O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2005-07-17, Szczytno (Polska)


Męczarnia na rozgrzanych
mazurskich drogach

Relacja Roberta z 7. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:50:19

72 /
114

63.2


Maratony Roberta

W wakacje nie ma zwykle wielu imprez biegowych. Jednym z powodów jest na pewno to, że upalna pogoda nie zachęca specjalnie do biegania. Tak było ze mną po maratonie w Sztokholmie - czerwiec raczej sobie odpuściłem. Moim najpoważniejszym biegowym celem był Maraton Juranda w Szczytnie w połowie lipca. Do pracy zabrałem się na 3 tygodnie przed maratonem i nawet nieźle mi szło. Ustanowiłem swoje rekordy na trasie z pracy do domu. Czasami jednak upał dawał się we znaki i musiałem przedwcześnie kończyć treningi, nie przebiegając czasem nawet połowy dystansu i dalej jechałem autobusem. Często starałem się biec po prostu zbyt szybko.

Na Mazury pojechaliśmy z braćmi w sobotę bezpośrednio nad rzekę Krutyń, gdzie wraz ze znajomymi zorganizowaliśmy sobie spływ kajakowy na trasie Krutyń - Ukta. Dobrze znałem ten szlak, wcześniej zaliczyłem go kilkakrotnie. Po spływie od razu pojechaliśmy nad jeziorko, którego właścicielem jest tata mojego kolegi Fabiana. Na miejscu urządziliśmy sobie ognisko, zjadłem kilka kiełbasek z chlebem i musztardą (klasyczna dieta w przeddzień maratonu). Nocowaliśmy w namiocie, ja długo nie spałem i musiałem wcześnie wstać, bo maraton zaczynał się o 9, a trzeba było jeszcze dojechać kawałek drogi do Szczytna. Niestety, śniadania nie miałem też specjalnie przygotowanego, jadłem co było pod ręką, a najbardziej utkwiło mi w pamięci kilka kawałków niezbyt dojrzałego melona.

Po przyjechaniu do Szczytna szybko zarejestrowałem się w biurze i o 9 wesoło wystartowałem z całą stawką z Placu Juranda. Wykonaliśmy jedną małą pętlę, a potem wybiegliśmy z miasta. Mocno napierałem, mój pulsometr wskazywał bardzo wysoką częstotliwość uderzeń serca, po 5 km poczułem kłucie w brzuchu (pewnie z powodu tego nieszczęsnego melona) i musiałem zwolnić. Spadł mocny deszcz i powietrze zrobiło się bardziej rześkie. Półmetek osiągnąłem w czasie 1:35:31, czyli wolniej niż w Sztokholmie. Czułem, że wyniku ze Szwecji nie da się powtórzyć, do tego zdecydowanie za mocno zacząłem, co miało się zemścić na kolejnych kilometrach. Na 25. kilometrze czekali na mnie znajomi, dwa kilometry dalej na zawrotce w Lipowcu kompletnie opadłem z sił i musiałem iść. To była tragedia - przede mną było jeszcze 15 km, a ja nie miałem siły, żeby biec. Co gorsza, chmury się rozeszły, słońce zaczęło mocno przygrzewać, a w południe nawet na zalesionych odcinkach ciężko było o cień. Człapałem, szedłem, wyskoczyłem do lasu na siusiu. Chciałem, żeby ten koszmar się już skończył. Myślałem o zejściu z trasy. W Wawrochach przechodziłem obok sklepu spożywczego. Spytałem jakiegoś kierowcę furgonetki: "Daleko do Szczytna?" (głupie pytanie, bo wiedziałem, że jeszcze 8 km). "Kawałek - podwieźć Cię?" - otrzymałem odpowiedź. Propozycja była kusząca, ale powiedziałem, że jestem twardzielem i nie skorzystam ;-) Za Młyńskiem minąłem 40. kilometr i skręciłem na drogę do Szczytna. Zacząłem się trochę żwawiej ruszać, a przed Stadionem Leśnym już normalnie biegłem. Wiedziałem, że czeka na mnie spora grupa kibiców i bardzo nie chciałem wyjść na patałacha. Na stadionie spokojnie wyprzedziłem jeszcze jednego biegacza i wbiegłem na metę. Najbardziej ucieszył mnie widok moich kibiców - kilkanaście osób przyszło mnie zobaczyć, to było niesamowite! Na żadnym poprzednim maratonie nie miałem tak gorącego dopingu.

Niestety, wynik kompletnie mnie zadawalał. Czas 3:50:19 uważałem za dużą porażkę i byłem na siebie wściekły. Problemem był na pewno niewystarczający trening, spowodowany głównie upałami, a także zła dieta i nieprzespana noc w przeddzień maratonu. Na starcie myślałem nawet o pobiegnięciu dystansu w czasie 3:15, ale 4 godziny później mogłem się tylko śmiać z takiego planu.

Następne dwa dni spędziłem u Fabiana nad jeziorem. Pobiegałem trochę po mazurskich pagórkach, popływaliśmy w jeziorze, pojeździliśmy łazikiem - mogłem się odprężyć po nieudanym starcie. Następne maratony miałem zaplanowane na jesień.

Film ze Szczytna


Film do pobrania

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin