O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2006-07-16, Szczytno (Polska)


Polubiłem te wszystkie
Gawrzyjałki, Wały, Wawrochy

Relacja Roberta z 15. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:12:53

30 /
115

26.1


Maratony Roberta

Cały czerwiec spędziliśmy z Alexem na przygotowaniach do Biegu Rzeźnika w Bieszczadach (75 km, z Komańczy do Ustrzyk Górnych). Zawody odbyły się 1 lipca, pobiegliśmy bardzo ostrożnie, kończąc na 5. miejscu. Mieliśmy później jeszcze siły, żeby wraz z Konradem Różyckim porwać się na wersję hardcore - pobiegliśmy z Ustrzyk do Wołosatego. Ostatecznie przebiegliśmy tego dnia przeszło 100 kilometrów po górach, co stanowiło niezły podkład przed Maratonem Juranda. Dla Alexa miały to być dopiero drugie zawody na dystansie 42195 m w życiu, ja posiadałem już znacznie większe doświadczenie. Celowałem na wynik niewiele powyżej 3 godzin, Alex miał trzymać niewiele wolniejsze tempo.

Do Szczytna wyjechałem z braćmi w sobotę rano. Już przy dojeździe do Serocka stało się jasne, że trzeba zdecydować się na znany nam objazd do Pułtuska. Trasa prowadziła wąskimi drogami, ale przynajmniej poruszaliśmy się z prędkością większą, niż 5 km/h. W czasie przejazdu przez zupełnie dziki przejazd kolejowy (na torach rosły krzaki) nie zredukowałem odpowiednio prędkości i to był błąd. Okazało się, że tory były zbudowane na niewielkiej górce (w stylu spowalniającego progu), na której wylecieliśmy w górę niczym Adam Małysz. Po lądowaniu bez telemarku usłyszeliśmy huk na dachu. To był rower Marka, który zmienił położenie na bagażniku z pozycji pionowej na poziomą, przy okazji uderzając mocno kierownicą w karoserię dachu. Na szczęście nic poważnego się nie stało, ale miałem nauczkę na przyszłość, że warto się zatrzymać nawet na zakrzaczonych przejazdach kolejowych.

Dalej podróż przebiegła już bez zakłóceń. Pojawiliśmy się w biurze zawodów w Szczytnie, gdzie jako jedni z pierwszych odebraliśmy numery startowe. Byliśmy reprezentantami najmłodszej kategorii wiekowej i dostaliśmy numery 1 (Alex) i 2 (ja). Szczytno nie było jedyną imprezą, w której biegłem z tym numerem. Później wygrałem dwa maratony w Starej Miłosnej i Bieg Rzeźnika - we wszystkich wypadkach miałem na piersi dwójkę.

Nasze numery startowe

Stwierdziłem, że nocowanie w namiocie nad jeziorem w przeddzień maratonu może nie być najlepszym pomysłem, dlatego zarezerwowaliśmy nocleg w Szczytnie. Był to dwójka z łazienką, dodatkowo mieliśmy przygotowany materac dla Marka. Pokój okazał się jednak bardzo mały. Między dwa łóżka ledwie dało się wcisnąć materac, który strasznie skrzypiał, gdy Marek się na nim przewracał (a robił to w nocy bez przerwy). Nie były to jedyne hałasy, które nie dawały nam spać. Maraton odbywał się w weekend w czasie święta Dni i Nocy Szczytna (słowo "Nocy" jest godne podkreślenia). Po zachodzie słońca trwają głośne koncerty, pijatyki, a na koniec - bijatyki. Skutek był taki, że zażyliśmy tylko trochę płytkiego snu, ale dopiero po północy i następnego dnia rano byliśmy niewyspani.

Przedmaratońskie wygłupy

Na starcie maratonu spotkaliśmy sporo znajomych z tras biegowych, między innymi Jarka Widomskiego i Andrzeja Jarzynowskiego ze Starej Miłosnej. Byli też nasi znajomi-kibice, którzy mieli nas wspierać. Marek miał być dostarczony na 10. kilometr, skąd miał jechać z nami na rowerze. Wystartowaliśmy zgodnie z założeniami. Zostawiłem Alexa z tyłu, utrzymując tempo w granicach 4:30/km. Było to rozsądne podejście do sprawy - nie byłem rewelacyjnie przygotowany, a asfalt nagrzewał się bardzo szybko, co mogło mieć wpływ na trudną końcówkę. Chciałem korzystać z punktów odświeżania, jednak zapach wody, którą dostałem w Olszynach, wręcz mnie odrzucił - strach było polewać nią twarz, nie mówiąc o piciu.

Alex był cały czas niedaleko za mną, co dało się zauważyć na zawrotce w Lipowcu (opis szczycieńskiej trasy jest w relacji z 2007 roku). Kiedy wybiegałem z tej miejscowości, żołnierze zaoferowali mi kompletnie zielone banany - grzecznie odmówiłem. Nie wszyscy postąpili tak rozsądnie, o czym jest mowa w dalszej części relacji. Wbiegłem do miejscowości Wały, której klimat tak mnie rozbroił, że aż musiałem zwolnić. Niektórzy ludzie wyszli z domów, część z nich stała na chodnikach, część siedziała, a niektórzy... leżeli. Wszyscy patrzyli na mnie obojętnym wzrokiem, nikt nie klaskał. To akurat specjalnie mnie nie zmartwiło, wręcz rozbawiło. Niepokoiłem się tylko faktem, że nie trasie nie spotkałem Marka. Mój kolega miał go odwieźć do Olszyn, gdzie mieliśmy się spotkać. Liczyłem się z tym, że utrudnienia w ruchu mogły ich trochę spowolnić, ale przecież na trasie czasem można było spotkać samochody - w Lipowcu Marek powinien już być.

Moje tempo spadło do 4:50/km, jakoś nie chciało mi się biegać. Zobaczyłem za sobą Alexa, postanowiłem na niego zaczekać i przeszedłem się chwilę. Zmartwiłem się, że on też nie miał żadnych informacji na temat Marka. Pozostawało nam tylko biec do mety. Alex niestety powoli słabł na ostatnich kilometrach. Próbowałem go mobilizować, ale ostatecznie odłączyłem się na 3 kilometry przed metą. Też byłem już zmęczony i ciężko było mi się wybijać, choć nogi mogłem jeszcze mocno podnosić i dziarsko wierzgałem kolanem do przodu. Tuż przed stadionem doszedłem poprzedzającego mnie zawodnika. Był to znajomy Andrzej Radzymin z Hajnówki, z którym nie miałem wcześniej szans w maratonach. Skusił się na zielone banany od żołnierzy i miał potem problemy żołądkowe. Ten maraton miał naprawdę niesamowity klimat - śmierdząca woda, niedojrzałe banany i kibice leżący na chodnikach, jeszcze do tego w miejscowości o nazwie Wały.

Uff... to już koniec

Wbiegłem na stadion, gdzie było sporo naszych kibiców. Finiszowałem w czasie 3:12:53, zajmując 30. miejsce. Najbardziej ucieszył mnie widok Marka. Okazało się, że mój kolega wysadził go z auta w jakimś dziwnym miejscu, a zaniepokojony 12-latek szybko skierował się w stronę mety, jadąc między innymi z czołowym peletonem maratonu i nie czekał na braci. Alex pojawił się na mecie 2 minuty za mną. Nie wyglądał najlepiej, był ledwie żywy. Udało mu się przebiec cały dystans, choć podobno na koniec ledwo odrywał nogi od asfaltu.

Alex kończy - jego sylwetka ze zdjęcia została potem uwieczniona na dyplomie ukończenia Anińskiej Siódemki

Skorzystaliśmy z poczęstunku, oferowanego przez organizatorów i trzeba było powoli wracać do centrum Szczytna. Alex zabrał się ze znajomymi samochodem, ja towarzyszyłem Markowi, jadącemu na rowerze. Zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy do Fabiana nad jezioro. Tam zjedliśmy tradycyjne kiełbaski i raczyliśmy się alkoholem. Alex wrócił tego dnia ze znajomymi do Warszawy. Zaczynał wtedy praktyki w Comarchu i nie mógł wziąć dnia wolnego.

Ja już jestem świeżutki, Alex powoli dochodzi do siebie

Następnego dnia rano zrobiłem sobie tradycyjną przebieżkę do Kierzbunia. Później pojechaliśmy na spływ kajakowy. Tym razem rozpoczęliśmy w miejscowości Zgon - przepłynęliśmy przez jezioro Mokre, a potem Krutynią dopłynęliśmy do miejscowości Krutyń. Marudy z innych kajaków narzekały, że na jeziorze były fale i słabo się wiosłowało. Dla mnie było super, a Marek też mocno się sprężał przez dużą część spływu. Wieczorem bezpiecznie dojechaliśmy do domu, kończąc udany mazurski weekend, połączony przy okazji z Maratonem Juranda.

Mazurskie atrakcje: kajaki...
...i ponton
Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin