O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2005-06-04, Sztokholm (Szwecja)


Nowy rekord po finiszu
na Stadionie Olimpijskim

Relacja Roberta z 6. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:23:14

1209 /
12698

9.5


Maratony Roberta

Do Sztokholmu poleciałem 31 maja, tydzień po powrocie z Pragi. W Szwecji od wielu lat mieszka moja rodzina, to była moja druga wizyta w tym kraju. Mieszkałem u cioci i wujka, którzy zapewnili mi doskonałe warunki noclegowo-żywieniowe i miałem olbrzymi komfort w przygotowaniach do maratonu. Zadbały o mnie również moje siostry cioteczne. Obie wyprowadziły się z domu i mieszkały ze swoimi partnerami. Byłem zapraszany na obiady, imprezy, wożony samochodem, dostałem szwedzki telefon komórkowy, bilet komunikacji miejskiej - prawdziwa "szwedzko-polska gościnność" :-)

Przed maratonem nie zamierzałem się specjalnie eksploatować. Od razu po przylocie ciocia z wujkiem zabrali mnie do okolicznych lasów na spacer, żebym poznał okolicę i wyznaczył sobie trasę do biegania. Muszę przyznać, że całkiem nieźle mnie przegonili. Następnego dnia już biegałem po zalesionych górkach, wśród jeziorek. To była bardzo sympatyczna trasa do trenowania, przebiegłem wtedy około 20 km.

Pozwiedzałem sobie Sztokholm, wujek zaprosił mnie na spektakl do Opery Narodowej, w której pracował. Obejrzałem próbę do "Eugeniusza Oniegina" Czajkowskiego (na podstawie poematu Puszkina). W przeddzień maratonu trochę czasu spędziłem na maratońskim expo, potem z rodziną poszliśmy na pasta party, dalej do pubu i na imprezę w centrum.

Maraton zaczynał się w sobotę o godzinie 14. Jest to bardzo nietypowa godzina, przeważnie start odbywa się w godzinach porannych. W Sztokholmie od rana lało, zresztą pogoda nie była zbyt ładna w czasie mojego pobytu. Na szczęście, po południu zaczęło się przejaśniać. Na starcie biegu byłem ustawiony daleko od czołówki. Mój deklarowany dawno rekord z Monako (3:34) nie dał mi miejsca w grupie poniżej 3:30. Od początku nastawiałem się na wyprzedzanie stawki.

Maratończycy w Sztokholmie mieli do pokonania dwa prawie identyczne kółka dookoła centrum miasta. Trasa była bardzo ładna. W biegu uczestniczy zawsze kilkanaście tysięcy biegaczy, wielu gości przyjeżdża z innych krajów skandynawskich, głównie z Finlandii. Zdarzają się również zorganizowane grupy z Polski - w 2005 roku biegło 10 osób, okazało się, że byłem spośród nich najlepszy.

Wystartowaliśmy spod Stadionu Olimpijskiego (igrzyska olimpijskie w Sztokholmie odbyły się w 1912 roku) i od razu skręciliśmy w lewo w szeroką ulicę Valhallavagen. Jezdnie ulicy były rozdzielone pasem zieleni i tutaj od razu mogłem zrealizować swój plan wyprzedzania stawki - pobiegłem tą dalszą jezdnią, na którą zdecydowało się znacznie mniej uczestników, bo to była dłuższa droga. Dzięki temu, już na pierwszych dwóch kilometrach ustawiłem się w stawce na przyzwoitym miejscu. Po 5 km zajmowałem 855 pozycję. Kolejną piątkę pobiegłem w świetnym czasie 21:23, na 8 kilometrze byłem oklaskiwany przez moją rodzinkę. Później trochę się uspokoiłem. Na półmetku, niedaleko stadionu miałem czas 1:34:01. Był to gorszy wynik niż w Krakowie, ale jednocześnie miałem świadomość, że zachowuję więcej sił i uda mi się pobić rekord sprzed miesiąca (3:26).

Radość na pierwszym okrążeniu maratonu

Po półmetku spotkałem Polaka, z którym wymieniłem kilka słów. Wtedy biegł szybciej ode mnie, celował w dobry wynik (3:15), ale w dalszej części biegu udało mi się go wyprzedzić. Przed 30 km znowu czekała na mnie rodzina z aplauzem. Wszystko mieli doskonale opracowane - w Internecie były wyniki on-line - na kolejnych punktach, co 5 km odbywał się odczyt z naszych chipów, przyczepionych do butów. Dzięki temu mogli z dokładnością do paru minut oszacować czas, w którym przebiegnę dany punkt. W międzyczasie siedzieli spokojnie w knajpie i nie sterczeli bez sensu przy trasie maratonu - mojemu wujkowi-szwagrowi bardzo się to podobało.

Radość na drugim okrążeniu - parę kilometrów później zaczęły się schody

Po 30 km zacząłem słabnąć, do tego w perspektywie miałem przeszkodę, z dużym przewyższeniem - długi most Vasterbron. Odpuściłem trochę i pozwoliłem sobie na momenty chodu. Czułem się jednak mocniej, niż na poprzednich maratonach - miałem jeszcze siły. Przed 35. kilometrem wypiłem Red Bulla, który dodał mi skrzydeł. Potem biegłem powoli, obok walczył jakiś facet, który próbował mnie popychać, gdy przechodziłem do chodu. Biegliśmy tak praktycznie do końca - on stałym powolnym tempem, ja szybszymi zrywami biegowymi, przerywanymi chodem. Na ostatnich dwóch kilometrach wycisnąłem z siebie resztki sił. Kiedy zobaczyłem stadion, zacząłem już biec raźniej, niestety, nawierzchnia bieżni była akurat w tym roku remontowana (zamiast czerwonego tartanu był czarny żużel), ale i tak widok mety spowodował, że raźniej przebierałem nogami i zdążyłem wyprzedzić jeszcze sporą grupkę biegaczy. Osiągnąłem wynik 3:23:14 (nowy rekord), a 1209 miejsce pozwoliło mi się zmieścić w pierwszych 10% stawki. Do tego byłem najlepszym Polakiem - fantastyczne uczucie. To było ukoronowanie długiej pracy na wiosnę i ciężkiego miesiąca, w którym przebiegłem 3 maratony.

Końcówka na Stadionie Olimpijskim - wyprzedzam kolejnych rywali

Wieczorem siostra zaprosiła mnie na swoją imprezę. Jej koledzy również biegli w maratonie, jeden uzyskał nawet dobry wynik, jak na debiut (4:18), drugi spasował na półmetku. Impreza się udała, najbardziej zapamiętałem z niej Svensky Snuss - torebki z tytoniem, które umieszcza się pod wargami. Potem kupiłem kilka opakowań i przywiozłem do Polski.

6 czerwca po raz pierwszy władze ustaliły dzień wolny z okazji Dnia Flagi Szwedzkieji i był to czerwony dzień w kalendarzu. Jakby takich zmian było mało, to w trakcie mojego pobytu wszedł w życie przepis o zakazie palenia w Szwedzkich pubach. Ostatniego dnia pobytu byłem na obiedzie u siostry, potem pojechaliśmy na festyn z okazji Dnia Flagi Szwedzkiej, gdzie wygrałem gigantyczną czekoladę. To było niesamowite, bo pierwszy raz bawiłem się w taką grę i jednym losem, przy prawdopodobieństwie trafienia 1/60, wygrałem główną nagrodę. Zabawa polegała na postawieniu na jedną liczbę od 1 do 30, na kole było 60 numerów - 30 czerwonych i 30 żółtych. Nie pamiętam, na jaki numer postawiłem, ale wypadł właśnie on, z kolorem żółtym, za który dawali gigantyczną tabliczkę pysznej czekolady (za czerwony numer była tylko jedna 100-gramowa tabliczka). Taki wielki pakunek przetransportowałem potem do Polski, jako prezent dla brata. Niestety, dużą część tej pysznej czekolady zjadł potem mój pies, który jakoś dorwał się do tego pudła.

Następnego dnia bardzo wcześnie rano złapałem autobus, który zawiózł mnie na lotnisko Skavska, niedaleko Sztokholmu. Z Okęcia odebrała mnie mama, a od razu po powrocie do domu wyjechałem na zawody na Kabaty. Przebiegłem tam 10 km w czasie 38:46, ustanawiając mój nowy rekord na tym dystansie. Po takim maratonie maratonów zasłużyłem na chwilę odpoczynku, żeby delektować się wspomnieniami z ostatniego miesiąca.

Film ze Sztokholmu


Film do pobrania

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin