męczące.

Trudno jest opisać wszystkie ważne eksponaty, które zobaczyłem w Luwrze. Najbardziej znane wśród nich to posągi Wenus z Milo i Nike z Samotraki oraz rzeźby Michała Anioła. Spośród innych przedmiotów, najciekawszy dla mnie był kodeks Hammurabiego. Tablica (tzw. stella) zawiera 282 paragrafy przepisów. Zaczyna się ostro: "Jeśli ktoś kogoś oskarżył i rzucił nań podejrzenie o zabójstwo, zaś tego mu nie udowodnił, ten, kto go oskarżył, poniesie karę śmierci.", a potem ucinają ręce, uszy, itd. Prawo w Babilonie miało charakter kazuistyczny (przepisy zaczynały się od słowa "jeśli"). Mieszkańcy państwa Hammurabiego nie byli równi wobec prawa - decydował status społeczny i majątek. Z zaciekawieniem obejrzałem pierwszy zachowany w całości do naszych czasów kodeks.

Najbardziej znanym obrazem w muzeum jest "Mona Lisa" autorstwa Leonarda da Vinci. Dzieło powstało w latach 1502-1507 i wiąże się z nim wiele teorii. Podobno przestawia Lisę Gherardini, żonę bogatego florenckiego kupca, który ponoć odmówił potem zapłacenia z obraz. Niektórzy mówią o tym, że "Mona Lisa" jest autoportretem da Vinci w ciele kobiety. Obraz stał się symbolem renesansu, jest bezcenny i przez to doskonale chroniony w Luwrze. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem "Monę Lisę" byłem zawiedzony jej skromnymi rozmiarami - myślałem, że portret jest większy. Obraz ma jednak coś w sobie - twarz wydaje się magiczna. Być może jest to autosugestia. Kiedy patrzy się na obraz razem z dużą grupą wgapionych w jeden punkt odwiedzających, można ulec psychologii tłumu. Ludzie tak patrzą na ten obraz od 5 wieków.

W czasie spaceru po Luwrze przeszedłem jeszcze przez wiele sal z ciekawymi eksponatami. Najbardziej podobało mi się w zabudowanych dziedzińcach Luwru, które zostały przykryte szklanym, piramidalnym dachem. Padające pod kątem światło w ciekawy sposób oświetlało stojące na dziedzińcu rzeźby.

Wnętrze Luwru

Po wyjściu z głównego gmachu muzeum przeszedłem się jeszcze do jego skrzydła, gdzie wystawiana była między innymi sztuka z Oceanii. Byłem zainteresowany tym tematem, bo od mojej wizyty w Australii minęło zaledwie pół roku i miałem świeżą pamięć o kulturze aborygeńskiej. Po wyjściu z wystawy na dobre opuściłem Luwr i przeszedłem pod łukiem triumfalnym Carrousel (wzniesiony na cześć Napoleona) do ogrodów Tuileries. Piękna pogoda w sobotnie popołudnie przyciągnęła tu wielu mieszkańców i turystów.

Po krótkim spacerze poszedłem do metra i pojechałem na targi maratońskie, żeby odebrać numer startowy. Było to możliwe w budynkach Paris Expo, przy stacji Porte de Versailles. Hala goszcząca maratończyków była niestety zbyt mała, żeby płynnie przyjmować uczestników biegu, których zarejestrowało się ponad 30 tysięcy. Po dość długim oczekiwaniu w kolejce udało mi się dostać do środka. Odebrałem numer i przespacerowałem się między stoiskami. Potem wyszedłem z zatłoczonej hali, ale po chwili przypomniałem sobie, że chciałem jeszcze zobaczyć jakieś gadżety maratońskie. Ochroniarze nie chcieli mnie wpuścić, mimo że przecież widzieli mnie wychodzącego zaledwie kilka sekund wcześniej. Niestety, nie dało się wrócić, a nie chciało mi się znowu stać w kolejce do wejścia, bo była ona teraz blisko 2 razy dłuższa, niż pół godziny wcześniej. Expo nie było przygotowane na tak dużą frekwencję.

Wieczorem położyłem się wcześnie spać i rano wstałem wypoczęty. Byłem przygotowany, żeby wstać odpowiednio wcześnie i spokojnie dojechać na start maratonu pod Łuk Triumfalny. Na miejscu miałem sporo czasu, ale zawsze lepiej zachować taką rezerwę. Ustawiłem się na starcie w strefie z przodu, jednak byłem dość daleko od mat. Start na Polach Elizejskich był bardzo fajnym przeżyciem. Na początku trasa delikatnie schodziła w dół w kierunku Placu Concorde, dzięki czemu wszyscy biegli szybciej. Ja też pędziłem, na początku robiąc slalom między wolniejszymi biegaczami. Okrążyliśmy Plac Concorde i biegliśmy Rue de Rivoli - przy ogrodach Tuileries i Luwrze. W tych okolicach umiejscowiony był pierwszy punkt odżywczy. Byłem w czołówce, więc nie miałem tu żadnych problemów. Znajomi biegli na czas w okolicach 4 godzin i skarżyli się potem na zatory w tym miejscu. Największe zagęszczenie maratończyków jest właśnie w okolicach tempa 5:30/km. Kiedy wszyscy zatrzymują się po kubek czy banana, to nawet na szerokiej alei zaczynają się robić korki. Podobno w tych miejscach pod nogami maratończyków był pokaźny śmietnik z kubków i skórek po bananach. Na szczęście ja nie musiałem przez to biec, choć dołożyłem kamyczek do ogródka moich następców w postaci rzuconego kubka.

Przebiegliśmy przez Plac Bastylii i poruszaliśmy się dalej na wschód. Przebiegliśmy przez park przy Chateau de Vincennes. Zamek mieliśmy po lewej stronie, ale ja jakoś nie zwróciłem na niego uwagi. Po biegu Danilo mnie strofował, że biegnę szybko, patrzę przed siebie i nie zwracam uwagi na to, co się wokół mnie dzieje. Na szczęście dwa lata później biegłem w Półmaratonie Paryskim, a jego start i meta były umiejscowione naprzeciwko zamku. Miałem wtedy okazję przyjrzeć mu się lepiej.

Chwilę pokrążyliśmy w parku Vincennes, a potem zaczęliśmy wracać na zachód. Przebiegliśmy znowu przez Plac Bastylii, a potem trasa skręcała nad Sekwanę. Mieliśmy tu pokonać 8 kilometrów. Z tego odcinka pamiętam piękne widoki, ale również tunele, do których musieliśmy kilka razy zbiec, a potem wdrapać się na górę. Tunel był okazją do chwili odpoczynku od upału. W słońcu było bardzo gorąco. Na tunelowych przewyższeniach radziłem sobie lepiej niż reszta stawki, trzymałem tempo i przesuwałem się do przodu. Niestety, trochę mnie to potem kosztowało. Po 33 km skręciliśmy w prawo znad Sekwany. Skończyły się tunele i nie było gdzie się schować przed słońcem. Desperacko szukałem cienia, ale upał był nieubłagany.

Wbiegliśmy do Lasku Bolońskiego, gdzie czekało nas jeszcze spore kółko. Tutaj nie było mowy o cieniu. Z relacji po biegu słyszałem, że wielu maratończyków zasłabło w Lasku Bolońskim, a karetki jeździły tutaj non-stop. Czułem, że z powodu upału nie będę w stanie pobić tego dnia mojego rekordu - zwolniłem.

Kiedy męczarnie w Lasku Bolońskim się skończyły, meta była już bardzo blisko. Wprawdzie na koniec trzeba było pokonać lekki podbieg w kierunku Łuku Triumfalnego, ale i tak nogi zaczęły mnie nieść. Przyspieszyłem i na mecie udało mi się uzyskać czas netto 2:51 bez jednej sekundy. Byłem zadowolony z wyniku osiągniętego w takich trudnych warunkach.

Pod Łukiem Triumfalnym po zakończeniu maratonu

Od razu po biegu położyłem się na stole do masażu. Miałem szczęście, że przybiegłem tak wcześnie. Parę minut później trzeba było czekać na masaż w kolejce, a w godzinach maratońskiego szczytu (czas około 4 godzin), pewnie nie dało się tu szpilki wcisnąć. Niestety, po biegu zacząłem odczuwać dolegliwości żołądkowe. To się zdarza po przebiegnięciu maratonu w upale. Przez 3 kwadranse leżałem na trawniku przy Avenue Foch, zanim mój organizm zaczął w miarę normalnie funkcjonować. Byłem umówiony z Chiarą na mecie (czekała na Danilo), ale stwierdziłem, że wolę wrócić najpierw do hotelu i doprowadzić się do stanu używalności. Po drodze do metra poprosiłem jeszcze przechodnia o zrobienie mi pamiątkowego zdjęcia na tle Łuku Triumfalnego. Maraton nie był może moim triumfem, ale biorąc pod uwagę warunki na trasie, mogłem być zadowolony z mojego wyniku.

Po chwili odpoczynku wybrałem się na zwiedzanie moich okolic. Z Place de Clichy (gdzie był mój hotel) przeszedłem się stronę Moulin Rouge. Ten znany kabaret został założony w 1889 roku w paryskiej dzielnicy czerwonych latarni. Nazwa ta nie przez przypadek oznacza "Czerwony Młyn" - na dachu stoi wiatrak.

Moulin Rouge

Takiego nasycenia erotyką nie widziałam ani w Hollywood, ani w dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie. Przy głównej ulicy ciężko jest tu znaleźć jakiś normalny sklep - wszędzie sprzedawane były pisma, filmy i gadżety erotyczne. Część lokali mieściła mniejsze lub większe kina erotyczne lub "pokazy na żywo", a na piętrach znajdowały się domy publiczne. Udało mi się znaleźć normalną knajpę z widokiem na Moulin Rouge, w której zamówiłem piwo. Byłem zszokowany ceną - 7 euro! Myślałem, że dorzucają do tego striptizerkę, ale niestety - tylko pół litra zwykłego piwa w szklance ;-(

Przeszedłem się na Plac Pigalle. Tutaj, zgodnie ze znanym hasłem ze "Stawki większej niż życie", są najlepsze kasztany. W filmie padało hasło francuskich antyfaszystów: "W Paryżu najlepsze kasztany są na placu Pigalle", na które należało odpowiedzieć: "Zuzanna lubi je tylko jesienią". Byłem trochę zawiedziony, bo przy placu nie było ani kasztanów, ani Zuzanny (może na wiosnę tu nie przychodzi, skoro kasztany jej nie smakują), ani nawet prostytutek. Liczyłem na to, że będą tłumnie stały przy słynnym "pigalaku".

Ostatnim atrakcjami turystycznymi na mojej krótkiej wycieczce była Bazylika Sacre Coeur i Montmartre. Potem miałem pojechać w jeszcze nieokreślone miejsce w centrum, gdzie umówiłem się z Chiarą - mieliśmy się zdzwonić. Podszedłem pod wzgórze z bazyliką i zaparło mi dech w piersiach. Kościół i jego otoczenie wyglądały jak w bajce. Zrobiłem zdjęcie, przy oglądaniu którego niektórzy pytają, co to za obraz. Rzeczywiście, dwoje ludzi na pierwszym planie stoi tak, jak gdyby oglądali jakiś wielki plakat.

Sacre Coeur

Pod bazyliką panowała bardzo przyjemna atmosfera - masa ludzi siedziała na trawnikach. Nastrój psuli nieco nachalni sprzedawcy tandety, ale starałem się nie zwracać na nich uwagi. Wszystko wyglądało tak, jak na filmie Amelia, w którym główni bohaterowie bawili się w chowanego pod Sacre Coeur - stara karuzela na dole i prowadzące na boki schody.

Wszedłem na górę, żeby obejrzeć Sacre Coeur z bliska. Bazylika została wybudowana z funduszy francuskich przemysłowców, w podziękowaniu za ocalenie Paryża w czasie wojny francusko-pruskiej (1870-71). Budowę ukończono w 1914, a konsekrację przeprowadzono po I wojnie światowej. Budynek został zaprojektowany w stylu romańsko-bizantyjskim, a ściany wzniesiono z trawertynu - białego granitu. Najbardziej widoczna jest wychodząca na centrum Paryża kopuła (79 metrów), jednak jeszcze wyższa jest schowana z tyłu wieża północna, która mieści najcięższy dzwon w Paryżu, ważący 19 ton. Przeszedłem się w środku bazyliki, lecz jej wnętrze nie było tak imponujące jak widok z zewnątrz. Mimo wszystko, uważam Sacre Coeur za najpiękniejszy zabytek Paryża, któremu nie dorównują inne symbole tego miasta, jak Katedra Notre Dame, a tym bardziej Łuk Triumfalny czy Wieża Eiffela.

Zdzwoniliśmy się z Chiarą i przeprowadziliśmy ciekawą konwersację: "Gdzie jesteś?" - "Pod Sacre Couer" - "Ja też". Co za zbieg okoliczności, że oboje wpadliśmy na pomysł, żeby tu przyjechać (mieliśmy się umówić trochę później w centrum). Poza Chiarą, pod bazyliką byli też Danilo i Ewa ze swoją córką Martą (obie znałem z biegów na Kabatach). Od razu wymieniliśmy opinie na temat maratonu. Danilo i Ewa narzekali, że ciężko im się biegło z powodu upału i opowiadali o ludziach słabnących w Lasku Bolońskim. Ja na szczęście odpoczywałem już wtedy na trawniku.

Z Chiarą na Place du Tertre

Przeszliśmy się na pobliski Place du Tertre. Swoje prace wystawia tu wielu artystów modernistycznych. Ta okolica ma głębokie korzenie artystyczne. Kiedyś mieszkał tu Pablo Picasso. Zeszliśmy w dół Montmartre ulicą Lepic, mijając po drodze młyn de la Gallette, w którym działa restauracja Moulin Radet (tak nazywała się rodzina właścicieli młyna). Tutaj jadali miejscowi pisarze i znani malarze - Picasso, Van Gogh i Renoir. Portrety tego ostatniego znajdują się we wnętrzu restauracji.

Nie zatrzymaliśmy się w Moulin Radet, ale poszliśmy do znacznie tańszej, ale równie popularnej Cafe des Deux Moulins przy 15 rue Lepic. To tutaj filmowa Amelia pracowała jako kelnerka. Wnętrze wyglądało identycznie jak w filmie. Szkoda, że zamówionego piwa nie przyniosła nam urocza Audrey Tautou.

Kawiarnia w której kręcono Amelię

Po uroczym spacerze po Montmartre pojechaliśmy wszyscy do Dzielnicy Łacińskiej (Quartier Latin). Tutaj pierwszy raz zobaczyłem Katedrę Notre Dame, po drugiej stronie Sekwany. Na zwiedzanie tej atrakcji turystycznej zamierzałem wybrać się ostatniego dnia pobytu. Przeszliśmy się uroczymi uliczkami dzielnicy pełnymi knajpek z jedzeniem z całego świata. Zatrzymaliśmy się w znalezionej przez Danilo greckiej restauracji "Le Marathon" (nazwa pochodzi zapewne od miejscowości Maraton w Grecji). Knajpa niestety nie nadaje się na tradycyjne przedmaratońskie pasta pasty, o czym miałem okazję się przekonać dwa lata później przed Półmaratonem Paryskim. Można tu za to zjeść tradycyjne greckie dania, znakomite dla głodnych biegaczy po maratonie. Zamówiliśmy wino i długo świętowaliśmy dzisiejszy bieg. Dokuczał nam grecki kelner, któremu w oko wpadła Marta. Był mocno narzucający się. Zrobiliśmy sobie z nim zdjęcie przed restauracją o wyjątkowo pasującej do tego dnia nazwie. W nocy wróciłem do hotelu bardzo zadowolony z wyniku maratońskiego i miłego wieczoru.

Pomaratońska uczta w restauracji Le Marathon

Cały następny dzień przeznaczyłem na biegowe zwiedzanie Paryża. Miałem ze sobą mały plecaczek, do którego wrzuciłem książkowy przewodnik po mieście i aparat fotograficzny. Paryżu - nadchodzę! ;-) Do zwiedzania miałem naprawdę dużo - praktycznie zrobiłem tego dnia kolejny maraton. Dobrze, że po właściwym starcie, a nie (tak jak w Rzymie) - w przeddzień.

Zwiedzanie rozpocząłem od Montparnasse. W centrum tej dzielnicy zbudowano Wieżę Montparnasse - bardzo wysoki biurowiec. Tuż obok niego znajduje się Gare du Montparnasse - największy węzeł komunikacyjny w Paryżu. Dzielnica jest znana też ze swojego cmentarza, na których chowana jest elita intelektualna i kulturalna Francji. Wbrew temu, co podają różne źródła, Fryderyk Chopin nie jest pochowany na Cimetiere du Montparnasse, tylko na Cimetiere du Pere Lachaise. Inną znaną paryską nekropolią jest cmentarz na Montmartre.

Z Montparnasse przebiegłem do Ogrodów Luksemburskich, obleganych przez mieszkańców Paryża. Tutaj znajduje się między innymi pomnik Chopina. Park był zapełniony mieszkańcami Paryża i studentami, którzy wylegiwali się na trawie. Przed Pałacem Luksemburskim znajduje się duży ośmiokątny basen, na którym odwiedzający puszczają modele żaglówek. Stateczki płyną wolno i często zatrzymują się na drugiej stronie basenu. Miło było nad nim posiedzieć w upalny dzień. Z parku wyszedłem mijając ładną fontannę Marii Medycyńskiej.

Żagłówki w Ogrodach Luksemburskich

Moje biegowe zwiedzanie kontynuowałem w dzielnicy Saint-Germain. Przebiegłem obok kościoła św. Sulpicjusza, który był niestety remontowany. Zwiedziłem również okolice Marche Saint-Germain, gdzie wypiłem piwo w pubie, żeby nabrać sił na dalszy bieg.

Wycieczkę kontynuowałem w Saint-Germain-des-Pres. Znajduje się tam stare opactwo, powstałe z inicjatywy biskupa Paryża, św. Germaina. Zachował się tu jedynie stary kościół benedyktynów i pałac opata. W najstarszym paryskim kościele pochowany został jeden z najwybitniejszych filozofów oświecenia - Rene Descartes (Kartezjusz). Co ciekawe, opatem w Saint-Germain-des-Pres był po swojej abdykacji polski król Jan Kazimierz, którego grób również znajduje się w murach klasztornych. Naprzeciwko kościoła działa Cafe des Deux Magots, w której bardzo lubił przesiadywać Ernest Hemingway. Trochę dalej obejrzałem pomnik Dantona - jednego z organizatorów i przywódców rewolucji francuskiej. Był on inspiratorem ataku na Bastylię. Rewolucja obróciła się potem przeciwko niemu - został ścięty na gilotynie w 1794 roku.

Dalszy spacer doprowadził mnie do Dzielnicy Łacińskiej, w której byłem wieczorem poprzedniego dnia. Obejrzałem ładnie eksponowaną Fontannę Saint-Michel i podziwiałem Katedrę Notre Dame. Nie wchodziłem jednak na Ile de la Cite, na której stoi ta słynna świątynia - zarezerwowałem na to czas następnego dnia.

Przeszedłem się do budynków Sorbony, założonej w 1257 roku, najstarszej po Uniwersytecie Bolońskim uczelni w Europie. Nazwa pochodzi od założyciela - Roberta de Sorbon, który był kapelanem i spowiednikiem króla Ludwika IX. W pierwszych latach na Sorbonie studiowało zaledwie dwudziestu studentów. Potem uczelnia bardzo się rozrosła. Co ciekawe, pierwszą kobietą-profesorem uniwersytetu była Maria Skłodowska-Curie. To w czasie kongresu na Sorbonie w 1894 roku został założony Międzynarodowy Komitet Olimpijski (inicjatorem był baron Pierre de Coubertin). W maju 1968 roku na uczelni miały miejsce rozruchy studenckie, które doprowadziły do jej zamknięcia na pewien czas. Studenci Uniwersytetu Warszawskiego wyprzedzili wtedy paryżan o 2 miesiące (wydarzenia marca 1968 roku w Warszawie).

Spacer w tych okolicach doprowadził mnie do Panteonu. Gmach został wniesiony na polecenie Ludwika XV w miejscu dawnego kościoła wczesnochrześcijańskiego. Budowę ukończono w 1789, jeszcze przed rewolucją francuską. Mury klasycystycznego Panteonu są ułożone w kształcie krzyża, nad którym wzniesiono dużą kopułę centralną. Panteon jest miejscem spoczynku wielu sławnych ludzi. Znajdują się tu między innymi groby Woltera, Jana Jakuba Rousseau, Victora Hugo, Emila Zoli, a także Marii Skłodowskiej-Curie.

Panteon

Moja dalsza wycieczka biegowa prowadziła bardzo przyjemną Rue Descartes (ulicą Kartezjusza), która doprowadziła mnie do uroczego placu. Potem skierowałem się w stronę paryskiego meczetu oraz Jardin des Plantes. Wróciłem na północ główną Rue Monge, zatrzymując się na chwilę na niepozornie schowanym w podwórku dziedzińcu Arenas de Letece. Ten amfiteatr z czasów romańskich mógł pomieścić 15 tysięcy widzów. Kiedyś odbywały się tutaj walki gladiatorów. Obecnie młodzi chłopcy grali tu w piłkę. Posiedziałem kwadrans na trybunach, obserwując zacięty mecz na nietypowym, okrągłym boisku.

Widok na Ile Saint-Louis od strony wschodniej; dobrze widać tylną część Katedry Notre Dame na Ile de la Cite

Zakończyłem długi spacer po południowych dzielnicach Paryża i wróciłem nad Sekwanę. Z jej brzegu miałem okazję obejrzeć wschodnią część Ile Saint-Louis oraz tylną część katedry Notre Dame. Przeszedłem mostem na drugą stronę rzeki i skierowałem się wzdłuż kanału na Plac Bastylii. Tędy przebiegałem poprzedniego dwa razy w czasie maratonu - na 6. i 25. kilometrze.

Na Placu Bastylii nie zachowały się żadne pozostałości twierdzy, której zburzenie rozpoczęło rewolucję francuską 14 lipca 1789 roku. Obecnie na środku placu stoi 52-metrowa Kolumna Lipcowa, na szczycie której widać złocony posąg Geniusza Wolności.

Plac Bastylii

Potem pobiegłem w kierunku Place des Vosges (Wogezy - pasmo górskie we wschodniej Francji) - najstarszego placu w Paryżu. Otaczające go kamieniczki zostały wybudowane w tym samym stylu - oparto je na arkadowych łukach. W kamienicy w południowo-wschodnim rogu placu mieszkał kiedyś Victor Hugo.

Przebiegłem się dawnymi żydowskimi uliczkami dzielnicy Marais, mijając po drodze muzeum Picassa. Trasa doprowadziła mnie do Centrum Pompidou. Decyzję o budowie siedziby centrum kulturalnego podjął w 1969 roku ówczesny prezydent Francji Georges Pompidou. Projekt był bardzo oryginalny, bo wszystkie instalacje w budynku są wyprowadzone na zewnątrz, a pomalowano je na różne kolory: niebieski to układ klimatyzacyjny, żółty - instalacje elektryczne, czerwony - cieplne, a zielony to wodociągi. Dziwaczny, "wyciągnięty na lewą stronę" budynek mieści Muzeum Sztuki Nowoczesnej (na wyższych piętrach) oraz bibliotekę publiczną.

Centrum Pompidou

Pospacerowałem jeszcze trochę uliczkami dzielnic Beaubourg i Les Halles i wróciłem metrem do hotelu. Byłem zaproszony na wieczorną kolację do Chiary. Razem ze swoim narzeczonym Emanuele mieszkała w przylegającym do Paryża południowym rejonie Issy-les-Moulineaux. Dojechałem tam metrem i zostałem miło przywitany na stacji. Zjedliśmy kolację w ich przyjemnym domku.

Dowiedziałem się ciekawej historii na temat związku Chiary i Emanuele. Oboje mają włoskie korzenie (Danilo jest Włochem), ale poznali się przypadkowo w Paryżu, gdzie Chiara robiła czasowo reportaże dla stacji TVN, w związku z wyborami prezydenckimi we Francji. Potem została w Paryżu i zaczęła tu pracować.

Okazało się, że Emanuele jest znanym fotografem, specjalizującym się w robieniu zdjęć gwiazdom. Zdobył nawet drugą nagrodę World Press Photo w 2003 roku w kategorii The Arts Singles za zdjęcie Sharon Stone na festiwalu w Cannes. Miał wyłączność na fotografowanie gwiazd na tym właśnie wydarzeniu filmowym. Dostałem od Emanuele okolicznościowy album ze zdjęciami z Cannes, ozdobiony miłą dedykacją.

Wieczór u Chiary i Emanuele był bardzo przyjemną odmianą po nieustannym bieganiu po Paryżu. W nocy wróciłem do hotelu, żeby spędzić tu ostatnią noc.

Moim porannym celem było wbiegnięcie na Wieżę Eiffela. Jakoś udało mi się zwlec z łóżka. Że ja jeszcze miało na to energię ;-) Przebiegłem przez dzielnicę na południe od mojego hotelu, której do tej pory nie odwiedziłem.

Zatrzymałem się przy Palais Garnier, bardzo ładnym, neobarokowym budynku Opery Paryskiej. Wznieniony w 1875 roku gmach mógł pomieścić 2200 widzów i był cudem architektonicznym tamtych czasów. Wprawdzie opera narodowa przeniosła się potem do nowoczesnego budynku Opera Bastille przy Placu Bastylii, ale Palais Garnier cały czas jest kojarzony jako siedziba Opery Paryskiej.

Przebiegłem kawałek dalej i dotarłem do Kościoła św. Marii Magdaleny (Le Madeleine). Budynek na pierwszy rzut oka nie przypomina katolickiej świątyni, a bardziej budowlę antyczną (mimo że kościół konsekrowano dopiero w połowie XIX wieku). Ze schodów świątyni jest widok na pobliski Plac Concorde, a dalej, już na lewym brzegu Sekwany, znajduje się Palais Bourbon - siedziba Zgromadzenia Narodowego.

Przebiegłem przez ogrody Tuileries i oglądałem stojący na drugim brzegu Sekwany budynek Muzeum Orsay. Na początku (od wystawy światowej w 1900 roku) pełnił on funkcję dworca kolejowego, jednak z powodu elektryfikacji kolei długość pociągów się zwiększyła i przestały one się mieścić na peronach. Po II wojnie światowej budynek pełnił różne funkcje, aż w końcu zmieniono go na muzeum, które otwarto w 1986. Zbiory Musee d'Orsay obejmują sztukę francuską z lat 1848-1918, a najpopularniejsze są dzieła impresjonistów i postimpresjonistów.

Pobiegłem lewym brzegiem Sekwany w stronę wieży Eiffela. Ustawiłem się w kolejce do wejścia na górę, jako jedna z pierwszych osób. Większość turystów wybrała windy i czekała w dłuższych kolejkach. Po otwarciu bramek ruszyłem na schody i zacząłem podbiegać. Najpierw na pierwszy poziom (57 metrów), a potem na drugi (115 metrów). Nie było to łatwe, bo akurat tego dnia przypadał szczyt bolesności pomaratońskich zakwasów. Na pierwszy poziom prowadzi 360 stopni, a na drugi - kolejne 359.

Wbiegłem na drugi poziom, na którym byłem pierwszym turystą. Pozostali "chodziarze" zostali bardzo daleko za mną, a żadna winda jeszcze nie przyjechała. Niestety, wyżej nie dało się wbiec - na trzeci poziom można wjechać tylko windą. Próbowałem kupić bilety w samoobsługowym automacie na kartę kredytową (kasa jeszcze nie działała), ale z jakichś powodów transakcja nie mogła być zrealizowana. Dobił mnie widok tłumu japońskich turystów, który przed chwilą wysypał się z windy na drugim poziomie i ustawił się w oczekiwaniu na wjazd na trzeci poziom. Stwierdziłem, że odpuszczę sobie oglądanie Paryża z najwyższego punktu widokowego wieży (275 metrów) i obszedłem taras na drugim poziomie. Widoczność była niezła i mogłem wyłowić najbardziej charakterystyczne, wysokie budynki, które widziałem z bliska w czasie tych kilku dni zwiedzania.

Widok z Wieży Eiffela na zachodnią część Paryża

Zapoznałem się z historią i cechami konstrukcyjnymi wieży. Została zbudowana w 1889 roku przed paryską Wystawą Światową (miały tu one miejsce kilkakrotnie). Planowano ją rozebrać po 20 latach, ale Gustaw Eiffel (zaprojektował również Most Aleksandra III) do tego nie dopuścił. Wieży przypisano znaczenie praktyczne - umieszczono tam laboratoria, a potem telegraf. Obecnie Wieża Eiffela jest symbolem Francji i jedną z największych atrakcji turystycznych.

Wieża liczy obecnie 324 metry, a jej wysokość zmienia się o 18 cm w zależności od temperatury. Jej ciężar, to około 10 tysięcy ton. Wieża Eiffela przyciąga samobójców - do tej pory zanotowano przeszło 400 prób. Najbardziej znana, to "nieświadome samobójstwo" Franza Reichelta - "latającego krawca" z Austrii. Stworzył on konstrukcję, dzięki której miał latać. Aby pokazać światu swój wynalazek, wypróbował go w 1912 roku na pierwszym poziomie wieży Eiffela. Jego potencjalny lot był nagrywany przez wiele kamer. Niestety, Reichelt spadł z 60 metrów jak kłoda i zabił się na miejscu. Lekarze wykazali, że nie żył już przed upadkiem, bo wcześniej dostał ataku serca.

Ja nie miałem zamiaru udawać ptaka. Zszedłem na dół tą samą drogą którą wbiegałem i wróciłem do hotelu. Wykąpałem się i przeniosłem walizkę z pokoju na recepcję. Przed wieczornym odlotem miałem jeszcze trochę czasu na zwiedzanie. Na paryski deser zostawiłem sobie dwie wyspy na Sekwanie - Ile de la Cite i Ile Saint-Louis.

Dojechałem metrem do centrum, przeszedłem przez ogrody Tuileries i dotarłem do Ile de la Cite. To tutaj zaczęła się historia Paryża. Na wyspie w IV wieku p.n.e. osiedliło się galijskie plemię Paryzjów. Potem ten rejon został opanowany przez Rzymian, a wyspę nazwano Lutecją (od łacińskiego lutum - błota, gdyż wyspa była często dotykana przez powodzie). Pierwsza świątynia (w miejscu obecnej katedry Notre Dame) powstała tu za panowania króla Chlodwiga w 498 roku, po przyjęciu chrześcijaństwa. Poważniejszy rozwój nastąpił dopiero w X wieku.

Na wyspę wszedłem Nowym Mostem (Pont Neuf) - najstarszą przeprawą w Paryżu. Zwiedzanie rozpocząłem od części zachodniej, w której znajduje się niewielki park. Spacer krętymi uliczkami doprowadził mnie do XIII-wiecznej Świętej Kaplicy (Sainte-Chapelle) i Pałacu Sprawiedliwości (Palais de Justice). Tutaj znajdował się kiedyś najstarszy w mieście pałac królewski. Obecnie w Palais de Justice jest siedzibą sądu. Podobał mi się jego elegancki dziedziniec.

Dalszy spacer doprowadził mnie do Katedry Notre Dame. W tłumaczeniu oznacza Katedrę Naszej Pani, co odnosi się do Matki Boskiej. Budowa gotyckiej świątyni trwała od 1163, a została zakończona w 1330 roku. Postała w miejscu dwóch kościołów, wybudowanych tutaj już w IX wieku. Notre Dame jest jedną z najbardziej znanych katedr na świecie. Rozsławiła ją między innymi powieść Victora Hugo "Dzwonnik z Notre Dame". W XVIII wieku do katedry wstawiono wielkie organy, które obecnie posiadają przeszło 7 tysięcy piszczałek.

Katedra Notre Dame

Obejrzałem wnętrze katedry, a potem obszedłem ją dookoła. Wrażenie zrobiły na mnie stojące na gzymsach maszkarony. Na placu przed katedrą znajduje się punkt zero, który jest oficjalnie centralnym punktem Paryża (stąd mierzy się odległości w mieście). Pod placem znajduje się wejście do Crypte Archeologique. Znajdują się tam fundamenty domów jeszcze z czasów galo-romańskich.

Ostatnim punktem zwiedzania była Ile Saint-Louis, na którą wszedłem z Ile de la Cite Mostem Świętego Ludwika. Wyspa została tak nazwana na cześć króla Francji Ludwika IX Świętego (XIII wiek). Na Ile Saint-Louis można spotkać sporo polskich akcentów. Od 1853 roku działa tu Biblioteka Polska w Paryżu, założona przez Adama Jerzego Czartoryskiego, Juliana Ursyna Niemcewicza i Karola Sienkiewicza (nie mylić z Henrykiem). Czartoryski mieszkał na wyspie w Hotelu Lambert i tutaj założył ugrupowanie o tej samej nazwie. Powstały w 1831 roku monarchistyczny obóz konserwatywno-liberalny działał na emigracji po powstaniu listopadowym. Skupiał głównie bogate kręgi społeczeństwa Wielkiej Emigracji. Obejrzałem stojący przy Quai d'Orleans budynek biblioteki i schowany na końcu wyspy Hotel Lambert. Obecnie znajdują się tu luksusowe apartamenty.

Dwie wyspy na Sekwanie były moim paryskim deserem turystycznym. Wróciłem do hotelu, zabrałem walizkę i pojechałem do pętli autobusowej Porte Maillot, skąd odjeżdżał mój autobus na lotnisko. Podróż trwała długo i do Warszawy dotarłem dopiero przed północą. Byłem trochę zmęczony intensywnym wyjazdem. Nie przeszkodziło mi to jednak w szybkiej regeneracji. Już w sobotę wygrałem maraton w Starej Miłosnej, łamiąc granicę 3 godzin na trudnej, leśnej trasie. Formę miałem wtedy niesamowitą.

Byłem zachwycony wyjazdem do Paryża i obiecywałem sobie, że muszę tu kiedyś przyjechać z moją przyszłą dziewczyną. Nie przypuszczałem, że marzenie spełni się już dwa lata później. Tym bardziej, nie mogłem się spodziewać, że moja przyszła dziewczyna pobiegnie wtedy ze mną ramię w ramię w Półmaratonie Paryskim i pobije tu swój rekord życiowy ;-)

Galeria zdjęć z Paryża

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin