O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2006-12-03, Lizbona (Portugalia)


Piękna walka
o pobicie rekordu

Relacja Roberta z 20. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:48:35

21 /
685

3.1


Maratony Roberta

Decyzja o starcie w Lizbonie zapadła dokładnie 6 listopada, kiedy brałem poranny prysznic w hotelu w Atenach. Już wcześniej wiedziałem, że chciałbym przebiec w tym roku jeszcze jeden maraton by "dociągnąć do dwudziestki". Myślałem o starcie 2 grudnia w Radomiu. Co ciekawe, prawdopodobnie udałoby mi się wygrać ten maraton. Okazało się potem, że zwycięzca miał gorszy czas, niż ja w Lizbonie, a do tego udało mi się go wcześniej pokonać w Poznaniu. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Stojąc pod prysznicem zastanawiałem się nad startem w Radomiu: "Żeby chociaż w Zakopanem, za granicą, albo w Bułgarii" (cytat z filmu "Nie ma róży bez ognia"). Przypomniałem sobie, że dwa lata wcześniej, nakręcony maratonem w Monako, rozważałem starty w Mediolanie (koniec listopada) lub Lizbonie (początek grudnia). Niestety, wtedy nic z tego nie wyszło. Ponieważ teraz miałem fazę na zaliczanie stolic europejskich (Ateny były już ósmą), szybko zdecydowałem się na Lizbonę.

Tydzień wcześniej dowiedziałem się, że firma zrobiła nam wolne 1 grudnia (ponieważ święto 11 listopada wypadało w sobotę). W listopadzie miałem sporo zadań i raz musiałem przyjść w niedzielę do pracy. Zapowiedziałem, że odebrałem sobie to 4 grudnia. Efektem była możliwość 4-dniowego wyjazdu do Portugalii. Szybko zapłaciłem wpisowe i kupiłem bilety lotnicze. Wybrałem najlepszą opcję - przez Mediolan, wylot w piątek przed świtem, powrót w poniedziałek przed północą.

Tradycyjnie starałem się porządnie przygotować do wyjazdu. Posiedziałem trochę w Internecie, przeczytałem artykuły w gazecie "Turystyka". Dobrze się złożyło, że dwie moje koleżanki z pracy zorganizowały sobie parę miesięcy wcześniej urlop w Portugalii - dostałem od nich przewodniki, mapę i parę dobrych rad. Obejrzałem też zdjęcia z ich wyjazdu. Wszystko to pozwoliło mi odpowiednio zaplanować urlop. Pierwszego dnia (piątek) miałem przylecieć do Lizbony i od razu na lotnisku wypożyczyć samochód na jeden dzień. Chciałem intensywnie wykorzystać te 24 "zmotoryzowane" godziny - pojechać mostem na południowy brzeg Tagu, przejechać się trasą wzdłuż wybrzeża, zaliczając Estoril i Cascais, dotrzeć do przylądka Roca i zwiedzić zamek w Sintrze. Później postanowiłem oddać samochód w centrum Lizbony. Zakładałem, że w mieście nie będzie mi zupełnie potrzebny i nie pomyliłem się. Zarezerwowałem sobie dwa noclegi na lizbońskiej starówce, skąd miałem blisko do metra, biura zawodów i startu maratonu.

Poza zaliczaniem atrakcji turystycznych, miałem bardzo ambitne cele sportowe. Chciałem pobić mój rekord z Poznania (2:49:00), choćby o sekundę. Zadanie wydawało się trudne, ale starałem się do niego przygotować. Na szczęście moim sprzymierzeńcem była dobre warunki atmosferyczne do trenowania - w Warszawie utrzymywała się łagodna, jesienna pogoda. Tryb pracy pozwalał mi na zaliczanie porannych i wieczornych biegów na trasie Anin - Pyry, w weekendy stosowałem sprawdzone treningi w rezerwacie w Marysinie. Dane z pulsometru wskazywały na prawie tak dobrą wydolność do tej, którą wytrenowałem przed Poznaniem. Liczyłem na sprzyjającą pogodę i szybką trasę. Ten drugi warunek stał pod znakiem zapytania. Rekord trasy w Lizbonie należał do Polaka, Zbigniewa Nadolskiego, który w 1994 roku przebiegł ten dystans w czasie 2:11:37. W poprzednich latach wyniki zwycięzców nie były rewelacyjne, choć statystycznie duża liczba biegaczy łamała 3 godziny - na moim poziomie konkurencja wydawała się silna.

Na Okęcie dojechałem taksówką o nieludzko wczesnej porze i byłem półprzytomny. Przed boardingiem do Mediolanu spotkałem moją koleżankę z podstawówki, Michalinę, z którą przez 7 lat graliśmy w jednym klubie szachowym. Odżyły stare wspomnienia. Niestety, nie mieliśmy pod ręką szachownicy, żeby zagrać partyjkę w samolocie. W Mediolanie rozdzieliliśmy się - Michalina miała w perspektywie podróż na urlop do Bombaju, ja musiałem się spieszyć, bo na odprawę zostało mało czasu. Na szczęście wszystko odbyło się sprawnie i przed południem wylądowałem na lotnisku w Lizbonie, "zarabiając" przy okazji jedną godzinę. Wcześniej atrakcją był przelot nad miastem - krajobraz wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażałem to sobie po przestudiowaniu mapy. Od razu udałem się do punktów z wynajmem samochodów i po krótkiej analizie zdecydowałem się na Citroena C3 w Budgecie. Jak się później okazało, nie był to niestety najlepszy wybór. Na początku straciłem masę czasu, kiedy dziewczyna sporządzała raport samochodowy, rejestrując wszystkie zadrapania na karoserii (zawsze było to gotowe wcześniej), do tego pojazd nie miał pełnego baku paliwa. W końcu udało mi się wyjechać z parkingu i próbowałem się kierować na Most 25 Kwietnia. Niestety, nie szło mi to najlepiej i w pewnym momencie byłem już mocno sfrustrowany, ale w końcu trafiłem na właściwą autostradę. Przejechałem długim mostem nad Tagiem kierując się w stronę figury Chrystusa na południowym brzegu. W okolicach Lizbony są 2 mosty: 25 Kwietnia i Vasco da Gama - nowy, 12 kilometrowy most, na północ od miasta. Dodatkowo funkcjonują również promy odpływające z centrum. Most 25 Kwietnia jest stalową, dwukilometrową konstrukcją z lat 60-tych, naśladującą Golden Gate w San Francisco. Na południowym brzegu Tagu stoi gigantyczny posąg Chrystusa z rozłożonymi ramionami - Cristo Rei. 28-metrowa postać jest umieszczona na 82-metrowym cokole i dobrze ją widać z daleka. Pomnik jest wzorowany na sławnym Cristo Redentor w Rio de Janeiro.

Plaża przy Costa da Caparica

Po przeprawie przez most udałem się na zachód w kierunku Costa da Caparica. Chciałem zobaczyć, jak wygląda portugalski kurort. W morzu pływały dziesiątki surferów, na usypanym molo paru zapaleńców łowiło ryby. Miasteczko było pełne knajp oferujących owoce morza. Niestety, próżno było szukać miejsca, gdzie mógłbym się posilić makaronem. Wszędzie tylko ryby, małże, krewetki i inne cuda. Po sprawdzeniu w kilkunastu knajpach, w końcu zostałem odesłany do Pizza Hut. Tam mogłem liczyć na porządna miskę makaronu. Z mojego stolika miałem widok na zatłoczony targ, na którym sprzedawano głównie antyki, a jakiś pan zachwalał swoje ananasy, wykrzykując ciągle te same dwa słowa. Podobał mi się klimat tego miejsca, ale musiałem się zbierać, żeby zdążyć przed zachodem słońca na Cabo da Roca. Przejechałem z powrotem mostem i kierowałem się na zachód, wzdłuż wybrzeża. Trasa była bardzo przyjemna, prawie cały czas prowadziła blisko brzegu. Atlantyk był trzecim oceanem, nad którym odpoczywałem w tym roku. Najpierw biegałem po plaży w LA, potem surfowałem na drugim końcu Pacyfiku - w Sydney. W okolicach Melbourne przebiega umowna granica morska - na zachód od niej jest już Ocean Indyjski, który miałem na wyciągnięcie ręki, biegając po plaży w Torquay czy w okolicach Port Campbell.

Plac 5 Października w Cascais

Minąłem Estoril i zatrzymałem się przy plaży w Cascais. Jest to miejscowość wypoczynkowa, pełna domów budowanych w XIX wieku przez bogatych lizbończyków. Szli oni w ślady króla Ludwika I, który urządził tam sobie letni pałac w XVII-wiecznej fortecy. Wybrałem się na ładny plac przy plaży i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, nosił on nazwę 5 Października - mojej daty urodzin. Zrobiłem sobie oczywiście kilka pamiątkowych fotek. Miały one udokumentować fakt, jak bardzo Portugalczycy cenią znakomitego polskiego maratończyka, który przyjechał pobiegać w Lizbonie. Tak naprawdę, 5 października 1910 roku w Portugalii wybuchła rewolucja, w wyniku której Manuel II abdykował i udał się na wygnanie. Kraj stał się wtedy republiką - stąd mieszkańcy przywiązują tak dużą wagę do tego dnia. Co ciekawe, 5 października jest także datą, która wypadła z kalendarza gregoriańskiego w 1582 roku (ze względu na jego reformę) - tego dnia nie było w Italii, Portugalii, Hiszpanii i w Polsce. Parę kilometrów za Cascais zatrzymałem się przy Boca do Inferno. Nazwę tę tłumaczy się, jako Ujście Piekieł - morze wdziera się tu do jaskiń w skałach, głośno grzmiąc, sycząc i wyrzucając w górę fontanny wody. Nacieszyłem oczy widokiem i udałem się do samochodu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a na mnie czekała przecież największa tego dnia atrakcja - Cabo da Roca.

Boca do Inferno - Ujście Piekieł

Przylądek Roca jest najdalej wysuniętym na zachód punktem kontynentalnej Europy (38°47' szerokości geograficznej północnej, 9°30' długości geograficznej zachodniej). Kiedyś uważany był przez mieszkańców naszego kontynentu za koniec świata. Wcześniej dotarłem w Europie do punktu bardziej wysuniętego na zachód - przy Dun Aengus na wyspie Inishmore w Irlandii. Tam klif miał "zaledwie" 110 metrów, tutaj czekała na mnie wysokość 140 metrów. Po drodze zatrzymałem się na chwilę, żeby przyjrzeć się przylądkowi z daleka, 20 minut później byłem na miejscu.

Latarnia morska na Cabo da Roca

Zaparkowałem samochód w pobliżu górującej nad urwiskiem latarni morskiej i ruszyłem w kierunku pomnika z krzyżem. Opowieści o niesamowicie silnych wiatrach na szczęście nie sprawdzały się na razie w trakcie mojego pobytu. Delektowałem się pięknymi widokami okolicy, oświetlonej promieniami zachodzącego słońca. Poprosiłem skośnookiego turystę, żeby zrobił mi zdjęcie na tle pomnika. Chłopak miał aparat z gigantycznym obiektywem i sprawiał wrażenie profesjonalisty. Do zrobienia fotki (moją, niemodną już cyfrówką) przymierzał się kilka minut. W końcu wykonał fotkę, leżąc pod murkiem nad urwiskiem, obok kałuży. Faktycznie, zdjęcie mu wyszło - podziękowałem mu serdecznie za wyjątkowy wysiłek.

Krzyż na przylądku - najbardziej czasochłonne zdjęcie

Później udałem się na południe od pomnika, gdzie odkryłem możliwość zejścia nad brzeg oceanu. Ścieżka nie była łatwa, w pewnym momencie pomogłem sobie zawieszoną na stałe w tym miejscu liną. Zszedłem do skał nad oceanem, na których poza szumem oceanu słychać było dziwny szelest, który uaktywniał się z każdym moim krokiem, po czym ustawał. Okazało się, że taki dźwięk wydają setki krabów, ukrywające się w tym miejscu. Niektóre skały były porośnięte czymś w rodzaju mchu i trzeba było bardzo uważać, żeby się na nich nie pośliznąć - skutki mogły być fatalne. Kiedy wdrapałem się z powrotem na klif, było już ciemno.

Wspinaczka na klif - zdjęcie robione samowyzwalaczem

Na koniec przeszedłem się do informacji turystycznej, gdzie wyrobiłem sobie wypisane gotykiem zaświadczenie, że dotarłem do Cabo da Roca. Postanowiłem jeszcze sfotografować certyfikat - położyłem go na masce samochodu i przykryłem przewodnikiem. Udało mi się zrobić zdjęcie, ale wiatr zrobił się tak silny, że dokumeny odleciał dosłownie ułamki sekundy później. Na szczęście udało mi się go dogonić, ale widać było na nim ślady portugalskiej ziemi.

Zdjęcie certyfikatu na masce samochodu - chwilę potem dokument już fruwał

Zadowolony z realizacji planu udałem się do Sintry. Podróż nie trwała długo, szybko znalazłem idealne miejsce do parkowania (jak się później okazało - nielegalnie). W pół godziny zrobiłem zakupy spożywcze i załatwiłem nocleg. Miałem niesamowite szczęście, że udało mi się to tak szybko załatwić. Pokój znalazłem u przemiłej starszej pani, z którą dogadywałem się na migi - ona używała przy tym pojedynczych portugalskich słów, ja angielskich, ale równie dobrze mogłem w tym czasie deklamować Pana Tadeusza - i tak jednym środkiem komunikacji był język ciała. Pani pokazała mi, że życzy sobie 3 banknoty o nominale 10 euro i byliśmy dogadani. Dostałem prawdziwy apartament - salon, sypialnię, kuchnię i łazienkę. Standard był wprawdzie bardzo niski, ale dla mnie w zupełności wystarczający. Zjadłem pożywną kolację, przeparkowałem samochód na z góry upatrzone miejsce (jego znalezienie nie było wcale łatwe) i poszedłem spać.

Sintra - Palacio da Pena, spowity poranną mgłą

Następnego dnia rano wstałem o nieludzkiej porze, żeby zrobić rozruch. Było jeszcze zupełnie ciemno, do tego padał lekki deszcz. Postanowiłem się przebiec do pałacu w Sintrze. Niestety, pod drodze złapała mnie straszna ulewa - przemokłem do suchej nitki. Po śniadaniu musiałem się szybko zbierać - trzeba było zobaczyć dwa zamki i zdążyć oddać samochód do Lizbony, żeby nie zapłacić na kolejną dobę wypożyczania. Najpierw podjechałam do położonego w centrum miasta Palacio Nacional de Sintra, nad którym górują dwa charakterystyczne stożkowe kominy. Pałac jest mieszaniną wielu stylów - już w X wieku stanowił rezydencję arabskiego kalifa. Później był wielokrotnie przebudowywany i do XIX wieku stanowił ulubioną letnią siedzibę dworu. Później stał się nią Palacio da Pena - położony na wysokim wzgórzu zamek, który jest główną atrakcją Sintry.

Pastelowe kolory zamku

Na zamkowe wzgórze wjechałem bardzo krętą drogą - już sama podróż robiła wrażenie. Po zaparkowaniu auta i zapłaceniu za wstęp przeszedłem się kawałek parkiem da Pena. Po krótkiej wspinaczce dotarłem do spowitego mgłą zamku. Okazało się, że przyszedłem kwadrans za wcześnie i musiałem poczekać na otwarcie. Miałem czas na podziwianie tego niesamowitego budynku z zewnątrz. Wyglądał bardziej jak atrakcja Disneylandu niż była siedziba portugalskiej rodziny królewskiej. Budynek to kolejna widziana przeze mnie portugalska mieszanina stylów - kombinacja arabskich mineretów, gotyckich wież, renesansowych kopuł, manuelińskich okien. Zamek został zbudowany w połowie XIX wieku przez niemieckiego architekta, barona von Eschwege, na polecenie księcia Ferdynanda, męża portugalskiej królowej Marii II. Tej informacji dowiedziałem się tuż po otwarciu zamku dla zwiedzających od przewodniczki jednej z grup. Zauważyła moją obecność i upomniała mnie - "Synku, ty chyba nie jesteś z naszej wycieczki". Musiałem zwiedzać zamek samemu, co wyszło mi na dobre, po pani przewodnik przynudzała najpierw po portugalsku, potem po angielsku, przez co poruszaliśmy się bardzo wolno. Szczególnie podobały mi się wnętrza komnat zamku, zbliżone do XX-wiecznych, jednocześnie bardzo ładnie zdobione.

Roślinność w zamkowych ogrodach

Po zwiedzeniu wszystkich atrakcji wróciłem z powrotem do parku, który nie był niestety najlepiej oznakowany. Złapał mnie straszny deszcz, spieszyło mi się, żeby w końcu dotrzeć do samochodu, do którego miałem daleko, bo trochę się zgubiłem. Siłą rzeczy, zwiedziłem cały park w ekspresowym tempie. Był bardzo ładny, w przeciwieństwie do pogody. Gdy wsiadłem do samochodu, nie miałem już nawet ochoty, żeby wyjąć z bagażnika ciuchy do przebrania - lało jak z cebra. Włączyłem ogrzewanie i ruszyłem w kierunku Lizbony. Po paru minutach jazdy zauważyłem, że pracujące wycieraczki zaczęły o siebie uderzać. Nie mogłem ich jednak wyłączyć, bo nic bym nie widział. W pewnym momencie prawa wycieraczka pociągnęła lewą, wyrywając ją. Zjechałem na stację, ale nie mogłem tego naprawić. Wrzuciłem popsutą część do środka, podniosłem konstrukcję, która ją wcześniej podtrzymywała, żeby nie rysować szyby i jechałem z kiwającym się na środku prętem. Na szczęście lewa wycieraczka chodziła jeszcze bez zarzutu. Przejechałem tysiące kilometrów i nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło. To było możliwe tylko w Portugalii albo tylko w Citroenie.

Z Sintry zjechałem do Estoril - utrzymanej w pastelowych kolorach miejscowości. Wraz z Cascais i Sintrą tworzy ona tzw. Złoty Trójkąt. Dalej jechałem już wzdłuż zatoki. W Lizbonie zatrzymałem się w dzielnicy Belem, żeby zobaczyć słynną Torre de Belem - chyba najbardziej rozpoznawalny symbol miasta. Jest to XVI-wieczna bogato zdobiona forteca, spod której w swoje wyprawy wyruszał między innymi Vasco da Gama. Spacerując po fortecy miałem wrażenie, że została ona zbudowana dla kransnoludków - tak niskie i wąskie były niektóre przejścia. Jeszcze na początku XIX wieku budynek był znacznie oddalony od brzegu, który został osuszony i teraz można się tu dostać, przechodząc kilkunastometrową kładką. Inną atrakcją Belem jest wychodzący w morze Pomnik Odkrywców, którego główną postacią jest Henryk Żeglarz. Niestety, nie zdążyłem zwiedzić opisywanego w przewodnikach Klasztoru Hieronimitów.

Torre de Belem

Podjechałem w okolice mojego hotelu, utwierdzając się w przekonaniu, że wynajmowanie samochodu na czas pobytu w Lizbonie nie miało żadnego sensu - nie było nigdzie miejsca do pozostawienia auta. Na szczęście udało mi się szybko znaleźć piętrowy parking, skąd ruszyłem na piechotę w poszukiwaniu hotelu. Tam zostawiłem bagaże przy recepcji i wróciłem, żeby oddać samochód. Miałem zamiar zatankować, jednak przejechałem 10 km i nie było nawet śladu stacji benzynowej. Dojechałem do dzielnicy pełnej ulic jednokierunkowych, w której mieściło się biuro Budget. Po wysłuchaniu wywodu spotkanego przechodnia, jak mam wrócić do tego punktu, wrzuciłem wsteczny i przejechałem na nim dobre 200 metrów pod prąd. Biuro było nieczynne (przerwa obiadowa - czego można oczekiwać w Portugalii). Miałem jeszcze blisko godzinny zapas, przez który nie powinienem być obciążony za kolejny dzień wynajmu i postanowiłem w tym czasie wziąć paliwo. Polecono mi najbliższy punkt przy lotnisku, do którego miałem daleko. Brak stacji benzynowych w mieście był dla mnie dużym zaskoczeniem. Skończyło się na tym, że oddając samochód, musiałem zapłacić podwójną stawkę za wypaloną przez 160 km benzynę. Na szczęście byłem w pełni ubezpieczony, bo inaczej zapłaciłbym jeszcze więcej za popsutą wycieraczkę. Nigdzie nie miałem takich problemów z wynajmem samochodu jak w Portugalii, do tego przez zaledwie jeden dzień.

Lizboński zachód słońca, sfotografowany spod mojego hotelu

Po powrocie do hotelu i rozwieszeniu mokrych rzeczy (między innymi butów, w których miałem biec) włączyłem mocne ogrzewanie w pokoju i wyszedłem, żeby zarejestrować się na maraton. Kiedy dotarłem do biura, było już ciemno. Po drodze doszedłem do Praca do Comercio - główny plac Lizbony, przy którym następnego dnia był przewidziany start i meta maratonu. Załapałem się akurat na odsłonięcie świątecznej choinki - na placu było mnóstwo ludzi. Zarejestrowałem się na maraton w niewielkiej sali. W niczym nie przypominała ona wielkich targów maratońskich, w jakich miałem okazję wcześniej uczestniczyć. Otrzymałem kupon na pasta party, które odbywało się w drugiej części miasta. Dojechałem tam metrem z jedną przesiadką. Dziwiło mnie, że wszystkie bramki na dwóch stacjach były pootwierane, ale nie zagłębiałem się w tajniki lizbońskiego systemu komunikacji. Pasta party odbyło się w restauracji w hotelu, jednak jedzenie nie było niczym nadzwyczajnym - kluchy z prostym sosem. Przy wychodzeniu spotkałem Polaków - między innymi reprezentującego LOT Andrzeja, z którym rozmawialiśmy również później przed startem oraz organizatorów półmaratonu 4 Energy, z którymi miałem niedługo później do czynienia przy kupowaniu w sklepie internetowym prezentu gwiazdkowego dla brata (pulsometr). Po powrocie do hotelu posiliłem się jeszcze lekkim posiłkiem i przygotowałem sobie wszystko na następny dzień. Byłem już zaprawiony w takich bojach - w końcu miał to być mój dwudziesty maraton.

Przed startem maratonu, stoję (a właściwie schylam się) w pierwszym rzędzie, po prawej stronie

Następnego dnia dotarłem na Praca do Comercio ponad godzinę przed startem. Zdążyłem się rozgrzać, udało mi się też oddać odżywki, choć przy portugalskiej organizacji były z tym problemy. Tutejsi mieszkańcy są mało punktualni, a przy tym bardzo wyluzowani. Start maratonu nieco się opóźnił, stawka było wysunięta parę ładnych metrów za przepisową linię, dopiero apele biegnącego z numerem 1 faworyta, Portugalczyka Luisa Jesusa skłoniły biegaczy do wycofania się. Wystartowałem z jednego z pierwszych rzędów. Tłok szybko się przerzedził, przez pierwsze kilometry trzymałem się kilku zawodników, później sam sobie dyktowałem tempo. Planem było utrzymywanie 4 min/km, spokojnie mi to wychodziło, a na pierwszych kilometrach wyrobiłem sobie nawet zapas. Biegliśmy wzdłuż lizbońskiego wybrzeża, na zachód, minęliśmy Belem, by po jakimś czasie zawrócić z powrotem do centrum. Tam odpowiedziałem na pozdrowienia poznanych poprzedniego dnia Polaków. Im było łatwiej wyłowić mnie w stawce biegaczy - ze względu na charakterystyczną koszulkę z flagą Polski oraz mniejszy tłok wokół mnie. Pogoda do biegania była niezła - temperatura około 12-15 stopni i spore zachmurzenie. Niestety, spadł deszcz, który przemoczył moje spodenki. Z góry wiedziałem, że skończy się to masakrą pachwin. Przerobiłem tę bolesną lekcję między innymi w Dublinie, gdzie dokonywałem cudów męstwa na ostatnich kilometrach. Liczyłem na to, że w Lizbonie również będę taki dzielny.

Łuk triumfalny przy Praca do Comercio, pięciokrotnie odwiedzany w trakcie maratonu

Przebiegliśmy pod mostem, na Praca do Comercio zakręciliśmy w Rua da Prata, w stronę wyżej położonych dzielnic miasta. Tutaj czekało na nas kilka pułapek w postaci torowiska, kocich łbów i mokrych, śliskich krawężników. Zakrętów nie można było brać "na ostro", bo mogło się to skończyć upadkiem. Wspinaczka ulicą Avenida Almirante Reis trwała długo, nie było bardzo stromo, ale konsekwentnie w górę. Po zawrotce można był lecieć z górki na pazurki. Wbiegając z powrotem na Praca do Comercio dostałem wiatru w skrzydła, wyprzedziłem zawodników, z którymi biegliśmy po centrum. Półmetek minąłem w czasie 1:23:44, zarabiając jeszcze dodatkowe sekundy w stosunku do i tak szybkiej pierwszej dychy (39:28). Wyrwałem do przodu, wyprzedziłem jeszcze kilku zawodników i na długiej prostej nie widziałem już żadnego biegacza. Po lewej stronie minąłem Alfamę, nad którą górował Castelo de Sao Jorge - lizboński zamek. Niedługo potem moim oczom ukazał się wysoki wiadukt. Trochę dołująca stawała się perspektywa biegnięcia cały czas po prostej. Taka trasa jest teoretycznie szybsza, ale zakręty są kolejnymi celami, które jednak bardziej mnie motywują.

Widok na lizbońską starówkę i zamek z Elevator de Santa Justa

Za wiaduktem zacząłem wyprzedzać bardzo wolno biegnących zawodników. Potem były ich coraz większe grupy. Przypomniałem sobie, że godzinę po maratończykach miał startować półmaraton, niestety, na tej samej trasie. Przedzierałem się przez wolno biegnący tłum, często nadrabiając drogi. Najgorzej było na szerokiej zawrotce z pasem zieleni. Tutaj musiałem biec najbardziej po zewnętrznej, bo wszyscy przede mną trzymali się krawężnika. Tłum gęstniał, przemykałem przez niego, często klaszcząc, albo krzycząc "Excuse me!". Niestety, jedna z grup, biegnących ławą nie zareagowała na trzy tego typu ostrzeżenia i doszło do rękoczynów. Na szczęście łokcie mam całkiem mocne. Usłyszałem z tyłu coś po portugalsku, być może były to obelgi, jednak nie zrobiło to na mnie dużego wrażenia.

Na 30 kilometrze, za wiaduktem, na który wbiegałem w drodze powrotenej, miał na mnie czekać opisany moim numerem startowym żel energetyczny, który zostawiłem rano organizatorom. Punkt obsługiwały 3 osoby, dwóch gości rozmawiało ze sobą wesoło, panienka stała przy trasie, trzymając w ręku butelki. Ich zadaniem było wypatrywanie numerów biegaczy i podawanie odżywek. Długo wcześniej podniosłem do góry rękę, potem zacząłem krzyczeć "Żel, żel" - chciałem, żeby znaleźli mi odżywkę na stole. Niestety, moje wrzaski i machanie rękami nie zrobiły na nich żadnego wrażenia, przebiegłem wściekły obok stolika, kątem oka zauważając moją tubkę. Cofnąłem się parę metrów (parę ładnych sekund straty) i wziąłem tubkę, zabijając przy okazji wzrokiem uśmiechniętych wolontariuszy. Już dużo wcześniej zauważyłem, że bieganie wyzwala u mnie ekstremalne emocje. Gdybym dostał od nich tę tubkę, podziękowałbym im z przesadną serdecznością, wtedy chciałem jednak ich pozabijać. Podobnie uczucia miałem miesiąc wcześniej w stosunku nieznanego człowieka, który pozdejmował oznaczenia na trasie maratonu w Starej Miłośnie.

30 kilometrów poszło w czasie 1:59:28 - to był ten zapas, który wyrobiłem sobie na pierwszej dyszce, od połówki trochę jednak straciłem. Tłok cały czas był duży, do tego wyprzedzanie szło mi coraz wolniej - po prostu przesuwając się w kierunku przodu stawki, trafiałem na coraz szybsze grupki. W tłumie zauważyłem również kilku maratończyków, których widziałem wcześniej na mijankach - wyraźnie osłabli w porównaniu do mnie. Przebiegłem obok Praca do Comercio, wśród hałasu wiwatującego tłumu, który wkrótce miał się doczekać na zwycięzców obu biegów. Dalej trasa przebiegała, jak po starcie. Aby wyprzedzać, przesunąłem się na prawy pas jezdni, biegnąc pod prąd. Tempo miałem lekko powyżej 4 min/km, ale w przyzwoitych granicach. Zaniepokoiłem się na 37 kilometrze (4:09) - nie mogłem tak biec do końca, bo z mojego rekordu (2:49:00) byłyby nici.

W takich sytuacjach przed oczami stają mi godziny ciężkich treningów. Mimo zmęczenia, nie mogłem się poddać. Dałem do pieca, przy okazji zmotywował mnie jakiś starszy półmaratończyk, który uczepił się mnie na kilkadziesiąt metrów. Strasznie dyszał, a jego częstotliwość kroków była znacznie większa od mojej. Liczył na to, że będzie tak jechał przez następne kilometry. "Nic z tego, bratku" - przyspieszyłem i tupanie nagle ustało. "Zapamiętaj sobie widok pleców tej koszulki, jestem Celiński, z Polski". Kilometr poszedł w 3:57 - to był decydujący moment maratonu, świadectwo mojej silnej woli.

Na kolejnych kilometrach pilnowałem tylko tempa. Nawet nie zauważyłem, jak przebiegłem pod mostem, meta była już na wyciągnięcie ręki. Przy rondzie Cais de Sodre już czwarty raz minąłem się z Andrzejem. "Tak trzymać, Anin!" - usłyszałem. Machnąłem ręką wysilając uśmiech na twarzy. Mnie czekały jeszcze dwie minuty biegu, Andrzeja - godzina. Wolontariusze pokazali mi, że mam się przesunąć na lewą stronę trasy. Chwilę później zobaczyłem na niej maratończyka - przyspieszyłem i "łyknąłem go". Stać mnie było jeszcze na szybszy bieg przed metą, choć nie był to sprint z Poznania. Nie wiedziałem, co się dzieje wokół mnie, ale odczuwałem wielką radość. Zatrzymałem stopery - 2:48:36 - nowy rekord!

Kiedy stanąłem parę kroków za metą poczułem dziwny spadek napięcia. Organizm zachował się jak maszyna, która pędziła przez blisko 3 godziny na najwyższych obrotach i nagle została brutalnie wyłączona. Przysiadłem na jednym z krzeseł w namiocie. Prawie wszystkie były wolne, bo przybiegłem na 21. miejscu i na razie nie było komu na nich siedzieć. Analizując międzyczasy zauważyłem, że drugą połowę dystansu przebiegłem półtorej minuty wolniej niż pierwszą. W ostatnich maratonach coś takiego mi się nie zdarzało - zawsze przyspieszałem, a nie zwalniałem. Może była to kwestia trasy. Zwycięzca biegu, faworyzowany Portugalczyk Luis Jesus, celował na czas poniżej 2:10. Drugą połowę dystansu przebiegł jednak 11 minut wolniej (!) niż pierwszą. Jesus stwierdził, że był to jego najtrudniejszy maraton w karierze. Tym bardziej, mogę być dumny ze swojego wyniku.

Za metą czekał na mnie poczęstunek w postaci suszonych owoców. Były pyszne, ale zjadłem ich tak dużo, że żołądek potem mocno się zbuntował. Wracając na piechotę do hotelu, odebrałem SMS-y od brata, opisujące kolejne sety meczu Brazylia - Polska w finale siatkarskich Mistrzostw Świata. Przysiadłem na placu przy Rua Loreto, gdzie dostałem ostatnią wiadomość - przegraliśmy 3:0, ale i tak srebro było wielkim sukcesem.

Taki zjeżdżający w dół tramwaj jest świetnym rozwiązaniem komunikacyjneym dla obolałego maratończyka

Do hotelu dotarłem kaczym krokiem. Ból pachwin przy mydleniu się pod prysznicem był nieopisany. Poleżałem trochę i zjadłem spory obiad, popijając go portugalskim winem. Poprzedniego dnia udało mi się na szczęście znaleźć w sklepie wersję półwytrawną - Porto jest przeważnie potwornie słodkie. W moim hotelu było parę osób, które również brały udział w maratonie. Można było ich łatwo poznać po sposobie schodzenia ze schodów. "Downstairs backwards!" - uśmiechnąłem się do dziewczyny, która miała z tym spore trudności. Grupa Brytyjek podniecała się wynikiem jakiegoś chłopaka, który chwalił się, że pobiegł 3:15.

Elevator de Santa Justa - winda do transportu pieszych

Kiedy mój organizm nadawał się w miarę do użytku, wyszedłem na popołudniowe zwiedzanie. Przejechałem się zabytkowym tramwajem, który zjechał bardzo stromo w dół w okolice Tagu. Na Praca do Comercio po maratonie pozostały już tylko trybuny i kilka namiotów. Przeszedłem pod łukiem triumfalnym i przespacerowałem się po ulicach zabytkowej dzielnicy Baixa. Dotarłem do neogotyckiej windy - Elevator de Santa Justa, którą wjechałem do położonej 32 metry wyżej dzielnicy Bairro Alto. Z samego szczytu wieży roztaczał się piękny widok na lizbońską starówkę. Tuż obok widać ruiny Igreja do Carmo - gotyckiego kościoła karmelitów. Niestety, został on bardzo zniszczony w trakcie trzęsienia ziemi w 1755. Następnego dnia w muzeum lizbońskiego zamku widziałem fragment filmu, który był rekonstrukcją zawalania się konstrukcji kościoła.

Ruiny Igreja do Carmo

Po minięciu placu Largo do Carmo, zszedłem z powrotem do Baixy, gdzie zrobiłem sobie wycieczkę po tutejszych placach - najpierw Rossio, potem Praca da Figueira, przez który przebiegał maraton. Tutaj kupiłem sobie rożek pełen kasztanów, które jeszcze dodatkowo wzmogły mój apetyt. Wszedłem do polecanej w przewodniku restauracji przy Rua das Sportas de Santo Antao. Na wystawie można było obejrzeć akwarium z żywymi homarami. Nie miałem jednak ochoty na eksperymentowanie z owocami morza i zamówiłem filet z latającej ryby, po której na szczęście nie musiałem latać do toalety. Przy okazji obejrzałem magazyn ligi portugalskiej - trafiłem na dwa mecze derbowe: Sporting - Benfica (z Lizbony) i FC Porto - Boavista (Porto). Oba mecze 2:0 wygrali moi faworyci - Benfica i Porto. Ostatnim punktem zwiedzania był Praca dos Restauradores - duży plac w centrum. Po takiej dawce atrakcji udałem się do hotelu, gdzie dopijając wino delektowałem się myślami o moim rekordzie.

Castelo de Sao Jorge

Następnego dnia rano udałem się na dalszy ciąg zwiedzania. Przeszedłem przez centrum i zacząłem podchodzić ulicami dzielnicy Alfama. Nogi trochę bolały, ale wkrótce wdrapałem się na górę w rejon klimatycznych uliczek. Największą atrakcją Alfamy jest Castelo de Sao Jorge. Zamek był początkowo fortecą Maurów. Po zdobyciu Lizbony przez Alfonsa I, cytadela została przekształcona w siedzibę królów Portugalii. W 1511 roku przenieśli się oni do pałacu przy Praca do Comercio - zamek stał się wtedy teatrem, arsenałem i więzieniem. Spacer po murach obronnych zamku był bardzo przyjemnym doświadczeniem. Z wież rozciągały się wspaniałe widoki na miasto i estuarium Tagu. Miło było również przespacerować się uliczkami w okolicach zamku. Wracając przeszedłem się przez tętniącą życiem Lizbonę. W dzień powszedni panuje na niej intensywny ruch. W drodze do hotelu kupiłem prezenty dla rodziny. Oczywiście, nie mogło zabraknąć butelki szlachetnego porto.

Widok z zamku na Lizbonę

Po południu złapałem autobus na lotnisko z placu Rossio. Czekając na samolot spotkałem Dorotę Ustianowską - zawodową polską maratonkę. Przybiegła ponad dwie minuty po mnie, ale wystarczyło jej to na zajęcie drugiego miejsca wśród kobiet. Nie była zadowolona z wyniku i organizacji maratonu. Rozmowa z nią utwierdziła mnie w przekonaniu, że Portugalczycy są za bardzo wyluzowani. W samolocie czekała mnie chwila stresu, bo poinformowano nas, że możemy wylecieć z 40-minutowym opóźnieniem. Byłoby to fatalne, bo mogłem nie zdążyć się przesiąść w Mediolanie. Dobił mnie kolejny komunikat dotyczący braku napojów alkoholowych w samolocie. Włosi przypisywali winę portugalskiej obsłudze lotniska. Mimo wszystko, moja ogólna ocena ich linii wypadła negatywnie, w porównaniu na przykład do naszego LOT-u.

Na szczęście udało nam się jednak wylecieć i w Mediolanie miałem trochę wolnego czasu. Czekając na samolot spotkałem Kubę Jakowicza, którego znam z warszawskich biegów, przede wszystkim ze 100-kilometrowej sztafety Wesoła Stówa. Jego drużyna, Brygada Kryzys, zajęła wtedy trzecie miejsce, wyprzedzając naszą Byledobiec Anin. Okazało się, że Kuba jest znakomitym skrzypkiem. Grał w wielu filharmoniach na całym świecie. Akurat wracał z Florencji, gdzie oglądał jakieś fantastyczne skrzypce, których jednak nie kupił, bo nie były oryginalne. Później dowiedziałem się, że Kuba jest laureatem Paszportu Polityki w kategorii Muzyka - rzeczywiście, musi być mistrzem w swoim fachu. Wspaniale, że przy okazji biegania można poznać tak ciekawe osoby.

Na lotnisku w Warszawie spotkała mnie kolejna niespodzianka - setki kibiców, krzyczących, trąbiących, śpiewających piosenki. Niestety, nie na mój temat. Okazało się, że wylądowałem 20 minut po siatkarskiej reprezentacji Polski, która wracała z mistrzostw świata w Japonii ze srebrnymi medalami. Na lotnisku czekała na mnie mama z Aleksem - przynieśli mi ostatni numer pisma "Bieganie" z moim artykułem na temat maratonu w Sydney. Na koniec wyjazdu miałem dużo wrażeń.

Czterodniowy wypad do Portugalii był świetnym pomysłem. Trochę żałowałem, że nie miałem więcej czasu na zwiedzanie kraju, ale było to zdeterminowane bardzo ograniczoną liczbą dni urlopu. Dany mi czas wykorzystałem bardzo intensywnie i jestem zadowolony z tego, co zobaczyłem. Byłem dumny z wyniku sportowego, a przede wszystkim z pokazania charakteru i bezwzględnej realizacji celu. Miałem pobić rekord, choćby o sekundę i udało się :-)

Galeria zdjęć z Lizbony

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin