O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2005-10-16, Amsterdam (Holandia)


Dobrze rozegrany bieg
Dam radę za 2 tygodnie?

Relacja Roberta z 9. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:07:54

498 /
5350

9.3


Maratony Roberta

O moim starcie w Amsterdamie zdecydowała obecność w tym mieście znajomych z liceum: Kaśki i Królika. W weekend, gdy ogromna większość polskich maratończyków najechała na Poznań, ja poleciałem do stolicy Holandii. Na lotnisku odebrał mnie Królik, u którego się zatrzymałem. Przewiózł po Amsterdamie, pojechaliśmy na Stadion Olimpijski - start i metę maratonu jednocześnie. Niedaleko stadionu odbywało się Marathon Expo, gdzie odebrałem numer, chipa i biegowe gadżety (w tym jaskrawo pomarańczową koszulką maratonu). Położyłem się wcześnie spać i udało mi się zasnąć, mimo imprezy za ścianą.

Zamieszkana barka, w tle Teatr Muzyczny; zdjęcia zrobiłem 7 lat później, kiedy byliśmy w Amsterdamie z żoną
Krzywe kamienice
Wszędobylskie rowery
Kanał Zwanenburgwal
Kanał Kloveniersburgwal
Tradycyjne holenderskie chodaki
Kanał Kloveniersburgwal
Kamienice przy Kloveniersburgwal
Tradycyjne hoelenderskie zioło
Muzeum figur woskowych Madame Tussaud przy Placu Dam
Hotel o swojsko brzmiącej nazwie Krasnopolsky przy Placu Dam
Beursplein przy ulicy Dam
Zbiornik Damrak, w tle Centraal Station - główny dworzec kolejowy w Amsterdamie
Sex shop w Dzielnicy Czerwonych Latarni
Okolice Oude Kerk
Budynek dawnej wagi miejskiej przy Nowym Rynku

Rano Królik odwiózł mnie w okolice startu. Miałem dużo czasu na przebranie i rozgrzewkę. Na starcie spotkałem Bogdana Barewskiego, znakomitego biegacza, który nastawiał się na podium w kategorii > 50 lat. Cztery tygodnie wcześniej był pace makerem w Warszawie na 3 godziny. Niestety, wtedy nie udało mi się z nim dobiec nawet do półmetka. Jak się później okazało, Bogdan pobiegł w Amsterdamie w czasie 2:42 i spokojnie zajął pierwsze miejsce w kategorii wiekowej.

Na stadionie przed startem ustawiłem się w sektorze na 3 godziny. Przy zgłoszeniu na maraton wyjątkowo nie podawało się swojego rekordu życiowego, który decydował o przydziale sektora, tylko docelowy czas. Ja podałem 2:59:59 - po prostu chciałem być z przodu biegnącego tłumu. W moim sektorze spotkałem grupę Polaków. Jeden z nich stwierdził, że stara się biegać pierwszą połowę maratonu bardziej ekonomicznie, by dopiero w drugiej mocniej przycisnąć. Lepiej jest pod koniec dystansu wyprzedzać, niż być wyprzedzanym - prosta zależność psychologiczna.

Bieżnia na stadionie w Amsterdamie zapełniła się biegaczami. Byłem w doborowym towarzystwie zawodników, biegających maraton w granicach 3 godzin, a im bliżej linii startu, tym grupa robiła się bardziej zawodowa, aż do samego Haile Gebrselassie. Obecność Etiopczyka, uznawanego za najlepszego biegacza długodystansowego w historii, była niewątpliwą atrakcją biegu. Gebrselassie był wcześniej gigantem biegów na 5 i 10 km na bieżni, w dalszej części kariery przerzucił się na maratony. Był to dopiero jego drugi bieg na królewskim dystansie, długo wcześniej zawodnik zapowiadał walkę o pobicie rekordu świata Paula Tergata (2:04:55 w 2003 roku w Berlinie), ale przed zawodami celem było uporanie się z rekordem trasy, ustanowionym w poprzednim roku przez Roberta Cheborora. Ten drugi cel udało mu się zrealizować (pobiegł 2:06:20). Wśród pań, najlepszy rekord życiowy posiadała Polka Renata Paradowska i była faworytką biegu. Niestety, nie ukończyła maratonu.

Po strzale startera tłum zaczął opuszczać Stadion Olimpijski, kierując się na 7 km pętlę, która prowadziła z powrotem w kierunku linii startu. Biegliśmy dokładnie tą samą trasą, która za 35 kilometrów miała nas zaprowadzić do mety. Ósmy kilometr przebiegnięty po stadionie był ciekawym doświadczeniem - doping kibiców był tutaj najmocniejszy na trasie. Utrzymywałem równe tempo biegu - kolejne 5 km przebiegałem w niewiele ponad 22 min. Czułem, że jestem mocny i że bez problemu pobiję tego dnia mój rekord. Kierowaliśmy się na południe, a później w kierunku rzeki Amstel. Część stawki poruszała trochę szybciej i obok mnie przebiegły grupki, z których zapamiętałem kilka osób. "Spotkamy się jeszcze około 30 kilometra" - pomyślałem wtedy. Biegnąc na południe wzdłuż rzeki Amstel, na drugim brzegu zobaczyłem samochód, motocykle, a za nimi małą grupkę biegaczy, wśród których znajdował się Gebrselassie. On już był daleko za nawrotem na moście, ja dopiero się do niego zbliżałem. Pół godziny później postawiłem stopę w tym samym punkcie co Etiopczyk, półmaraton osiągnąłem w czasie 1:33:47, a pierwsze piątki konsekwentnie 22:04 (czas brutto - tę więc pobiegłem szybciej), 22:10, 22:11, 22:20. Był to czas ponad 3 minuty gorszy niż miesiąc wcześniej w Warszawie, jednak moje samopoczucie było fantastyczne.

Z moimi towarzyszami biegu na drugiej połówce maratonu

Po przekroczeniu półmetka zaczęło się półtorej godziny mojego wspaniałego biegu. Znalazłem się w grupie z dwoma innymi zawodnikami i zaczęliśmy napierać. Biegło mi się niesamowicie swobodnie. "Łykaliśmy" kolejnych słabnących zawodników. Obok nas przemknął tylko jeden mocny biegacz. To była jedyna osoba, która wyprzedziła mnie za półmetkiem maratonu. Na kolejnych kilometrach nasza 3-osobowa grupa wchłonęła jeszcze jednego zawodnika - niskiego Włocha. Trzymał się z nami, ale czułem, że skoro byliśmy od niego szybsi, to wkrótce odpuści. Tak się nie stało, odpadł za to najstarszy zawodnik z naszej grupy. Wcześniej mocno dyszał i wyraźnie nie wytrzymywał tempa. Grupę prowadził ubrany na czarno triathlonista, my z Włochem grzecznie dotrzymywaliśmy mu kroku z tyłu. Wyprzedzaliśmy kolejnych słabnących zawodników. Na 33. kilometrze zauważyłem, że tempo trochę spadło, postanowiłem więc przejąć inicjatywę i poprowadziłem grupę. Skutek był taki, że na 34. kilometrze z towarzystwa odpadł nasz poprzedni nieformalny przywódca. Zostaliśmy sami z Włochem. Od 20 km kolejne piątki robiłem w czasie 22:28 (nieco zwolniłem przed półmetkiem), dalej 22:22, 22:16. Cały czas miałem niesamowicie dużo siły, niesiony euforią mijałem kolejne grupki biegaczy. Od 35. do 40. kilometra tempo nieco spadło, ale inni biegacze poruszali się znacznie wolniej od nas. Na 41. kilometrze Włoch zaczął mi odjeżdżać, a ja nie miałem specjalnej ochoty go gonić. Dzieliło nas jakieś 20-30 metrów. Mimo coraz cięższych nóg czułem, że dokonuję czegoś wielkiego - biję rekord życiowy, przebiegając cały dystans równym tempem. Po opuszczeniu parku trafiłem na znaną mi już trasę - z każdą sekundą byłem bliżej stadionu. Kiedy na niego wbiegłem i poczułem tartan pod nogami, zacząłem z pasją przyspieszać. Teraz celem było wyprzedzenie Włocha, który był spory kawałem przede mną. Napierałem, ile sił w nogach, wychodząc na prostą zobaczyłem towarzysza długiej podróży. Ostatnia setka, to był już sprint - wyprzedziłem go na kilka metrów przed metą, z tyłu byłem naciskany przez innego biegacza, ale nie dałem za wygraną. 3:07:54, to był fantastyczny wynik. Bieg rozegrałem bardzo mądrze, nie popełniając błędu z Warszawy. Dzięki temu druga połowa maratonu była fantastycznym przeżyciem. Poprawiłem się o ponad 12 minut. Wysłałem do domu SMS, rzucając tekstem z Misia: "to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo". To ostatnie słowo miało paść dwa tygodnie później w Dublinie.

Po biegu Królik zabrał mnie na siłownię, gdzie relaksowałem się, siedząc w saunie, pływając i leżąc na takim śmiesznym, oscylującym urządzeniu, które rozluźniało mi mięśnie. Kolejne 3 dni upłynęły mi na zwiedzaniu Amsterdamu. Spotkałem się dwa razy z Kaśką, poszedłem do muzeum Van Gogha. Ostatniego dnia zrobiłem sobie wycieczkę biegową do centrum Amsterdamu. Przy około 12 stopniach Celsjusza w krótkich spodenkach biegałem między innymi wąskimi uliczkami dzielnicy czerwonych latarni. Niektóre roznegliżowane dziewczyny stukały w szybę, uśmiechając się do mnie. Chyba tylko z sympatii, bo sądząc po moim stroju nie byłem raczej chętny do korzystania z ich usług. Potruchtałem trochę po Amsterdamie (na chodzenie było za zimno), wróciłem do mieszkania Królika, wziąłem prysznic, zjadłem porządny obiad, przejechałem komunikacją na lotnisko i wróciłem do Warszawy wieczornym lotem. W pracy czekało mnie sporo obowiązków i musiałem się mocno sprężać, bo wkrótce czekał mnie tygodniowy wyjazd do Irlandii.

Film z Amsterdamu


Film do pobrania

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin