O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2006-11-05, Ateny (Grecja)


Z bratem z Maratonu do Aten
Olimp, Meteora, Olimpia

Relacja Roberta z 19. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:56:26

79 /
2626

3


Maratony Roberta

Na maraton do Aten wybierałem się już dwa lata wcześniej - w roku olimpijskim. Praktycznie wszystko miałem już pozałatwiane, ale zanim zdążyłem zapłacić za bilet i wpisowe, uprzedził mnie kolega, zapraszając w terminie maratonu na swój ślub. Nie mogłem mu odmówić i w końcu pobiegłem w Monako (tydzień po Atenach). Może dobrze się wtedy stało - w Monako było wspaniale, a teraz do Aten mogłem pojechać z mocną reprezentacją klubu Byledobiec. Skład wyprawy przedstawiał się następująco: ja, Alex, Marcin i Marzena (ówczesna koleżanka Marcina).

Wyjazd do Aten zaplanowałem starannie, czytając przewodnik i szukając trochę w Internecie. Zakładałem, że wypożyczymy samochód i zrobimy duże kółko po kontynentalnej Grecji, zaliczając największe atrakcje. Moim zdaniem były to: Ateny, Delfy, wejście na Olimp, Meteora, przejazd na Peloponez i Olimpia. Po podzieleniu trasy na odcinki liczba kilometrów do przejechania nie wydawała mi się przerażająca, nawet po uwzględnieniu kiepskiej jakości dróg. Na wszelki wypadek jeszcze w Warszawie zarezerwowałem dla nas noclegi w Atenach na dwie noce, w pozostałych miejscach szliśmy pod tym względem na żywioł.

Do Aten wylecieliśmy we wtorek późnym wieczorem. Wcześniej, po wyjściu z pracy, zrobiliśmy sobie z Aleksem trening na Kabatach. Biegło nam się kiepsko, bo było ciemno, mglisto, a światło czołówki nie oświetlało odpowiednio nierównościami terenu. Po biegu wzięliśmy prysznic i umówiliśmy się z tatą, który podwiózł nas na Okęcie. Tam staliśmy w bardzo długiej kolejce, wśród rozbrykanej młodzieży z Izraela - odprawa o tak późnej godzinie była męcząca.

Delfy - Łubu dubu, łubu dubu, nich żyje nam prezes naszego klubu

Do Aten dolecieliśmy po drugiej w nocy. Pierwsze co uderzyło mnie na lotnisku to wszechobecne napisy alfabetem greckim. Fonetyczny odczyt sprawiał mi problem, radziłem sobie kombinacją alfabetu łacińskiego, rosyjskiego i zapamiętanych symboli, typu sigma, omega, itd. Nauczenie się odczytywania napisów miało duże znaczenie w przypadku późniejszego rozpracowywania miast miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy (choć często zdarzały się tłumaczenia "naszym" alfabetem). Najlepiej z greką radził sobie Alex.

Na lotnisku od razu udaliśmy się w kierunku stanowisk wynajmu samochodów. Po przejrzeniu wszystkich ofert, zdecydowaliśmy się na złotą Skode Octavię w Alamo. Samochód z silnikiem 1.6 litra okazał się mało zrywny (4 osoby + bagaże), ale jego atutem był duży bagażnik.

Było po 3 w nocy, ale zgodnie z założeniami nie zamierzaliśmy szukać noclegu - w planie był przejazd do Delf. Najpierw pojechaliśmy autostradą, potem trafiliśmy na krętą, zamgloną drogę, na której musieliśmy się zatrzymywać z powodu braku widoczności. Marzena prowadziła, ja pilotowałem, choć z powodu greckich napisów szło mi bardzo ciężko. Raz się zgubiliśmy i musieliśmy pytać o drogę, którą pewien sympatyczny pan objaśnił nam na migi. W końcu dojechaliśmy do górskiej, narciarskiej miejscowości Arachova, z której roztaczał się piękny widok na zbocza Parnasu (2459 m n.p.m). Niedługo później, o świcie byliśmy w Delfach. Miasteczko (ok. 2,5 tysiąca mieszkańców) leży na wysokości 600 m n.p.m. i cieszy oko ładnymi widokami doliny, pełnej drzewek oliwnych, w którą wcina się zatoka. Po wyjściu z auta zaczęliśmy szukać jakiejkolwiek knajpy. Od miejscowych dostałem namiar na miejsce, gdzie o tej porze można było dostać śniadanie. Za 7 euro był szwedzki stół i mogliśmy się najeść do syta. Alex minimalizował koszt jednej kanapki, zjadając ich kilkanaście, co wprawiło w zdumienie Marcina i Marzeną (ja jestem już przyzwyczajony do jego śniadań). Po porządnym posiłku, udaliśmy się w kierunku ruin. Po drodze minęliśmy maszty z flagami Unii Europejskiej - polska wywieszona była do góry nogami (z tego co wiem, Monako ani Indonezja nie są w Unii).

Nie jestem specjalnym fanem oglądania ruin, znacznie bardziej interesuje mnie to, co stworzyła natura a nie człowiek. Jego dzieła niszczeją z czasem, co widać było po greckich zabytkach, doświadczonych przez trzęsienia ziemi i najazdy Turków. Zobaczenie zabytków z początków naszej kultury traktowałem jako obowiązek.

Paparazzi dopadli nas na jednej z plaż (zdjęcie robione z zaskoczenia)

Na początku zaliczyliśmy muzeum, w którym wystawiono cenne eksponaty, zabrane w wykopalisk przy ruinach. Najbardziej znany jest posąg "Woźnica" z brązu z V wieku p.n.e. Z dwoma pogiętymi prętami w ręku wygląda jakby zbierał złom. Potem przeszliśmy się do górnych wykopalisk (powyżej drogi). Na początku widać tam ruiny z czasów wpływów rzymskich i chrześcijańskich, wyżej można zobaczyć już typową grecką zabudowę. Największą atrakcją jest wyrocznia, w której ustami Pytii przepowiedni udzielał Apollo. Były one bardzo wieloznaczne, dlatego właściwie wszystkie się sprawdzały. Delfy zgromadziły dzięki temu wspaniałe bogactwa, zbierane od osób, które przybywały tutaj z prośbą o radę. Świątynia bardzo intensyfikowała swoją działalność - najpierw otwierana była raz w roku, później nawet codziennie. Ludzie składali swoje dary w pobliskich skarbcach ("Trezorach") - skarbiec Ateńczyków został w pełni zrekonstruowany. Wraz z Marcinem wdrażaliśmy system o takiej nazwie w Ministerstwie Finansów i nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności zrobienia zdjęcia z Trezorem. Powyżej świetnie zachował się teatr (ok. 400 lat p.n.e), a także antyczny stadion z kamienną widownią na 7 tysięcy osób. Oczywiście musieliśmy po nim pobiegać. W dolnej części poniżej drogi znajdują się ruiny owalnej świątyni. Nie schodziliśmy już na dół, żeby przyjrzeć się im z bliska, bardziej zainteresowały mnie śliczne małe kotki przed muzeum.

W drodze do samochodu zrobiliśmy zakupy, wszedłem też do sklepu, na wystawie którego było wiele zestawów szachów. W podstawówce uprawiałem ten sport zawodowo przez 7 lat i nawet byłbym zainteresowany kupnem zestawu z figurkami antycznymi, choć ceny były raczej zniechęcająco. Sprzedawca tłumaczył mi, jak wytwarza te figurki, że robi to tak dobrze, jak gra w szachy. Przemknęła mi przez głowę myśl, żeby zagrać z nim partyjkę i powalczyć o parę euro zniżki, ale niestety nie mieliśmy na to specjalnie czasu. W planie mieliśmy długą drogę do Litochoro (miejscowość pod Olimpem), a po drodze chcieliśmy pojechać nad morze, żeby się wykąpać. W tym celu zatrzymaliśmy się nad zatoką na wschód od Lamii. To była spontaniczna decyzja, żeby zjechać z drogi w kierunku wody, choć ciężko było tam dotrzeć. Alex poprowadził mnie na początku trasą, na której nasz samochód zamieniał się momentami w amfibię. Na szczęście w końcu dojechaliśmy lepszą drogą nad brzeg zatoki, gdzie można było się zrelaksować. 3-osobowy skład Byledobiec ruszył na trening wzdłuż brzegu, choć trasa okazała się fatalna. Przebiegaliśmy przez jakieś dzikie działki pełne krzaków i jakichś śmieci. Najbardziej ambitny był Marcin, który mocno trenował. Ja i Alex daliśmy sobie spokój i przyglądaliśmy się technikom zbierania oliwek. Bardzo lubię te owoce, ale na surowo są naprawdę obrzydliwe.

To wygląda, jak reklama Skody Octavii, tylko że przy autach przeważnie stoją roznegliżowane panienki

Po powrocie do auta w końcu wykąpaliśmy się. Pogoda nas rozpieszczała - tego dnia było 20 stopni i mocne słońce - pełen relaks. W drodze w kierunku Olimpu trochę przysnąłem, a Marzena szybko dowiozła nas autostradą do Litochoro (6,7 tysiąca mieszkańców). Miejscowość bardzo przypadła mi do gustu. Niedaleko na wschodzie było morze, na zachodzie wspaniale wyglądał masyw Olimpu, na który mieliśmy wchodzić z Alexem następnego dnia.

Poszliśmy do knajpy, w której postanowiliśmy zamówić sobie spaghetti. Po piętnastu minutach do restauracji wszedł facet z torbą surowego makaronu. Śmialiśmy, że właśnie przyszedł nasz obiad. Później nie było nam już tak do śmiechu. Kelnerka długu nie przychodziła, Aleksowi skręcało żołądek z głodu. Ja na szczęście zamówiłem na początek grecką sałatkę. To danie bardzo mi smakowało. Grecka feta jest znacznie lepsza od polskiej.

Po długim oczekiwaniu, na nasz stół wjechały 4 porcje makaronu z utartym serem na wierzchu. Cieszyłem się, że makaron był ugotowany, a pani poświęcała się dla nas z tym serem (widziałem, jak długo tarła w kuchni). Pytanie, gdzie był sos pomidorowy. Alex oczywiście zaczął jeść suchy makaron, ja musiałem się wykłócać, czym jest spaghetti, pokazując piękne zdjęcia dania z menu. Pani przyniosła nam ketchup... Walka trwała dalej, po paru minutach pani w końcu przyniosła nam jakiś sos, w którym chyba były pomidory. Grecy zdecydowanie nie są specjalistami od kuchni włoskiej.

Po posiłku znaleźliśmy hotel, zrobiliśmy zakupy, wypiliśmy piwko i położyliśmy się wcześnie spać. Następnego dnia wstaliśmy przed świtem, żeby przygotować się do wyprawy na Olimp. Uznaliśmy, że wspaniale byłoby się zmierzyć z najwyższym pasmem w Grecji, które było uważane za siedzibę bogów. Czekała nas długa wspinaczka, dlatego zaopatrzyliśmy się w odpowiednią ilość kanapek i batonów. Udało nam się zwlec z łóżka towarzystwo, Marcin poszedł biegać, a Marzena podwiozła nas do Prionii (1100 m n.p.m.) - ostatniego punktu przed Olimpem, do którego można dojechać samochodem. Dzięki temu zaoszczędziliśmy sporo czasu - od Litochoro do Prionii jest 16 km stromą, krętą drogą. Wyruszyliśmy pod górę, kiedy szarość poranka zaczynała się już przejaśniać. Już na wstępie duże wrażenie zrobił na nas widok Zatoki Termajskiej i rysujących się na horyzoncie gór Półwyspu Chalcydyckiego - regiony górskie są oddalone od morza zaledwie o 20 km. Niestety, z biegiem czasu piękne widoki zaczęły nam zasłaniać chmury.

Po kilkunastu minutach po wyjściu z Prionii przyłączył się do nas pies. Myśleliśmy, że jego właścicielami są turyści, których mijaliśmy, ale on wiernie za nami podążał. Czasem znikał nam z oczu, wbiegając pod górę jakimś skrótem, ale po paru minutach pojawił się znowu. Wyglądał na zwykłego mieszańca, ale miał niesamowicie umięśnione uda oraz charakterystyczne, odstające piąte pazury w tylnych kończynach. Wyglądały, jak szpony u jakiegoś drapieżnego ptaka. Prawdopodobnie przystosował się do życia w górach, te szpony przydawały mu się później przy chwytaniu skał. Roboczo nazwaliśmy go "Irasiad", po gafie, jaką strzelił niedługo wcześniej prezydent Kaczyński. Na prezentacji psów policyjnych funkcjonariusz wydał komendę: "Ira - siad!", na co prezydent zareagował: "Irasiad jest bardzo zdenerwowany". Po tym, jak doprowadził nas na szczyt, Irasiad został przemianowany na Rzeźnika (od bieszczadzkiego ultramaratonu).

Alex z Rzeźnikiem na Skali

Wchodziliśmy szybko, zrobiliśmy sobie postój w lesie. Wyciągnęliśmy prowiant, ale nie podzieliliśmy się nim z Rzeźnikiem. Najpierw powinien wykonać swoją robotę - doprowadzić nas do celu. W miarę upływu czasu drzewa liściaste zaczęły ustępować miejsca roślinności z wyższych partii górskich, potem trzeba się było przeprawiać przez śnieg, na którym przed nami widać było tylko ślady Rzeźnika i kozicy. Po godzinie i 40 minutach dotarliśmy do Schroniska A, które było w przewodniku oznaczone na 2:30 - 3 godziny. Standardem jest, że robimy trasę w zaledwie 2/3 czasu, który przeznacza na to przewodnik. W końcu nie przez przypadek jesteśmy rzeźnikowymi hardcorowcami. Schronisku jest niestety nieczynne o tej porze roku, ciężko znaleźć tu nawet kawałek dachu, żeby schronić się przed deszczem (a trochę padało).

Po kwadransie wyruszyliśmy w wyższe partie górskie. Masyw Olimpu składa się z 52 wierzchołków. Najwyższy jest Mytikas (2917 m n.p.m.) i on był naszym celem. Ze względu na zalegający śnieg wybraliśmy teoretycznie łatwiejszą drogę od południa - przez Skalę. Z czasem trasa stała się bardzo trudna. Gubiliśmy przykryty śniegiem szlak i brnęliśmy "na czuja". Wdrapywałem się na górę, stawiając stopy w śladach Alexa. Ręce stawały się przydatne przy wspinaczce i wzorem Rzeźnika często używałem 4 kończyn. Nie do zniesienia stawał się bardzo silny wiatr - to jest to, co najbardziej zniechęca mnie do wędrówki po szczytach - wichura niosąca ze sobą zmrożony śnieg. Dotarliśmy na Skalę (2866 m n.p.m.) i po chwili zaczęliśmy kontynuować naszą podróż, zgodnie ze drogowskazem na Mytikas. Szlak był widoczny na bardziej stromych skałach, na których nie mógł utrzymać się śnieg. Trasa była w tych warunkach bardzo niebezpieczna. W wielu miejscach znajdowały się wkręty, w które można było wpiąć karabińczyk z liną. Niestety, my nie mieliśmy tego typu wyposażenia. Przerażająca była mgła, nie chciałem wiedzieć, ile metrów przepaści jest za tym mlekiem pode mną. Po zejściu ze Skali zaczęła się stroma wspinaczka. Zbocze było konkretne, Alex niechcący zepchnął kamień w moim kierunku i potem wchodziłem trochę inną trasą niż on. Wszedłem na szczyt, pod którym do kamienia przymocowana była tabliczka "Mytikas...", wstawiona latem 2006 roku. Miałem szczerą nadzieję, że to koniec naszej wędrówki, ale szlak biegł gdzieś dalej. Spojrzałem w tym kierunku i to, co zobaczyłem, nie było zbyt zachęcające - trasa szła kawałek w dół i była bardzo trudna. Obok mnie stał Rzeźnik, patrzący w tę stronę i mimo ogłuszającej wichury słyszałem jego popiskiwanie, jakby chciał nam powiedzieć "Nie idźcie dalej!". Nie byliśmy chyba na głównym wierzchołku Mytikas, do niego był jeszcze kawałek. Podobno powiewa tam Grecka flaga i można się wpisać do księgi pamiątkowej. Chcieliśmy tam dotrzeć, ale rozsądek mówił zupełnie co innego. Pomyślałem jeszcze o naszej mamie, która chyba dostałaby zawału serca, widząc nasze wyczyny. "Zerknij, Alex - wracamy, co?" - "Wracamy".

Ostra wspinaczka na szczyt

Powrót był równie nieprzyjemny, co podejście, odetchnęliśmy dopiero z powrotem na Skali. Ukryliśmy się trochę za skałami, Alex wyjął herbatniki, których dużą część pochłonął Rzeźnik. Kiedy schodziliśmy, wiatr był tak mocny, że uderzał w nas małymi kamyczkami. Odwracałem się do niego plecami, ale obcisłe spodnie do biegania nie były w stanie uchronić mnie przed bólem okrutnego biczowania. Nieco niżej spotkaliśmy jedynego poza nami turystę w tych okolicach - Charliego. Widziałem go już na parkingu w Prionii - wyszedł może parę minut po nas. Ostrzegaliśmy go, ale on postanowił twardo wspinać się sam - szaleniec. W końcu minęliśmy przełęcz, za którą byliśmy trochę osłonięciu od wiatru, pojawiła się też kosodrzewina. W schronisku można było już odetchnąć pełną piersią. Czuliśmy trochę niedosyt, że nie udało nam się dotrzeć do najwyższego punktu masywu Olimpu, ale na pewno byliśmy na jednej z jego skał, na wysokości ponad 2900. Niestety, ciężko było znaleźć na mapie, w którym miejscu dokładnie zawróciliśmy.

W partiach lasu liściastego Rzeźnik zginął nam na ponad 10 minut, ale potem pojawił się ponownie. W Prionii byliśmy z powrotem po czasie 6:54 od wyjścia stąd, a przewodniki przeznaczają 7 godzin na letnie podejście na Mytikas. My w tym czasie zaliczyliśmy tę trasę w dwie strony. Problemem był brak zasięgu sieci komórkowej - nie mogliśmy skontaktować się z Marcinem i Marzeną, żeby po nas przyjechali. Pamiętam, że zasięg był na drodze prowadzącej tutaj, ale parę ładnych kilometrów stąd. Nie pozostawało nam nic innego, jak kontynuować nasz marsz szosą. Rzeźnik cały czas trzymał się w okolicy, nawet pierwszy raz wściekle zaszczekał na kierowcę, który zatrąbił na nas, gdy chcieliśmy go złapać na stopa. Był może kciuk, podniesiony do góry oznacza co innego w Grecji, niż w Polsce. Następną okazję udało się nam złapać - był to busik. Rzeźnik był poza zasięgiem naszego wzroku, nie zdążyliśmy go przytulić na pożegnanie. Alex później wyczytał, że podczas wspinaczki na Olimp niektórym turystom towarzyszą nawet dwa górskie psy. Rzeźnik był pewnie jednym z nich. Świetnie wykonał swoją pracę, za co nagrodziliśmy go herbatnikami i kanapkami. Zawsze będę go wspominał z łezką w oku, mam nadzieją, że wprowadzi na Olimp jeszcze wielu turystów.

Byledobiec na Olimpie

W zatrzymanym busiku jechały dwie rodziny z dziećmi. Pochodzili z Niemiec, spod Frankfurtu nad Menem. Chcieli pochodzić trochę po lasach pod Olimpem, ale narzekali, że dzieci im bardzo marudziły. Miło gaworzyliśmy sobie z nimi po angielsku, ale Alex musiał zabłysnąć swoim niemieckim: "Wir moechten einen SMS schicken!". Faktycznie, w końcu złapałem zasięg i umówiliśmy się z Marcinem i Marzeną w Litochoro. Na miejscu podziękowaliśmy serdecznie naszym przyjaciołom zza zachodniej granicy - dzięki nim zaoszczędziliśmy pewnie z godzinę. Przebraliśmy się przy ulicy w centrum Litochoro i poszliśmy do knajpy przy głównym rondzie. Tradycyjnie, zamówiłem grecką sałatkę, ale głównym daniem nie było już spaghetti.

Dzień zbliżał się ku końcowi, naszym kolejnym celem podróży była Meteora - moim zdaniem główna atrakcja podróży do Grecji. To tutaj znajdują się niesamowite, strome, wysokie skały, na których wybudowano średniowieczne klasztory. Zatrzymaliśmy się w pokojach gościnnych w pobliskiej Kalambace (7,4 tys. mieszkańców) - po turecku oznacza to samo, co Meteora (Wiszące Skały). Już przed wjazdem do miasta czekający na nas krajobraz robił niesamowite wrażenie. Zwiedzanie mieliśmy zacząć następnego dnia - na razie zrobiliśmy zakupy w Lidlu (a Lidl jest tani). Nie mogliśmy się obyć bez napojów wyskokowych - ja posmakowałem w winach australijskich, reszta zdecydowała się na greckie. Impreza odbyła się jak zawsze w naszym pokoju. Kiedy wszyscy poszli już spać, ja kończyłem swoją butelkę, pochłonięty oglądaniem pasjonującego filmu "Mumia 2", który w greckiej wersji nabierał dodatkowego smaczku (na trzeźwo nie dałoby się tego oglądać).

Krajobraz Meteory

Następnego dnia rano zjedliśmy z Aleksem śniadanie w jakimś obskurnym barze i wyruszyliśmy zwiedzać Meteorę. Czekała na nas trasa około 20 km wśród skał, na których stoją 24 słynne klasztory Meteory. Tylko w sześciu z nich mieszkają jeszcze mnisi, tylko kilka jest udostępnionych do zwiedzania przez turystów. Skały zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Takie formy ostańców piaskowcowych ukształtowały przez milionami lat ogromne masy wody, napływające znad morza. Pozostałością po tym okresie są niesamowite kształty. Pierwszy klasztor Meteory powstał w XIV wieku, szybko wznoszono kolejne. Można się było do nich dostać przeważnie tylko przy użyciu drabin i specjalnych wciągarek linowych.

Postanowiliśmy odwiedzić dwa klasztory. Najpierw podjechaliśmy do Megalo Meteoro - najstarszego, najwyższego rangą, największego, najwyżej położonego i chyba najpiękniejszego klasztoru. Jest on cały czas zamieszkały przez mnichów. Panuje tu bardzo specyficzny klimat, z wysokiego tarasu można podziwiać widoki tej niesamowitej krainy. Na mnie największe wrażenie zrobiły czaszki mnichów, wystawione w jednej z wnęk. Warta zobaczenia jest kaplica, kuchnia, można się również obejrzeć kilka ekspozycji. Dla dociekliwego turysty jest tu zwiedzania na kilka godzin. Następnie, pojechaliśmy na drugi koniec tej niesamowitej krainy - do klasztoru Agia Triada. Wchodzi się do niego po schodach wykutych w skale dopiero w 1925. Wcześniej mnisi przemieszczali się przy pomocy sznurowej drabiny, a towary dostarczano przy pomocy sieci wciąganej i spuszczanej po linach. Jeżeli chodzi o zwiedzanie, Meteora była dla mnie punktem numer 1 naszej wyprawy i jeśli ktoś wybiera się do Grecji, to ta atrakcja powinna być priorytetem, nawet przed Akropolem.

Megalo Meteoro, największy z klasztorów - postać na dole po prawej stronie, to Alex

Po wyjeździe z Meteory czekał nas najdłuższy odcinek drogi (ok. 700 km) - do Olimpii na Peloponezie. Na początku niestety sprawdziły się moje obawy co do dróg w Grecji. Krótki na pozór odcinek na mapie okazywał się prowadzić niesamowicie krętą, górską trasą, na której trzeba się było nawet zatrzymywać, żeby przepuścić samochody jadące z przeciwka. Tak wyglądała większość naszej trasy do Ioanniny. Trud podróży wynagrodził nam widok jeziora Ioannion. Dalej droga była już nieco przyjemniejsza. Na posiłek zatrzymaliśmy się przy trasie nad zatoką. O zmierzchu dotarliśmy na niedawno wybudowany most prowadzący na Peloponez. Zaskoczyło nas trochę wysokość myta - 10,5 euro. Wieczorem dotarliśmy do Olimpii, ja byłem trochę zmęczony - prowadziłem przez całą trasę. Zrobiliśmy zakupy i po kilku próbach znalezienia noclegu zatrzymaliśmy w hotelu Kronio. Jego właściciel, Asteris Panagiotis, jest maratończykiem - w recepcji wisiało kilka jego dyplomów z maratonów w Atenach. Dał nam kilka rad, że trasa trudna, żeby nie zaczynać za szybko, ale i tak zamierzaliśmy z Aleksem bezwzględnie napierać na złamanie 3-godzin. Asteris wskazał nam również drogę do Marathon Expo, które miało się odbyć na obrzeżach Aten.

Wieczorem zrobiliśmy sobie małą imprezkę. Piłem piekielnie słodkie wino, Marcin z Marzeną przygotowywali sałatkę grecką, która składała się głównie z cebuli - waliło w całym pokoju. Rano zarządziłem rozruch - wraz z Alexem i Marcinem jeszcze po ciemku biegaliśmy po zupełnie pustych ulicach Olimpii. Najbardziej popisywał się Marcin, podbiegając pod jakieś górki, ja raczej truchtałem. Niestety, nie udało się nam dostać do ruin, wśród których fajnie by było pobiegać. Po śniadaniu w hotelu poszliśmy w kierunku antycznej części miasta. Najpierw zwiedziliśmy muzeum archeologiczne, odnowione przed igrzyskami olimpijskimi w 2004 roku. Eksponowane były znaleziska z Olimpii z różnych epok, sięgających ponad 2000 lat p.n.e. Najbardziej z całej ekspozycji podobał mi się marmurowy posąg Hermesa. Po wyjściu z muzeum zgubiliśmy Marcina i Marzenę, którzy na domiar złego nie wzięli ze sobą telefonów. Poszliśmy w stronę wykopalisk, w których centrum stały ruiny ogromnej świątyni Zeusa. Główną atrakcją dla nas był antyczny stadion olimpijski - aż trudno uwierzyć, że kiedyś całkowicie pokryty sklepieniem z gliny. Za trybuny służyły usypane wały, mogące niegdyś pomieścić nawet 40 tysięcy mężczyzn. Pierwsze igrzyska olimpijskie odbyły się w 776 roku p.n.e., kiedy rozegrano tylko jedną konkurencję - bieg wokół stadionu na dystansie 192 m. Później dochodziły inne konkurencje - podwójny bieg dookoła stadionu, bieg na 4600 metrów, pięciobój (bieg, rzut oszczepem, rzut dyskiem, zapasy, pięcioskok bez rozbiegu), a potem także walki na pięści i wyścigi rydwanów. Po stadionie biegały jakieś dzieci, my z Alexem również nie mogliśmy odmówić sobie tej przyjemności.

Olimpia - stadion, na którym odbyły się pierwsze igrzyska olimpijskie

Po zwiedzeniu ruin Olimpii, z której niestety niewiele zostało, udaliśmy się do Muzeum Igrzysk Olimpijskich (nowożytnych). Towarzystwo nie było jakoś poruszone ekspozycją (szczególnie Marzena), ale ja dokładnie oglądałem wszystkie eksponaty. Szczególnie poruszył mnie wyczyn lekkoatlety o nazwisku Spyridon Louis. Został on zwycięzcą pierwszego maratonu na nowożytnych igrzyskach olimpijskich w Atenach w 1896. Dystans wynosił wtedy 40 kilometrów, trasa była prawie taka sama jak ta, którą mieliśmy biec następnego dnia - z Maratonu do Aten. Zdjęcie bohatera wbiegającego na stadion Panathinaikon jest dostępne tutaj (nie mam praw do publikacji tego zdjęcia). Grek ukończył bieg w czasie 2:58:20 (choć było to "tylko" 40 km), ja z Aleksem mieliśmy podjąć to wyzwanie następnego dnia. Pobyt w muzeum naładował moje akumulatory, podobnie jak niedawna wizyta w wiosce olimpijskiej w przeddzień maratonu w Sydney.

Po wyjeździe z Olimpii skierowaliśmy w stronę Aten. Niestety, zaskoczył nas remont drogi i musieliśmy przedzierać się przez małe miejscowości. Wynagrodziły nam to widoki na Zatokę Koryncką i niesamowicie kręta, schodząca w jej kierunku trasa. Ominęliśmy Korynt i dotarliśmy do Aten. Od razu skierowaliśmy się w kierunku Pireusu, a potem Ellinikon, gdzie dotarliśmy na Marathon Expo. Odebraliśmy pakiety startowe, a także karty miejskie, upoważniające nas do darmowego korzystania z komunikacji miejskiej w Atenach. To bardzo miły gest. Na telebimach można było oglądać biegi maratońskie kobiet i mężczyzn z igrzysk w 2004 roku. Zobaczyłem ostatnie 20 minut męskiego maratonu, wygranego przez Włocha Stefano Baldiniego - aż się chce biegać po obejrzeniu tych niesamowitych momentów. Wspaniałe było pasta party, nie przypominam sobie, żeby wcześniej przed jakimś maratonem ktoś zorganizował takie dobre jedzenie. Można było sobie dokładać do woli i muszę przyznać, że trochę zapchałem się tym makaronem. W maratonie uczestniczyło wielu Polaków, między innymi liczna grupa z Mszany Dolnej - wymieniliśmy parę zdań z sympatycznymi ludźmi z tego miasta. Wskazali nam biegacza, za którym mieliśmy się trzymać, chcąc złamać 3 godziny. Jak się później okazało, biegł szybciej od nas, ale wyprzedziliśmy go z Aleksem na 2 kilometry przed metą.

Przed wyjazdem zarezerwowałem 2 dni w hotelu w Atenach, żeby zaoszczędzić czas poszukiwania w zatłoczonym mieście, poza tym bałem się, że na miejscu trudno będzie coś znaleźć, ze względu na sporą ilość przyjeżdżających biegaczy. Wybór padł na hotel Filoxenia w dzielnicy Omonia, jak się potem okazało - okolicy z wieloma polskimi akcentami. Znaleźliśmy "nasze" sklepy, biura podróży, nawet wypożyczalnię kaset z polskimi filmami wideo. Bez trudu pokierowałem Marzenę na plac Omonia. Dużym sukcesem było znalezienie miejsca parkingowego, ale przestawiliśmy jakiś śmietnik i udało się. Potem rozdzieliliśmy się - ja poszedłem załatwiać hotel, reszta miała robić zakupy. Moja misja zakończyła się sukcesem, Alex był wściekły, bo przed nosem zamknęli mu market. W innych sklepach nie mógł znaleźć składników potrzebnych do naszego maratońskiego śniadania. Trochę panikował ("Nie zjem - nie pobiegnę") i po dotarciu do hotelu od razu wyruszyliśmy na obchód, kupując chleb tostowy i chudą wędlinę.

Następnego dnia spożyliśmy maratoński posiłek, a na drugie śniadanie Alex przygotował tonę kanapek z miodem. Wyjechaliśmy spod hotelu w kierunku stadionu, skąd na start w maratonie miały nas zabrać autobusy. Szok przeżyliśmy od razu przy placu Omonia - tutaj nawet o 6 nad ranem w niedzielę są korki! Zaparkowaliśmy w bocznych, wąskich uliczkach, w połowie drogi między Akropolem i stadionem Panathonaikon. Nasz autobus wyjechał trochę po szóstej i w Maratonie byliśmy na blisko 2 godziny przed startem, który miał się odbyć o 8:30. Aby uciec od tłumu maratończyków i schować się od wiatru, udaliśmy się w stronę kościółka, który zauważyłem na wzgórzu. Tutaj spokojnie się rozgrzewałem, ale chłopaki stwierdzili, że wolą jednak zejść na dół, bo tam są fajne śmierdzące kible i tłum maratończyków, wysmarowanych Ben-Gayem - droga wolna. Grecko-katolicki kościółek był otwarty i skorzystało z tego masę maratończyków - posłużył im za szatnię. Ja na początku nie wchodziłem do środka, zrobiłem to dopiero na pół godziny przed startem, kiedy oddaliśmy ciuchy i mimo foliowych peleryn (zrobiliśmy je sobie dzień wcześniej z wielkich czarnych worków na śmieci, podwędzonych pani sprzątającej na Marathon Expo) było nam strasznie zimno. Alex docenił wtedy zalety kościółka, ale dawał temu wyraz w inny sposób. Kiedy ja siedziałem spokojnie, wpatrzony w ołtarz, zastanawiając się nad sensem życia, Alex energicznie wymachiwał nogami. Po zejściu na dół, przed startem powtarzaliśmy za prowadzącym słowa przysięgi, że będziemy walczyć zgodnie z duchem sportu.

Po starcie ruszyliśmy z Aleksem dziarsko do przodu. Byliśmy ustawieni w najszybszej strefie, tuż za elitą, więc nie musieliśmy się przepychać przez jakiś dziki tłum. Jesteśmy łatwo rozpoznawalni na trasie, ze względu na nasze koszulki Byledobiec. Od razu zaczepiło nas dwóch Polaków - jednym z nich był Dariusz Nawrocki - zawodowiec, który kiedyś przebiegł maraton w czasie 2:14. Kiedy to usłyszałem - lekko zdębiałem. Mieliśmy się trzymać razem na 3 godziny. Po dwóch kilometrach, ku naszemu zaskoczeniu dołączył do nas Marcin. Porozmawialiśmy chwilę, ale przy tabliczce kończącej 4 kilometr stwierdziłem, że biegniemy zdecydowanie za wolno, więc daliśmy do pieca, zostawiając Marcina na pastwę losu. Potem przyszła kolej na absurdalną mijankę - skręciliśmy w lewo i biegliśmy prawą stroną drogi, dalej nastąpiła zawrotka, biegliśmy prawą stroną, ale za chwilę mieliśmy skręcić w lewo, z powrotem do drogi głównej. W związku z tym wpadliśmy na tłum wolniejszych biegaczy z naprzeciwka - doskonała organizacja. Biegliśmy dalej z naszą grupą i dowiadywaliśmy, jak mamy się ustawiać w grupie, żeby minimalizować opory powietrza. Przypominało to trochę klucz ptaków - w końcu one są w tym zakresie specjalistami. Wymienialiśmy się z Dariuszem na prowadzeniu, po czym on trochę nam odjechał. Nie przejmowałem się tym za bardzo. Dyktowałem dobre tempo - na 10. kilometrze mieliśmy 42:14 (42:30 było na 3h), na półmetku 1:29:05. Na kolejnych kilometrach dogoniliśmy Dariusza na jednym ze zbiegów, które zaliczaliśmy na dużym luzie. Pozdrowił nas, życząc powodzenia - "Prowadź brata na 3 godziny". Musiałem wywiązać się z tego obowiązku. Górki cały czas były nieubłagane, po półmetku trasa systematycznie wznosiła się, ale dobrze dawaliśmy sobie z tym radę - wyprzedziliśmy dziesiątki zawodników, nas wziął tylko jeden - Włoch, za którym byliśmy bezpośrednio o jedno miejsce w ostatecznej klasyfikacji. Na 30 kilometrze usłyszałem od Aleksa: "Chyba rozwiązuje mi się sznurówka", a po minucie: "kur...". Pomyślałem, że w związku z tym skorzystam z okazji i pozbędę się nadmiaru płynów w pęcherzu moczowym, wskakując na pas zieleni. Alex uporał się ze sznurowadłem w kilka sekund i pobiegł dalej, moje sprawy trwały nieco dłużej i dzieliła nas spora odległość - jakieś 13-15 sekund. Kiedy Alex się odwrócił - machnąłem, żeby biegł szybko. Nadrabiałem straty, ale na macie 30 kilometra miałem jeszcze dokładnie 8 sekund straty (2:07:43). W końcu go dogoniłem i dalej starałem się osłaniać go z przodu od wiatru (a trochę wiało). Na następnym kilometrze dotarliśmy do najwyższego punktu trasy i od tego momentu zaczął się nasz wielki bieg.

Biegliśmy razem od początku do końca
Wspaniale było finiszować na pięknym, historycznym stadionie Panathinaikon

Nikt nie miał już prawa nas dogonić, wyprzedzaliśmy kolejnych zawodników pojawiających się na horyzoncie. Doszło do tego, że wzięliśmy też jakiegoś zmęczonego Kenijczyka. Zbliżaliśmy się do centrum Aten, trzymałem się niebieskiej linii, wyznaczającej trasę maratonu i patrzyłem tylko, kogo teraz będziemy wyprzedzać. Alex czuł się znakomicie, był zachwycony. Paru kibiców klaskało, co on skwitował stwierdzeniem: "Fantastyczna atmosfera!". Faktycznie, nie jest był to klimat Wałów z maratonu Juranda (o tym można przeczytać w relacji ze Szczytna), ale atmosfera wydawała się taka wspaniała, bo my tak wspaniale biegliśmy. Pod koniec wyprzedziliśmy jeszcze małą, rozerwaną grupkę, w której był biegacz z Mszany Dolnej. Nasze średnie tempo na ostatnich 10 km wychodziło 3:57/km, więc nikt nie miał już ochoty, żeby nas gonić. 42. kilometr szedł na 3:30, przed stadionem zrobiliśmy jeszcze zawrotkę, Alex uciekł mi na parę metrów i z rozłożonymi rękami wbiegł na stadion. Dogoniłem go na bieżni i razem wpadliśmy na metą, trzymając się za ręce. Zegar na stadionie był zepsuty, nasz czas brutto 2:56:33. Netto miałem 2:56:26, ale Alex przebiegł linię startu 2 sekundy później i miał lepszy czas netto. Zapłakał chwilę ze szczęścia i wzruszenia - udało mu się to, co sobie wymarzył. Złamał trzy godziny w Atenach na trudnej trasie, na której historia miesza się ze współczesnością.

Na mecie złapała nas jakaś Polka, która koniecznie chciała zrobić nam zdjęcia, bo jesteśmy tacy fajni i mamy super koszulki - pozowaliśmy z tyłu i z przodu. Potem poszliśmy na odnowę, choć rozbijanie mi mięśni przez jakiegoś faceta nie było zbyt przyjemne - znacznie milej wspominam zeszłoroczny masaż w Dublinie, kiedy to delikatnie zajmowały się mną dwie urocze masażystki. Zasiedliśmy dumnie na trybunach marmurowego stadionu Panathinaikon, który powstał przed pierwszymi igrzyskami ery nowożytnej (1896 rok) na ruinach antycznego obiektu z IV w. p.n.e. Przed igrzyskami w 2004 roku został jeszcze odnowiony i robił naprawdę duże wrażenie.

Delektowaliśmy się widokiem stadionu i naszym wspaniałym wynikiem, wypatrując Marcina. Wbiegł na metę w czasie 3:09:13, netto 3:08:51. To jego nowy rekord, ale na mecie nie był z niego zachwycony, do tego wyglądał na chorego - strasznie kaszlał. Po niedługim czasie dołączyła do nas Marzena. Spędziliśmy trochę czasu na stadionie, po czym udaliśmy w stronę samochodu, po drodze zaliczając jeszcze ruiny świątyni Zeusa.

Jadąc w stronę placu Omonia, przeżywaliśmy koszmar. Całe miasto było zakorkowane, między innymi z powodu wyłączenia ulic, którymi przebiegał maraton. Zawrócić nie można nigdzie, a większość uliczek jest jednokierunkowa. Wszyscy trąbią, krzyczą - niezły hardkor. Ateny niestety nie podobały mi się - na pewno nie są miejscem, w którym chciałbym mieszkać. Kluczyliśmy bardzo długo, zanim dotarliśmy do naszego hotelu. Wykupiliśmy miejsce parkingowe na dobę, bo na szukanie szczęścia na ulicy nie było co liczyć.

Alex na Akropolu

Po kąpieli i lekkim posiłku poszliśmy do metra, które przywiozło nas pod Akropol. 156-metrowe wzgórze w środku miasta robi z daleka duże wrażenie, jednak z bliska nie wygląda już tak okazale. Większość ruin pochodzi z V w. p.n.e., między innymi Partenon, który wtedy był tak naprawdę jednym wielkim rusztowaniem i więcej można było znaleźć tu stalowych wsporników niż faktycznych kształtów budowli. Najbardziej na Akropolu podobał mi się Odeon Herodesa Attyka - amfiteatr z 161 wieku n.e. Poza tym, ze wzgórza rozciąga się wspaniały widok na miasto. Ateny są ogromne - 4 mln ludności stanowią ponad 1/3 populacji całego kraju. Budownictwo jest tutaj bardzo jednolite - brak jest wysokich wieżowców.

Zeszliśmy na północną część Akropolu, u jego podnóża jest dzielnica pełna kafejek. Zatrzymaliśmy się tam na smaczny obiad, po czym wstąpiliśmy jeszcze do innej knajpy. Na uliczce była masa handlarzy pirackimi płytami i jakimiś błyskotkami - gorzej niż na stadionie X-lecia. Przeszliśmy się parkiem niedaleko Agory, gdzie niegdyś przemawiali Sokrates, Platon i Arystoteles. Na zwiedzanie było już niestety za późno, mogliśmy podziwiać oświetlony budynek jedynie z zewnątrz.

Przed powrotem do hotelu zaopatrzyliśmy się jeszcze z Aleksem w dwie butelki Metaksy, o pojemności 0,375, wraz z popitą i innymi akcesoriami. 4-osobowa impreza jak zwykle odbywała się w naszym pokoju, choć towarzystwo szybko się ulotniło, a my z Alexem dalej opijaliśmy nasze dzisiejsze zwycięstwo. Cieszyłem się za siebie, a jeszcze bardziej za brata. Dla niego musiała być to niesamowita sprawa - pojechać pierwszy raz na maraton zagraniczny, od razu na antyczną trasę do Aten i pierwszy raz w życiu złamać tam 3 godziny. Wiem coś o tym, że takie maratońskie dziewictwo traci się tylko raz, dlatego Dublin zawsze pozostanie w mojej pamięci. Alex będzie tak wspominał Ateny.

Następnego dnia obudziliśmy się z lekkim kacem. Pod prysznicem wpadłem na znakomity pomysł, żeby nie biec w Radomiu 2 grudnia, tylko dzień później w Lizbonie. Czasem na kacu człowiek wpada na dobre pomysły. Najedliśmy się do syta w hotelu i poszliśmy w kierunku placu Omonia, żeby kupić. Alex nie czuł się najlepiej po naszej libacji alkoholowej. Ateny podobały mi się jeszcze mniej niż poprzedniego dnia. Przy przechodzeniu przez ulicę trzeba było bardzo uważać, żeby nie zostać ofiarą jakiegoś debila na skuterze. Na chodnikach czułem się niewiele bezpieczniej. Jakiś brudas kupujący strasznie dziwny zestaw artykułów spożywczych wykrzykiwał coś przede mną przy kasie. Ktoś zaczepił nas na światłach i gdybym szybko nie zareagował, objąłby pewnie zaraz nasze kolana - tragedia. W drodze do hotelu natrafiliśmy na strajk służby zdrowia blokujący całą ulicę, a kierowcy dawali wyraz poparcia protestującym nieustannym trąbieniem - dżungla. Dotarliśmy w końcu do samochodu, żeby jak najprędzej uciec z tego miasta. Ale nie ma tak łatwo - droga na lotnisko nie prowadzi głównymi arteriami (jechaliśmy zgodnie z drogowskazami z namalowanym samolotem), ale też wąskimi drogami. Na jednej z nich utknęliśmy na blisko pół godziny. Przespacerowałem się dwa skrzyżowania dalej, żeby obadać sytuację. Kierowcy po prostu wjeżdżali z głównej drogi poprzecznej na skrzyżowanie, blokując cały nasz ruch, niezależnie od koloru światła. Nikt nie zastanawiał się, że może nie zjechać z tego skrzyżowania - zero pomyślunku. My byliśmy w pułapce, bo nie było żadnej alternatywy. Na szczęście mieliśmy spory zapas czasu i udało nam się zdążyć na lotnisko, choć mam zastrzeżenia, co do oznaczeń na drogach.

Samochód oddaliśmy bez problemu. Ja miałem jeszcze chwile stresu, bo zapomniałem wyjąć z bagażu podręcznego niedawno kupiony scyzoryk (zostałby skonfiskowany przy bramkach). Na szczęście w ostatniej chwili udało mi się nadać plecak, jako drugą sztukę bagażu. Wieczorem byliśmy już w Polsce i z dumą opowiadaliśmy rodzinie o naszych greckich wyczynach.

Wyjazd do Grecji był fantastyczny. Wspaniale było się tam zmierzyć z historyczną trasą Maraton - Ateny. Pod względem turystyki wyjazd wypadł równie dobrze. Bardzo cieszyłem się, że Alex w końcu zrealizował swoje marzenie o przebiegnięciu maratonu poniżej 3 godzin - nie mógł chyba wybrać sobie na to lepszego miejsca.

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin