O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2006-10-15, Poznań (Polska)


Co za forma!
Co za rekord!

Relacja Roberta z 17. maratonu

Czas

Miejsce

%

2:49:00

58 /
2211

2.6


Maratony Roberta

Miesiąc przed maratonem w Poznaniu (17.09) wszyscy w klubie mieliśmy powody do radości. Czterech zawodników pobiło swoje rekordy życiowe: Alex, Marcin i Andrzej w Warszawie, ja w Sydney. Teraz z Alexem i Marcinem postanowiliśmy wybrać się na maraton do Poznania, by jeszcze wyśrubować życiówki. Każdy z nas miał inny cel. Ja chciałem pobiec poniżej 2:50, Alex walczył o złamanie trójki, Marcin nastawiał się na 3:15. Każdy z nas liczył więc na znaczący postęp na przestrzeni zaledwie 4 tygodni.

Przygotowania do Poznania rozpocząłem dopiero po powrocie z urlopu. Przez cały tydzień po maratonie w Sydney nabijałem kilometry na australijskich drogach (blisko 3000), niestety - tylko samochodem. Długi lot powrotny również nie poprawił specjalnie mojej formy (dobiegnięcie do metra w czasie przesiadki w Singapurze trudno nazwać treningiem :-)).

Po powrocie do Polski bardzo irytowały mnie podróże do pracy komunikacją miejską w korkach, które w tym okresie były straszne. Mieszkałem w Aninie, pracowałem w Pyrach, do biura dojeżdżałem około 1,5 godziny w zatłoczonych autobusach. Do tej pory często praktykowałem bieganie do pracy i z powrotem, w tym okresie postanowiłem tak robić codziennie. W poniedziałek rano przywoziłem do pracy ciuchy na zmianę na cały tydzień. W moim biurze był prysznic, przybory do kąpieli trzymałem u siebie w szafie. Udało mi się tak, że przez cały jeden tydzień nie jeździłem w ogóle do klienta, poza tym nie miałem żadnych innych spotkań - mogłem biegać do woli. Wstawałem rano, wypijałem szklankę wody, chwilę pomyślałem i o 7:30 wybiegałem do pracy, gdzie pojawiałem się o 9:00, po 20 kilometrach ciągłego, spokojnego biegu. Wyjmowałem notebooka z szuflady, sprawdzałem czy nie ma ważnych maili i szedłem pod prysznic. W czasie kupionego poprzedniego dnia śniadania czytałem pocztę i wchodziłem w normalny tryb pracy. Przed 18 notebook lądował w szufladzie, ja lądowałem w moich asicsach i ruszałem na bardziej urozmaicony trening (szedłem, biegłem, sprintowałem, rozciągałem się, itd.). Wieczorem kąpałem się, zjadałem miskę makaronu, porozmawiałem z domownikami i szedłem spać.

Po takim rygorze treningowym miałem prawo liczyć na wynik 2:50. Niestety w czwartek, na 3 dni przed biegiem złapało mnie przeziębienie, które mogło zupełnie przekreślić moje plany. W tym roku to była ostatnia szansa na ustanowienie życiówki w maratonie (choć później okazało się inaczej, poprawiłem wynik w Lizbonie), ale w piątek nawet zastanawiałem się, czy w ogóle jest sens startować - decyzję miałem podjąć na miejscu.

W sobotę wcześnie rano wyszedłem na rozruch z zatkanym nosem. Na szczęście dało się jakoś z tym biegać. Dwie godziny później Marcin podjechał po nas samochodem i wyruszyliśmy w drogę. Po południu dotarliśmy do Novotelu Malta. Marcin wybrał się na zwiedzanie muzeum militarnego, ja z Alexem poszliśmy na rynek i zatrzymaliśmy w knajpie Brovaria, gdzie delektowaliśmy smacznym piwem miodowym, wytwarzanym na miejscu (trunek nie jest pasteryzowany, dlatego dostępny tylko tutaj). Atrakcją pubu są stojące w centrum sali kadzie, w których warzone jest piwo. Wieczorem poszliśmy się zarejestrować, gdzie zjedliśmy podwójną porcję na kończącym się pasta party. Wróciliśmy do pełnego maratończyków hotelu, którego właściciele chcieli nam chyba zasugerować, żebyśmy poszli spać, ponieważ odłączono prąd. Taki stan utrzymywał się przez blisko godzinę, na szczęście w końcu usunięto awarię.

Następnego dnia rano wyruszyliśmy w kierunku linii startu. Organizacyjnie wszystko przebiegało sprawnie, mieliśmy tylko problem z oddaniem toreb z rzeczami. Polecano nam, żebyśmy na 15 minut przed startem przeszli się do oddalonego o 1,5 km biura zawodów i wrócili (bardzo dobra rada, wujku). Na szczęście udało nam się wrzucić torby do bagażnika samochodu z zegarem, który miał jechać przed czołówką biegaczy. Na starcie z przodu stawki spotkaliśmy masę znajomych. Odliczanie, strzał startera i tłum ruszył.

Na pierwszych kilometrach trzymałem się blisko Sylwestra Karczewskiego, który również biegł na 2:50. Po paru kilometrach wyprzedził nas Wojtek Staszewski celujący w 2:45 oraz grupa ze znajomymi z Huraganu Wołomin: Darkiem Królem i Pawłem Szynalem. Biegłem za nimi w okolicach Starego Miasta, potem odpuściłem. Cały czas starałem się trzymać zakładane tempo 4:00 min/km, choć zauważyłem, że oznaczenia trasy są mylące - co piąty kilometr był dłuższy. 4 kilometry biegło się po 3:58, by kolejny zaliczać w 4:15. Na 13. kilometrze dogoniło mnie kilku zawodników i zaczęliśmy powoli zmniejszać dystans do wyprzedzającej nas grupy. Dogoniliśmy ją na 19. kilometrze i od tego momentu napieraliśmy razem. Półmetek poszedł w 1:24:37 - miałem lekki zapas. Po przebiegnięciu Warty przesunąłem się na początek grupy, a przed rynkiem zacząłem jej uciekać. Nie udało mi się niestety załapać na trykające zawsze w południe koziołki. Maraton startował o 11:00 - na pierwszym kółku było za wcześnie, na drugim już za późno. Biegło mi się wspaniale, przypomniały mi się chwile z Sydney, kiedy mijałem kolejne osoby przed 30. km.

Na punkcie odżywiania powinien czekać na mnie żel, który opisałem moim numerem i zostawiłem organizatorom na starcie. Niestety mimo krzyków i gróźb nikt nie znalazł go na stoliku - zakląłem i pobiegłem dalej. Do tej pory piłem tylko wodę, przydałoby się trochę węglowodanów. Druga moja tubka, którą zostawiłem po 30. kilometrze była teraz bardzo pożądana. Na długiej prostej - ulicy Warszawskiej wyprzedziłem kilku kolejnych biegaczy. Cały czas smarkałem i spluwałem, przeziębienie jednak trochę dawało się we znaki. Na punkcie odżywiania po 30. km czekała na mnie upragniona tubka żelu. Serdecznie podziękowałem wolontariuszom za ten wspaniały dar i zaczął wysysać słodką, truskawkową substancję. Na 32. kilometrze, po wyprzedzeniu kilku kolejnych zawodników, dołączyłem do jakiejś kobiety, która wydawała mi się mocna. Na podbiegu przed ulicą Dymka do walki zagrzewała nas kapela rockowa, grająca "Come As You Are" Nirvany. Na 35. kilometrze moja towarzyszka nieco zwolniła i zacząłem obawiać się o utrzymanie tempa. Na szczęście chwilę później wyprzedził nas Marek Swoboda, autor strony internetowej, na której dostępne są zdjęcia wszystkich polskich maratończyków. Z przyjemnością do niego dołączyłem i kolejne kilometry biegłem za nim, wyprzedzając kolejnych biegaczy. Nie odczuwałem specjalnego zmęczenia, nie było mowy nawet o cieniu kryzysu. Pilnowałem jedynie długości kroku. Na mijance w okolicach 41 kilometra dopingowałem znajomych zawodników, którzy tracili do mnie już dobrze ponad 500 metrów. Klaszcząc i krzycząc nie zwróciłem uwagi na rozrzucone na asfalcie przy punkcie odżywiania skórki od bananów. Mało nie wywinąłem orła na jednej z nich. Skręciliśmy z ulicy Baraniaka, tuż za punktem, z którego startowaliśmy blisko 3 godziny wcześniej. Kiedy wbiegałem nad Maltę, wyszło słońce. To było niesamowite uczucie - przez cały dzień chmury szczelnie zasłaniały niebo, a kiedy zbiegałem nad jezioro, stała się jasność. Mój towarzysz, za którym biegłem przez ostatnie 7 kilometrów, cały czas wyprzedzał mnie o kilkanaście metrów. Dopiero gdy zbiegaliśmy na 100 metrów przed metą, dostałem wiatru w żagle, zrobiłem sprint i szybko zostawiłem go z tyłu. Ostatnie kilkanaście metrów przebiegłem wymachując rękami z radości. Na zegarku widniał wynik 2:49:00!

Wielki bieg, wielki finisz

Drugą połowę dystansu przebiegłem jeszcze szybciej niż pierwszą. Zająłem 58 miejsce - znakomite, jak na tak dobrze obsadzony maraton. Konsekwentnie przesuwałem się do przodu stawki (kolejne dziesiątki: 93, 83, 67 i 58 miejsce). Osiągnąłem znakomity, okrągły wynik - to było fantastyczne!

Czekałem na mecie na kolejnych zawodników, przede wszystkim na Alexa. Pojawił się chwilę potem, jak na zegarze minęły 3 godziny. Co za pech - do złamania trójki zabrakło zaledwie 9 sekund! Długo leżał zawiedziony na asfalcie. Byłem pewien, że jeszcze nieraz pobiegnie maraton dobrze poniżej 3 godzin, ale ta informacja nie była dla niego pocieszająca. Ktoś spytał: "Potrzebuje pan lekarza?". "Psychologa" - padła odpowiedź.

Do mety jeszcze parę metrów, właśnie mijają 3 godziny...
Pomaratońskie rozmowy w parterze

Kwadrans później na mecie pojawił się Marcin - 3:15:37. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie sensacje żołądkowe i wizyta w Toi-toice na 30 kilometrze (szczegółowa relacja z Toi-toiki na stronie Marcina :-)). Cenna nauka - zjedzenie 4 bananów przed maratonem to nie jest najlepszy pomysł - nie eksperymentujemy przed takimi zawodami.

Marcin finiszuje

Banany wchodziły za to znakomicie po biegu. Porządnie się odżywiliśmy i wróciliśmy do hotelu. Po kąpieli wyruszyliśmy do Warszawy, po drodze zatrzymując się na porządny obiad. Mnie i Marcinowi humory bardzo dopisywały, Alex miał mieszane uczucia. Może Poznań nie jest najlepszym miejscem na złamanie trójki, a efektowniej będzie zrobić to w Atenach?

Robert, Marcin, Alex - silna reprezentacja Byledobiec w Poznaniu
Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin