O mnie Lista
maratonów
Siedem
kontynentów
Marathon
Majors
Stolice
europejskie
Galerie
i relacje
Robert Celiński - relacje z maratonów Robert Celiński - moje maratony

2005-05-07, Kraków (Polska)


Rekord wymęczony
w strugach deszczu

Relacja Roberta z 4. maratonu

Czas

Miejsce

%

3:26:12

217 /
918

23.6


Maratony Roberta

Dobry wynik z Monako zmotywował mnie do dalszej pracy w zimie. Starałem się biegać 3 razy w tygodniu, choć zdarzały mi się przerwy. Kontynuowałem rozpoczęte po Maratonie Warszawskim wykonywanie ćwiczeń siłowych, co wyraźnie poprawiło moją szybkość. Odkryłem strony internetowe, na których znalazłem informacje o zimowych zawodach. Wystartowałem w Biegu Chomiczówki, potem były Młociny, Kabaty, Wiązowna. Pod koniec stycznia w Półmaratonie Młocińskim pobiegłem w lesie po śniegu w czasie 1:33:04. Pochwaliłem się bratu, że przy takich postępach złamię 3 godziny w maratonie jeszcze w 2005 roku. Postukał się w głowę, więc założyliśmy o pół litra wódki żołądkowej gorzkiej, że mi się uda tego dokonać. Rozwiązanie sprawy nastąpiło w bólach 9 miesięcy później w Dublinie.

Trenowałem również w trakcie urlopu we Włoszech. Rano jeździłem na snowboardzie, wieczorem biegałem. Na koniec zaliczyłem trasę Marilleva 1400 - Marilleva 900 i z powrotem, czyli w sumie 1000 m przewyższenia. Gdy zrobiło się cieplej biegałem do pracy i z powrotem (20 km w jedną stronę).

Pierwszym maratońskim celem był Wrocław (24.04). Niestety, w kwietniu mieliśmy duże problemy w rodzinie, ja do końca chciałem jechać, odczuwałem narkotyczną potrzebę przebiegnięcia maratonu, ale jednak zostałem w Warszawie. Zamiast maratonu przebiegłem w sobotę na maksa półmaraton na mojej trasie treningowej Anin - Czerniakowska - Anin. 1:26:45 - długo nie mogłem pobić tego wyniku. W dniu maratonu we Wrocławiu umarła moja babcia. Wtedy już na pewno wiedziałem, że decyzja o pozostaniu w domu była słuszna.

Pasta party na stadionie Wisły

Następnym terminem był Kraków - sobota, 7 maja. Wziąłem urlop i w piątek rano wyjechaliśmy z koleżanką Asią pociągiem do Krakowa. Odwiedziliśmy parę dobrze mi już znanych atrakcji turystycznych (rynek, Wawel), po południu pożywiliśmy się na pasta party na stadionie Wisły. Tego dnia odbywał się mecz derbowy Cracovia - Wisła i biegacze wmieszali się w grupy szalikowców "białej gwiazdy", zbierających się przed meczem, który odbywał się na stadionie rywali, po drugiej stronie krakowskich błoń.

Przed startem na Błoniach

Następnego dnia maraton wystartował na Błoniach, zrobiliśmy jedno kółeczko i dalej w miasto. Na początku trochę kropiło, potem zaczęło się przejaśniać. Biegłem raźnym krokiem, półmetek osiągnąłem w czasie 1:30:56. Nie liczyłem na złamanie 3 godzin, ale czułem jeszcze spore zasoby energii. Po półmetku nawet przyspieszyłem, wybiegając z Nowej Huty. Niestety, przed 30 km moje nogi zrobiły się strasznie ciężkie. Miałem nadzieję, że to przejściowe uczucie, ale parę minut później kompletnie wysiadłem. Powtórzył się scenariusz z maratonów w Warszawie - znowu przeceniłem swoje możliwości, nie byłem optymalnie przygotowany. Kolejne kilometry były męczarnią, pogoda znowu się zepsuła. Trafiłem znowu nad Wisłę w ważne miejsce na trasie. Podobno była ona tam źle oznakowana i prowadzący Piotr Gładki przebiegł o przeszło kilometr więcej, niż było trzeba. Z kolei następni zawodnicy z czołówki mieli skróconą trasę. Ja dobiegłem tam w momencie, kiedy "ruchoma trasa" została już opanowana przez organizatorów, czyli metę osiągnąłem po przebiegnięciu ustawowych 42195 m.

Maraton wygrał Piotr Gładki, przebiegając najwięcej ze wszystkich - blisko 44 km, przez co jego czas nie był imponujący. Pewnie udałoby się mu poprawić ten wynik, jednak parę miesięcy później wydarzyła się tragedia - maratończyk zginął w wypadku samochodowym.

Kolejne kilometry nad Wisłą przeszedłem i przeczłapałem, minąłem Wawel i truchtałem pod górkę do mety. Końcówka trasy na rynek prowadziła głównie po mokrym bruku, porządnie się rozpadało. Okrążyłem rynek i minąłem metę w czasie 3:26:12. To był mój nowy rekord, ale co z tego - liczyłem na 3:15 i przebiegnięcie całego dystansu. Dobiła mnie sytuacja za metą, gdzie panował totalny paraliż przy odbiorze toreb z rzeczami zawodników. Czekałem jakieś 10 minut w zimnie i deszczu, a i tak miałem duże szczęście, że moja torba została wygrzebana z samochodu. Wielu biegaczy czekało znacznie dłużej, niektórzy się przez to rozchorowali. Organizacyjne maraton wypadł kiepsko, ze względu na wspomnianą wcześniej ruchomą trasę, oraz odbiór toreb z rzeczami zawodników.

Przemoczony i przemarźnięty na mecie na starówce

Szybko wróciliśmy do hotelu. Mydlenie się pod prysznicem było bolesne, bo mokre, ciężkie spodenki bardzo podrażniły mi skórę na pachwinach. Na obiad wróciliśmy z powrotem na rynek, bo wymyśliłem sobie, że zjemy w legendarnej restauracji Wierzynek. Chyba nie prezentowałem się najlepiej (byłem wymęczony, ubrany na sportowo), bo na wejściu usłyszeliśmy "Niestety, nie mamy wolnych miejsc, bo wszystko jest zajęte przez dużą grupę Niemców". Spytałem, czy na pewno nie znajdą niczego dla strudzonego pracownika firmy Comarch. Właścicielką restauracji była Elżbieta Filipiak, żona prezesa mojej firmy i po moich słowach natychmiast się nami zajęto. Asia śmiała się, że hasło "Comarch" otwiera tu wszystkie drzwi. Posadzono nas w zupełnie pustej sali - widocznie ta duża grupa Niemców zdążyła w międzyczasie wyjść z restauracji kuchennymi drzwiami, bądź wszyscy poszli jednocześnie do toalety ;-)

Cygaro po maratonie? Nie, to Twixy :-)

Po południu kontynuowaliśmy zwiedzanie, między innymi przeszliśmy się po Kazimierzu. Humor mi dopisywał, mimo mało satysfakcjonującego występu w niedalekiej perspektywie miałem starty w Pradze i Sztokholmie.

Wszystkie relacje Byledobiec Anin

Lista maratonów Roberta

Powrót


(c) 2010 - 2017 Byledobiec Anin