O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2007-02-16, Luksor (Egipt)


Dziki maraton
Starożytna podróż

Relacja Roberta z 21. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:54:48

10 /
58

17.2


Maratony Roberta

Zima 2006/2007 była wyjątkowo łaskawa dla biegaczy. Po fantastycznym maratonie w Lizbonie na początku grudnia, mogłem jeszcze długo trenować w dobrych warunkach. Nie przekładało to się niestety na wyniki. Fatalnie wypadłem w Biegu Chomiczówki pod koniec stycznia. Musiałem zejść w połowie trasy i pierwszy raz w życiu nie ukończyłem zawodów. Podrażniło to moją ambicję i dwa dni później pobiłem rekord trasy Anin - Pyry (1:18:21). Potem w końcu spadły tony śniegu, które sparaliżowały Warszawę. W tych warunkach robiłem najważniejsze treningi przed maratonem i liczyłem na to, że w połowie lutego uda mi się spokojnie pobiec poniżej 3 godzin.

Start w egipskim maratonie planowałem już rok wcześniej. Był to najlepszy, najbardziej ekonomiczny sposób zaliczenia kontynentu afrykańskiego, a urlop można było przy okazji połączyć z odwiedzeniem bardzo ciekawych, historycznych miejsc, a także porządnie wypocząć.

Wycieczkę do Egiptu zaplanowałem z Marcinem i jego siostrą. Kasia, jako zastępca głównej księgowej w TUI, miała bardzo duże możliwości, jeżeli chodzi o załatwianie wycieczki "szytej na miarę". Na Egipt chciałem poświęcić tydzień urlopu i starałem się, żeby wyjazd był jak najbardziej intensywny. Głównym celem był maraton w Luksorze. Poza zwiedzaniem tego znanego miasta, chcieliśmy również zobaczyć Kair, a także odpocząć w Hurghadzie. Ponieważ te trzy miasta dzieli spora odległość (blisko 700 km w przypadku Kairu i Luksoru), wszystko trzeba było dokładnie zaplanować. Poszukałem trochę w Internecie i na naszym pierwszym spotkaniu przedstawiłem następujący plan: "Przylatujemy do Hurghady, jedziemy autobusem do Luksoru, stamtąd nocnym pociągiem do Kairu i wracamy autobusem do Hurghady, gdzie odpoczywamy". Ja załatwiłem sprawy związane z maratonem i noclegiem w Luksorze, Kasia poruszyła niebo i ziemię w TUI, żeby wszystko wyszło wygodnie i ekonomicznie. Udało się - przed wyjazdem wszystko było zapięte na ostatni guzik.

Z Warszawy wylecieliśmy w czwartek wcześnie rano. W Hurghadzie byliśmy po południu, tracąc przy okazji jedną godzinę, ze względu na zmianę czasu. Z lotniska odwieziono nas do hotelu na obiad. Przy okazji zwiedziliśmy trochę centrum Hurghady, ale miasto nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Roiło się od niedokończonych budynków, było niezbyt czysto i panował tu straszny hałas, generowany między innymi przez handlarzy, z których każdy koniecznie chciał nam sprzedać jakiś bubel.

Z hotelu zostaliśmy zabrani autobusem do Luksoru. Dołączyliśmy do grupy, która wybierała się stamtąd na rejs po Nilu. Najpierw pojechaliśmy wzdłuż Morza Czerwonego na południe do Safagi. Tam zbierał się konwój, w którym jechało wiele autobusów, pilnowanych przez policyjne auta. Egipcjanie są niezwykle ostrożni, jeżeli chodzi o bezpieczeństwo turystów. Trudno im się dziwić - w poprzednich latach Egiptem wstrząsały kolejne zamachy na turystów, bardzo psując wizerunek kraju i zmniejszając dochody z turystyki. Tragiczne wydarzenia rozegrały się w 1997 roku, kiedy to przed wejściem do świątyni Hatszepsut w Luksorze (dokładnie w tym miejscu był start i meta mojego maratonu) bojówki muzułmańskie dokonały ataku zabijając 58 zagranicznych turystów oraz 4 Egipcjan. Kolejne tragedie miały miejsce przed muzeum w Kairze, w Sharm el-Szejk (3 zamachy bombowe zabiły 63 osoby, raniły 130). Niecały rok przed naszym przyjazdem podłożono kolejne bomby w Dahab na Synaju. Jadąc do Egiptu starałem się o tym wszystkim nie myśleć. Setki policjantów na egipskich ulicach miały gwarantować spokój, ale dobrze wiedziałem, że z terroryzmem nie da się w ten sposób wygrać.

Konwój jechał dość wolno przez ciemną pustynię. Po drodze zatrzymaliśmy się na postoju, gdzie uwagę zwracały dzieci z wielbłądami i kózkami. Autobus odwiózł nas do hotelu, który zrobił na mnie spore wrażenie. Kompleks był położony na prywatnej, położonej na Nilu wyspie Crocodile Island, na którą prowadził wąski mostek. Od razu w oczy rzucała się bujna roślinność i wysoki standard hotelu. Na miejscu udało mi się znaleźć organizatora, odebraliśmy numery startowe i przy okazji od razu medale i papirusowe dyplomy. Pierwszy raz zdarzyło mi się otrzymać takie trofea przed maratonem. Wynikało to z tego, że następnego dnia wieczorem musieliśmy wyjechać z Luksoru i mogliśmy się nie wyrobić na ceremonię zamknięcia biegu. Organizator chyba zrozumiał, że do Kairu wyjedziemy zaraz po maratonie, co spowodowało pewne zabawne zamieszanie, o którym piszę niżej. Na razie, niczego nie podejrzewając, udaliśmy się do przydzielonych nam kajut na zacumowanym do wyspy eleganckim statku. Jego wnętrza przypominały mi to, co widziałem w filmie Titanic - piętrowe sale, fortepian i inne tego typu atrakcje. Nie mieliśmy czasu, żeby zwiedzić cały statek - była już północ, a perspektywa porannego maratonu kazała nam się wyspać.

Rano budzik był nieubłagany. Zjadłem zakupione w Polsce śniadanie. Kiełbasa krakowska sucha nie była może idealnym wyborem przed maratonem, ale przynajmniej miałem pewność, że nie zdążyła się zepsuć przez 24 godziny. Przypiąłem sobie dziwny numer startowy (gęsta siateczka z jakiegoś tworzywa) i ruszyliśmy na zapewnione przez organizatora śniadanie. Tam przekąsiłem jedynie bułeczkę z miodem i udaliśmy się do autokarów, które miały nas zawieźć na start.

Maraton był rozgrywany na zachodnim brzegu Nilu w Tebach - najważniejszym obok Gizy historycznym rejonie Egiptu. Rejon Luksoru był stolicą Nowego Państwa w latach 1570 - 1070 p.n.e. (XVIII - XX dynastia). Faraonowie XVIII zdecydowali się umieszczać swoje groby w wydrążonych tunelach we wzgórzach zachodniego brzegu, zrywając z tradycją budowy piramid. Liczyli, że dzięki temu miejsca ich pochówku nie padną potem ofiarą rabusiów. Pomylili się - do naszych czasów przetrwały jedynie skarby z grobowca Tutanchamona. Teby kryją niezwykłe bogactwo zabytków, z czego najbardziej znane to Świątynia Hatszepsut, Dolina Królów (znane są tam 63 kwatery) i Kolosy Mnenoma. Czekałem z niecierpliwością na długi bieg w tej niesamowitej okolicy.

Nasz hotel był ulokowany parę ładnych kilometrów na południe od centrum Luksoru. Żeby przejechać na drugą stronę Nilu, musieliśmy się skierować jeszcze bardziej na południe do mostu (innym sposobem przeprawienia się na drugą stronę są promy w centrum). Na zachodnim brzegu Nilu można było podziwiać nawadniane gęstą siecią pola uprawne, nad którymi gdzieniegdzie wyrastały palmy. Gdy zbliżaliśmy się do gór, krajobraz stał się nagle bardzo surowy - bujna zieleń zamieniła się w pustynię i blado żółte wapienne skały.

Autobusy dojechały na duży parking pod Świątynią Hatszepsut, około godzinę przed planowanym na 7:30 startem. Na rozgrzewkę mieliśmy sporo czasu. Niestety, organizacja na starcie pozostawiała wiele do życzenia. Można było zapomnieć o popularnych w Polsce przenośnych toaletach. Biegacze mogli skorzystać jedynie z udostępnianego dla turystów, mało higienicznego beczkowozu z niewielką ilością kabin. Na szczęście świątynia nie była jeszcze otwarta i uczestnicy biegów byli na razie jedynymi zainteresowanymi - kolejka nie była bardzo długa. Kiedy spytałem, gdzie można oddać własne odżywki do punktów z wodą, organizator poradził mi, żebym z nimi biegł i na pierwszym kółku zostawił w wybranych punktach (biegło się cztery pętle). Najgorzej zorganizowana była sprawa szatni, której po prostu nie było. Przebraliśmy się przy murku, a nieopisane plecaki z rzeczami zostawiliśmy koło stolika sędziowskiego. Na szczęście mieliśmy obsługę w osobie Kasi, która przechowała nasze cenniejsze przedmioty w torebce.

Przed startem maratonu na tle Świątyni Hatszepsut

W Luksorze można było uczestniczyć w jednym z biegów, rozgrywanych na trzech dystansach: Ramses Run na 12,336 km, półmaratonie "z hakiem" - Luxor-Run na 22,289 km, pełnym maratonie (tu już nie ma niespodzienek - ustawowe 42,195 km). Do tego dochodziła klasyfikacja wrotkarzy i wózkarzy.

Należy się wyjaśnienie, z czego wynikały niewymiarowe metry tras krótszych biegów. Wszyscy zawodnicy zaczynali na wysokości parkingu przy Świątyni Hatszepsut, biegli przeszło kilometr i wbiegali na pętlę o długości 9,953 km (tak zostało to opisane na mapie). Uczestnicy Ramses Run robili jedną pętlę, półmaratonu - dwie, a maratonu - cztery. Na koniec skręcali znowu w kierunku świątyni, dobiegając ten odcinek, od którego zaczęli bieg.

W Ramses Run startowało około 40 zawodników, ale czołową "czternastkę" stanowili biegacze z Kataru i Arabii Saudyjskiej, z których najgorszy uzyskał wynik 40:22. Piętnasty zawodnik miał czas blisko 20 minut gorszy! Chyba w żadnym biegu nie widziałem tak znaczącej różnicy między grupą zawodowców i amatorów. Połówkę pobiegło ponad 60 osób, a na podium stanęło trzech reprezentantów Kataru. Wyraźnie było widać, że ci zawodnicy pochodzili z Kenii i zostali po prostu "kupieni" przez ten bogaty kraj, jak wielu innych zdolnych lekkoatletów (np. pochodzący z Maroko Rasheed Ramzie - ówczesny mistrz świata na 800 i 1500 metrów). W maratonie wystartowała podobna liczba biegaczy jak na połówce i tej rywalizacji poświęcam oczywiście najwięcej uwagi.

Wspólny start biegów

Wystartowaliśmy spokojnie, dając się wybiegać dużej grupie, w której nie brakowało egipskich nastolatków, napierających bez obuwia po powoli rozgrzewającym się asfalcie. Już przed wbiegnięciem na pętlę widziałem sporą grupę katarskich Kenijczyków, do których po pierwszym kilometrze traciliśmy ponad minutę. Założenie było proste - miałem prowadzić Marcina na czas poniżej 3 godzin i ewentualnie przyspieszyć na końcu, jak mi się znudzi. Dlatego na pierwszej pętli poruszaliśmy się leniwie tempem 4:15/km i mieliśmy czas na podziwianie trasy. A było co oglądać - po jednej stronie wybudowane w skałach grobowce z Doliny Królowych, po drugiej nawadniane pola uprawne. Kolorytu biegowi nadawały dzieci z pobliskich wiosek, których były dziesiątki. Zbierały się w grupki i próbowały dotrzymywać kroku biegaczom. Wykrzykiwały trzy znane im po angielsku słowa i próbowały przybić z każdym piątkę. Marcin odwzajemniał entuzjazm dzieciaków, ja go stopowałem, żeby oszczędzał siły. Minęliśmy kolejne świątynie i w okolicach czwartego kilometra wbiegliśmy do większej wioski, w których ryzykowałem ostre ścinanie zakrętów. Asfalt był momentami bardzo nierówny, a często leżały na nim liście palmowe, na które trzeba było uważać. Jak pisałem już kiedyś, ścinanie zakrętów jest brzydkim zwyczajem. Tutaj trasa była jedank tak słabo oznakowana i zabezpieczona, że tak naprawdę nie wiadomo, którędy organizator wyznaczył ustawowy dystans 42195 m.

Po piątym kilometrze zauważyłem ciekawą prawidłowość - w odległości około 30 metrów rozmieszczone były kolejne znaki 5, 15, 25, 35. Zgodnie z tym, co czytałem na mapie, pętla miała niewiele poniżej 10 km. Biegnąc dalej, minęliśmy stojące po lewej stronie dwa kolosy Mnemona. Jest to pozostałość po usytuowanej w tym miejscu świątyni Amenhotepa III. Dalej skręciliśmy w lewo w miasteczku i biegliśmy 2 kilometry wzdłuż kanału El Fadlya. Zostaliśmy wyprzedzeni przez dziarsko biegnącą zawodniczkę z Republiki Południowej Afryki - Suzette Vermaat, która dwie i pół godziny później wbiegła na metą, jako pierwsza kobieta. Dobiegliśmy do kolejnego miasteczka, skręciliśmy w lewo i kierowaliśmy się drogą wzdłuż cmentarnego muru. W tym miejscu czekało na nas kilkadziesiąt dzieci. Najbardziej zaczepiały biegnącą przed nami zawodniczkę. Dalej minęliśmy dom Howarda Cartera, człowieka, który w 1922 roku odkrył grobowiec Tutanchamona. Na tej wysokości mijaliśmy oznaczenia 10, 20, 30, 40 km.

Dalej wbiegliśmy na drogę prowadzącą w kierunku Doliny Królów, ale chwilę potem skierowaliśmy się w przeciwnym kierunku. Była to jedyna zawrotka na trasie, powtórzona jednak 4 razy. Zostawiłem tam żel, który chciałem ponownie wziąć po minięciu 30. kilometra. Chwilę później minęliśmy zawodnika z Polski - Piotra Uciechowskiego. Przyjechał do Egiptu razem z większą polską grupą Marathon Travel. Narzekał, na brak snu - nie biegło mu się najlepiej. Niedługo potem minęliśmy drogę w kierunku świątyni Hatszepsut, zaczynając jednocześnie drugą pętlę.

Na dziesiątym kilometrze mieliśmy czas idealny na 3 godziny (42:30), zacząłem zatem dyktować szybsze tempo, żeby wyrobić odpowiedni zapas przed drugą, wyczerpującą połówką. Biegliśmy sami i mogłem podziwiać otaczające nas widoki. Trasa miała swój klimat. Dzieci w kolejnych wioskach nie dawały nam spokoju, a my twardo napieraliśmy dalej. Na prostej wzdłuż El Fadlya Canal zaczęliśmy doganiać poprzedzającą nas zawodniczkę. Przed zakrętem w lewo dzieliło nas kilka biegowych kroków, tymczasem ona napierała prosto. "This way" - krzyknąłem i gdy się odwróciłem chwilę później biegła tuż za nami. Później spotkaliśmy się dopiero na mecie. Marcin twardo utrzymywał dyktowane przeze mnie tempo i półmetek osiągnęliśmy w czasie 1:28:15 - lepiej niż zakładałem.

Wiedziałem, że końcówka maratonu może być ciężka. Słońce było coraz wyżej, asfalt się nagrzewał. Na 25. kilometrze Marcin zaczął narzekać na ból brzucha. Wspominał nawet coś o zatrzymaniu się. Starałem się go wesprzeć, że to przejdzie, jakoś się ułoży. Faktycznie, dwa kilometry później Marcin wrócił do gry. Tempo cały czas było lepsze od zakładanego - 4:05. Znów biegliśmy wzdłuż kanału, podziwiając widok zielonych pól uprawnych z surowymi górami w tle. Przy zawrotce nie widziałem przed nami żadnego zawodnika. Na punkcie odżywania miałem problem ze znalezieniem mojego żelu. Na szczęście pomógł mi Marcin. Spokojnie spożyłem zawartość tubki, trzymając się parę kroków za Marcinem, który wyraźnie się rozkręcał. Rozpoczęliśmy czwartą pętlę, mijając dziewczyny z Polski, które kibicowały swoim znajomym. Fajnie, że byliśmy najlepsi w tej grupie, a ja miałem na piersi polską flagę.

Marcin trzymał mocne tempo - najwyraźniej problem z brzuchem miał już dawno za sobą. Przez parę kilometrów to on mnie prowadził, choć to ja miałem być zającem, a na koniec powinienem przyspieszyć. Dublowaliśmy kolejnych zawodników, pozdrawiając między innymi biegaczy z Polski. Na 33. kilometrze wiedziałem już, że da sobie radę i na niewielkim wzniesieniu zacząłem go wyprzedzać. Wyrobiłem sobie niewielką przewagę i napierałem dalej. Zaskoczyło mnie trochę, że dystans między nami specjalnie się nie zwiększał - Marcin był naprawdę twardy. Na ostatnich kilometrach zmęczenie dawało powoli znać o sobie, choć nie zamierzałem zwalniać. Co jakiś czas odwracałem się za siebie i pokazywałem Marcinowi uniesiony do góry kciuk, że świetnie sobie radzi.

Twardo pokonujemy kolejne kilometry

Skręciłem do wioski, gdzie zachowanie dzieci było wyjątkowo męczące - wręcz blokowały drogę. Mało ich nie staranowałem. Przy cmentarzu jakiś chłopak miał super zabawę, toczył obok mnie oponę, która skręcała w nieprzewidzianych momentach i mogła zablokować mi drogę. Zwracałem uwagę, w końcu zacząłem się drzeć na chłopaka, który początkowo się przestraszył, a potem zaczął się ze mnie śmiać - podobnie, jak Marcin, który widział tę sytuację kawałek dalej i opowiadał mi o tym po biegu. Na zawrotce zauważyłem przed sobą biegacza, który wyglądał dość mocno. Kończył zatem czwarte kółko i był moim potencjalnym rywalem na mecie. Na mijance pozdrowiłem Marcina i ruszyłem za zauważonym przed chwilą rywalem. Nie myliłem się - zawodnik przede mną skręcił z pętli w kierunku Świątyni Hatszepsut. Zacząłem go doganiać kilometr przed metą, ale wtedy on znacznie przyspieszył. Znów go doszedłem, ale za chwilę byłem parę ładnych metrów za jego plecami. Po prostu, bawił się ze mną. Miał dodatkowe wsparcie, bo obok niego jechał ktoś na rowerze - pewnie jakiś jego "menago". Postanowiłem zostać za plecami kolegi i czekać na rozwój wydarzeń. Byłem świadomy, że moim atutem może być odrzutowy finisz (wspominałem wyprzedzenie Marka Swobody na ostatnich metrach maratonu w Poznaniu).

Po przebiegnięciu kilku łuków wiedziałem już Świątynię Hatszepsut i bramę mety. Utrzymywałem dystans, kumulując energię na ostatnie sekundy. Zaatakowałem, kiedy do mety pozostawało kilkadziesiąt metrów. Ktoś krzyczał do mojego rywala, żeby uważał, ale było za późno. Wyprzedziłem z niesamowitą przewagą prędkości, a reakcja była zbyt późna - wygrałem rzutem na taśmę. Okazało się potem, że mój rywal reprezentował Jordan, a swoim finiszem zapewniłem sobie dziesiąte miejsce w maratonie. Bardzo się z tego ucieszyłem, bo zawsze marzyłem o tym, żeby być wymienionym w magazynie "Distance Running", w którym wyróżnia się przeważnie pierwszą dziesiątkę zawodników z międzynarodowych maratonów. Niestety, w przypadku maratonu egipskiego, organizator wysłał do pisma jedynie wyniki pierwszej trójki.

Niestety pomiar czasu na maratonie nie był najlepszy. Zmierzyłem sobie 2:54:48, choć w oficjalnych wynikach widniało 2:54:02. Marcin wbiegł na metę niecałe pół minuty za mną. Padliśmy sobie w ramiona. Zrealizował swój cel - złamał 3 godziny na tej trudnej trasie, do tego z bardzo dużym zapasem. W trakcie biegu nie zwracał uwagi na wskazania swojego zegarka (miał z nim jakieś problemy) i dziwił się, że narzuciłem tak mocne tempo i skończyliśmy maraton w tak dobrym czasie. Śmiał się, że pytał mnie kilka razy, czy na pewno biegniemy na 3 godziny. Ja potwierdzałem, a potem dobiegliśmy w 2:55.

Za metą usiedliśmy w cieniu tablic reklamowych, które były tłem za podium. Niepokoiliśmy się, że nigdzie niw było widać Kasi. Martwiliśmy się o nią, do tego byliśmy uziemieni - miała nasze portfele, dokumenty i telefony komórkowe. Po przeszło godzinie czekania chciałem nawet pożyczyć pieniądze od Polaków. Na szczęście Kasia w końcu dotarła na metę. Na szczęście nie miała żadnych przygód - po prostu była trochę zagubiona.

Ponieważ mieliśmy tylko jeden dzień na zwiedzanie Luksoru, trzeba było działać szybko. Wymieniliśmy dolary na targu obok parkingu. Przeszliśmy się po kilku straganach, ponieważ kurs wymiany tutejszej waluty (funt egipski) był bardzo zmienny. Kiedy pierwszy handlarz zaproponował mi kurs - zaśmiałem mu się w twarz i odszedłem. W końcu udało mi się znaleźć człowieka, z którym po minucie targowania dało się zrobić biznes. Narzekał jednak, że nie ma drobnych i zamiast kilkudziesięciu funtów oferował mi jakieś tandetne figurki. Twardo obstawałem przy swoim i w końcu dokonał wymiany ze swoim kolegą, a ja otrzymałem czystą walutę.

Od razu kupiliśmy bilety i weszliśmy na teren Świątyni Hatszepsut (wzniesiona 1498-1483 p.n.e.). Budowla jest wspaniale wkomponowana w potężny, stromy, górski amfiteatr. Królowa Hatszepsut władała Egiptem przez 15 lat. Była prawdopodobnie córką, siostrą, żoną i ciotką trzech pierwszych Tomtesów. Do jej świątyni prowadziły długie, niezbyt strome podejścia, które nadawały klimat temu miejscu. Największe wrażenie zrobił na mnie widok w górę z najwyższego poziomu świątyni - mieliśmy nad sobą praktycznie pionową skałę.

Widok ze wzgórza na Świątynię Hatszepsut

Kolejną atrakcją była Dolina Królów. Dojechaliśmy tam taksówką, której cenę również udało mi się skutecznie wynegocjować. Spędziliśmy chwilę w niewielkim muzeum przy wejściu do doliny. Kasia z Marcinem poszli wymienić walutę, a ja usiadłem na zimnej posadzce, oparty plecami o mur i jadłem zrobione rano kanapki. Na regenerację nie miałem zbyt wiele czasu. Wkrótce wędrowaliśmy drogą pod górę i minęliśmy wejścia do pierwszych grobów. Zaczęły one powstawać w czasach XVIII dynastii (1570 - 1293 p.n.e.) - okresie największego dobrobytu. Stolica w Tebach rozwijała się w czasach XIX i XX dynastii (do 1070 p.n.e., kiedy to nastąpił schyłek okresu Nowego Państwa).

Skręciliśmy w drugą aleję po prawej stronie, do grobowca Ramzesa IV. Wnętrze robiło wrażenie - hieroglify, kolorowe malowidła. To nie był plastikowy Disneyland, tylko prawdziwe miejsce pochówku Faraona. Dalej przeszliśmy placem, przy ostatnio odkrytym grobowcu KV5, w którym pochowani byli liczni synowie Ramzesa II. Odnaleziono go dopiero w 1995 roku, wykopaliska wciąż trały, a do tego czasu zidentyfikowano aż 110 komór.

Doszliśmy do głównego placu, przy którym mieści się wejście do chyba najbardziej znanego grobowca Tutanchamona - jedynej krypty, która nie została obrabowana. Odkrycia grobowca dokonał w 1922 roku po 7-letnich poszukiwaniach Howard Carter (jego dom był przy trasie naszego maratonu). Widziałem oryginalny film, na którym jest pokazane, jak Carter z pomocnikami wynosił część z 5 tysięcy cennych przedmiotów zgromadzonych w grobowcu. Najbardziej znana jest chyba maska Tutanchamona zmarłego przedwcześnie Faraona (żył tylko 11 lat), którą oglądaliśmy nazajutrz w muzeum kairskim. Weszliśmy do grobowca Ramzesa VI, gdzie zachowały się piekne barwy malowideł. Wejście było bardzo strome. Moje zmęczone maratonem nogi mocno to odczuły, do tego w wąskich korytarzach panował straszny tłok i trzeba było się zatrzymywać na stromym podejściu.

Egipska zima wcale nie jest zimna. Skały w dolinie zaczynały się nagrzewać i temperatura wzrosła dobrze powyżej 20 stopni. Znajomi zdawali mi relację z wizyty w Dolinie Królów w sierpniu. Ponoć wszyscy mieli dość po wykonaniu paru kroków w tej okolicy i marzyli jedynie o powrocie do klimatyzowanego autokaru. Podobno 40 stopni Celsjusza w tym okresie to norma.

W Dolinie Królów zaczynało się robić gorąco

Z głównego placu udaliśmy się na wschód, przechodząc obok najpiękniejszego w dolinie grobowca należącego do Setiego I. Niestety, wejście jest zamknięte dla zwiedzających. Zaczęliśmy wspinać się na górę, która oddzielała nas od Świątyni Hatszepsut. Wdrapywaliśmy się kamienistą ścieżką, a upał dawał się mocno we znaki. Śmialiśmy się z Marcinem, że nieźli z nas twardziele - najpierw ciężki maraton, a potem długie zwiedzanie, połączone ze wspinaczką. Nagrodą za nasz trud był piękny widok na południowy-wschód. Najpierw żółto-różowe wapienne skały, dalej wyraźna granica i intensywnie nawadniana dolina Nilu, szeroka rzeka i Luksor. Stałem na skale i oczarowany oddychałem pełną piersią. Po dalszym spacerze grzbietem góry czekała na nas kolejna atrakcja. Stanęliśmy nad praktycznie pionowym urwiskiem, a przeszło 100 metrów pod nami była główna część Świątyni Hatszepsut i wyglądający jak mrówki turyści. Na górze zaczepiło nas kilku egipskich nastolatków, żeby zrobić sobie z nami zdjęcie. Był to już nie pierwszy taki przypadek - tutejsza młodzież ceni sobie takie pamiątki.

Charakterystyczy krajobraz regionu - surowa pustynia, zielone pola uprawne i Nil

Zeszliśmy powoli wąską ścieżką, okrążają świątynię od strony północnej. Na parkingu nie pozostało wiele śladów po odbywającym się w tym miejscu starcie i mecie maratonu. Po krótkich negocjacjach wzięliśmy taksówkę, która miała nas zawieźć do promu na brzeg Nilu. Przedstawiliśmy kierowcy nasz plan wycieczki - chcieliśmy przeprawić się na drugą stronę do Świątyni w Luksorze, pojechać do Karnaku (wspaniały kompleks świątynny) i wrócić do naszego hotelu, który znajdował się na drugim końcu Luksoru. Taksówkarz radził, żeby nie brać promu, tylko skorzystać z usług jego kolegi, który przetransportuje nas do wszystkich tych miejsc łodzią. Od razu powiedział również cenę - 300 funtów egipskich. Taksówka wodna była znakomitym pomysłem. Obie atrakcje oraz hotel były tuż przy brzegu Nilu, a znacznie przyjemniej podróżuje się rzeką niż drogą. Zgodziłem się, przygotowany na twarde negocjacje z taksówkarzem wodnym. Trwały one kilkanaście minut, kiedy przeprawialiśmy się na drugą stronę Nilu. Powiedziałem, że jeśli nie zejdzie z ceną, zapłacimy jedynie za transport do świątyni, a dalej poradzimy sobie sami. Na drugim brzegu przybiliśmy w końcu piątkę, ustalając cenę za kompleksową usługę na 160 funtów - wynegocjowałem blisko 50% upustu.

Świątynia w Luksorze, jest wysoka, wąska (praktycznie jeden długi korytarz), długa (230 metrów) i mocno zniszczona. Olbrzymie wejście zrobiło na mnie wrażenie, choć popołudniowe słońce mocno mnie oślepiało, a kolumny dawały bardzo długi cień, uniemożliwiając zrobienie ładnych zdjęć. Wnętrze pozbawione było dachu i bardzo ostro rysowały się granice między obszarem nasłonecznionym i zacienionym. Świątynia była rozbudowywana w latach 1386 - 1212 p.n.e. i szokiem dla mnie była komnata zupełnie nie pasująca do reszty, zaprojektowana za czasów Aleksandra Wielkiego (332 - 323 p.n.e.). Po wyjściu, przeszliśmy się kawałek Aleją Sfinksów, która choć przerwana współczesnymi drogami, ciągnie się 3 km na północ, aż do Karnaku. To właśnie ten kompleks świątynny był naszym kolejnym celem.

Przepłynęliśmy taksówką około 3 kilometrów i zacumowaliśmy przy małej przystani, z której trzeba było kawałek dojść. Karnak jest olbrzymi. Pierwsze świątynie wzniesiono tutaj w czasie XII dynastii (ok. 1800 p.n.e.), ale intensywna rozbudowa nastąpiła za czasów faraonów XVIII dynastii, którzy zostali pochowani w Dolinie Królów. Do wejścia prowadziła aleja sfinksów z baranimi głowami. Po przejściu wielkiej sali, nazwanej przedsionkiem, doszliśmy do Wielkiego Hypostylu. Jest to sala o powierzchni 6 tysięcy metrów, składająca się ze 137 olbrzymich kolumn.

Karnak - aleja sfinksów z baranimi głowami

To miejsce kojarzy mi się z filmem "Szpieg, który mnie kochał" - jedną z części serii o Jamesie Bondzie, z Rogerem Moorem w roli głównej. Bond próbował zdobyć pewien niezwykle cenny mikrofilm, od którego zależały losy ludzkości. Sceny były kręcone przy piramidach w Gizie, w czasie nocnego pokazu świateł w okolicach Sfinksa. Okazało się, że mikrofilm został przechwycony przez olbrzyma o metalowych zębach. Bond i rosyjska agentka ruszyli za nim w pogoń, co pozwoliło na nakręcenie scen pościgu samochodowego po pustyni. Olbrzym zaparkował przed wejściem do… Karnaku (aż dziw, że nie musiał zapłacić za wstęp), gdzie rozegrało się kilka mrożących krew w żyłach scen, z czego długa sekwencja została nakręcona właśnie w tej sali kolumnowej. Kto orientuje się w geografii tego rejonu, uzna samochodową pustynną pogoń z Kairu do Luksoru za totalny absurd (miasta dzieli blisko 1000 km). Scenariusz został napisany bardzo na siłę, ale dzięki temu widzowie mogli obejrzeć najpiękniejsze zabytki Egiptu. Gdyby jakiś polski filmowiec chciał pokazać ciekawe miejsca w naszym kraju, mógłby na tej zasadzie nakręcić pościg samochodowy z wydm w Łebie do Ustrzyk Górnych w Bieszczadach. Polskie drogi byłyby niezłym odpowiednikiem pustynnych bezdroży egipskich.

W dalszej części ruin uwagę zwróciły ogromne obeliski (320 ton), wyciosane z jednego kawałka asuańskiego granitu, przetransportowane Nilem z Asuanu. Doszliśmy do najbardziej wysuniętej na wschód części ruin, gdzie znajdowały się pozostałości po świątyni Ramzesa II. Zobaczenie całego kompleksu świątynnego zajęłoby nam bardzo dużo czasu, a ja powoli miałem już dość. Mojej uwadze umknęło Święte Jezioro (prawdopodobnie widziałem je z daleka) - baseny w południowej części ruin.

Po wyjściu z Karnaku kupiliśmy wodę i udaliśmy się na przystań do taksówki. To był koniec naszego zwiedzania - teraz czekała nas tylko długa przeprawa łodzią do hotelu. Płynęliśmy głównie wzdłuż zachodniego brzegu. Dzięki temu mogliśmy przyjrzeć się miastu z szerszej perspektywy oraz obserwować zakończenie prac na pobliskich polach uprawnych. Rolnicy powoli wracali do domów, zbierając narzędzia. Jakiś rozebrany do naga Egipcjanin zażywał kąpieli w rzece kilkadziesiąt metrów od naszej łodzi. Później obserwowaliśmy zachwycający zachód słońca.

Zachód słońca nad Nilem

Obserwowałem drugi brzeg i spostrzegłem wyspę, na której był nasz hotel. Chwilę później taksówkarz obrał kurs właśnie w tym kierunku. Nie pasowało mi jedna bardzo istotna rzecz - nie widziałem naszego hotelowego statku. Liczyłem, że się mylę i jest on zacumowany z drugiej strony. Taksówkarz dopłynął do brzegu. Poza uzgodnioną wcześniej, kwotą dałem mu spory napiwek i stać mnie było jeszcze na uśmiech, choć zaczynałem się denerwować nieobecnością statku, na którym zostały nasze rzeczy.

Przedstawiliśmy sytuację w recepcji, na co dostaliśmy odpowiedź, że statek odpłynął niecałe 2 godziny temu. Kursował on z Asuanu do Kairu, a w Luksorze miał tylko jednodniowy postój. Prawdopodobnie był to turystyczny rejs po Nilu, oferowany w wielu polskich biurach podróży. Przez dłuższy czas była to jedyna informacja i nietrudno zgadnąć, że byliśmy mocno wkurzeni. Ciężko było rzucić się w pogoń za statkiem, na którym płynęły nasze bagaże. Parę minut później przyszedł inny portier i mówiąc powoli zakomunikował, że liczyli na nasz wcześniejszy powrót, a statek musiał odpłynąć po południu i nie mogli już na nas czekać. Zaczynało się we mnie gotować, ale dalsza część wypowiedzi była miodem dla moich uszu "...dlatego komisyjnie spakowaliśmy wszystkie rzeczy z waszych kajut w plastikowe worki i wszystko jest teraz dostępne w przechowalni bagażu". Uff...

Powołałem się na uzgodnienia z poprzedniego dnia, że będziemy mogli wziąć prysznic w hotelu po maratonie. Potraktowano nas bardzo elegancko, przydzielając 3-osobowy pokój na kilka godzin, dzięki czemu bez problemu mogliśmy się odświeżyć. Wieczorem czekała na nas jeszcze jedna atrakcja - udaliśmy się na kolację sponsorowaną przez organizatorów biegi. Poza wieloma smacznymi egipskimi daniami, mogliśmy również podziwiać pokaz tańców egipskich. Panie kręciły biodrami, a pan kręcił się w kółko - wszystko przy skocznej muzyce. Na bankiecie najadłem się do syta.

Kupiliśmy z Marcinem pamiątkowe koszulki maratońskie. Egipcjanie bardzo lubią nadrukowywać na ubrania swojej produkcji znaki znanych firm. Ja wybrałem czarną koszulkę z nadrukiem Nike, Marcin białą z Reebok. Obie "Made in Egypt", nie miały nic wspólnego z wyżej wymienionymi firmami.

Zaczekaliśmy przed hotelem na umówioną poprzedniego dnia dużą taksówkę. Zgodnie z planem, przyjechał nią nasz przewodnik - niezwykle sympatyczny człowiek. Traktowano nas po królewsku. Taksówkarz wysadził nas przed wejściem na dworzec w Luksorze, pan odprowadził nas na peron i zaczekał na przyjazd pociągu. Pokazał nam nasze przedziały sypialne i polecił obsłudze pociągu. Aż głupio mi się zrobiło. Wszystkie moje poprzednie wyjazdy organizowałem sobie samemu, nikogo nie prosiłem o żadną pomoc i świetnie dawałem sobie radę. W Egipcie prawie noszono nas na rękach. Duży wpływ na to miała obecność Kasi. Opiekowała się nami firma Travco - partner TUI i egipskie biuro chciało się pokazać z jak najlepszej strony. Kasia żartowała skromnie, że uznają ją chyba za bardzo wysoko postawioną osobę.

W przedziale zjedliśmy smaczną kolację - już drugą tego dnia. Trzeba było się dobrze odżywić po maratonie. Nazajutrz czekał nas kolejny wyczerpujący dzień - od rana mieliśmy zwiedzać Kair. Szybko zasnąłem, a obudziłem się tuż przed śniadaniem. Niedługo po posiłku wysiedliśmy na dworcu w Kairze, gdzie czekał na nas pan z karteczką i zostaliśmy odprowadzeni do dużej taksówki. Tam poznaliśmy naszego przewodnika. Był to niezwykle dynamiczny młody człowiek, który niedawno skończył archeologię na uniwersytecie w Kairze. Opowiadał z niezwykłą pasją, do tego wydawało się, że zna wszystkich w tym wielkim mieście (17 milionów mieszkańców).

Jechaliśmy przez Kair, a naszemu przewodnikowi buzia się nie zamykała. Nawiązałem z nim dyskusję na temat piłki nożnej. On znał ostatnie dokonania Polaków (pół roku wcześniej odbywały się mistrzostwa świata w Niemczech), a ja Egipcjan (mistrzostwo Afryki). W trakcie dyskusji z niepokojem patrzyłem na to, co dzieje się na ulicach - kierowcy jeżdżą tu jak wariaci. "Pasy na jezdni są tu tylko dla dekoracji" - śmiał się przewodnik. Przeprawiliśmy się mostem na zachodnią stronę Nilu, przejeżdżając przy okazji przez wyspę, na której zbudowana jest Wieża Kairska - 152 metry. Kiedy zbliżaliśmy się do Gizy (południowo-zachodnia część Kairu), przewodnik zaczął nam opowiadać o tym, co mieliśmy wkrótce oglądać. Przyjechaliśmy idealnie na otwarcie zwiedzania, które można zacząć o 8:30.

Piramidy w Gizie są jedynym z siedmiu cudów świata, który przetrwał do naszych czasów. Wznoszono je w czasach IV dynastii, należącej do okresu Starego Państwa. Najwyższa jest Wielka Piramida Cheopsa, od której zaczyna się spacer. Ma 150 metrów wysokości, tworzy z ziemią kąt 52 stopni, składa się z 2,3 mln kamiennych bloków, każdy waży ponad 2,5 tony. Większym rozmiarem może się pochwalić jedynie piramida w Meksyku. Nie jest prawdą, że Wielka Piramida Cheopsa została wzniesiona przez niewolników. Zbudowali ją wyspecjalizowani robotnicy, wspomagani logistycznie przez rzesze ludzi zatrudnionych przy spływaniu Nilem wapiennych i granitowych bloków z Asuanu. Nadal zagadką jest, w jaki sposób bloki były wciągane w wyższe partie piramidy. We wnętrzu budowli znaleziono elementy barki rzecznej z drewna cedrowego. Została ona zrekonstruowana i wystawiona przy południowej ścianie piramidy.

Następcą tronu po Cheopsie był Chefren (2589-2566 p.n.e), który wzniósł piramidę o zbliżonej wysokości. Na jej powierzchni do dziś przetrwała duża część warstwy wapiennej (charakterystyczna "czapka" na szczycie). Chefrenowi zawdzięczamy również Sfinksa - bóstwo o ciele lwa i twarzy panującego faraona. Niestety, olbrzymi posąg został uszkodzony przez Mameluków w czasie prowadzonych przez nich ćwiczeń artyleryjskich. Zabawa skończyła się odstrzeleniem brody i nosa Sfinksowi. Na linii Sfinks - piramida, znajduje się świątynia pogrzebowa Chefrena. To między innymi tam były kręcone sceny z wspomnianego wcześniej Bonda.

Najbardziej na południowy-zachód jest umiejscowiona mniejsza piramida, należąca do syna Chefrena - Mykerinosa. Nie została ukończona za życia faraona (dzieło kontynuował jego syn). Rozmiar nie jest imponujący w porównaniu do miejsc pochówku Cheopsa i Chefrena, za to najmniejsza z trzech piramid jest zbudowana z bardziej wartościowych skał. Pokryta ją warstwą czerwonego granitu.

Przejażdżka na wielbłądzie między piramidami

Naszą wycieczkę pieszą rozpoczęliśmy od Wielkiej Piramidy Cheopsa, następnie weszliśmy do jednej z piramid królowych. Wejście do grobowca było w pewnym miejscu bardzo strome, a tłok dodatkowo utrudniał poruszanie. Przeszliśmy koło Muzeum Barki Solarnej, a dalej do Piramidy Chefrena. Później wróciliśmy do samochodu, który podwiózł nas na zachód do wielkiego parkingu wielbłądów. Wcześniej oferowano nam przejażdżkę, ale nie korzystaliśmy z takich usług. Nasz przewodnik znał szefa wielbłądników i dzięki temu mogliśmy przejechać się na zwierzaku za bardzo przyzwoitą cenę. Nie jeździłem wcześniej konno i umieszczony na grzbiecie wielbłąda odczuwałem dużą ekscytację. Szczególnie, kiedy zwierzę zaczęło się podnosić na raty (najpierw tylne nogi, potem przednie). Podróż bardzo mi się podobała. Na koniec zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia z naszym przewodnikiem.

Potem przejechaliśmy pod Sfinksa. Znowu cyknęliśmy kilka fotek, a potem przeszliśmy rampą procesyjną do świątyni pogrzebowej Chefrena. Tutaj dowiedzieliśmy się kilku ciekawostek na temat procesu mumifikacji. Przypomniałem sobie, w jaki sposób nacinano ciało, żeby wyjąć wnętrzności i jak wyciągano mózg przez otwory nosowe. Przewodnik podał nam również informacje o kąpaniu ciała w solance, w celu odciągnięcia wody i ponownemu nawilżaniu specjalną substancją. Interesująca jest kwestia balsamu, którym smarowano ciała zmarłych, dzięki temu zachowywały one niezwykłą trwałość. Ponoć współcześni naukowcy intensywnie pracowali nad odtworzeniem receptury balsamu, ale wszystkie ich próby zakończyły się niepowodzeniem. To jedna z niewielu dziedzin, w których współczesny człowiek ustępuje wiedzą starożytnym przodkom.

Sfinks

Po wizycie w świątyni poszliśmy do perfumerii niedaleko Sfinksa. Dowiedzieliśmy się nieco o produkcji perfum w Egipcie. Spróbowałem kilkunastu zapachów. Balsamiczne perfumy mają zupełnie inną konsystencję niż tradycyjne, alkoholowe. Ich zapach utrzymuje się dłużej. Podziękowaliśmy za prezentację, a ja przy okazji kupiłem prezenty dla rodziców. Później taksówka zawiozła nas do sklepu z obrazami i szkicami na papirusie. Dowiedzieliśmy o produkcji starożytnego papieru, ale nie mieliśmy ochoty na kupowanie pamiątek - daliśmy jedynie napiwek. W czasie podróży przewodnik włączał nam popularne egipskie piosenki, wszystkie na jedną charakterystyczną nutę. W tutejszych hitach bardzo często powtarzało się w nich słowo "Habibi". To znaczy "kochanie" - tłumaczył nam przewodnik i darł się: "Habibi, oooooo, habibi, rimtiritimtim, ...".

Ostatnią atrakcją turystyczną było Muzeum Egipskie. Byłem zmęczony i nie miałem ochoty na zwiedzanie wszystkich sal. Najbardziej zainteresowała mnie galeria, w której wystawione są skarby odnalezione w grobowcu Tutanchamona, obok którego przechodziliśmy poprzedniego dnia. Symbolem muzeum jest pozłacana maska młodego faraona. Poinformowano nas, że dużo skarbów z Egiptu zostało wywiezionych przez Francuzów i obecnie wiele eksponatów znajduje się w Luwrze. Dwa miesiące później pobiegłem w maratonie paryskim i przy okazji odwiedziłem sale egipskie w tym znanym muzeum.

Po zakończeniu wizyty w muzeum serdecznie podziękowaliśmy naszemu przewodnikowi i spotkaliśmy się z menedżerem firmy Travco, która zorganizowała nam całą wycieczkę. Czekając na autobus do Luksoru, mieliśmy czas na obiad i wypoczynek. Wcześniej ostrzegano nas przed podróżą liniami krajowymi. Podobno w najlepszej klasie nie było ryzyka przejazdu ze zwierzętami, jednak wiele opinii turystów z Europy było negatywnych. Na szczęście wcześniej na trasie Luksor - Kair nie było źle.

Wyjazd z Kairu zajął nam trochę czasu, a potem poszło już sprawnie. Wspominałem wcześniej o konwojowanych trasach w Egipcie. Taka konieczność występuje w przypadku turystycznego odcinka Hurghada - Luksor (w obie strony). Dojazd z Hurghady do Kairu również jest konwojowany, natomiast w drugą stronę już nie. Pewnie dzięki temu nasz autokar jechał nieco szybciej.

Wcześniej liczyłem się z tym, że z Kairu wyjedziemy później, noc spędzimy w autokarze, a do Hurghady dotrzemy nad ranem. Tymczasem, do Hurghady dojechaliśmy późnym wieczorem, wzięliśmy taksówkę i w naszym hotelu byliśmy niespodziewanie wcześnie. Nie mieliśmy wykupionego pokoju na tę noc, dlatego zapłaciliśmy dodatkowo i poszliśmy na powitalnego drinka (niejednego). Potem w końcu położyłem do łóżka, mając w perspektywie pierwszą po paru dniach normalną noc - nie w pociągu ani na statku i bez konieczności wczesnej pobudki na samolot czy maraton. Tak skończyła się nasza intensywna podróż po Egipcie i zaczęło się słodkie lenistwo.

Nasz kompleks hotelowy był wspaniały. Opcja all inclusive była doskonała dla zmęczonego maratończyka. Zjadłem dużo dobrego jedzenia, korzystając również z darmowego alkoholu. Poza tym, podstawowymi atrakcjami było pływanie w zatoce Morza Czerwonego i opalanie się na plaży. Nie należę do osób, które lubią popadać w rutynę w trakcie urlopu. Bardziej wtedy się męczę, niż wypoczywam. Dlatego chciałem sobie jak najbardziej urozmaicić pobyt w Hurghadzie.

Rankiem pierwszego dnia udaliśmy się z Marcinem na trening połączony ze zwiedzaniem. Pobiegliśmy chodnikiem ulicy prowadzącej wzdłuż wybrzeża, na północ. Okolica szybko się zmieniała, mieliśmy na trasie paru egipskich kibiców, którzy uśmiechali się na nasz widok, a nawet coś czasem krzyczeli. Po minięciu wielu hoteli zawróciliśmy, by wrócić tą samą trasą. Na ostatnich kilometrach Marcin zaczął biec coraz szybciej. Dotrzymywałem mu kroku, ale w końcówce biegł jak wariat, jakby chciał mi się odegrać za wynik sprzed dwóch dni. Odpuściłem, bo wiedziałem czym grozi takie wariackie wejście w trening po ciężkim maratonie. Moje obawy się potwierdziły. Po treningu Marcin stwierdził, że bardzo boli go mięsień i na tym skończyło się nasze wspólne bieganie na wyjeździe. Potem sam organizowałem sobie treningi. W czasie takich wycieczek biegowych zwiedzałem różne dziwne zakamarki Hurghady - od pięknych promenad ze sklepami i hotelami, po dzielnice biedy, pełne niezgrabnie zlepionych domów. Dzięki temu mogłem zobaczyć, w jakich warunkach żyje większość Egipcjan. Biegałem tam nawet po ciemku, co niektórzy mogą pewnie uznać za niebezpieczne. Słyszałem jednak pozytywne opinie na temat miejscowej ludzie i nie bałem się zapuszczać do slumsów. 4 miesiące później w Rio de Janeiro nie podejmowałem podobnego ryzyka. Nawet mimo tego, że potrafię szybko uciekać.

W butach biegowych zwiedziłem Dahar - najstarszą część Hurghady. Na początku XX wieku była tu jeszcze malutka osada rybacka. Zwiedziłem też uznawaną za centrum miasta Sakkalę. Dotarłem do najbardziej ekskluzywnych hoteli w Hurghadzie w Village Road. Biegałem również przez pustynię w Hurghadzie. Jest to dość dziwne, że w mieście występują ogromne, niezagospodarowane obszary, na których można znaleźć tylko piach. Bieganie po pustyni wywołuje niesamowite wrażenia, szczególnie gdy biegnie się dołem wydmy i dookoła nie widać niczego poza piachem.

Lekcja windsurfingu

Nie samym bieganiem człowiek żyje. Pobyt w Hurghadzie był świetną okazja do przypomnienia sobie podstaw pływania na windsurfingu. Pływałem tylko po godzinie przez 3 dni, ale i tak czerpałem z tego dużą przyjemność. Poza tym, zdecydowałem na nurkowanie z butlą. Nigdy wcześniej tego nie próbowałem i byłem mocno podekscytowany. Dwukrotnie schodziłem pod wodę. Za pierwszym razem miałem mieszane wrażenia (problemy z oddychaniem, lekkie zawroty głowy), ale drugie zejście było już super. Dzięki butli mogłem przez dziesięć minut zwiedzać rafę koralową kilka metrów pod powierzchną wody. Największą frajdę sprawiło mi pływanie tuż przy dnie razem z jakąś długą rybą. Wybraliśmy się również na wycieczkę małym statkiem na sporo oddaloną od brzegu rafę. Łódź miała przezroczyste dno i mogliśmy przez nie oglądać karmione ryby. Potem mogliśmy trochę ponurkować z rurką, ale największą frajdę miałem przepływając pod dnem łodzi. Kapitan pozwolił nam też trochę posterować statkiem.

Nurkowanie

Ostatniego dnia wybraliśmy się na konną wycieczkę po pustyni. Atrakcje zaczęły się już w Hurghadzie, kiedy weszliśmy do samochodu, który miał nas przetransportować na południe od miasta. W czasie jazdy dosłownie modliłem się o życie, bo kierowca jechał jak wariat. Było to tak straszne, że musiałem zamykać oczy, by nie patrzeć na drogę. Na szczęście udało się dojechać, a na miejscu szybko wsiedliśmy na konie i wraz z dwoma przewodnikami i parą młodych niemieckich turystów wyruszyliśmy na pustynię. Moje umiejętności jeździeckie nie były zbyt imponujące. W dzieciństwie pozowałem do zdjęcia na kucyku, a parę dni wcześniej siedziałem na wielbłądzie i były to do tej pory moje jedyne doświadczenia z ujeżdżaniem zwierząt. Na szczęście koń szedł tak, jak bym sobie tego życzył. Na pustyni zatrzymaliśmy się, by wypić herbatę i wypalić sziszę. Nigdy wcześniej nie próbowałem nawet papierosów, więc palenie fajki wodnej wiązało się z pewnym ryzykiem. Moje obawy okazały się jednak nieuzasadnione - dym miał ciekawy smak i wcale nie zmuszał mnie do kasłania. Palenie sziszy było kolejną rzeczą, którą w Egipcie robiłem pierwszy raz w życiu. Do tej kategorii należy dodać jeszcze nurkowanie z butlą, jazdę na koniu i wielbłądzie. Atrakcji było aż nadto, jak na jeden wyjazd.

Przejażdżka po pustyni
Szisza na pustyni
Galeria zdjęć z Egiptu

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin